eR

Archiwum kategorii ‘point of view minus cztery’

In point of view minus cztery on 12 styczeń 2009 at 22:51

wypadałoby powiedzieć ahoj, ciao, bajbaj albo coś tam coś tam. ale to potrafi tylko pani kruk… swoją drogą od tamtego czasu to ja ją kocham! tak czy inaczej minął rok. zaczął się inny. oby się skończył. ale to już inna inność… miło mi tu było.

180224bc

ipod-earphones-stock-thumb.jpg wśród linków

In point of view minus cztery on 31 grudzień 2008 at 19:02

lettern1ajgorszy to on nie był. znaczy ten, co dziś odchodzi. generalnie o każdym swoim byłym mógłbym w ten sposób powiedzieć… bo ja lubię o ludziach dobrze mówić. no ale coby nie było – święty nie jestem, więc zdarza mówić mi się źle. tak czy inaczej zapamiętam go jako rok prestoNa.  nie powiem – zjadł mi nieco nerwów. kosztował parę miesięcy. nawet parę złotych. ale i tak w rezultacie końcowym wspominam go całkiem dobrze. w zasadzie do dzisiaj nie wie, dlaczego go olałem. ma mnie pewnie za ostatnią ciotę, która wskoczyła na dupę innemu. bo przecież sam takbym o nim pomyślał, gdyby z dnia na dzień zerwał ze mną kontakt. zresztą to wszystko już za mną. niemniej jednak… zresztą bez niemniej jednak.

o statni rok generalnie uznaję prawie oficjalnie za zamknięty. zawodowo jak i prywatnie. ale by nie drażnić ustępującego nie zmieniłem jeszcze kalendarza. to by było faux pas na miarę wywalenia z portfela zdjęcia konającego małżonka zdjęciem czekającego w szpitalnej poczekalni kOchanka. inna inność u mnie w portfelu tylko wiejska, sis, samuraje i pan sędzia. nie ma jak nosić ze sobą fotę pierwszej miłości. równie dobrze mógłbym sobie tam czerwonookiego kubę umieścić. albinosa. mojego pierwszego chomika…

w łaściwie przez ostatni rok nie zdarzyło się nic. nic, co mógłbym wziąć ze sobą na jutro. chociaż nie – mam przecież w torbie lekarskie skieroWanie do chirurga. ważne jeszcze chyba z dziesięć dni. to jedyna niezakończona sprawa, jaka mi została. nauczony bowiem błędami roku ostatniego uregulowałem rachunek za listopadowo-grudniowy internet, coby móc sobie w picie ulgę odebrać. jak na złość wylądowałem w drugim progu podatkowym i mnie cholera zbiera, że dopiero po północy podatki obniżą. ale chyba to jest ta dobra wiadomość, która sprawia, że cieszę się z tegorocznego tak zwanego sylwestra. i coby tu nie mówić – dzięki kaczkom. niech sobię z radości wyszeptam kwa, kwa, kwa…

ygh… nawet się nie obejrzałem jak mi ten rok plasnął. jak kiedyś od kaśki fackę zarobiłem. albo od ajsa na gadulcu. ten to umie nieźle plaskać. właściwie zastanawiam się, dlaczego wiejska jeszcze w podobny sposób nie potraktowała swojego małżonka, z którym ostatnio seks uprawiała pewnie za fotygowej. no ale chyba mamy to do siebie, że lubimy celibat. z tym, że ja temu, że jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma… właśnie – czy ja już  kiedyś nie obiecałem temu, kto ojcował temu powiedzeniu, śmierci? właściwie to ja tylko w gębie pewnie mocnY jestem. nie przeczę. mogą potwierdzić to moi tak zwani eksowie. każdy powie, że bardziej wrednego i złośliwego werbalnie ogra nigdy nie poznali…

r aczej nie wiążę z nadchodzącymi trzystoma sześćdziesięcioma pięcioma dniami jakich specjalnych życzeń. podobnie zresztą było i ostatnio. no może ewentualnie chciałbym zrzucić kilka kilogRamów, nie osiwieć, nie stracić kolejnej dioptrii w zamówieniu na soczewki, nie wpaść w alkoholizm, uśmiechać się rzadziej (z uwagi na zmarszczki), a przede wszystkim godnie obejść nadchodzący dzień kobiet. no i może zmienić wehikuł na mniej pamiętający rząd hanny suchockiej. to tak egoistycznie. dla siebie. znacznie więcej życzeń mam innych. dla bliskich, bliższych i najbliższych – by trzymali nadal co najmniej ten sam dystans. dla dalekich, dalszych i najdalszych – by byli mi nieco bliźsi. a poza tym i pierwszym, i drugim – bym ja nie tracił do nich odległości…

operabojętnie, co się stać stanie – to i tak pozostanę pełen nadziei. ten rok nie może być zły. jest nieparzysty. a ja lubię nieparzyste liczby. no może z wyjątkiem jedynek i trójkącików. jakoś nie kręcą mnie bardzo. choć pewnie na nie miałbym większe widoki niż na to, co pomiędzy nimi. ale i to się okaże. w najnowszej wróżce – jak przeczytaliśmy z wiejską w ten niezwykle pracowity dziś dzień – w drugiej połowie roku czeka mnie jakaś dzika i młodzieńcza (sic!) miłOść. och! zresztą jeśli mowa o wróżkach – wiedźma irena została skreślona na nadchodzący rok. znaleźliśmy młodszą i tańszą profetkę. ciekawe, co jej karty o mnie wyśpiewają. operę?

kochani! kochani jesteście. chciałbym objąć cały świat i mocno go do serca przytulić. taki kiedyś opis nikczemnie i zdradziecko zamieściłem na wiejskim gadulcu. przy okazji wszystkim z jej listy kontaktów napisałem mesydża Kocham cię – od razu każdy jeden rzucił się z pytaniem, co się wiejskiej stało. czy nałykała się prochów, czy umiera. i pewnie każdy z nas by tak zareagował. gdybym napisał nienawidzę cię, pewnie by się poobrażali albo dociekali dlaczego. i to w tym najdziwniejsze. że gdy słyszymy dobre słowo albo ktoś się do nas uśmiechnie w windzie, pukamy się w głowę. więc chyba tego na odjutrzejszy czas – mniej pukania się. w głowę oczywiście. tego drugiego – więcej. wam i mnie!

…a tak między nami to ten nadchodzący NOWY

2009

ROK

kiedy to na fellowowym liczniku pojawi mi się trzy i zero (ale psst!) będzie na pewno całkiem dobry i ciekawy. coś tak czuję. a my ryby mamy genialną intuicję. a teraz szalejcie. bo jutro będziecie o dzień starsi…

In point of view minus cztery on 28 grudzień 2008 at 20:41

i po świętach. alleluja. znaczy nie po tych. miało być glorija. teraz adekwatnie i właściwie. jutro pora znowu rano się z alkowy podnieść zaraz po tym, gdy uroczyście naciśnij guzik zaśpiewają trzy panny z windy. siarczyście przekląć na widok w lusterku, gdy soczewicę od plastiku się oddzieli. potem na mróz wyprawa z kawałkiem innego plastiku podstępem w turynie zdobytym. i można pomknąć na podbój wiejskiego elektoratu. czyli na koniec roku przestępnego jeszcze trochę dokonań. zawodowo zawodowych ofkors. ale to już taki los dziadoka, dziaduleńka, dziadygi. oj da-dana-dana…

no to się wiejska wczoraj upiła jak świnka morska. i takie pierdołowate esy mi wysyłała, że pierwszy raz w życiu miałem ich dość. zresztą moja teoria jest prosta – najgłupsza istota zaraz za facetem to pijana baba. kropka. a wiejska wczoraj miała odjazd większy niż posłanka krukowa. nie chcę wiedzieć, co się będzie pod koniec roku dziać będzie. a pewnie będzie się dziać. bo pamiętam jakby to wczoraj było, gdy ostatniego sylwka odwoziłem ją do rodziców, bo się z małżonkiem pokłóciła jak platforma z pisem. tyle tylko, że nie wiem, jakim cudem ta koalicja wciąż trwa. nie ma jak platoniczne małżeństwo… może i ja się powinienem za czymś choćby takim rozejrzeć… jest ktoś chętny?

aaaa

przyszły rok może być zabawny. zresztą pewnie będzie, bo dziewiątka to moja dziwnie ulubiona prawie cyferka. nie dość, że całkiem możliwe, że doczekam trzydziestki, to pewnie zdarzy się parę innych śmiesznych rzeczy. bo co jak co, ale oczekiwania, przewidywania, przeczucia jakoś się zbyt bardzo gromadzą. cieszyć się trza, że ósemka ucieka. jak i ostatnia faza młodości. o młodości iskro bogów… jeszcze dwa miesiące z hakiem iskrę tę mam.

ipod-earphones-stock-thumb.jpg dominik kwaśniewski – na kazimierzu ty

In point of view minus cztery on 23 grudzień 2008 at 19:58
  • wigilia pracowita. mnóstwo słów. opłatek złaman. jednym z życzeń wyrażonych wobec jednego z innych było, coby mnie niebawem nie było. miłe te słowa. nie ma jak święta. ktoś mi dobrze życzy. i wcale dobrze w cudzysłów nie ubieram…

  • bląd asistąs mi się rozpłakała. bosh. uwielbiam tę babę. nie wiedzieć czemu. może nie tak jak wiejską, ale mimo wszystko. po prostu fajna dzioucha z tej równie wiejskiej łumen… na łerk-wiliji dostało mi się jak zawsze mnóstwo życzeń. baby. nikt mi chłopa nie po-życzył. ani nie pożyczył. skandal. tylko ciotka zapytała się mnie, czy kupiłem prezent dla swej sercowej tudzież sercowego. co jak co, ale moja inteligencja to chyba jednak genetyczna jest…

  • śnił mi się w nocy preston. nawet nie powiem jak, bo wstyd. ale jednak. masakra. czy ja się od niego kiedyś uwolnię? zastanawiam się. bo jakoś kiepsko mi to idzie. inna inność, że formalnie nadal razem jesteśmy, bo żaden z nas drugiego oficjalnie nie zostawił. ech. ale ostatni sen mnie rozwalił. nigdy nie czułem we śnie tak masakrycznej bliskości wobec kogoś drugiego. fizycznie, chemicznie, personalnie i seksualnie. shit happens. postanowienie noworoczne – schudnąć i olać vergangenheit hinter sich…

  • jutro się święta zaczynają. alkohol kupiony. całe dziewięćdziesiąt zeta wydane. już dawno nie czułem się tak kontent. no może kiedyś byłem w takim stanie pod śliwką. ofkors nie hipkiem, bo by mi pewnie tej radości nie użyczył. poza tym muzyka barokowa ma coś w sobie…

  • nie myślałem, że napiszę cosik tutaj przed pasterką. ale oto niezbadane są radkowe ścieżki. tak więc panie i panowie, panowie i panie, geje i lesbijki, lesbijki i geje, zwierzęta i ludzie, ludzie i zwierzęta, weganie i mięsożercy – smacznego jajka. a lesbijkom i heterykom (nie heteryczkom!) – opłatka!

      In point of view minus cztery on 22 grudzień 2008 at 20:59

      pierwszy litościwie zwolnił mnie z obowiązków sylwestrowych. ale nie wiem czy cieszyć się, czy płakać. w zasadzie chętnie bym polazł na kępę, ale jak mnie nie chcą to fakju. właśnie wpadła mi do pokoju oma. całe szczęście, żem, jeszcze się nie położył do łóżka, bo zazwyczaj zrzucam z się wszystko co na mnie. ale nie o tym. wpadła na pomysł, że mi sygnet kupi. cobym wyglądał jak prinz charles. no ka-em. teraz to dopiero wiekowych schiz dostanę…

      choinkę ubrałem. ale jest tak penisowa. bo ma góra kilkadziesiąt centymetrów. no może proporcjonalnie penisowa, bo hydrantów raczej mało kto chce doświadczać. ale nie o to chodzi. po prostu choineczka miła do mnie dziś przybyła. za całe pięćdziesiąt i parę zeta. masakra. a na choince dwie kaczuszki. kiedyś taka piosenka w przedszkolu była. i pomyśleć, że panie przedszkolanki takie profetki były. ech. dzisiaj w ogóle nabyłem nowego enema. ja to mam umiejętność zbierania wrogów. chyba większą niż jarek. znaczy pan prezes. nie ajsi…

      afp72919392112130717_big

      kochani – coby zacytować mojego poprzednika – na te święta życzę wam lekkiego serca podczas otwierania korespondencji z operatora waszych kart kredytowych. lekkiego brzuszka po spotkaniu z karpiem. i lekkiego wstawania po świętach. ja tymczasowo na te święta uciekam w inny świat. pod warunkiem, że zakupię odpowiednie ilości procentualiów, bo z tym może być w kolejnych dniach mały problem…

      In point of view minus cztery on 15 grudzień 2008 at 18:09

      robię sobie właśnie plany na sylwestra. pierwszy wybór to spędzenie północy na pracowym spędzie. ot taka mała służbowa uroczystość na około dwa i pół tysiąca ludzi. pod chmurką. na zimnie i śniegu. o ile spadnie rzecz jasna, bo jak na razie się nie zanosi. ale znając kilka kobiet w moim życiu im się też na macierzyństwo nie zanosiło, a donosiły. różnie być może. drugi wybór to rynkowa uroczystość. pod gołym niebem. wśród dwóch i pół tysiąca obcych i nieobcych. może sigourney weaver nie będzie. i miejmy nadzieję, że nostromo również. trzecia opcja to sylwek z szefem i first village lady. więc może będzie to genialna okazja o jakiejś podwyżce porozmawiać. why not. tylko czemu mam wrażenie, że wobec atrakcyjności każdej z przedłożonych ofert, będę musiał jakoś je z sobą pogodzić. zresztą są one lepsze niż vidal sasoon. ot taki klitze-kleine-trójkącik…

      dzisiaj imiennik mi napisał. że mi odpisze na mejla. może w święta. inna inność, że mejla wysłałem grubo przed dniem komisji edukacji narodowej. więc drodzy e-interlokutorzy nie pieklijcie się na mnie, że popadam w zwłokę (taki wiek!). po prostu muszę się jakoś wyładować za era p.n.e. taki już ze mnie er n.e. zbieżność imion, nazwisk, nazw i innych powszechnie używanych abrewiacji przypadkowa. swoją drogą chyba zaczyna mnie delikatnie straszyć. czuję się jak jennifer love-hewitt. albo raczej wiekowo uzasadnienie przypadkowych przechodzień autostrady, po której mknął najmłodszy z braci cartwrightów. chociaż może lepiej nie, bo ponoć mandaty mają wzrosnąć. a ja jakoś lubię się wałęsać o trzeciej nad ranem bez włączonych świateł. choć ostatnio sam wymieniłem zarówki w mojej limuzynie. więc nie do końca ze mnie taki pedał, co kilkanaście mejli temu napisał mi jeden mój były czytelnik na widok moich fotek w jednym z pornogejoffskich portali. a co!

      alper-1

      i po weekendzie. łącznie z wolnym dzisiaj. trzeba było odespać brak sobotnio-niedzielnego snu. zresztą co to była za noc! miało być szaleństwo w pedał-budzie, a tu proszę – dicho w krakowskim les-barze! prawie jak biesiada ludowa. albo lajkonik. równie podniecające. chociaż nie! miałem genialnego rozmówcę. geja staruszka. rewelacyjny koleś. nie myślałem, że takie wiekowe kicie mogą być aż tak interesujący. nawet dobrze się trzymał jak na swój wiek. powiedziałbym, że chyba lepiej niż ja. mimo że starszy ode mnie. o całe jedenaście dni…

      ipod-earphones-stock-thumb.jpg śpiewanie przy żubruffce

      In point of view minus cztery on 11 grudzień 2008 at 20:56
      • wiejska pojechała do stolicy. będzie okładkową gwiazdą super-linijki czy jak to tam się zwie. totalna metamorfoza. ponoć. właśnie sobie z nią pogadałem w drodze na kancelarię parafialną, gdzie musiałem opłacić mszę z okazji piętnastu lat, jak mój fader sobie poszedł do tego lepszego ze światów. może wypadało… a może wypadać nie powinno było. może z serca mało być. dziwnie jednak z tatą było. starał się, ale chyba czuł, że ma syna pedała, bo jednak nasze relacje były nieco napięte. ciekawe jakby to było, gdyby żył. pewnie by mnie wydziedziczył. albo nawet wyklął, pozbawiając nazwiska. albo i nie. nie wiem… choć chciałbym wiedzieć.

      • chłodnica mi padła. ponoć wody w autku nie było. skandal! to wina globalnego ocieplenia chyba… kogoś muszę winić, bo nie siebie przeca. mechaniczka mi powiedziała. tak. pani tomaszowa, która zajmuje się moim autem. masakra. nawet nikt nie wie, jakich rzegiętym pedałem się przy niej czuję…

      • no i muszę się wybrać do chirurga. bo mi coś dziwnego na staopie urosło. potem badanie histopatologiczne. a potem może i ten blog stanie się nieco bardziej atrakcyjny. taki życiowo-śmierciowo-przetrwaniowy. we will see. tak czy inaczej czas nie jest moim sprzymierzeńcem…

      • w sobote pierwszy egzamin. masakra. z jakiejś durnej teorii, w ramach której się praktykalizuję. nie ma chyba nic gorszego niż wysłuchiwać bzdur o tym, co doskonale wiesz. bo jak słyszysz takie bzdury to ci się nóż w kieszeni otwiera. to tak samo, jak ktoś coś ci radzi, nie znając narracji.  i ja wtedy mam ochotę kogoś takiego udusić…

      • moja wiejska zofija mi dzisiaj powiedziała, że już dawno nie była kochanką. że życie jej przeleciało na dzieciach i pracy. że była matką i żoną. nigdy kochanką. bosh. ma kobieta tyle lat ile bobby czyli mój papa. i takie rzeczy mi mówi. w dodatku swojemu formalnemu przełożonemu, którego raz prawie pobiła, poznając go w ramach swatania z panną ścianą. nie wiem czemu, ale mam do niej słabość. a może to temu, że i jak mam podobne spostrzeżenia jak ona…

      ipod-earphones-stock-thumb.jpg jacek kaczmarski – lekcja historii klasycznej

      In point of view minus cztery on 6 grudzień 2008 at 21:11

      wielki lew. ja natomiast tylko niepozorna ryba. w dodatku samica, biorąc pod uwagę szczególną datę moich urodzin. ale to tak na marginesie. właśnie odgrzebałem mój pierwszy i ostatni otrzymany list miłosny. datowany na dwudziestego szóstego września roku dwa tysiące czwartego. czyli jakieś cztery lata temu z kawałkiem. który był końcem, ale i początkiem. a jak wiadomo każdy koniec jest początkiem, a każdy początek końcem. coś w tym musi być. jak wiadomo co cztery lata rok przestępny. tak i tego roku. przestępność ma swą siłę. cieszyć się czy nie? ależ owszem, czemu nie? rybce też należy się…

      rybka zwana warrior. tak jarku. ponoć to ja. choc raczej wieloryb. ale może pomińmy gabaryty… ostatnie dni, tygodnie etc. to jedna wielka refleksja. nad tym co będzie, a czego nie będzie. nad tym, co mogło być, a nie było. lubię takie parapsychologiczne wycieczki. dzisiaj odeszła ally. ostatni odcinek. powtórka serialu zajęła mi nieco ponad rok. shit happens. pamiętam, jak zacząłem enty raz go oglądać. przez przypadek. w bru. i dzisiaj skończyłem. nie wiem czemu, ale czuję, że już do niego nie wrócę. nie żebym nie chciał. chyba decyzję podjął ktoś inny…

      bones

      czasem się zastanawiam, co napisać w testamencie. niby wiem, bo już go napisałem, ale jednak może coś jeszcze. że chcę być spalony, to jasne jak słońce. wiedzą to wszystkie najważniejsze osoby w moim życiu. że się boję? każdy odczuwa strach. nie przed śmiercią, ale przed końcem życia. bo życie to ludzie. i chyba najbardziej będzie ich brak. tak jakoś. no i mam jakąś awersję do robaków, co nie pozwoliło mi pójść w ślasy ojca i zostać wędkarzem. tak więc chyba stąd ten pomysł kremacji. a z drugiej strony po co mi ta portfelowa deklaracja dawcy organów?

      ipod-earphones-stock-thumb.jpg the addams family – the addams family theme

      In point of view minus cztery on 5 grudzień 2008 at 18:38
      • ciekawe, że zawsze mam eksów wielopaku. jak się spotkam ze em-dwa, to wpadam na em-jeden. całe szczęście, że oszcządzony mi zabywa em-zero. chociaż na te-tysiąc wcale bym się nie skarżył. swoją drogą wpadłem na te na naszej klasie pe el. cudowny chłopak. jak dzisiaj pamiętam miziu miziu po buzi. ech – koleś ma prawie trzy dychy w lędźwiach (znaczy wiek – nic innego liebe liebende!), a pieprzy jak gimnazjalistka w pamiętniku. ech. i to się nazywa być gejem! nie trzeba się wstydzić za bycie mentalną gimnazjalistką. poza tym łubu dubu…

      • mam nową klawiaturę. tak więc nie będzie już więcej wu dwa. jest niesamowicie zakręcona. taka serpentynowata. jak hurra! jak życie. jak moje zwoje mózgowe… no i ponoć jest wodoodporna. ciekawe czy alkoholo- też… wyjdzie w praniu w każdym bądź razie (z zaznaczeniem, że to wyrażenie uważane jest za zruszczenie…). jedną klawiaturę oblał mi jakimś płynem (nawet nie chcę wiedzieć jakim) em dwa. drugą zalałem ja. swoją drogą em dwa wygląda jak więzień polskiego (tfu!) niemieckiego obozu koncentracyjnego w polsce (właściwie pod oknami ma kominy). jest chudszy niż boska calista. a to już grzech. nie wiem czemu, ale im bliżej końca jestem piątego sezonu ally mam dziwne przeczucia, że dotyczy to nie tylko ally…

      • znowu chcą mi dać podwyżkę. jakoś niespecjalnie się na to cieszę. wywalczyłem takową bląd asistąs. a nawet umowę na czas nieokreślony. jak wcześniej wiejskiej. ba! nawet zacząłem się szarogęsić po firmie. ale w końcu jako pierwszy po pierwszym chyba mam prawo. i zaczynam upajać się tam pałerem jak w domu wermutem. ba! nie musi być ani wstrząśnięty, ani zmieszany. ze mnie taki agent, jak tuska rudzielec. czyli prawie…

      • w tym roku nie będzie kartek świątecznych. nie chce mi się ich pisać. nie chce mi się ich tworzyć. zeszłym razem friendsi dostali choinkę z moim prawie-aktem (manufaktura!). postarałem się. ba! poza tym cosmiczna piosenka jest cudowna. ściągłem na twardziela.

      • śnił mi się ostatnio sen z kobietą. w dodatku kumpelą z ogólniaka, która była skarbnikiem w aktywie szkolnym, gdy ja tam byłem wicepierwszym. buhahaha… to wszystko wina zofiji. bo się zaczęła cudownie ubierać. ostatnio normalnie nie mogłem spuścić z niej wzroku. a wydawałoby się, że ona pięćdziesięciopięcioletnia babka, a ja pedał przed trzydziestką. kocham saspens!

      ipod-earphones-stock-thumb.jpg james marsden – always on my mind

      In point of view minus cztery on 30 listopad 2008 at 21:05

      mam śmieszne skarpetki. ot takie w paski. wczoraj miałem w koniczynki. od doktorka. pierwszy raz w życiu. pierwszy raz od dostania. ech. bosh. wspomnienia wróciły. bo najśmieszniejsze jest w tym to, że oficjalnie wciąż z nim jestem w liasonie. żaden z nas nigdy bowiem tego nie zakończył. dlaczego o tym piszę? bo dzisiaj mijają cztery miesiące odtąd, gdy wiedźma mi powiedziała, że w ciągu czterech miesięcy do siebie wrócimy. może się łudziłem. może wierzyłem. może nie dowierzałem. a może nie chciałem nie dowierzać… tak czy inaczej dotarło do mnie, że zanim nadejdzie wschód trzeba przeżyć zachód. zanim wyzdrowiejesz musisz zachorować…

      pełne butelki to puste serca. ponoć. dlatego uskuteczniam ich opróżnianie z tak wielkim sercem. największe ma ponoć koń. tak przynajmniej w lejdis mówiono. ale koń taki pata-taj, a nie ten co na nim ten tego pata-taj. to tak na marginesie jednak mniej więcej. o! właśnie ktoś mnie przebił na allegro. chamstwo. chamstwo. chamstwo. muszę się odegrać. nie popuszczę krawata i spinek do koszuli. trza jakoś w trumiencie wyglądać!

      6a00d83451cc7469e201053597e0ef970b-800wi

      a wczoraj poimprezowaliśmy. migotka okazała się (chyba) być lesbisch friend. ja całowałem się z wiejską, a poza kątem jej widzenia obmacywałem dżeksa. na domiar dobrego obsługiwała nas węgierka. a że ja trochę tego języka liznąłem (boska jest activa śliwka węgierka suszona!), to się z nią dogadywałem. ale i tak najboższy był pan buła. czyli kazek szczypka. jego madre aniela uważa go za geja, bo mając lat czterdzieści nawet kobiety nie ma. za żadne pieniądze świata nie chcę się przekonać czy tak jest. wolałbym prędzej się upewnić czy aby migotka a-lesbijką nie jest… a poza tym nawala mi klawiatura. zamiast wu mi w2 wybija. grrr…

      In point of view minus cztery on 26 listopad 2008 at 20:26
      • czasami mam wrażenie, że słyszę jakieś dziwne głosy. prawie jak ally mcbeal, której aktualnie piąty sezon doogląduję. no i niestety muszę przyznać, że wiem, dlaczego ją zdjęli po piątym sezonie. mimo cudownego piegowatego pyszczka julianne nicholson cała maga gdzieś umknęła. i wstyd się przyznać, ale właściwie pierwszy raz oglądam ten sezon z uwagą. no i niby james marsden bosko śpiewa i jeszcze bożej wygląda, to jednak całkiem pochłonął mnie john michael higgins. i zaryzykuję tezę, że jest jeszcze boższy niż boska dr. tracy clark. a co! niech się xeon piekli!

      • andrzejkowe wróżby już za mną. ale może przede mną. tak czy inaczej pasywność już w przeszłość się obróciła. to znaczy znów nawiedziłem wiedźmę irenę, która mi takich goopot do głowy natłukła, że szkoda gadać. trzech chłopów mi przewidziała. i co najlepsze – każdy ponoć ma mieć wobec mnie najszczersze zamiary. no i jakiś jeden nieszczery na dodatek. ale jeden najszczerszy być ma. więc pytam się baby jagi w jakich okolicznościach tego i owego poznam, a ona na to, że karty jej tego nie powiedziały. więc olałem sprawy miłości i zapytałem się czarodziejki z księżyca o zdrowie, karierę, kasę i sister, która aktualnie romans z penitencjariuszem uskutecznia. ech. ciekawe, że u nas zawsze jakoś zygzakiem idzie – jak ja mam ciepło w łożu, to ona cierpi na zimno. a jak z kolei jej się przytrafi dodatkowe trzydzieści sześć i sześć, to ja się muszę termoforem zadowalać…

      • 6a00d83451cc7469e2010535d0c897970b-800wi

      • w pracy się udystansawiam. odwalam robotę, za którą inni biorą po piętnaście tysięcy netto. kocham swoją pracę. ale każdy rolnik kocha swoją kurę. każdy wieśniak kocha swoją wieś. to mi pasuje. coby się werbalnie pożreć z wandą kwietniewską. lubię imię wanda. mimo że ona niemca nie chciała. ja niemcowi nerkę bym oddał. ech – żeby tak usłyszeć tiefer schätzchen, tiefer… ech wiele bym dał. ba! nawet swoje kolejne dziewictwo wtórne. znaczy prawtórne. choć jeśliby się tak zastanowić to prawtórne raczej przedwtórne oznacza niż powtórne. ale jednak mój zmysł zrozumienia jakby lekko nie tego tamtego był. poza tym nazwałem dzisiaj jedną kobietę pizdą. za jej plecami w dodatku. chyba tak samo będę olewał robotę, jak ona. zdrowszy będę… choć to chyba lekka ironia losu by w tej sytuacji była. ygh.

        ipod-earphones-stock-thumb.jpg piwnica pod baranami – akt abolicji

        In point of view minus cztery on 23 listopad 2008 at 20:27

        jeśli budzisz się w nocy i cholernie chce ci się pić, to za żadne skarby nie pij tajgera. czyli podróby red bulla. szczególnie o czwartej nad ranem. bo siódmej oka nie zmrużysz. ale goopi er jakoś niespecjalnie o tym wczoraj – tfu, dzisiaj – pomyślał. i potem miał niezłe schizy nocne. nie dość, że nie mogłem zasnąć, to na dodatek popadałem w jakieś dziwne odrętwienie i śniłem w półśnie o jakichś bredniach. no cóż – statuetka czubka dnia (a może nocy) idzie dzisiaj w moje ręce…

        czarodziejski tydzień się znowu od jutra zacznie. już nawet nie chodzi mi o śnieg, który przykrył mi cały samochód, ale o andrzejkowe trele morele. imię mojego pierwszego lawa to właśnie endrju. generalnie spieprzył mi moje podejście do chłopów, bo od tamtego czasu bardziej niż do powłoki, przywiązuję wagę do mózgu. do wartości. do wierności. do humoru. do cynizmu. wstyd się przyznać, ale chyba właśnie ten ostatni kręci mnie najbardziej. nie ma jak mieć za faceta cynika. nie ma jak być cynikiem. niestety jednak jestem…

        j

        kryzys finansowy jakoś mnie nie kręci. znaczy mnie nie przeraża. co tam. najwyżej zlicytują mi nerkę albo uśmiech. więcej i tak zrobić mi nie mogą. tak więc wpakowałem się w kolejne raty. w zasadzie łóżko już spłaciłem – może pora rozglądnąć się za jakąś wkładką do niego? na razie jednak w zastępstwie wziąłem tefau. całe czterdzieści dwa cale. co tam. jak szaleć, to szaleć. zlicytujmy do końca siatkówkę, rogówkę, tęczówkę, spojówkę i główkę. znaczy może nie. główki licytować nie zamierzam. jakoś wątpię by był popyt na podaż…

        In point of view minus cztery on 21 listopad 2008 at 22:00

        uśmiecham się do swojego smoka. nie. wcale nie chodzi mi o mojego penisa. bo w tym przypadku musiałbym określić formy właściwej dla cumelka. w tym momencie miałem na myśli naklejkę, która widnieje na mojej ścianie. nie wiem czemu, ale przywiązałem się do niej. nie chciałbym jej stracić. chyba tęskniłbym za nią. bosh. dziwne. tęsknić za kawałkiem papieru nasączonym klejem to nie w moim stylu. nie przywiązuję się do rzeczy. raczej do osób. tyle tylko, że w związku z tym, że onie niezbyt do mnie, to jakoś i proces ten w moim przypadku mało skutecznie przebiega…

        uśmiecham się do kompa. jakoś polubiłem ten wirtualny byt. daje mi chwile radości , uśmiechu, poczuciao bycia z kimś tam. choćby ten ktoś był ledwo namacalny. ale jednak. samotność? chyba właściwie i do niej się uśmiecham. lubię ją. jakoś dziwnie by mi bez niej było. inna inność, że właśnie w niej czuję się nieco bardziej szczęśliwy niż gdybym był bez niej. trudno ogarnąć. wam. łatwo mi…

        mortality

        uśmiecham się do was. każdego z was z osobna. i wszystkich zarazem. kto kiedykolwiek z blogersów się do was uśmiechnął? wszyscy mają na myśli tylko się. piszą tylko o tym co dotyczy ich osoby. pierwszej, drugiej, trzeciej liczby pojedynczej. chyba że chodzi o mnie. a jak wiadomo ja do siebie przemawiam w pierwszej mnogiej. jak bracia ka. albo lepiej – pontifex maximus. wow!

        In point of view minus cztery on 18 listopad 2008 at 23:42
        • nie wyszedł mi uśmiech na zakurzonym monitorze. jakbym lekko palcem niezbyt w górę buźkę pociągnął. na żywo wychodzi znacznie lepiej. bo co jak co, ale uśmiech to mam ka em zajebisty…

        • jutro eks kończy przedćwierćwiecze. wow. postarzał się młodzieniec. właśnie kilka minut po wigilijnej z nim rozmowie jestem. czego mu życzyć? uśmiechu. takiego jak mój. co najmniej…

        • i poczucia humoru. uwielbiam to moje humoru poczucie. nie wiem czemu, ale monty python przy mnie się kryje. abstrakcja większa niż picasso. acz bez sarkazmu. czasem z odrobiną ironii. o radości. o uśmiechu. chce mi się żyć.

        turtle

        • a poza tym jakoś takoś. oby tylko nie gorzej…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg lenka – trouble is a friend

          In point of view minus cztery on 15 listopad 2008 at 0:35

          ku niepocieszeniu serc wrogów moich własnych posłusznie melduję, iż wciąż żyję. choć słowo iż nie jest zbyt dobrym tutaj łącznikiem, jako że mało naturalne jest. zresztą iż winniśmy używać, gdy zbrzydnie nam zastosowanie że. no ale skoro wpis ten od ku rozpoczynam, to niech mi nikt zarzutu nie czyni, żem ku iż skłonn był rad zerkać. o du liebe! chyba z archaicznym językiem nieco przesadziłem. tyle wstępu. dalej winno nastąpić rozwinięcie. zresztą początek papieru toaletowego zawsze najtwardzy, a koniec jego najsmutniejszy. tym bardziej, gdy chcielibyśmy jeszcze i jeszcze, więcej i więcej, a tu zostaje nam w ręku tekturowy rulonik. kto jak kto, ale ja umiem docenić wartość papieru rzeczonego, bom zrodzon i wychowan w czasach, gdy było to dobro rzadsze niż pedał na necie. a że wtedy prawie netu nie było, to można to sobie całkiem śmiało wyobrazić. no chyba że miało się te cztery kilo makulatury. zresztą wracając do przedkropki, śmiało mogę stwierdzić, że (nie iż! ależ postępy czynię) każdy chciałby być gejem niźli klientem toalety przydomowej. doopa zapewniam mniej by bolała niż po przodku velvetu…

          odwiedziłem dzisiaj przybytek. tak mi się jakoś rzekło, coby pozostać w tematyce zakątka przemyśleń, szczęścia i próżności. jednakowoż chodziło mi tym razem bardziej o kwestie dziesiątej muzy, a nie białej muszli. choć gdybym miał wrócić do lat ubiegłych przeze mnie przeżytych, to mógłbym muszlę (świnoujską!) połączyć z filmem. do dziś mam na komórce cuda cudeńka słynnej iriny sukrzyny w jej własnym wykonaniu. ale wróć panie dziejku na tory rozwagi i pomyślunku. byłem dzisiaj z dżekesami na bondzie. znaczy na quantum of solace. niestety. bo stety by było, gdybym na craigu wylądował. albo choćby na judi dench. ewentualnie hellen mirren. dwie elizabety nawet by mi spasowały. a w promocji jedna camilla. o du liebe. raz kolejny. niestety casino royale miało coś w sobie. quantum mniej. a może to była raczej kwestia otoczenia? czy ja wiem… może.

          jack white i alicia keys to dno. chris cornell był powierzchnią. chyba zbytnio sentymentalnie się umuzykalniam. chyba czasem jednak podchodzę do wielu spraw nieco bardziej poważniej niż bym chciał. ale lubię. ostatnio opycham się paprykarzami szczecińskimi. uzależniłem się. prawie jak od żółtego sera. którego swoją drogą od paru tygodni się nie tykam. bo za mnie tyka. zegar. z kurantem. straszny dwór. tam na górze są ponoć równiny. na górze nie ma już fal. po trzech tygodniach usunąłem dziwną fryzurę, którą uskutecznił mi pan tomasz. rękoma i nożyczkoma panny adeli. znaczy nie wiem czy adeli. ale do panny mi tylko adela pasowała. tak jakoś. ale nie o tym. oto żyję. jakoś. wciąż. jeszcze. nadal. choć mało na co mam czas. mało na kogo. ale chyba lubię się alkoholizować. powiedzmy tylko że alko zastąpiła worka. i na pewno nie mosznowa…

          In point of view minus cztery on 3 listopad 2008 at 20:10
          • zaniżam poziom rozmowy. na czacie. i wcale nie chodzi o centymetry tym razem. ale o wprowadzony przeze mnie tok rozumowania. bo ośmielam ironizować. bo nie wiec co to znaczy a/p. bo zadaję pytania. ale wciąż je zadaję…

          • uciekam myślami wprzód. bo nie w tył. wbrew pozorom nie lubię tyłów. nie wracam do tego co było. nie opłakuję. nie wzdycham wszetecznie do wschodu. zawsze wolałem zachody. politycznie, geograficznie i romantycznie. choć po czesku zachod to wychodek. no i cała romantyczność pryska. niczym tłuszcz na patelni. mój tłuszcz nie pryska. on się wylewa. zza paska. zza horyzontu. zza obwodu…

          • wznoszę toast za przyszłość. za zukunft. za tego, czego nie znam. za ciebie i mnie. lubię wznosić toasty. lubię upajać się uśmiechem. własnym mniej. bo mniej się uśmiecham. bo mi kurze łapki na twarzy widać. ale jeszcze chwila. jeszcze moment. i będzie to usprawiedliwione. a może nie będzie?

          • a poza tym dziś mija trzecia rocznica mojego blogowania…

          In point of view minus cztery on 31 październik 2008 at 19:31
          • próba generalna. takie pojęcie. przed premierą. nie przed premierem. przed premierem zawsze jest prezydent. i marszałek sejmu i senatu. a nierzadko i prymas. a najczęściej mikrofon. ja mikrofonów nie lubię, bo ponoć mam pedalski głos. i chód. a do tego chłód. jestem jak tracy strauss. mrożę, a ręce me ciepłe pozostają. nogi wiecznie zimne. ale pośród żywych. przynajmniej wciąż. tak więc prosektorium drogie jeszcze chwila. jeszcze moment. a potem jestem cały twój. no chyba że pójdę na organy. ale pewnie nie, bo kompletnie nie mam słuchu. ale chwila, moment. nasz organista słuchu nie miał, a grał. głosu nie miał a śpiewał. święceń też nie, a kazania prawił. o śpiewie. i wcale nie syrenim…

          • deadline. razy cztery. na dzisiaj przypadły. dziady kalwaryjskie. zmówiły się. czesi i słowacy. gdy się rodziłem jednym byli. dziś jakby ich więcej. i jeden głos w evropskej unie i uno więcej. spryciarze! ale ich rozszyfrowałem. słownie przynajmniej. jeszcze tylko węgierskiego się nauczę i grupa wyszehradzka moja. przy okazji chcieli mnie z balbiną wyswatać. że niby razem do się pasujemy. no pasujemy. ale ja wolę puzzelki z ogonkiem. a ona rozpuszczone włosy nosi. tak czy inaczej moja bląd asistąs to strzał w dziewiątkę. do dziesiątki rzeczowego ogonka jej brakuje…

          • deadline. i ja deadline. choć może już nie. bo dzisiaj uzupełniłem deficyt kalorii. dwa dni postu wszetecznego wystarczy. ostatnio zresztą odkryłem nowy smakołyk. i to za zeta siedemdziesiąt pięć na wyprzedaży w naszym osiedlowym sklepiku. paprykarz szczeciński. to taka namiastka urlopu. niektórzy ostatnio poskarżyli się w strassbourgu, że go paprykarzem żywili. drań policyjny jeden. i bezguście smakowe. bo od paprykarza lepsza jest łyżeczka kawy rozpuszczalnej. ot ostatnie moje odkrycie…

          • pani z inglisza stwierdziła, że uwielbia moje durne poczucie humoru. a co! nie każdemu cruiseliner kojarzy się z celiną dionową. mnie tak. do tego także z naszą panią kierownik, która subtelna niczym królowa śniegu podgrzewa atmosferę współpracy. ale praca czyni wolnym. przynajmniej jeśli chodzi o uwolnienie od czasu wolnego. o panie! uczyń mnie wolnym! i pan uczynił…

          • bląd asistąs dostała premię. całe dwie miesięczne pensje brutto. i to dzięki mnie. bo co jak co, ale ja jestem cholernie zajebistym szefem. za dobre wynagradzam, a za złe nie karzę. lubię ludzi, umiem ich docenić, choć czasem na nich krzyczę. tak więc zażyczyłem sobie od bezpośredniej przełożonej mojego białogłowego kaczęcia, coby pozbawiono jej spraw czystej atmosfery. i tym samym zapewniłem więcej roboty panu, który pode mnie nie podlega. zresztą nawet bym nie chciał. jakoś niespecjalnie mnie kręci cieleśnie. mam siłę przebicia. oj mam. ale wicepierwsi tak już mają…

          • no i pierwszy docenia wicepierwszego. ba! nie tylko werbalnie, ale i materialnie. ale że wicepierwszy jest idealistą lubi docenę tylko pierwszą z dwóch wcześniej wspomnianych. no i gdy pierwszy uznał zasługi wicepierwszego wręczając mu premię w wysokości dwóch średnich krajowych prawie, ten drugi subtelnie odmówił. co więcej nakazał zofiji wycofanie przelewu. bo wicepierwszy woli najpierw widzieć efekty swej pracy, a nie pot i łzy, które jej towarzyszą. i możecie mówić, że wicepierwszy walnięty jest. i rację mieć będziecie. niektórzy walnięci. inni walą. wieczny konflikt między stroną czynną i bierną. w języku branżowym – aktywną i pasywną. ale by to zrozumieć, trzeba mieć mózg. nie wytrysk. ten każdy ma. nie każda…

          • a tak w ogóle to miłych dziadów. i jak najpóźniejszego otrzymania bukietu chryzantem. a wcześniej kalii tudzież anturiów. ja lubię frezje. ale nikomu jeszcze o tym nie mówiłem.  bo i po co…

          In point of view minus cztery on 27 październik 2008 at 19:38

          donald tusek i jarek the duck się spotkali. właśnie mówią o tym w stacji, której nazwy nie mogę wymówić, coby nie narazić się zarządowi partii, która mogłaby wykonać na mnie egzekucję jak na marszałku dornie. w tym momencie wszyscy radośnie machamy vilowi, który uważa żelaznego ludwika za najbardziej erotycznego mężczyznę na świecie. pewnie dlatego mnie zostawił, ale to już kwestia estetyki. ech. pewnie bardziej bym się przejął, gdyby olał mnie dla gosia albo kalisza. choć kalisz to moje alter ego. ale o tym kiedyindziej. tak czy inaczej nie tędy droga sabo! poraz zmienić stację telewizyjną. kiedy odzyskam kompa? kiedy? bo jak na razie muszę słuchać muzyki zarchiwizowanej na płytkach. o dziwo po remoncie nie jest to muzyka najwyższych lotów. raczej taka kurzasta nieco. rolnik kocha swoją kurę!

          ostatnio poczytałem sobie trochę o umieraniu. akuratnie gazeta, której imienia porządny pisowiec nie wypowie, a którą czasem podczytuję, prowadzi akcję umierać godnie. albo jakoś tam. chyba wolałbym godnie niż jakoś tam. właśnie siedzę nad nową wersją mojego testamentu. oczywiście nie zmieni się jedno – czyli kremacja. to podstawa. przynajmniej rodzinka poszaleje za oszczędności na trumnie, a garnitur i buty będzie mogła zbyć w jakimś second handzie. wow! wlaście na tvnie mówi jakiś alex ingram z londynu. mniam. ale znowu odchodzę. znaczy od wątku. w prosektorium najzabawniej jest nad ranem. i z myślą o tym właśnie może warto się odpowiednio przygotować. no ale niestety – ksiądz przestał się odzywać. po tym, jak mu napisałem, że ma się skupić na brewiarzu i kratce w konfesjonale, a nie krzyżyku na klawiaturze nokii. ech. chyba przesadziłem…

          kryzys finansowy się zaznaczył w moim domostwie. akuratnie dzisiaj zapłaciłem rachunki. skandal! w dodatku straszą mnie, że mi gaz odetną. i prąd. jak nie zapłacę zaległych zobowiązań. więc płacę coby mi ręce nie marzły, bo jakby zimne były, toby zastosowanie znaleźć musiały zapisy akapitu wyżej. no i nie lubię się w zimnej wodzie kąpać, bo pewne rzeczy się kurczą. i palce marszczą… a poza tym błysnąłem. i tym razem nie metryką. ale durnym poczuciem humoru. w grodzie kraka, gdzie mój brat bliźniak pod wawelem w jaskini rezyduje. jeden sesemes i ogniem zieje. na gaz. on na gaz. ja na gazie…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg jacek kaczmarski – przyczynek do legendy o św. jerzym

          In point of view minus cztery on 24 październik 2008 at 17:27
          • jörg haider może był gejem, a moze nie był. dziś nie obchodzi mnie to. dziś już nie martwię się tym. był pięknym cieleśnie mężczyzną, z którym jestem w stanie wyobrazić się przy. miał to coś. grrr…
          • ksiądz się nie odczepia. to mnie nawraca. to znowu podrywa. to nazywa bratem. choć trafniej by było siostrą. żąda deklaracji, a na oczywistą oczywistość, że nie mam zamiaru się w kimkolwiek zakochiwać, twierdzi, że nie będę miał na to wpływu, bo to i tak boski plan. pewnie podchodzi do swoich studiów, jak ja podchodziłem. bo gdyby traktował je serio, to już w pięcioksiągu zorientowałby się, że pan be dał ludziom wolną wolę…
          • z bląd asistąs bywałem na południu. ba! nawet czekoladę z zachodu dostała. coby nie myślała, że jej szefo jak hobbit. największa sknera, centuś i skąpiec świata. harpagon się kryje. no i mam lentilky!
          • odwiedziłem tomasza. nie. nie doktorka. tylko mojego fryzjera. i wyglądam jak pedał z coconu. straszne. chciałem, by tylko mnie przyciął. a on mnie obrzezał. no nic. odrosną. napletek miałby problem. chociaż szczerze mówiąc, nie miałbym pewnie nic przeciw.
          • po raz kolejny dowiedziałem się od pierdoły roku (lat tyle ile ulubiona pozycja większości tutaj czytających), że gadam pierdoły. durna łysina! nie gadałem o nim tylko o finansach. no ale jak każdy spekulant (w jego oświadczeniu oszczędności w złociszczach to zaledwie dwieście i trzy zera) świruje na myśl o kryzysie finansowych na światowych rynkach. specjalnie powiedziałem zofiji coby kreowała księgi, żeby stary wrzód się wkurzył. a co!
          • uczę się słowackiego. zaujmy, priestory, podminky i inne uzemni plany nie robią już na mnie żadnego wrażenia. w końcu to ja dogadałem się z belgiem, choć nie znam belgijskiego. umówiłem się na juniusza z węgrem. i to przez telefon. w dodatku gadając mową czechowa, choć wcale jej nie znam. inna inność, że czechowy język podobny do slovensztiny. ale chyba inaczej się tworzy przymiotnik od rzeczownika czeski. moje językowe zdolności są całkiem całkiem. i tu zgadzam się totalnie – choć mało skromnie – z vilem, że umiem nim cuda wyprawiać…
          • moja sis zakochała się w prisonerze. i bynajmniej nie w scofieldzie. zresztą chyba wyśmiałbym ją, że ma aż tak beznadziejny gust. ja tam bardziej przepadałem za veronicą. którą chyba poćwiartowali. patrząc na trzeci sezon, miałbym ochotę zrobić to w auto dafe. a co? płonące kostki lodu… to byłoby coś!
          • miałem być dzisiaj na koncercie w sali koncertowej akademiji muzycznej w śląskiej stolicy. niestety zaproszenie było dla dwóch osób. a jakoś jeszcze się nie rozdwoiłem. a może tak. zauważyli państwo pewnie nową formę? [tu słychać ajronik laf piszącego]
          • a na koniec pewnie błogosławieństwo. chociaż nie! takowe tylko na początek. dostaję od dwóch tygodni punkt szósta jedenaście. może kiedyś okaże się ta kombinacja liczb punktem wyjścia dla lostów dwa.
          • nie chce mi się dalej płodzić. wychodzą same dałny. ech…

          In point of view minus cztery on 18 październik 2008 at 20:50

          es o szóstej nad ranem w sobotę to lekka paranoja. ten, kto je wysyła, powinien znajdować się pod szczególną ochroną. i w rzeczy samej jest. same zastępy aniołów się pewnie za nim wstawią, gdybym chciał mu zrobić krzywdę. tak więc odstąpię niczym tusek przed prezydentem w brukseli. nie będę się narażał płonącym mieczom archanielskim i perspektywom spędzenia wieczności w smolistym kociołku. ale do rzeczy – napisał mi rano mój prywatny przyszły spowiednik. czyli the priest. niestety nie ten od antonii byrd, ale jednak. i jak jeszcze dodał – tuż przed mszą. krajste. zapłacę za to. ale mimo wszystko coraz bardziej mnie korci, by sprawdzić jego karty. i odkryć cóż to za blek dżek się za nimi kryje. spłonę za to. jeśli nie w piekle, to na stosie. benedetto mi tego nie podaruje. chyba że to pastor. znaczy mój ksiądz – nie benedetto. a to już inna inność…

          jeszcze na moment o jörgu heiderze. właśnie się okazało, że na parę godzin przed wypadkiem ten nacjonalista zabawiał się z jakimś młodzieńcem w pedał-budzie. no i co? mimo że nie jestem jakimś nekrofilem, to chętnie bym się takiemu pięćdziesięciolatkowi w ramion oddał. niesamowity zeń aryjczyk. te oczy. ta szczęka. to ciało. no ludzie. nie jeden dwudziestolatek nie dorasta mu do pięt. a że ja jako prawicowiem generalnie w pewnych punktach podzielam jego zdanie, to jest mi tym bardziej z nim po drodze. ofkors mój semityzm kłóci się z jego antysemityzmem, ale orientacyjnie jestem cały z nim. ech…

          komp mi się skończył. siedzę więc przy służbowym lapitopi, na którym zamiast pisać kolejne projekty do evropskej unie, siedzę i monitor sprajuje. bo komara na nim akuratnie zamordowałem. z ciepłą krwią. bo zimnej nie miał. ale ja go zabiłem. z zimną krwią. choć ciepłą. bo wciąż żyję. mimo że akapit wyżej na nekrofila wyszedłem. mrrau.

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg przysieczanki – przy piecu stoła

          In point of view minus cztery on 13 październik 2008 at 11:07

          przez parę dni notorycznie popełniałem przestępstwo przeciw bezpieczeństwu w ruchu drogowym. a mianowicie prowadziłem pojazd bez dokumentu, któryby mnie do tego uprawniał. no bo na ciągnik ponoć trza mieć jakiś osobny dokument i prawko typu be nie jest tutaj wystarczające. tak więc jeździłem po dziedzinie zetorem marki vec-tra-ctor. tak przynajmniej można było określić mojego opla, gdy w drodze do lasu odpadł mi tłumik. natychmiast skręciłem do mechanika, coby mnie podwiązał niczym dojrzewającą gwiazdę hollywoodu, mając nadzieję na romans typu ally mcbeal z pierwszego odcinka czwartego sezonu, w którym puściła się z pracownikiem myjni. niestety pan mechanik okazał się równie atrakcyjny, jak ja pięćdziesiąt kilo temu. ale za to miły, przyjazny i uczynny. również jak ja pół kwintala wstecz. tak czy inaczej zrobił mi druta. znaczy na tłumiku. przymocował go taką metalową linką. o! teraz będzie już bez żadnych wątpliwości. no i mogłem udać się na umówione wcześniej spotkanie w rzeczonym lesie. no i w tym miejscu muszę cię droga czytelniczko lub czytelniku przystojny kolejny raz rozczarować – w lesie również nie było zadnego barabara i borubara, a nawet wodnika o imieniu barbara (no właśnie! z jakiej to bajki, he?), a jedynie sadzenie lasu. nie ma jak udzielanie się w ekologicznych organizcjach i stowarzyszeniach!

          inauguracja roku akademickiego tegorocznego już za mną. jestem znowu studentem. mam indeks i swoją ławkę. i koleżanki. o zgrozo! w grupie same kobity. a już oczyma wyobraźni widziałem się w objęciach jakiegoś przystojnego studenta, a tu mam panią marię z ośrodka pomocy społecznej, której jest więcej niż mojej byłej wice-głównej-księgowej. a do tego ambitna jak julia pitera. chce wszystko o wszystkim wiedzieć i wypowiada się na każdy temat, na jaki tylko jej pozwolą… tak więc z uczelnianego romansu nici. czyli ani mechanik mi niepisany, ani student. no nic – trzeba się starać gdzieindziej. więc temu mnie na inglisza wzięło. i od razu rzucili mnie do grupy, która przygotowuje się do certyfikatu. masakra! ale tam przynajmniej jest wesoło. powiedziałbym, że prawie równie wesoło jak na uniwerystecie ekonomicznym, który zachciało mi się zaliczyć (w domyśle studenta rzeczonej uczelni!). bo oto mam również żeńską grupę. w tym tancerkę rumby, sobowtóra alicji janosz i nauczycielkę rosjankę. czyli w niebiesiach wyraźnie mi zapisali, że przez taką aktywność na żadne miłosne uniesienia liczyć nie mogę. czyli co? mam się do róż różańcowych zapisać? auć!

          róże…? właśnie. w tym oto jest klucz. bo pewnego wieczora siedzę sobie spokojnie w domu (ba! nawet po trzeźwemu to było, więc pamiętam!), rozmawiając ze swoją sis o jej romansie z pensjonariuszem zakładu penitencjarnego. i nagle dostaję esa z jakiegoś nieidentyfikowalnego numeru, w którym ktoś śle mi pozdrowienia. jak się okazuje po dwudziestu siedmiu wymienionych wzajemnie mesydżach – to również beneficjent podobnego zamkniętego systemu kształcenia – tyle tylko, że nie typu z okolic rakowieckiej w warszawie, a raczej krakoffskiej franciszkańskiej. tak o to od blisko tygodnia romansuję smsowo z księdzem. który niby wydębił mój numer od jakichś naszych wspólnych znajomych… śledztwo trwa! potem będzie tylko egzekucja. tak więc nastąpi sprzężenie zwrotne. tyle tylko, że kraty konfesjonału zamienię na te w oknach. szczególnie za esa o szóstej jedenaście z błogosławieństwem! bosko. w przenośni i dosłownie…

          a na zakończenie smutna wieść. w wypadku zginął jeden z najprzystojniejszych i chyba najbardziej męskich moim zdaniem polityków europejskich – jörg haider. abstrahując od jego politycznych opinii i przekonań, które czasem były nader dalekie od moich, miał gość w sobie to coś! kropka. zwyczajnie po ludzki mi szaro. a nie brunatnie! coby nie było…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg krystyna tkacz – w prosektorium najweselej jest nad ranem

          In point of view minus cztery on 3 październik 2008 at 18:57

          jasny gwint. będzie picie. bo kicham. jakbym był chory. ale tylko na umyśle jestem, więc się nie liczy. tak jak panowie nie liczą swoich panów. choć nad panów ostatnio mam panie. i to jakie! które piją więcej niż ja. ostatnio tak się ściąłem z dwiema mężatkami na szkoleniu, że aż iskry leciały. pani zerówka i matka dwójki dzieci ostro trzymały mi kroku. cztery piwa plus żołądkowa plus piwo. i już prawie mnie miały. szczególnie jedna, która usilnie próbowała mnie zeswatać z dziouchą taką jedną, którą swoją drogą uwielbiam. ale również uwielbiam cpb – niemniej jednak nigdy nie wyobrażałem się na tronie następcy króla anglii i takich tam… tak czy inaczej walk był zacięta. niestety ja nie dotrzymałem kroku już tymże przedstawicielkom płci prawie pięknej. jako że niespecjalnie miałem ochotę na poranną aspirynę (choć one się upierały wszetecznie). wystarczyło hadwao. ale i ja prawie jak nowo narodzon byłem. ba! nawet popiołów nie potrzebowałem. choć dajamond by się przydał. ale to prawdziwy przyjaciel pań. a ja pań bez kreseczki nad en. choć z kreseczką kajindziej. ale cii. ten blog jest dla niepełnolatków dopuszczon. tak czy inaczej uwielbiam szkolenia z noclegiem. kobiety, piwo i śpiew. i alkohol. choćby za sto zeta za pół litra. zdziercy z krainy szuwarka! albo kanarka. bo i taki był. dodatkowo mój imiennik. er kanarek. o du liebe mutter des gottes…

          pomniki przyrody to ważna rzecz. ale i smutna. szczególnie, gdy fruwają po dziedzinie niesione trąbą powietrzną. nawet szef sztabu im rady nie da. bo akuratnie na urlopie siedzi. pewnie w bujanym fotelu, bo mimo że wieku emerytalnego nie osiąga, to wygląda jakby znał od przedszkola co najmiej miećkę świętej pamięci ćwiklińską. uwielbiam tę babę. szczególnie gdy pani minister tańczy. a jak tańczy to tylko w warszawie. bo w warszawie się tańczy. albo interesy robi. jak nasi szkoleniowcy z kanarkiem włącznie. ot taki mały najazd stolców – tfu! stołeczników… – na nasz śląski ciemnogród. nie lubią mnie panowie stamtąd. szczególnie dyrektor do spraw administracyjnych. choć u nas na śląsku takowy się sekretarkiem zwie. ale tam wszystko musi być takie skomplikowane jak związek jarka i szczypińskiej. shit! ajsi! ci ty qwa z dżolantą wspólnego masz? chociaż chwała ci, że z tą, a nie z tą od tego drugiego jarka z panny z wilka. bosh. jak ja uwielbiam warszawę. szkoda, że mój ojciec syrenkę w obroty wziął. mi na chwilę obecną tylko nike zostały. niestety flaszka za stówę skreśliła całkowicie zakupy w markowych sklepach. znaczy sklepach z towarami ze znaczkiem er w kółeczku. w markowym świecie to ja byłem lata temu. no może miesiące. ale i tak wspominam z goopim uśmieszkiemi…

          zaczynam się kształcić. i to wszechstronnie. najpierw szkolenie w stawie po czesku. potem inglisz z kobietami i jednym kolesiem, który przyszedł na zajęcia z kobietą (shit happens!), a za tydzień krakoff. erciu ty patafianie. odmładzasz się indexem zamiast botoxem. a indexy spadają ostatnio. na przykład taki dałn dżons. znaczy dow jones. ja totally political corectness uprawiam. częściej niż sex ofkors! choć na szkoleniu noc spędzałem w pokoju z panem z gminy wiejskiej o imieniu wieś. znaczy on był wieś, choć jego gmina też wieś. więc skradam się po cichu na palcach jak prima balerona di rzeźnia coby go nie zbudzić. idę pod prysznić, a potem raz dwa do łoża. i już prawie mam zasnąć snem niespokojnym, oddając się morfeuszowi od kazej strony i otworu… a tu nagle cyk. światło on. znaczy nie on w sensie on lub he. tylko on w senie cyk. ktoś wszedł do pokoju. jakiś pan. już oczyma wyobraźni (po pół litra za stówę) wyobrażam sobie się w jego ramionach… a ta doopa przyszła tu dla dupy. kupę zrobić. skorzystała z papieru toaletowego (w ubikejszyn ofkors…) i poszła precz. jak moja młodość. ale tak czy inaczej najcudniejszą wsią na świecie jest porąbka…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg tola mankiewiczówna – reformy pani minister

          In point of view minus cztery on 28 wrzesień 2008 at 16:06

          czytałem sobie właśnie na stronach die welt o cesarzu wilhelmie drugim i natrafiłem na genialne zdanie – jak powszechnie wiadomo młodość to jedyny błąd, który naprawia się sam z siebie. coś w tym jest. nie będę streszczał artykułu, bo to nie temu tu piszę, a skupię się li tylko na zacytowanej przeze mnie właśnie mądrości, która trafiła mnie prosto w międzyocze. auć! mój garbaty nos! choć lepiej tak niż w międzykrocze. bo konik garbusek by tego mógł nie znieść… takie durne pierdoły dzisiaj mi na klawiaturę przychodzą. to chyba temu, że krew jeszcze nie odparowała nadmiaru procentualiów, które się w jej obieg dostały w minione dni. na pierwszy plan poszedł dzieciak młodszy, który wypił tyle co ja i się pochorował. a ja nawet najmniejszego bólu głowy nie poczułem. ale jak mówi niemieckie przysłowie – übung macht den meister. więc ja jestem jakby titanic. a jedyną mi górą lodową wątroba. swoją drogą w sphinksie całkiem niezłą podają…

          oprócz tego, że jestem alkoholikiem, całkiem fajna ze mnie… no nie. doopa nie. kiedyś tak. dziś to raczej doopsko wszeteczne. kura domowa ze mnie całkiem całkiem. sam piorę, sam sprzątam, sam maluję (ściany – coby nie było, że się!), sam piorę… no z tym ostatnim to nie tak do końca, bo pralka pierze. ale ja ją załączam. ostatnio przekonałem się, że moje spinki do mankietów za pół setki są wodoodporne. bo nic a nic się w pralce nie zmarnowały. tylko już wiem, że łazienkowych dywaniczków (rocznik 1998) nie można prać z koszulami, bo podkładka gumiasta po 10 latach używania zaczyna się kruszyć i przyczepiać się do pobocznego prania. skandal! a potem trzeba trzepać. pranie strzepywać przed powieszeniem ofkors. coby nie było, zboczeńcy!

          a przede mną szkolenie. w śląskich tworkach. czyli rybniku. bosko! może mnie tam zatrzymają na dłużej. chociaż lepiej może nie. lekarze jakoś ostatnio wzbudzają moją rezerwę. znaczy u mnie. ale gramatycznie niech nawet tak będzie. ostatnio mi się oberwało za ściąganie okularów, kiedy to ponoć się je zdejmuje. przyjąłem do wiadomości i słownika wyrazów własnych. teraz zdejmuję okulary. ściągam soczewki. chyba że znowu ktoś mi uwagę zwróci. wtedy zwrócę. honor znaczy. nic innego. rzadko zwracam. bo jak już wyżej nadmieniłem – ćwiczenie czyni masterem. tfu mistrzem. slejwów też nie mam. znaczy mam jednego twardego. to jest dysk twardy mam. jeden master – drugi niewolnik. a na niewolniku sporo tego tamtego… nawet kiedyś pogrzeba papieża miałem, ale mój kochany eks uznał, że się nie godzi czegoś takiego razem z brzydkimi filmami, w których bohaterowie polsatowskich show grają, trzymać i mi na bezczelnego to skasował. ale to cały on! ja bym filmy dla dorosłych gejuff wywalił – on wywalił pożegnanie dżejpitu. i w tym miejscu wszyscy ślemy buziaczki viljarowi!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg jim sturgess – girl

          In point of view minus cztery on 24 wrzesień 2008 at 17:58

          tralala, tralala mam dobry humor. bo jesień. bo deszczyk. bo zimno. bo nijak. a ja lubie rodzaj nijaki. nie, nie, nie! nie jestem pedofilem. co to to nie. po prostu nijaki jestem ja. a że mam totalnie wielki poziom samoakceptacji to temu. seksualnie wolę rodzaj męski. a w niemieckim żeński, bo najłatwiejszą deklinację. no i intuicyjnie wyczuwam, że akurat należy się rodzajnik die. die. die. nie. o umieraniu nie będzie. ani o księżnej, co dokonała żywota w podparyskim tunelu. choć hipkowa mama nagrała sobie pogrzeb i oglądała każdej soboty. aż się hipkowi nie przyśniło, coby nagrać jakąś różową landrynkę na wideo. i jakie było zdziffko hipkowej madre, gdy zamiast księżnej na katafalku zobaczyła skąpo ubraną słit dajanę na leżance. chwała panu w niebiesiech, że nie przypadło to odkrycie na święta wielkanocne, bo by się mogła zdziwić z lekka. tak czy inaczej hipcio miał pozamiatane, jak wtedy gdy spreparowałem mu wezwanie do oddania trzech pornoli w wypożyczalni cztery cztery. oj biedny był przeze mnie. zresztą nie on pierwszy – w połowie lat 90tych (tylko bez goopkowatych uśmieszków droga młodzieży) zadzwoniłem z automatu na monety i oznajmiłem mamie rudego – jako wiesia-wuefistka ofkors (znowu proszę się nie śmiać – to było przed mutacją, więc byłem wiarygodny) – że nie umie kopyrtków (znaczy przewrotów) w przód i w tył. biedak. dwie godziny musiał ćwiczyć na strychu. a to ja, a nie on, byłem wuefową dupą. i wcale nie chodziło o to, że panowie w szatni lookali na moje kształty. oj na pewno nie…

          moja sis doprowadziła do skazania swojego byłego mężczyzny. za alimenty. a raczej za brak konsekwencji w ich płaceniu. czyli zrobiła go jak jarek dorna ludwika. ale to inna inność. jeśli nie oczywista oczywistość ofkors… niby ma rozłożone na raty dwa i pół koła, ale jeśli nie uda mu się ich spłacić w ciągu dwóch kolejnych lat, to pójdzie siedzieć. i oto jest przewaga ich heteryków nad nami pedałami. jakże ja chętnie bym oskarżył jednego z drugim za zmarnowane lata, miesiące, tygodnie i dni. ale pewnie oni w życiu by mnie nie wypłacili, bo więzienie to byłby dla nich raj. tyle męskich ciał i jeden prysznić. no i mydło. ale pewnie zasponsorowałbym rzeczonemu zakładowi karnemu system mydłowania w płynie. bo przeca nie w żelu – goopi nie jestem… chociaż mówi się chyba mydlenia. ale oczu. w tej grze byłem pasywny, oj… o, mieczysława ćwiklińska się odezwała. miło czasem usłyszeć jakiś głos zza światów. tralala, tralala…

          w tym tygodniu wożę panią dejzi. no może nie dejzi. i może nie panią. ale pana de. znaczy mojego siostrzeńca do zerówki. to chyba najmądrzejszy pasażer mojego samochodu, który lada miesiąć odejdzie w zapomnienie. ale o tym kiedy indziej. tak więc od poniedziałku toczymy sobie dyskusje na temat nindż wszelakiej maści, lordów vaderów, pałer rejndżersów (cokolwiek by to nie było) i porannego wstawania. obaj bowiem z misterem di nienawidzimy porannego wstawania i krzywdzimy werbalnie każdego przypadkowo spotkanego człowieka. to nas łączy. inna inność, że nieco wykorzystuję małego do swych niecnych celów. i jak już wyżej zaznaczyłem – żadnych treści, za które mogliby mnie wsadzić do więzienia, w którym znając moje szczęście ktoś już by zasponsorował system mydłowania w płynie. po prostu to kilka chwil co drugi tydzień, gdy mogę pomyśleć o sobie jako o w pewnym rodzaju ojcu. miłe uczucie… jesień roztkliwia. nienawidzę jesieni! tralala, tralala…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg jace everett – bad things

          In point of view minus cztery on 19 wrzesień 2008 at 22:24

          …a mjuzik sobie gra. jak gdyby nigdy nic. raz głośniej, innym razem jeszcze głośniej, a innym innym razem bardzo głośno. że lubię głośne granie? a w życiu. po prostu głuchnę z biegiem lat, z biegiem dni, z biegiem rzek. a skrzynia biegów coraz mniejsza. jakbym chciał wrzucić na szósty bieg. że niby wstecz? ba! właśnie. cofnąć się w tył. że niby cofać się tylko w tył można? ano tak. ale głośnym głosem też można krzyknąć. o radości, iskro bogów! czyżbym był słyszalny? czy jak może świętej pamięci marek gajewski li tylko migam w prawym dolnym rogu raz po raz używając rok i ruszając ustami niczym rybka zwana wandą, która niemca nie chciała… ja bym tam za niemca chętnie poszedł. nie dość, że wolę dojcz niż francyzisz, to na dodatek sauerkraut ostatnio z sauergurkami sobie śniadam. że na obiad to inna inność, ale pierwszy posiłek to właśnie brekfest. tylko bed mi brakuje…

          a jutro richtung niegdysiejsza stolica polski. krakau stadt. hobbita pora odwiedzić, bo się stęsknił. ciekawe czy za mną, czy za wałówką, którą mu zawiozę od jego parentsów. a może za cedeczkami, na których zapisał filmy dla dorosłych gejuff, których niestety nie obejrzałem, bo szkoda mi czasu było. no ale coby mu przykro nie było, opowiem zakończenie. się działo. jak w górze dantego. ajaj! tak więc odwiedzę rynek, adasia, kwiaciarki, które mi się będą po raz kolejny dziwnie przyglądać, gdy będę się do nich goopkowato uśmiechać. rozczulają mnie kobiety za ladą. od młodzieńczych lat, kiedy to w polskiej tefau królowały południowosąsiedzkie seriale. inna inność, że jak wchodzę do swojego osiedlowego spożywczaka, gdzie zamiast obuwia ziemniaki sprzedają, wszystkie panie kłaniają mi się niczym przed chińskim ceszarzem. ba! niczym przed mao, którym lada dzień będę. dla ciekawskich polecam poiś. ale wracając do sedna – właściwie se do dna – to najgłębiej szczerze wita mnie pani z monopolowego. kochana! pewnie temu najwięcej pensji u niej pozostawiam…

          naprawiłem kompa. poczułem się jak gwiazda heteryckiego pornosa, który za jednych wytryskiem zaliczył co najmniej trzy panny. znaczy takie panny z nich jak ze mnie koziorożec, choć powszechnie wiadomo żem ryba. tudzież koza dla sinologów. tak czy owak zawsze nowak. gdyby mnie madre za panny miała, miałbym tak na nazwisko. ale urodziłem się w związku małżeńskim bogu i cesarzowi zawierzonemu, co spowodowało żem tak czy owak z last nejm nieco inaczej, choć alfabetycznie tuż obok. i znowu zboczyłem. ze ścieżki wypowiedzi – nie spowiedzi. choć lata już nie bywałem. bosh. niech mnie ktoś walnie, bo błądzę bo klawiaturze. inna inność, że błądzić to ludzka rzecz. ale wracając z manowców naprawiłem kompa. wystarczyło zainstalować na nju sterowniki karty graficznej i już mogę fikać po bezecennych portalach de pedales. osz ja niedobry i grzeszny! gdzie moja włośnica? gdzie mapa z drogą do canossy? gdzie empeczy z muzyką ewy sonnet i rihanny? cierp ciało, skoro duszy się zachciało. lajf… bez serc, bez ducha! bez skrzydeł. faceci – my mamy przesrane. kobiety mają. przynajmniej raz w miesiącu… a my? ostatnio za sobieskiego. ygh. choć swoją drogą ostatnio udało mi się go wspólnie z dżekiem zdetronizować. coby go czeluście pochłonęły. a przynajmniej trzewia!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg janusz radek – kiedy umrę kochanie

          In point of view minus cztery on 17 wrzesień 2008 at 10:43

          pada deszcz, pada deszcz, dzwonią dzwonki sań. bo po deszczu będzie mróz, a po mrozie spadnie śnieg. a potem przez pół roku wypatruj głupcze pierwiosnków. drażni mnie ta pogoda. miałem zaplanowany na listopad wakacyjny urlop, ale chyba mi przyjdzie znicza latu zapalić. czuję, że powoli dostaję zimowej depresji i staję się drażliwy, jak moja sis w trakcie okresu. ale chwila! moment! przeca ona nie ma okresu. bo jak się okazało na ostatniej rodzinnej imprezie, w której ofkors nie uczestniczyliśmy, jest w ciąży. i skandal na całą familiadę. bo oto samotna matka dwójki dzieci z różną krzyżówką grup krwi spodziewa się kolejnego dziecka. wszak moja sis dba o zróżnicowanie ludzkiego łańcucha deena… no i mojej brzydszej połówce rodzeństwa puściły nerwy i wykonała telefon do wujka, którego nie widziałem ładnych parę lat, i z góry na dół opieprzyła łysego tadka, coby durnot ciotce dorotce i innym pięknym umysłom w osiemdzięsięcioletnich ciałach nie wciskał, skoro zofiji już nie może…

          to tyle jeśli chodzi o ploty rodzinne. teraz akapit poświęcony sprawom zawodowym. dostałem wczoraj służbowy telefon. wypasiona nokia ileś tam. powinienem jak prawdziwy tfurca pedalskiego bloga rozczulać się nad pojemnością karty, ilością kolorów, dzwonkami i prędkością łącza. no i nad tym, że faktury nie będą obciążać mojego portfela lub portmonetki – w zależności od stopnia skrzywienia nadgarstka ofkors. niestety ja tylko płaczę. razem z deszczem, który zapowiada jesień, która chciała jabłku grać. niestety za dużo słów który. a ja nie lubię się powtarzać. stąd pewnie księżniczka nie mogła mnie uwieść parę tygodni temu. biedna! ale wracając do tematu – można by sparafrazować inną pieśń, wedle której (!) ta, co pasała wołki na bukowinie je potraciła – i szlocha, i płacze, czy ja moją wolność straconą zobaczę. smycz już mam. teraz pora rozejrzeć się za jakimś kagańcem. bo jak zadzwonią do mnie w weekend, że mam niby pańszczyznę odbębniać, to zaprawdę powiadam wam – zamorduję. wołki… tak więc jestem teraz gej gadżeciarz pełną gębą. właściwie ręką. trzy komórki – czarna prywatna nokia z ery, pedalska nokia w odcieniu pomarańczy i srebrna służbowa nokia z plusa. teraz tylko za jakąś taką zwykłą szarą trzeba byłoby się rozejrzeć…

          ale ja to mogę sobie co najwyżej pogadać. tyle odnośnie trzeciej sfery mego życia – miłosnych podbojów na wszelkiego rodzaju portalach randkowych dla kochających od tyłu. inna inność, że nic mnie chyba tak nie denerwuje, jak gadanie przez telefon o pierdołach. wolę w cztery oczy. niemniej z uwagi na brak czasu ostatniemi czasami (znów powtórzenie), pozostało mi drastyczne ograniczenie interakcji międzyludzkich na wszelkich poziomach. tak więc znalazłem inny portal – dla singli. singiel zmotoryzowany, singiel szykownie (pracuję na wsi, więc mogę tak mówić!) ubrany, singiel w podróży, singiel w kuchni, singiel w przedpokoju, singiel w windzie, singiel na polu (mieszkam na południu, więc dwory pozostawiamy szlachcie). bo dzisiaj modnie być singlem. zresztą, co to za pedał, na którego mówiłoby się stary kawaler. zresztą nie lubię słowa stary. wolę – dojrzały!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg moja muza

          In point of view minus cztery on 11 wrzesień 2008 at 19:50

          nie ma już boga. znaczy jest, ale w watykanie pozbawili go imienia. jahwe ma odejść w zapomnienie i nieużywanie. choć to chyba nieco zgodne z moimi zapatrywaniami, bo jako semita już dawno w piśmie wyczytałem, że nie będziesz brał imienia pana boga swego na daremno. i nie chodzi tu o wzywania świętych, błogosławionych i innych dewocjonaliów. generalnie jestem chodzącą (czasem lekko zataczającą się) tolerancją. nie drażni mnie cudze wyznanie. drażni mnie moje. że jest z lekka płytkie, niepozbierane i w sumie nie wiadomo jakie. nie umiałbym się chyba w chwili obecnej opowiedzieć, na jaki kościół miałbym płacić swój podatek. w rzymsko-katolickim drażni mnie otoczka. w ewangelicko-augsburskim brak tolerancji (sic!), a u świadków jehowy brak kaszanki. i bądź tu mądry mister warrior. jak trwoga to do Boga. ale Adonai jest wszędzie. nie tylko w kościele. czasem myślę sobie, że tam go właśnie nie ma…

          że jestem heterykiem w pedalskiej obślizgłej skórze, wiem od lat. delikatnie mówiąc ofkors. potwierdza się stara prawda, że umiem sobie zjednać każdą kobietę. w szczególności te starsze. bo trafiam w bruzdy między ich zmarszczkami. jestem jak richard fish – tyle że łechtam ich zwisy mentalnie. i co mi z tego? nic jak tylko kłopoty. bo dzień bez nowego wroga jest dniem straconym. to moja nowa filozofia. dziś pan prokurator, którego wyprowadziłem z równowagi. i to czym? moim spokojem i rzeczowością. że ja spokojny i rzeczowy? nie ma jak udawanie kogoś innego niż się jest. ale to już nasza pedalska spesjalite de la mezą…

          po raz kolejny potwierdziło się, że mam najlepszego szefa pod słońcem. tym razem to zdanie mojej sis, która podczas wiejskich uroczystości dostała od pierwszego przypadkiem butelczynę pana tadeusza. choć jak sobie tak dodam dwa i dwa, to chyba pieprzę trzy po trzy. bo to ona dostała, a nie ja. więc subiektywnie rzecz biorąc, mam najokropniejszego szefa na świecie. bo daje alkohol mojej siostrze abstynentce, której prawie nie zna, a mnie alkoholikowi, który pisze mu te durne przemówienia już szósty rok, za nic nie wynagradza. jedyne procenty, jakie dostaję, to zasiłek funkcyjny. znaczy dodatek. ale to i tak zasiłek. na waciki! tak więc tytułem odwetu zwiałem dziś godzinę wcześniej z pracy. a co! miałem kilka załatwień w banku, gdzie zamiast szybko i sprawnie mnie obsłużyć, zaproponowano kartę kredytową, smsowe powiadomienia o saldzie i limit w rachunku na dwadzieścia tysięcy. powariowali! chociaż biorąc pod uwagę mój ejdż, mógłbym zrobić psikusa moim spadkobiercom…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg kendall payne – i will show you love

          In point of view minus cztery on 10 wrzesień 2008 at 19:25

          gdzie są przyjaciele moi? tuż obok. zawsze wyciągną do mnie swą dłoń. ot na przykład moja boska sis. na imieniny from her dostałem dwie flaszki. od maryśki szefowej czterech szkół również. i od wiejskiej nawet. znaczy ona wie, że grozi mi alkoholizm, więc mi sennik dała. bo jak każdy pijak mam zwidy. niech więc jako żem inteligentny wiem, o czym te wizje są. a przynajmniej co znaczą. ofkors od cioci be dostałem życzenia pobożnej żony. kochana jest! naprawdę. w sumie miło mieć imieniny. a jeszcze milej gdy pamiętają o nich chrzestna, siostra, wiejska plus maria the principal. dwie baśki i dwie maryśki. bo moja siostra maryśka. przynajnmniej dziadek ją tak nazywał. ja zwę ją moją kochaną sis. w sumie podobni jesteśmy. ona trochę brzydsza. ale kobiety po urodzeniu dzieci tak już mają…

          stoczyłem bitwę z moherową naczelniczką. na mejle. aż stwierdziła, że pierwszy powinien się zastanowić, czy powinienem być wicepierwszym. sam wiem, że nie powinienem, ale że jestem koniunkturalistą, to jestem. i powinienem. inna inność, że oberwiejska dżdż utwierdza mnie w mojej strategii wojennej. swoją drogą dżdż to taka druga kalamala. uwielbiam ją. bosh! gdybym był hetero, miałbym kolejną kandydatkę do ręki. a tak? doopa zbita, a nie przeleciana! to straszne… uwielbiam ją! szczególnie obgadywać cały selfgovernmental łerld na naszej prowincji, gdzie psy doopami nawet nie szczekają… w sumie zaproponowałem nawet jej własne nasienie, ale ona upiera się na drodze przez bramy hadesu. prędzej dam się pożreć jakiemuś cerberowi niźli je przekroczę…

          w sobotę znowu łerk. staję się jak była wicepierwsza, a obecna wicewicepierwsza. pracoholik. alkoholik brzmi ładniej. tak kosmopolityczniej. a tym samym gejoffskiej. więc kolejny wochenende siedzę w pracy. tym razem na zawodach robinhoodzkich. a co! ja się jest na świeczniku, to musi się godzić na knot-lajf. knot & knete. kto zna dojcz, wie! ech… inna inność, że takie lajf to cud miód i malina… a moje to już w ogóle! cherry lajf. ale coby nie wpisywać się w życie lindy gray z dallas (pierwsza alkoholiczka, jaką kojarzę z serialu – nawet wcześniej niż januszek, co po swojej matce za pośrednictwem łóżka skakał w balladzie niejakiej), to powiem, że mam parę… dziesiąt dni urlopu. i szukam kogoś na wyprawę w ciepłe kraje… ktoś chętny??

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg vitas – ciało

          In point of view minus cztery on 4 wrzesień 2008 at 20:08

          jakże cudowny dzień! niech mnie kule biją. wystarczyło tylko zapomnieć komórki, bym mógł spokojnie przeżyć dzisiejszą kartkę z kalendarza. choć po nocy lekko zmasakrowany ciężko było. nienawidzę komarów. mógłbym wystrzelać je, jak james mcavoy muchy w ściganych. znaczy krzywdy bym im nie zrobił. ale te durne skrzydełka raz na zawsze oddzielił od wątłych odwłoków. wredne potwory pozbawiły mnie dziś godziny snu, dzięki czemu miałem okazję zapoznać się z kolejnym odcinkiem mns oraz być świadkiem nowej oprawy graficznej kawy czy herbaty. a mamrota u mnie nie ma. bu! porządnieję na stare lata mr. er… tak czy inaczej cudowny dzień dobiegł końca. choć cudowna jest ponoć woda z lichenia. tyle tylko, że tam żadnej wody nie ma. chyba. ale nie znam się…

          wiejska odeszła od męża. przynajmniej tak jeszcze twierdziła przedwczoraj i wczoraj. najpierw wysłał jej esemesy, że wraca do stolicy, ale i tak rozbije się na pierwszym skrzyżowaniu. potem kazał, coby przekazała jego rzeczy na peceka. w końcu zmienił zamki w drzwiach i zagroził że jego rodzina zniszczy jej rodzinę. w rezultacie przeszukał jej rzeczy i oskarżył o oszustwo w zakresie zarobków i zaciągniętych kredytów. zapomniał baran, że mają rozdzielność. no nic… zobaczymy, jak się potoczy ichniejsza ta historia. na razie cud miód i malina. nie wiem, co barbarella przeskrobała w poprzednim życiu, że tak jest obecnie doświadczana przez absolut… pewnikiem musiała być co najmniej ewą braun…

          a ja w kołowrotku jak śpiewała anna maryja jot, co ponoć shazzie chórki kiedyś robiła, jak się dowiedziałem rankiem na tvn style. work, work, work. mamy wiejskie święto. wieńce, korowody, farorz i przytupy lokalnej kapeli. tu powinien padać krzyk, jaki wydawała kędyś tam anne heche w ally mcbeal, ale nie za bardzo umiem to wyrazić słowem pisanym. wyobraźta tam sobie mnie w kamizelce z czerwonymi kućkami i w skórzanych butach, hej! tak czy inaczej weekend z głowy. w rytmie do cieszyna sypana dróżeczka i takich tam. plus w promocji wiejskie występy gwiazd z katalogu za cztery tysiące zeta. ponoć paschalska bierze koło pięciu, więc z góry bóg zapłać za kondolencje. poza tym w odebranym co dopiero paszporcie ostatni ciąg cyfr to 13. to musi coś znaczyć… uwielbiam liczby nieparzyste. takie małe zboczenie a la hrabia z ulicy sezamkowej.

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg annie lennox – walking on the broken glas

          In point of view minus cztery on 30 sierpień 2008 at 19:46

          mamma mia! zielona pietruszka. chociaż może lepiej ryba po grecku. z meryl streep i dżejmsem bondem na emeryturze. abba ojcze! podobało mi się. nawet colin the gay. gdyby nie tylko dwie jakieś jebnięte na mózg niewiasty w wieku połowy mnie, które zakłócały odbiór bollywoodzkiego hollywood. i kto to widział, by na film chodzić na szesnastą w sobotę. ale hola! przeca byłem tam z parką gejów i migotką. czyli żadna randka. li tylko odbiór artystyczny. totalne ukulturalnienie. raz na kwartał wystarczy. ale przeca nie piszę o seksie! więc pewnie nie wystarczy. moje zmysły domagają się odbioru czegoś wyższego. moje libido też. ale w sumie zmysły mają pierwszeństwo. ponoć tak szczytniej. no i łatwiej. to fakt…

          coś w sobie muszę chyba mieć. bo nie umiem zrozumieć tego, że najstarszy człowiek świata od ponad trzech lat szuka kontaktu ze mną. zmysłowego. w sensie, że słuch to zmysł. bo wizualizowaliśmy się wzajemnie jakies dwa lata temu ostatnio. zresztą my nie umiemy normalnie rozmawiać. zawsze złośliwości i przygadywanie sobie na wzajem. to pewnie temu, że jestem jedynym gejem, jakiego zna, a z którym nawet się nie lizał. lubię być wyjątkowy. specific. no i dowiedziałem się całkiem przypadkiem, że preston sobie ostatnio małe tournee przez jego ciało uczynił. bosko! i jak tu uwierzyć w wierność, uczciwość i coś tam jeszcze małżeńską. no nic! zna ktoś jakiegoś fajnego kubę?

          wiejska ześwirowała. trzyma się tego swojego kurdupla, jak kaczka dziwaczka rzeki trzymać się była powinna. no i jak skończyła? w buraczkach. wiejska z burakiem. lepiej chyba dać upiec się w brytfannie, niż zdębieć obiad podając. powinna swojego ślubnego dawno w cholerę rzucić. olać. wapnem przysypać. i rytuał jakiś odprawić. ale nie chce. bo że nie może, to nie uwierzę. kto zrozumie kobiety? ja na pewno nie. tym bardziej, że sam mam niemałe kłopoty, by facetów pojąć. za męża to już w ogóle mi się nie udaje… i glorija!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg amy winehouse – monkey man

          In point of view minus cztery on 27 sierpień 2008 at 19:58

          no to jest skandal. ze mną w roli głównej. i pomyślałby kto, że taki prosty, wiejski chłopak zelektryfikuje prostą polską wieś. a przynajmniej będzie powodował jej lokalne swary, animozje i wzajemne ansy. i nawet nie trzeba było się outować. bo ja wywołuję proste wiejskie emocje – kochaj albo rzuć. częściej rzuć. najlepiej jak grochem o ścianę. i najlepiej tę od płaczu. bo jakże inaczej jeśli nie płaczem podsumować moje ostatnie lansowanie się na felku. tak, tak. wróciłem. nie do prestona, ale do swej wolności. bez słów, bez ciotodramy, bez echa. rozstanie. w pedalskiej wspólnocie. toć to skandal! a gdzie wzajemne oskarżenia? gdzie szloch i łzy? gdzie esemesy pełne nienawiści przeplatane żądaniami powrotu i obietnicami poprawy? no gdzie? to dowód na to, że się starzeję. że się postarałem. tfu – postarzałem. o starości! jakże cudne to oblicze twe!

          kupiłem dzisiaj okulary. nie słoneczne! nie mam jeszcze tyle zmarszczek – wbrew temu, co tu piszę, ale proszę wybaczcie prozaiście – coby je skrywać za maską spawacza. sama twarz mi wystarczy. ale nie o tym – sprawiłem sobie patrzałki. na noc, bo za dnia chodzę, jak uważnemu czytelnikowi pewnie wiadomo, w windowsach. tym razem nie focusy. ale zeissy. a co. jest się na stanowisku, to dwa zeta więcej za ciałko szkliste można wydać. zresztą dziś wydałem pół tysiąca na rzeczone bryle. ale nie byle jakie! bo podkreślają moje ubrwienie. przynajmniej wiejska tak twierdzi. a wiejska zawsze prawdę twierdzi. szczególnie jak opowiada o faworycie, który leży sobie na pleckach, oglądając swoje przyrodzenie, gdy biedna barbie ściany drze i sufit maluje. oby tak się tynku najadł. on chyba musi mieć jakieś potrójne przyrodzenie w porównaniu do mnie. inaczej nie umiem sobie wytłumaczyć, dlaczego village-woman wciąż z nim jeden lokal zajmuje. może to miłość? brrr!

          wymyśliłem sobie, że przez dwa najbliższe lata będe podnosił swoje kwalifikacje. choć po pierwszym akapicie niezorientowanemu czytaczowi może zdawać się, że chodzi mi o sprawy własnej szeroko pojętej seksualności, jednak to fałszywy trop. mówię o mentalności. bo tu, jeśli o mnie chodzi, tkwi sprawy sedno. najpiękniejsze orgazmy ma się w głowie. w wyobraźni rzecz jasna. tu powinno paść ha-ha-ha albo powinienem wkleić dwukropek prawy nawias. ale że nie używam podbnych środków wyrazów – poza komunikatorami czy esami – niech więc będą trzy kropki… wracając jednak z marginesów bloga, powiem, że chodziło mi o edukację własnej osoby. język obcy, ekonomia, egzamin przed ministrem środowiska. no żesz ty ka-em! trochę tego będzie. za każdy jakieś zero osiem trzy pięć osiem grosza. plus dieta. no właśnie – przydałaby się jakowaś. szczególnie od procentów, bo miniony weekend to jedna wielka masakra. siedem butelek wina, spacer o trzeciej nad ranem, pieśni kościelne pochwalone przez przypadkowego słuchacza i batuta w ogrodzie przy stadionie. ja kiedyś za to zapłacę! wątrobą…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg regina spektor – hotel song

          In point of view minus cztery on 23 sierpień 2008 at 16:41

          milczenie prestona ostatecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że nasz układ ostatecznie dobiegł końca. nawet nie żałuję. tego, że się trochę z nim podziało, jak i tego, że się nie podzieję. mógłbym mu zadedykować pewne weselne wersety, ale nie będę przeca sobie kadził. skromność mr. er! skromność! tak więc dojście do tego punktu we własnej samoświadomości uczciłem reaktywacją mojej bytności na kolejnych randkowych profilach. ofkors – już od paru tygodni jeden mam, ale na zagranicznym serwerze, więc się nie liczy. wróciłem! teraz szukam tylko ewentualnego partnera to wybycia w październiku w egzotyczne rejony. bo samemu mi się nie chce. a kochana państwowa inspekcja pracy zadbała, coby mi szef na jesień urlopu udzielił. chciałoby się powiedzieć – chamstwo, chamstwo, chamstwo!

          wyciągnęli mnie wczoraj na koncert. całe dziesięć zeta mnie kosztowała ta bania u cygana od rana. właściwie w cygańskim lesie, ale to jakby po sąsiedzku. nie licząć ofkors paru piw kupionych sobie i niesobie. w zasadzie nie darzę jakąś szczególną sympatią beaty kozidrak i bajmu, ale tak patrząc na tę pięćdziesięciolatkę wczoraj, doszedłem do wniosku, że niestraszna mi moja trzydziestka. jeśli miałbym tak wyglądać i ruszać się na swoje półwiecze, to panowie strzeżcie się! no dobra – pożartowałem trochę z popołudnia, a tu trzeba się na wieczór przygotować, bo dziś ciąg dalszy imprezowania. mieliśmy iść na boysów i sumptuastic, ale odpuścimy sobie wrażenia kulturalno-sztukowe bieżącego dnia. no może jutro na dodę wpadnę. lubię tę babę. nie wiedzieć czemu. może dlatego, że podobnie jak ona, mam zdrowo nasrane w głowie…

          pisałem jakiś czas temu o sjergieju. moim wycieraczkowym kocie. co parę dni zagląda do mnie. ech te jego zielone oczy… właściwie myślałem, że nikt nie ma takowych, jak on (lub ona – ciągle nie umiem odróżnić płciowości kocurów. jak chomików, które niegdyś nieudacznie rozmnażałem. pewnie temu – z tej nieuwagi – mi się kiedyś tam chłopów zachciało…). ale myliłem się. poznałem na szkoleniu – znaczy po – na śluńsku pana, z którym piszę od dobrego roku mejle. jest prawie tak samo złośliwy jak ja. podobnie wredny. czasem cyniczny. czyli po prostu inteligentny. ale jego oczy… jeszcze nigdy u nikogo nie widziałem tak zielonych oczu. że esmeralda się kryje…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg the supremes – the happening

          In point of view minus cztery on 20 sierpień 2008 at 19:05

          piję sobie sok z biedronki. jaki tam alkohol jest tani. niech mnie drzwi ścisną. już nie będę musiał na melinę chodzić. ani poszukiwać jakichś składów z denaturatem. codziennie tak blisko. i codziennie tak niskie ceny. no i coby nie było – piję tylko sok. a nie tani brynol… w tle właśnie nasi przegrywają z ukraińcami. a tu się na rosję szykujemy. trzeba mieć tupet. mi czasem mego nie brakuje. a raczej szczeniackiej brawury graniczącej z goopotą. wczoraj na przykład pierwszy raz od paru dni napisałem esa do prestona. że oto właśnie słucham zapomnianej gwiazdy z lat osiemdziesiątych. pozdrawiając go, podpisałem się jako zapomniany gwiazdor mejd in 1978 (born in 1979 – ale to już inna inność). nie odpisał! a cha mu w de. chociaż nie. za dobrze by mu było. jak to miło się rozstać nawet nie za pośrednictwem krótkiej wiadomości tekstowej. powiedziałbym bosko. ale nie powiem. powiem – było minęło. billy umarł. biedna ally. tak czy inaczej jutro jadę na śluńsk. mam się spotkać z szalonym profesorem, który seksualnie wykorzystuje młodego poetę. piszemy sobie durne mejle od blisko prawie roku, a do tej pory się nie widzieliśmy. raz menda mi przysłała do firmy kartkę z życzeniami na swoje urodziny. no i oto się potwierdziła oczywista oczywistość – że nosiciele mojego imienia mają zdrowo pod czerepem. ale to już inna inność…

          dzisiaj nazwałem pierwszego kim dzong ilem. no dobra – broniąc jego honoru, czci i innych przymiotów jego ludzkiej godności, stwierdziłem, że w żadnym razie nie jest to wiejski ukochany przywódca. chociaż można by go tak nazwać. tym samym naraziłem się po raz kolejny owczarstwu polnemu na krytykę. bosko! czy ja aby nie nadużywam tego przysłówka? pewnie tak. bosko i alkohol. tego nadużywam. plus cierpliwość mojej wsiowej zyty i wiejskiej baby. ale one mnie kochają po wsze czasy, więc mogę… poza tym wyszukałem sobie fajną school of szprache von szekspir. ale oto na liście lektorów jest znany mi pan z fellow. znaczy może niezbyt znany, ale ma tam tę samą fotkę. kochane pedały. bosh. może ja powinienem sobie swoje sexy photo wstawić na w-wuwuwu, gdzie pierwsze wu oznaczo wieś? a może gazetowe ryciny na felka i inne tego typu homo-atrakcje? jak szaleć to szaleć. a nie żyć szarym życiem na pół gwizdka i grafiku…

          wychodząc do pracy natknąłem się przed drzwiami na kota. mały drań był. ciekawe czy jutro będzie. mam dla niego przekąskę. odłożyłem sobie od ust podczas obiadu. nazwałem go sjergiej. nie wiem czemu. ba! nawet nie wiem, czy to ona czy on. podoba mi się. jest taki jak ja. szary. dachowiec. miauczy i mruczy, jak się go podrapie za uchem. no dobra, nie drapałem go jeszcze. ale ja mruczę. i wiję się. ale przeca nie miało być o moich bóg wie jakich odgłosach seksualnopodobnych. ale o kotku. cudowna istota. pewnie ma pchły. ale co tam – jak idziesz z kolesiem w tango, to też z reguły nie zastanawiasz się, czy ma hiv. ot tak mi się skojarzyło. dziwnie, bo dziwnie. ale to cały ja. męska inkarnacja ally mcbeal. w dodatku w polskiej wersji. sex in the village!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg kim wilde – cambodia

          In point of view minus cztery on 18 sierpień 2008 at 18:01

          stało się. wpłaciłem siedem dych i oficjalnie ubiegam się o status studenta. krakowie mięsko nadchodzi! strzeż się. dobra. trochę żartów na początek coby się nieco rozluźnić. przynajmniej palce. coby lepiej śmigały po klawiaturze. znaczy miękko niczym mój głos. delikatnie niczym mój charakter. i wpadająco w oko niczym moje nadgarstki. bosko. nadużywam słowo bosko? jak miss aj summa summarum. bosh. to kolejne moje nadużycie. producent pralek powinien mi odpalić co nieco za to, że tak chętnie promuję jego wyroby. chociaż doma mam całkiem innej firmy dobytek. bodaj amicę czy ardo. amigę miałem lata temu, ale oddałem na przemiał. bo nie miałem miejsca na utrzymywanie tego dobytku. ba! atari też oddałem. miałem je dłużej niż własne dziewictwo. to chyba nieco straszne…

          walnąłem się dzisiaj w łokieć. niby nic, ale jednak cały dzień mi dokuczał. masakra. tak oto dzisiaj doświadczyłem istnienie swojego łokcia. prawego zresztą. niby lewy też mam, ale dzisiaj milczał. jak dżon kejdż w ostatnim obejrzanym przeze mnie odcinku ally mcbeal. z wielką chęcią napełniłbym tyleż samo szklanek wody, co rzeczony. niestety u mnie każda szklanka z innej parafii. a to jedną odziedziczyłem po dawnej babcinej kolekcji, inną cafe frappe zasponsorowało, inną kokakola, a jeszcze kolejną producent szejków. i bynajmniej nie mam na myśli jakiegoś jurnego emira z bóg, tfu, allah-wie-jakiego-kraju. no właśnie. mając na myśli allahowe kraje – poszukuję jakiegoś chętnego na podróż do egiptu w drugiej połowie września. o ile ofkors dostanę urlop, bo z tym to różnie może być… i nie tylko z niemojej winy…

          o radości! iskro bogów! jak mi się chce cieszyć. ofkors, jako przykład beztroskiego byłego młodzieńca, nie mam problemów ze znalezieniem powodów do znalezienia uśmiechu na twarzy w lustrze. czasem wystarczy goopi uśmiech wiejskiej, czasem beznadziejny przejaw mojego charakteru. ale nie o tym. to tak tylko a propos. właściwie na marginesie. na przykład w chwili obecnej gotuję zupę. znaczy zupa to totalne dida scalia, bo pierwszorzędne znaczenie ma wkładka zupowa, czyli mięsko. nie – żadnego ajsa nie gotuję. kurczaka tylko. coby go jutro zjeść. a przy okazji marchewkę, seler plus kapustę włoską. i jako produkt uboczny zostaje zupa. akuratnie wpadłem na pomysł, że mógłbym się rzeczoną (chyba powtarzam się summa summarum) zupą z potrzebującymi podzielić… jest kto chętny?

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg sin with sebastian – shut up (and sleep with me)

          In point of view minus cztery on 14 sierpień 2008 at 8:08

          już byłem na długim weekendzie. już się widziałem oczyma mojej chorej wyobraźni, jak leżę w hamaku otoczony przez cały harem moich nałożniców, wahlowany przez eunuszki na bromie. już miałem w zasięgu ręki i wzroku schłodzony maksymalnie drink. w tle grała najprzedniejsza muzyka, a nad głową latały ptaszki niczym w disnejowskiej wersji królewny śnieżki. już. ale doopa zbita. dowiedziałem się właśnie przed momentem, że spędzę jutrzejszy dzień na biskupiej mszy. zamiast woni kwiatów i olejków eterycznych, co najwyżej poczuję zapach kadzideł i prochu strzelniczego. bo ta msza to właśnie ku czci święta polskiej armii, która za parę miesięcy będzie zawodowa. mam tylko cichą nadzieję, że w naszej prowincjonalnej kompanii reprezentacyjnej będą co najmniej takie egzemplarze, jak pod grobem nieznanego żołnierza. młode armatnie mięsko. ale znając moje szczęście, o którym w powyższych wersetach, będzie tam pewnie tylko sekcja starych, wąsatych baleronów…

          skoro w zapomnienie in spe odejść ma mój długi weekend, to trzeba się jakoś wyżyć. na początek zażądałem dodatkowego dnia wolnego i na bezczelnego podpisałem się na świątecznej liście. bez skrupułów wezmę delegację i rozliczę ją na maksymalną dietę. bo da ka-en, chyba jakaś elemantarne poczucie uczciwości wymagałoby, cobym się o takich genialnych planach na mój czas wolny dowiadywał zdeczka wcześniej. ale nie! przecież jak ktoś jest stanu wolnego i do tego w wieku prawie starokawalerskim, nie ma nic innego lepszego do roboty! bosko! dobra. wyżyłem się i uzewnętrzniłem swoje frustracje. i zgodnie z moim charakterem całe powietrze z balonika uszło raz dwa. powkurzam się przez moment i już mi lepiej. to chyba jak z popędem seksualnym niektórych znanych mi samców. jeden wytrysk i cały romantyzm, potęga uczuć i endorfinki czmychają, gdzie pieprz rośnie. ja wolę w ten sposób dawać upust moim negatywnym emocjom. nie wytryskiem. bo to za słabe słowo. ale erupcją. gniewu, złości i tupania nogą. już mi lepiej. i w ten oto sposób oszczędzam na psychologu…

          co do wyrostka czy innych dolegliwości – przyzwyczajam się do bólu. niczym wielki houdini. on też – jak dowiedziałem się przedwczoraj z discovery – lekceważył swój ból. ofkors nie duszy (jak mają to w zwyczaju coniektórzy panowie z wielce szanownej branży – znaczy nie lekceważą, ale się nim delektują), lecz ciała. ale wracając do houdiniego – zmarł on na wyrostek robaczkowy. taką też diagnozę ogłosiła mi wiejska. znaczy nie śmierć, tylko zapalenie wyrostka. inna inność, że chwilowo objawy są zgoła inne. ale co tam – złego diabli nie biorą… pocieszam się tak oto. zresztą w końcu zaczynam drugą młodość lada dzień! niech no tylko dostanę indeks i legitymację. wow!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg rosenstolz – beiße mich

          In point of view minus cztery on 12 sierpień 2008 at 20:52

          właśnie oglądam sobie tefauendwadzieściacztery i słucham jurka, piterowej i olejniczaka. i jak ich słucham, to mam powoli dość. a najbardziej tej durnej baby, która w rządzie jest ministrem do spraw kontaktów z pochankową i marciniakiem w rzeczonej na wstępie stacji telewizyjnej. to tak tylko tyle, bo mnie sama barwa głosu tej kobiety wkurza, a że jestem ekspertem w sprawach kobiecych głosów, to przecież nie żaden sekret. choćby boskie tembry kobiet z grey’s anatomy, ally mcbeal czy skins. ba! nawet w lostach dostaję orgazmu słysząć sun tudzież emily de ravin. ale ministerki od korupcji znieść nie mogę. prędzej zasnąłbym, gdyby mi bajki senyszyn – tfu, przepraszam! profesor sensyszyn (buhahaha!) – bajki opowiadała, niż gdybym musiał tej baby słuchać. swoją drogą jeszcze ślezińska-katarasińska bardziej mnie wpienia swą mową i uczynkiem, ale przecież na wieczór nie będziemy aż tak bardzo politykować…

          miałem przejść do dalszej części wpisu, ale jak słyszę, co to babsko opowiada, to mnie zaczyna czyścić. że niby francuski kurdupel cacy, a polski mikrus be! no zacznie mnie zaraz nosić. bo chyba po raz pierwszy od początku obecnej kadencji jestem dumny z tego prezydenta, którego mamy, a niekoniecznie z premiera, który swoje kalkulacje w sprawie tarczy opiera na sondażach. ale to chyba przypadłość byłego członka platformy obywatelskiej, który na własne oczy przez dwa lata miał okazję obserwować, co to naprawdę za partia. bo jeśli przed zjazdem koła dostaję telefon, na kogo mam głosowąc, a kogo mam wyciąć, to halo! rzygać się chce! no ale może to dzisiaj tylko takie złudzenie mam, że jestem gruzinem. i choć mały dymitr nawet przystojny jest, to mimo wszystko nie wszystko złoto, co się świeci. choćby nie wiem jak otwierali buzinki…

          a spoza politycznych kwestii – zrobiłem dzisiaj sobie zdjęcia. paszportowe i legitymacyjne. wyszedłem jak bebok. najpierw miałem pretensje do pani, która pstrykała zdjątka, ale potem zerknąłem w lustro. jeśli mam mieć pretensje do kogokolwiek, to tylko do madre natura. i wcale nie robiłem ich, coby się pooglądać na celuloidzie. ale żeby się odmłodzić. jak? wracając na studia. od października znów będę zacnym żakiem. dzisiaj mój szacowny pracodawca dał mi zielone światło, a przy okazji sypnął grosikami. bosh! chyba się nawet cieszę…

          In point of view minus cztery on 9 sierpień 2008 at 20:16

          ostatnie dni upływają mi pod znakiem eksów. najpierw księżna, potem vil. choć szczerze w hierarchii ważności jest na odwrót. najpierw vil, potem księżna. inna inność, że oby dwóch winien wyprzedzać preston. ale ten oprócz panów z czaterii interii bardziej zapatrzon w swoje konto i pracę jest. niech mu więc będzie. ofkors mieć lekarza pod ręką w moim obecnym stanie to swoisty dopust boży. niemniej jednak wolałbym coby zamiast na receptach skupiał się bubek na mnie. chociaż w chwili obecnej nieco na to leję. nie, nie… żaden piss. ani pis. po prostu odpuszczam sobie wszelakie głębsze refleksje. i te płytsze również. ale wracając do wstępu – ostatni tydzień to jedna wielka eksowa pora. księżna w podwójnej dawce. i mini-vilijada. kilka refleksji – księżna uznała, że jednak jestem jej eksem (a właściwie niedoszłym byłym – choć zawsze dochodziłem…). a jak się spotykaliśmy w dwa tysiące i piątym roku uparcie twierdziła, że nie jesteśmy w związku. teraz nagle zaczęła puszczać niedwuznaczne sygnały. ble! dzisiaj markos. uśmiechnąłem się w serduchu do tego łysego chudzielca. lubię go. a nawet bardziej. czuję, że łączy nas maksymalnie sporo. a jak utył nieco (siedemdziesiąt trzy kilo przy metr osiemdziesiąt sześć), to jeszcze bardziej mi się podoba. choć swoją drogą nie ma jak piękny niebieskooki pan spod stolicy. niech no mi tylko nie załatwi autografu cpb! fochnę się na amen!

          co łączy mnie z wiejską? pewnie żubruffka. oboje lubimy tego typu drinki. wspaniała kobieta z mojej wiejskiej. uwielbiam kobiety. dzisiaj spędziłem całe dopołudnie z moją sis i matką chrzestną. czułem się cudownie. to może dlatego, że w obliczu czegoś tam, uwielbiam spędzać czas z ludźmi. no bez przesady ofkors. ale to akurat księżnej się tyczy, która upodobała sobie spędzanie czasu ze mną. ale niestety przy imć niej jestem totalnym impotentem. jak przy każdym eksie. ciekawe jak zareaguję przy kolejnym spotkaniu z prestonem, który mi jest oszczędzon od ponad trzech tygodni. swoją drogą pokazałem zdjęcia z zamglonej szyndzielni i słonecznej czantorii markosowi. stwierdził, że pan tuż obok mnie nieco do mnie pasuje. phi! też mi objawienie! niczym na drodze do e-mouse…

          zarosłem. i to wszędzie. i na górze, i na dole. bosh. pamiętam, jak mając nieco ponad siedem lat wytknąłem pani gertrudzie pe, że przed i dano przecinek. nie wiedziałem jednak, że jeżeli i się powtarza, to tak ma być. ona też nie wiedziała. i byłem totalnie skonfudowany. aż do czwartej klasy, kiedy to kepci nam to wyjaśniła. oops. to była piąta klasa. ale co tam – lata dziewięćdziesiąte już hen za nami. aktualnie mamy ostatnią dekadę. moją? nie wiem. możliwe. we will see. tak czy inaczej ostatnio wpadł mi w domostwo moje szerszeń. bosh! gdyby państwo widzieli moją z nim walkę! uśmielibyście się przednio! ale załatwiłem drania. słownikiem niemiecko-niemieckim. na amen. a właściwie na vater-unser!. ale ruszała się bestia jeszcze. miałem nasrane w gaciach. znaczy nie dosłownie, bo nie lubię tychże klimatów. ale w przenośni jak najbardziej. tak czy inaczej moja męska duma uratowana. pokonałem łotra. tak więc stefek burczymucha ze mnie żaden. nie ma jak wlać sobie w serce nieco radości i ukojenia. poza tym chyba czegoś (czyt. kogoś) mi brak. no właśnie! czy mówiłem (znaczy pisałem) już kiedyś, że kocham ce-pe-be?

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg przemysław branny – ten, który nie poznał”

          In point of view minus cztery on 8 sierpień 2008 at 17:35

          wojna w osetii. wojna w pracy. bitwa rozstrzygnięta na moją korzyść. była szefowa musi schować główkę pod biurko. byłem bezwzględny. szkoda, że nie umiem tak zagrać w życiu prywatnym. a może umiem. tylko że wpojono we mnie tak zwane dobre wychowanie. to takie nieżyciowe. a powinno być życiowe. jak trędowata w janu serce. boska stankówna. tak czy inaczej jej imienniczka skapitulowała. nawet zapytała, czy chcę przeglądać korespondencję. jasne, że chcę! ale czy będę w stanie? we will see. test leży na stole. za całe trzydzieści dwa polskie nowe. nawet preston się zaniepokoił biedaczek. ale co tam – już wkrótce się okaże. może być zabawnie. i ciekawie. szczególnie tutaj…

          tak jak sobie obiecałem, przez cały boży tydzień nie wypiłem ani procenta. żadnego promila nawet nie było. jak na sierpień – miesiąc trzeźwości przystało. ale weekend to weekend. trzeba odreagować. wszelką farmakologię i abstynencję. tak coby z wprawy nie wyjść. swoją drogą mijający tydzień nazwę tygodniem eksów. dwa bodaj dni temu księżna pani, jutro vil. się dzieje. a z prestonem nie widziałem się od trzech tygodni. co za związek! ygh. znaczy związek w cudzym słowiu ofkors…

          mam małe pytanko – jeśli komuś obiecałem przez giegie flamastry (tudzież kredki), to proszę o jakąś info. bo obdarowałem tym oto prezentem rysia. a on zaskoczony był, bo mu – jego zdaniem – nic takiego nie obiecałem. shit happens. komu to spromisowałem? poza tym kupiłem sobie dziś w cubusie dżiny. za całe pół stówy. 32-34. trochę za luźne w pasie, ale leżą tyłkowo. ja to mam szczęście do zakupów. do chłopów mniejsze. ale co tam. lepiej na tyłku mieć fajne portki niż… czy ja się robię wulgarny?

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg harry belafonte – banana boat song

          In point of view minus cztery on 3 sierpień 2008 at 15:18

          miałem jechać na rower, ale sąsiadka zaanektowała mój klucz od piwnicy. bo niby jej się zgubił. no i akuratnie nie ma jej w domu. pewnie ma jakieś posiedzenie koła przyjaciół radia rmf.fm. i teraz nijak nie mogę się dostać do moich pedałów. to jakby takiej przeciętnej ciotce zablokować wszystkie adresy w przeglądarce, zawierające wyrażenie gay. ja na to odporny jestem, bo podobną blokadkę mam w pracy. ale co niektórzy mogliby zakwitnąć kwieciem paproci w noc świętojańską. i każdą inną również. tak więc siedzę sobie w domu robiąc wszystko i nic. mając na sobie prawie nic. a w sobie całkiem nic. znaczy nawet soczewek nie włożyłem w oczy matołki. a co wyście myśleli? że się będę żalił na nieobecność presa? co to to nie. nawet mi to odpowiada. ja nie szukam kontaktu, delikatnie chłodząc dogorywającą temperaturę krótkich wiadomości tekstowych. a że on z charakteru jak ja – na starym testamencie się zatrzymał, gdzie oko za oko jak nic stoi – również nie pstrzy esów jakimiś buziaczkami cipeczkami. alleluja!

          z tą allelują to chyba nie za bardzo mi dzisiaj po drodze. bo w parafii odpust mają. słyszałem, bo dzieciaki tuż pod oknem z korkowców strzelały. całe szczęście na osiedlu spokojnej starości, gdzie sąsiedzi kurami sobie do mieszkań rzucają, nie rozniosło się jeszcze, że wolę koguty. więc na chwilę obecną cegły w okno jeszcze nie zaliczyłem. zresztą ostatnio jakoś specjalnie zaliczania nie mam w planach, choć moi znajomi całkiem się zaniepokoili moim kolejnym delikatnie mówiąc olewczym stosunkiem do stosunków wszelakich i wszetecznych. nawet księżniczka struta w rozmowie brzmiała, gdy sprostowałem ją, gdy użyła boskiego słowa mąż. niestety, ale po rozwodzie mojej sis jakoś niespecjalnie mnie ciągnie do mężów. ale słowo ciągnie chyba w takim układzie jakoś niespecjalnie brzmi. dodatkowo, że na wstępie ukazał się fragment z odpustem w tle. sacrum profanum normalnie!

          wątróbka mi się odezwała. nie. no aż taki pijany jeszcze nie byłem, coby z potrawami rozmawiać, jak mój ś.p. dziadek erwin, który jednak upodobał sobie najbardziej zupę fasolową. nawet całował się z nią niegdyś. z zupą. nie z babcią. bo ta nie była rewelacyjną żoną. jak przychodził w takim stanie to zazwyczaj mógł liczyć na odcisk nie jej ust, a jej klapka na policzku. ale miałem fajnych grandparentsów. nawet łezka w oku się pojawiła… ale zbaczam z tematu. w tym akapicie ma iść mianowicie o moją wątróbkę. a chyba właściwie to, co po niej pozostało. muszę przeszukać sieć pod kątem reklamy ze świętej pamięci hanką bielicką. reklamowała coś na tę część ciała. nie pytam lepiej żadnych medyków, bo od razu zaczną marudzić, że to wina mojego alkoholowego rozpasania. jeszcze zaczną coś o braku libido mówić. a co gorsza postraszą brakiem wzwodu! straszne! ale coby zbyt daleko nie odbiec od tego jakże ważkiego dla mnie tematu, odkryłem dzisiaj, że moje jak dotąd czcze gadanie o wieku, nie do końca było takie czcze. fakty są takie – odzywają mi się wnętrzności. nie powiem, byłbym całkiem szczęśliwy, gdyby to były głosy brzucha delikatnie smaganego skrzydełkami motylków. albo choćby niepozornymi ruchami larw, które zaraz wydostaną się ze swoich kokonów, coby zacząć uczyć się fruwać. jednak znając moje szczęście, chyba powoli zaczyna chodzić o nieco inne robaczki. takie, które to z ludzi wychodzą, a po ich występie tylko paznokcie i włosy zostają. całe szczęście kazałem się w testamencie na popiół spalić. taniej i lżej… ale znowu broję na marginesie, bo nie o tym chciałem stukać. mam małe pytanko mianowicie: czy wątroba aby jest po lewej stronie?

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg mgmt – time to pretend

          In point of view minus cztery on 1 sierpień 2008 at 22:35

          kilka słów na temat krów. tak kiedyś zacząłem bodaj już jeden wpis. na tym albo innym z setki moich blogów. generalnie jestem w sieci już od blisko trzech lat. i pewnie byłbym stalej, gdyby nie mój związek kiedyś tam, gdy wymógł na mnie likwidację mojego pisania. i właśnie ta przerwa nieco mnie zmieniła. dzisiaj jestem, bo jestem. wtedy byłem, bo byłem w tym sercem i ciałem. i duszą. i tego chyba żałuję. że przestałem być. i mam za złe. poniekąd. bo lubiłem tutaj być. dzisiaj tylko urwane zdania. jakby wyrwane z kontekstu. jakby poszatkowane maszynką do mielenia mięsa, którą wręczyliśmy dziś odchodzącej na rentę koleżance z pracy. niby ja, ale jakby w kawałkach. czytaj między wierszami, a wiele się dowiesz. zdjęcie zdjęciem. link linkiem. ja jestem w spacjach. ja jestem w literach. jestem w słowach. cały sobą. cały ale w kawałkach. pokawałkowany muzycznie. mentalnie. emocjonalnie…

          dzisiaj krótka imprezka. u rysia. z jego panem małżem i dzieciakami. starszy czajld po raz pierwszy wystąpił w zaroście. normalnie zmiotło mnie z nóg. czy ja mówiłem, że nic na mnie tak nie działa, jak męskie owłosienie. ofkors nie było takie jak ma mumin, ale sprawiło, że po raz pierwszy dostrzegłem w nim faceta, a nie dopatrywałem się w sobie, czy aby nie tkwi we mnie pedofilski potencjał. uff. jestem normalny. jeśli gej może się tak określić… no i mimochodem wróciłem do jota. gdzieś w mojej tam głowie wciąż tkwi. może nie wciąż, ale bez wciąż. stale. nie chcę pozbywać się tego elementu swej jaźni. dobrze mi z nim. prawie tak samo, jak było dobrze mi z emanacją tego wspomnienia. prawie… a doktorek? napisałem mu esa, że idę pić. odpisał, że prowadzę rozrywkowe życie. pff. chamstwo! chamstwo! chamstwo! niech więc zmodyfikuje swój grafik tak, cobym mógł wyskoczyć z nim. ale nie zależy mi na tym. już. odpowiedziałem lakonicznie – miałem do wyboru nudzić się albo wyjść. a że inteligentni ludzie nie mogą się nudzić, wybrałem wyjście. nie odpisał. ani słowa. niech mu więc grafik na drogę błogosławi. faceci są durni. wiem to najlepiej, bo sam nic jestem. zresztą ja grafikową qwą nie będę. game over.

          wiejska nie jest córką swojego ojca. madre ma zero, padre takowoż. i obie jej sisters podobnie. ona ma be. ekszyn. masakra. a wszystko przeze mnie, bom się nieco zastanowił czy z dwóch zerek może wyjść literka be jak bękart. może. ale tylko w tej drugiej opcji po jak. się podziało. fajne ma ci ona życie ta berbel… a ja narzekam na swoje. znaczy nie narzekam. ale poniekąd doszukuję się, coby tu zrobić, żeby odstawić jakąś mega-ciotodramę. nie mam pomysłu. szarak ze mnie. coraz bardziej pewien, że jestem na dobrej ścieżce. coraz bardziej pewien podejmowanych decyzji. coraz bardziej zagubiony w rytmie bicia serca. nie cierpię weekendów. minionych weekendów… cieszę się na te nadchodzące. shit happens…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg girls aloud – sound of the underground

          In point of view minus cztery on 31 lipiec 2008 at 20:52

          nie ma jak strugać maczo wobec słabszych. upatrujesz sobie takiego i już możesz uchodzić za prawdziwego faceta. tudzież prawdziwą łumen. ja też sobie upatrzyłem. konia polnego. już raz mnie jeden taki wielki pogryzł, na co mam świadka w osobie imć szanownego eksa. to też tym razem ni ryzykowałem i małego gnojka załatwiłem na cacy. chusteczką z pudełka. chusteczką, w którą czasem trąbię oglądając jakieś ciekawsze filmy. no dobra – nie trąbię. ale mógłbym. zresztą właśnie skończyłem oglądać skinsów. pierwsza seria boska. druga romemłana na amen. i gdyby nie szalone łał kasandry i dziwne dźwięki, które zostają w uszach już dawno bym olał ten sezon. ale że prawdziwego chopa poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna, to już inna inność… ale zboczyłem z tematu. miało być o koniku. no więc bestyja zasadziła się na mnie i chciała pożreć, ale ostrzeżony dzisiejszym wyznaniem sekretarki, która ostatnio goniła w negliżu o drugiej po północy, coby dziada z domu wywalić, bo nie pozwalał jej spać – musiałem zareagować. a że z testosteronem u mnie w miarę dobrze, to musiałem błysnąć. niczym flesz z japońskiego jednorazówkowca na celulozę. cały ja!

          dzisiaj koniec miesiąca. jutro początek. ależ odkrycie z mojej strony. chociaż rzadko się odkrywam bo śpię nago. jak święty turecki. no właśnie – turcja. w azji leży. a ja niby z xeonem – tfu! prestonem – miałem do tajlandii lecieć. niemniej jednak pora zweryfikować plany. nie stać mnie na takie brawurowe wypady, które musiałyby się wiązać z opóźnieniem decyzji w sprawie wymiany samochodu. a mój staruszek już się prosi, coby go sprezentować siostrze kochanej. no właśnie – siostra. pochwaliła się kilka dni mi temu, że miała faceta na chacie. a to puszczalska jędza jedna. będzie się seksić. w sumie niech jej kołdra lekką będzie. bo akuratnie ja mam lekko skonfudowane podejście do sekszenia się. nie mam partnera. nie mam natchnienia. mam erekcję. czasem znaczy. na żaden priapizm nie cierpię. no chyba że akurat mam wizytę ze stolycy…

          mało sypiam ostatnio. nie że mało z kimś sypiam, ale mało w ogóle. z kimś to jakoś niespecjalnie. bo grafiki się mijają. zresztą mam dziwne podejście do sypiania. kładę się o drugiej, wstaję o szóstej. w pracy ziewam, w domu wypoczywam i się relaksuję. o! dwie moje ulubione postaci mignęły na gadule – migotka, która mi ostatnio podsyła foty swojego nagiego interlokutora z wysp brytyjskich. i księżna. ciekawe jakby się asesorek poczuł, gdybym porozsyłał po świecie jego rosołowe zdjątka. albo ja – gdyby on mi podobny numer wyciął. znaczy ja takowych nie mam. teoretyzowałem sobie. zresztą ja zawsze hipotezy lubię. albo żarty. od miesiąca wmawiam wiejskiej, że robimy w firmie związki zawodowe. ale chyba już o tym pisałem. albo w którymś z mejli do mojego rudzkiego imiennika. gubię się już w tym. w sumie już się pogubiłem. zresztą jak zawsze…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg amy winehouse – you know i’m not good

          In point of view minus cztery on 30 lipiec 2008 at 18:18

          co ma w sobie pięć krakersów? nie co – tylko kto! no ja! ja zjadłem sobie pięć krakersów. na śniadanie, obiad i kolację w jednym. bo się odchudzam. dlaczego? prosta odpowiedź – muminek napisał mi, że budził się koło ciasteczka przez ostatnie dni. a jak wiadomo, słodycze tuczą. a ja tuczą nie jestem. choć mieszkam koło żywca. pora więc się za siebie wziąć. inna inność, że mógłby się za mnie wziąć ktoś inny. ale jak się nie ma ble ble ble… więc odchudzam się. bo ostatnie dni to jedno wielkie żarcie. a to w podróbce sfinksa. to podróbka obiadu przygotowana przeze mnie pod postacią fix-sosu. to znowu pizza na rynku w kraku i kelnerka, której trudno było dodać trzy liczby. a na koniec kiełbasa w horskiej chacie jedzona palcami. no i mega innych słodyczy w ustach, którymi karmił mnie muminek. i jak tu nie przytyć? chociaż ważniejsze pytanie – jak tu nie nabawić się kompleksów na widok jednego z najseksowniejszych ciałek pod nieboskłonem. bosh. dlaczego ja wciąż śnię o weekendzie? obudźcie mnie! pliz!

          wpadłem na moment do casto. spotkałem ofulaną księżniczkę, która posuwała tuje. kiedy ją odwiedzę? phi. sorry – phi jest muminka. moje jest pff. więc pff… ostatnio nie za bardzo mam czas nawet dla prestona. nie mam jakoś ochoty się z nim spotkać. chociaż wiem, że mnie to nie minie. mam bowiem u niego talerz na pizzę i dwa pojemniczki na jedzonko – każdy za sześć zeta. dodatkowo wpieniło mnie, że doktorek ma czas dla jakiejś zabujanej w nim laski z celtów, a równo olewa mnie, co najwyżej zapraszając na trzy godzinki do dyżurki. sorry, ale jakoś niespecjalnie czuję potrzebę bycia czyjąś załatajdziurą w grafiku, tudzież erzacem kolesia z czatu, który się nie łączy z jego privem. dziwny jestem. powoli dochodzę do pewnych spraw. powoli. czasem szybciej. szczególnie jak mi się nie chce. no chyba, że nie mogę, ale to już temat na całkiem inną rozprawę. niemniej jednak umiem udawać. niejedna panna mogłaby się ode mnie uczyć…

          mam fana. pan sojka z szerokiej zadzwonił dzisiaj do mnie, coby mi podziękować za załatwienie zatoki autobusowej. bo prosił się o to od lat, a dopiero ja sprawiłem, że ziścił się cud. nie ma jak uchodzić za błogosławionego wilydżpipula. to takie typisch gayisch. znaczy pan ptaszek, szeroka i łaj-em-si-ej… jeszcze sobie pióropusz ubiorę i mogę paradować pod wiejską górą czterysta jedenaście metrów nad poziomem morza o wolność, równość i braterstwo… skoro mówimy o morzu – byłem tam last year. cudowna podróż. tak mi się wydawało. przynajmniej do niedawna. ostatnio jednak coraz bardziej dochodzę (sic!) do wniosku, że przynajmniej pod jednym względem była to podróż w rytmie ce-cha. powiem krótko – kelnerka, która pracowała na pół gwizdka i dwa żywce. promenada zaprzepaszczonych okazji. a raczej zaprzepaszczonej. twoje zdruffko ajs. kropka. a raczej dwukropek. i gwiazdka!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg i kissed a girl ipod-earphones-stock-thumb.jpg i kissed a boy

          In point of view minus cztery on 28 lipiec 2008 at 17:59

          na biurku pusta tubka po lentilkach. leży. i raz obraca się to w prawą stronę, raz w lewą. jak wiatr zawieje. albo jak ja chuchnę. chętnie poczuwam się do roli wiatru. siłą swojego ciała każę kołysać się to gondoli, to krzesełku. siłą czasu i sam jestem poskromion. bo to nie tak, że nie ma nade mną mocy. patrzę na zegarek. bo wiem, że czasu jest coraz mniej. i choć chciałbym go zatrzymać nie da się. choć chciałbym go mocno wtulić w ramiona, to i tak popędzi przed siebie. jakby miał wykupioną miejscówkę w intercity. wagon szósty, miejsce pięćdziesiąte szóste. a ja i tak nie mógłbym go zatrzymać. bo jak? nienawidzę jak on ucieka. a ja choć zostaję w tyle, widząc tylko oddalające się światła, wracam do siebie. coraz starszy. czas nie jest tutaj moim sojusznikiem…

          w lodówce niedojedzone kanapki. zimne i chłodne. tak jak i moje łóżko. dziwnie tak nagle tutaj być samemu. zimno, choć nie ma już zimnych stóp. przed oczami, jak za górską mgłą, wrzaski rozbrykanych dzieci. raz i dwa i ich nie ma. lecą do potoku coby nabrać świeżej wody. bo akurat wyczyścili korytko. jakimś środkiem chemicznym. może maścią z witaminą a? niby to było wczoraj, niby jeszcze dziś, a jednak wydaje się, że to już wieki minęły. albo ćwierćwiecze przynajmniej. powiesz – nic nie może wiecznie trwać. nawet na youtube jantarowa żywa nieżywa. a jotpegi jak żywe żywe. żywe wspomnienia. gdzieś w głębi serca. tak na dnie. tam w specjalnym miejscu. jak hitler w berlińskim gabinecie figur woskowym. nie fotografować, nie zbliżać się, nie patrzeć – to ekskluzywne wspomnienia. moje. nasze…

          dziwnie się czuję. brzuch? głowa? oko? a może mrugnięcie okiem? wspólnie niewypite piwo – wylane do zlewu lub zostawione na pamiątkę nieudanej randki białego z czerwonym. jeszcze tylko mury klasztorne, jeszcze tylko płatna autostrada, jeszcze tylko pogoń za czerwonym przez zalane ulice. dworcowe pierwsze spojrzenie. ostatni dworcowy pocałunek. nienapisane esemesy. niby discopolowa piosenka – nikt tego nie słucha, ale wszyscy znają słowa. ale moment. to nie disco relax – to radio maryja. ot rura w kiblu wpadła w rezonans. no i mam po łazience. na dobrą godzinę. i dzięki temu kolejka mi uciekła. nam uciekła. więc pedalskim chodem ku dołu. szybko. szybciej. może fotkę? lepiej owcę. i banana. to taki przyjazny kształt…

          życie niestety to nie bajka. ani muminki z doliny roztoki, ani przygody bałwanka z czerwonym noskiem. życie to jedna wielka wędrówka. jak jednej kluchy w łowickim stroju. przychodzimy – odchodzimy. mijamy się i spotykamy. kilka słów, kilka zdań, kilka innych ustnych zachowań. a potem pryska. jak bańka mydlana na kraciany przybornik na kosmetyki. zostanie tylko mokry ręcznik. i miarka. no ale, jeśli coś zostało, muszę odesłać. najlepiej pocztą kosmiczną. bo podobno faceci są z marsa. a nie qwa z jakiejś zabitej dechami dziury na podziemny pociąg…

          pstryknięcie palcami. jakbym miał posłać na tamten świat trzy pająki, które podstępem weszły do domu otwartym oknem. budzę się. sen się skończył. cudowny sen. o dźwigach żurawiach i trzydziestotysięcznym mieście. pora wracać do szarego życia po środku wielkiej małej wioski, gdzie absurd goni absurd. ale czyż absurdy nie są najpiękniejsze w życiu? no może poza minionym czasem, który skończył się równie szybko, jak cztery noce budzą się świtem. tylko dwa słowa: pipa-pipa! a właściwie nie! dupa-dupa! zbita i owłosiona na dodatek. ech! że sobie westchnę, zastanawiając się, w jaką wpisuję się właściwie teorię…

          a poza tym uśmiecham się. od ucha do ucha. choć i tak wiem, że moje niekoniecznie są najpiękniejsze…

          In point of view minus cztery on 21 lipiec 2008 at 20:32

          dzisiaj mam dziwny nastrój. ot tak jakoś. może po dawce pikseli. albo decybeli. albo jakiejś innej cholery. nie mam pojęcia. może po porannym seksie. a może po wrednym humorze dzisiaj i przynajmniej siedmiu odrzuconych rozmowach przychodzących. naprawdę, nie mam pojęcia. a może po nowej płycie coldplaya, którą przesłuchuję po raz siedemdziesiąty z kolei. a może po urywku klanu, który widziałem w południową porę, będą niespodzianie w domu. a może temu, że na giegie akurat pcha się nieproszony cium. a może temu, że łażę dzisiaj w wypchanych na kolanach dresach i damskiej bluzie dresowej z kapturem. keine ahnung. po prostu mam genialnie dobry humor. mimo, że mnie kłuje w prawym boku, odczuwam dziwny ból w lewej części brzucha, nie mówiąc o dziwnym ucisku w centralnej części czaszki. nie mam pojęcia. ale jest bosko!

          nie umiem sypiać przy zamkniętym oknie. przynajmniej w lecie. nie umiem budzić się przy zasłoniętym oknie. o każdej porze roku. nie umiem funkcjonować bez soczewek w prawym oku. zresztą lewe również musi być odpowiednio zaopatrzone. nie potrafię zmusić się do odpisanywania na czas na przychodzące krótkie wiadomości tekstowe. ani na krótką poranną pogawędkę zanim nie wypiję jogurtu kawowego i nie obdarzę swego mózgu informacjami z pudla. nie umiem żyć w ciszy i w ciemności. nie mógłbym być wobec tego ani ślepy, ani niesłyszący. mówić bym nie musiał, bo ostatnio mam z tym problemy. ale co to za życie seksualne bez języka? to chyba tylko księżna wie. chociaż moment – ona go nie używa tylko przy całowaniu. ale chyba o tym już pisałem.

          dzisiaj dowiedziałem się od szefa swego, że pora cobym otrzymał służbową komórkę. no to ugotowan na żywo jestem. panie erku, dlaczego nie odebrał pan telefonu w niedzielny poranek, skoro ma pan opłacany przez korporację abonament? bo kurna dość już weekendów ojczyźnie poświęciłem. ależ panie wicepierwszy! skoro zarabie się takie tysiące, trzeba oddawać się etosowi pracy! nie ma pan ni rodziny, ni żony, więc co pan porabia w niedziele? a tak może pan się rozerwać na dniach zaprzyjaźnionej miejscowości w samym środku zaolzia na bohemiu. swoją drogą wiejska zyta ostatnio stwierdziła, że gdybym nie sprawiał wrażenia takiego stanowczego chopa (bo biednej się dostało za brak upoważnień dla mojej czcigodnej osoby do reprezentacji firmy przed instytucjami bankopodobnymi), to pomyślałaby, żem nie tylko odstępca od myśli religijnej, ale i seksualnej. no bo boją się panie w księgowości, że jak się nie ożenię na czas, to stanę się nie do zniesienia jak prezes zetefeśesu. no ale to zasadnicza różnica być pedałem a starym kawalerem. w tym przypadku wyjątkowo na korzyść pederasty…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg mike bailey – wild world

          In point of view minus cztery on 19 lipiec 2008 at 20:06

          napisał pozdrawiam. w prawie każdym esie to pisze. więc się pytam – czy ja sypiam qwa z papieżem – że mnie będzie z każdej strony pozdrawiać… nie za bardzo jestem tolerancyjny wobec panów w sukienkach. w ogóle jeśli już przy papiestwie jesteśmy, to nie sposób kilku wzmianek wobec mojej religijności poczynić. jak sięgam pamięcią, to byłem niegdyś bardzo praktykujący i wierzący. dopóki nie pojechałem na ziemię lubuską, coby się spotkać z sędzią. czy spałem z nim? nie. skąd. pewnie dlatego to jedyny facet, do którego mógłbym o każdej porze dnia i nocy wrócić. chociaż widziałem go raz. miałem jego penisa w ustach. acz orgazmu nie miałem. i on też nie miał. matrimonium non consummatum. pewnie dlatego wciąż ślinka mi leci. ale czy żałuję? nigdy w życiu. nie żałuję w zasadzie żadnego penisa w moich ustach…

          wstrząśnij workiem. a będziesz miał całą podłogę do mycia. i to w kuchni. że mega orgazm? jasne. taki mój prywatny jan niezbędny. wstrząśnij workiem, a uzyskasz skruszony lód. no i wstrząsnąłem i tym sposobme cały lód wylądował na ziemi. i muszę pić ciepłego drinka. mimo że mam mega kacora, bo mi się wczoraj poszalało. z dżeksem, zarazkiem, przedjotką i migotką. i znowu pokazałem swoje wdzięki, bo się nam zachciało w prawda albo wyzwanie grać. a że ja i tak mega szczery jestem, to po brałem wyzwania. stary er a goopi jak sto goopich…


          sobota, a ja siedzę w domu. bosko. nie ma jak spotykać się z pracoholikiem. tfu. papieżem znaczy, który urbi et orbi swe błogosławieństwo daje. w sumie mam ochotę posłać pana presa w cztery diabły, ale jednak jakoś nie umiem. nigdy nikomu nie zasadziłem noska mojej szpilki pomiędzy przedziałek pośladkowy. poza tym wciąż się łudzę. tak samo, że jeszcze całe życie przede mną. łudzę się. a tu latka lecą. kurna. właśnie mi się kichnęło. na picie pewnie. pewnie tak. ale też mi nowość – skoro w lipcu nie miałem dnia bez procentów. wiem. wiem. na równi pochyłej jestem. erciu kuleczki kula się na maksa w dół. ale w sumie muszę mieć jakieś wady. w ogóle wczoraj całowałem się z jedną dziewczyną, wylizałem pierś innej, a na zakończenie ujęzykowiłem się z zarazkiem. bosko. a pres myśli, że balowałem gdzieś na mieście. prawdziwy ze mnie facet – skręt, oszust i ściemniacz. orgazm!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg kylie minogue – confide in me

          In point of view minus cztery on 15 lipiec 2008 at 18:43

          tak sobie pomyślałem, że chciałbym mieć garaż z firankami. inni mają samochody z firankami, a ja chciałbym mieć garaż. na sześć takich mercedesów. bo mi się spodobała konferencja prasowa pana ziobry. ma nową grzywkę. i ja mam nową fryzurę. to nas łączy. mam od dawien dawna króciutkie włoski. tu i ówdzie. tam też. łysości nie znoszę panowie. chyba że w czapeczce. w ogóle podczas remontu straciłem całą moją kolekcję tanich czapek z daszkiem z kerfura. białe się wybrudziły, pomarańczowa w plamki farbowe, a czarna zakurzona. a ja wkurzony, bo muszę teraz dzień w dzień żel na włosy kłaść, bo naturalna układalność mojego skalpu jest skandaliczna. co najmniej jak to, co dzieje się w pracy. ale na szczęście póki co, to tylko ja podpadłem politycznej wierchuszce mojego regionu. zaś moja szefowa w ciągu dwóch dni zaliczyła dwie oficjalne skargi. właśnie w faktach ględzą o komórce. to moja mega durna przypadłość. po prostu komórka jest dla mnie, a nie ja dla niej. uwielbiam komórkę, bo to takie moje sito. patrzę – dzwoni wiejska. więc udaję, że mnie nie ma. patrzę es od prestona. więc po dwunastu hodinach piszę mu, że zapomniałem kom w domu. słyszę – drze się wierka sjerduszka – szef dzwoni. trza odebrać!

          profesor nie żyje. dziecko wypadło z auta. angela merkel nazwana kanclerzycą heteryków. a ja komunistą. bosko. nie ma jak wielka wiejska polityka. już czasem nie mogę sluchać tefauenu, przez który z dnia na dzień coraz bardziej nienawidzę tuska. nie mówiąc o ślezińskiej-katarasińskiej. bo zawsze miałem tak, że lubiłem niepopularnych ludzi. najbliższy z brzegu przykład – nasza klasa pe el. zawsze wolałem przebywać z helgami niż boginiami z olimpu. choć sam byłem popularny jak wojciech mann. czyli lubiany, ale symbol seksu niczym żuczek gnoJarek. właśnie. już za tydzień z okładem jot wpadnie na moment. w tym momencie cała publiczność ciepło macha jarkowi!

          tak sobie myślę, jak zdefiniować własne poglądy polityczne. bo zdaje się mam problem. platformy nienawidzę, bo poznałem to dno od środka. odbierając tel od poprzednika pierwszego (bosh! jakby pierwszy wiedział, ze kiedyś byłem u liberałów, toby umarł ze zgryzoty i pognał mnie na orne pola), usłyszałem, że mam głosować na tego i tamtego, bo ten i ten to jest be. blee. więc pe-o to dno. pisuarek? lubię marychę. kaczyńską znaczy. ba! nawet natalii-świat lubię i kochankę geja też. nawet zytę, dla której zapisałem się do platfusów. ale państwo policyjne dla mnie jest nie do przyjęcia. poza tym jak się jest pedałem, to się na pis nie głosuje. mimo solidarności z jego szefem branżowej ofkors. sojusz i lewica wszelakiej komunistycznej maści? jak się jest z rodziny kułaczej i przesiąkniętym do kości synem opozycjonisty, to nie uchodzi. poglądy lewicowe społecznie coraz bardziej. gospodarczo do wyrzygania. historycznie nie do przyjęcia. no i nie lubię zapatero. zawsze wolałem hose-mariję. albo markusa mariję z wochenschau. zna ktoś? no to głosuję na chopów. coby się pierwszemu przypodobać. w końcu osobiście się zna pawlaka i kalinowskiego. ale szycha ze mnie. a że obciach przy okazji? w sumie wystarczy zerknąć w mirror i się to wie. czyli żuczek gnojarek jak nic. właściwie miałem mieć tak na imię. ale mama uparła się na er’a. kochana!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg david visan – czardas

          In point of view minus cztery on 8 lipiec 2008 at 21:53

          właśnie wróciłem z basenu. nie ma jak pływanie po dwudziestej pierwszej, kiedy to mało komu się chce taplać w wodzie. nie wiem jak na innych, ale na mnie basen działa jak na leppera – mega odprężająco i odstresowująco. tym bardziej, że mijające dni to jedna wielka nerwówka. rzecz jasna, że w pracy. bo w życiu prywatno-osobistym kula się jak do tej pory. właśnie pisał presti i nawet buźkę mi posłał, co jest szczytem uczuciowości w jego ustach. w ogóle ostatnio mega-masakra się zdarzyła. generalnie wiem, że nad ranem seks dla mnie to dopust boży. równy co najmniej pielgrzymce w włośnicy do canossy. no i obudził mnie, miląc się i tuląc, a ja w półśnie ofkors się zgodziłem (niestety asertywność u mnie to pięta achillesowa). no i wydawało mi się, że odbieram nowo wybudowane budynki. a tu cholera żadnych nowych. w sumie pres do najnowszych nie należy…

          odzyskałem swój stacjonarny komputer. lubie mojego laptopa służbowego tylko z jednego powodu – że w sytuacji gdy muszę oddać swój komp do informera, mogę sobie go poużywać. a jako wyrośnięte dziecko neostrady musze mieć komp non stop pod ręką. bo co bym wieczorami robił, skoro ezo.tv nadaje li tylko do dwudziestej trzeciej. a jeśli już mowa o kablówce, to od dwóch dni żem jej pozbawion. tragedia! tym bardziej, że od dwóch lat za nią nie płacę ni grosza, bo zapomnieli mnie odciąć. ale w tym miesiącu dzień dziecka chyba się skończył. i jak mi ktoś jeszcze powie, że siódemeczka szczęśliwa jest… ugryzę! w ucho! chociaż może lepiej nie. bo ja tam zawsze doświadczam nadorgazm…

          byłem u fryzjera. wyglądam jak owca beata z polskiej wersji ulicy sezamkowej. wystrzyżony masakrycznie. ale czego mam spodziewać się po moim fryzjerze, który woli ze mną gadać zamiast mnie obcinać? tak się zastanawiałem, czy aby nie leci jakoś dziwnie na mnie. w sumie ja bym go z łóżka nie wygonił, ale służbowe stosunki powinny być służbowymi. tym bardziej, że za jego usługi płacę dwadzieścia osiem zeta. z innych rzeczy powiem krótko – sypię się. zaczęło mnie strzykać dzisiaj w lewym boku akuratnie jak gadałem z wiejską zytą. i nagle dostałem ataku śmiechu, na co zofija: panie radq co się stało? jak jej powiedziałem, że starość czuję, umarła ze śmiechu i stwierdziła cobym jej z oczu zszedł, bo goopoty gadam. nie ma ja poważanie u podwładnych… ygh.

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg tarkan – dudu

          In point of view minus cztery on 4 lipiec 2008 at 12:41

          pierwsze podejście do zdrady prestona zakończyło się może nie tyle katastrofą, co niepowodzeniem. koleś, z którym się umówiłem, okazał się nawet dość fajny i nie wyglądał źle, ale jednak sumionko gryzło cały czas. co ja tu robię? chcę do domu. bosh, co za masakra. takie i inne myśli mi krążyły wokół głowy. potem nadszedł etap porównań. że prestonek jednak przystojniejszy. że zalotnie mruga oczkami, jak się na niego patrzę. że ma najseksowniejszy głos na świecie i śmiesznie kręci tyłkiem, wchodząc po schodach na ostatnie piętro. no i że muszę się schylać coby go pocałować. i tak cały wieczór. a jak mi powiedział, że przez dwa lata spotykał się z lekarzem, to już w ogóle miałem ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie. powtórzę jeszcze raz – koleś spoko, nie wyglądał źle, inteligentny. ale to nie doktorek. czyli poszukiwania partnera do skoku w bok wciąż w toku…

          dostałem drzewko bonsai. od jednego z najprzystojniejszych kolesi w mieście. no dobra – kupiłem go sobie sam w prezencie. za całe trzydzieści zetów. ale to nie przeczy w żaden sposób drugiemu zdaniu w tym akapicie. pamiętam, jak miałem kiedyś na felku nicka bonsai, na którego nie wyrwałem ani jednej doopencji. już większe powodzenie miałem, tytułując się “goopkiem leśnym” – skądinąd zabawnym pseudo nadanym mi przez księżną. obecnie zuzurpowałem sobie prawo do nicka doktorka, pod którym bywał na czaterii. no i nie powim – dostałem propozycję od jakiegoś kolesia, który zakłada agencję modeli. pewnie skarpetki mógłbym reklamować. bo mam ponoć seksowne nogi. przynajmniej zdaniem mojego eksa. i plecy też. i to też jego zdaniem. ale jak mawiała moja mama – z tyłu liceum, z przodu muzeum. poza tym wczoraj usłyszałem od mareczka, że jestem gruby i mam pucułowatą twarz. nie ma jak komplementy słyszane z ust niegdysiejszych partnerów seksualnych. bosko!

          wyczytałem kansikej, że po dłoniach można odkryć zawartość boksów. że nie po nosie, czole czy ułożeniu tkaniny dżinsowej, ale właśnie po dłoniach. no i już teraz wiem, skąd mój kompleks małych rączek. normalnie można się załamać. ale na szczęście mój wielki big-bauch wszystko zasłoni, więc i tak nie będzie widać. szczególnie po wczorajszej pizzy i dzisiejszej, na którą zaprosił mnie za parę godzin pan lekarz… poza tym tak sobie myślę, że w każdym z dzisiejszych tradycyjnych trzech akapitów (choć ostatnio zaczynam łamać konwenanse) wspominam burke’a. przeca to chyba jakaś mania i uzależnienie… aż strach się bać, co będzie dalej… chociaż jestem w przededniu umówienia się z kolesiem z miasta prestońcia. ciekawe czy się znają? bo jak wywnioskowałem z wczorajszej rozmowy z randkiem, to już wkrótce będzie sąsiadem z księżniczkiem. zdaje się, że w moim dwabecity jakieś nowe soho wyrasta…

          In point of view minus cztery on 2 lipiec 2008 at 10:24

          od paru dni nachodzi mnie dziwna myśl. że oto z dnia na dzień jestem coraz starszy, a limit pięknych dni, które przede mną, coraz bardziej się kurczy. nie chodzi o to, że życie staruszka jest niewesołe, bo jawnie przeczy temu wiesław michnikowski, śpiewając słynne wersy. bardziej chyba na rzeczy jest to, że mając dwadzieścia parę lat, znacznie więcej uchodzi ci płazem. w sumie świadom jestem tego (bez fałszywej skromności ofkors), że jak na moje latka nie wyglądam aż tak źle (pod warunkiem, że mam na sobie jakieś tekstylia – przynajmniej na klateczce piersiowej i brzuszysku), ale z każdą kartką wyrwaną z kalendarza ucieka mi coraz więcej szans, możliwości czy nawet okazji. a że dodatkowo mam kalendarz miesięczny, to ta ucieczka jest jakby z lekka zawoalowana. dlatego chyba najwyższa pora, coby coś z tym zrobić – każdy by tak powiedział. niemniej jednak jako totalny socjalny pasyw (nie mylić z seksualnym pasywem proszę, bo to dwie różne sprawy!) mam z tym nie lada problem. ale w sumie nie ma takich problemów, z którymi nie umiałbym sobie jakoś poradzić…

          problem numer jeden do pewnego czasu nazywał się preston. aż śmiać mi się chce, jak infantylnie podszedłem do całej tej historyjki, która mogłaby z powodzeniem być jednym z epizodów jakiejś niemieckiej telenoweli (bo przeca nie południowoamerykańskiej czy polskiej, gdzie na gejoffskie relacje miejsca absolutnie nie ma). dzisiaj sprawa totalnie zrewidowana. krótko mówiąc, przestałem doktorka traktować jako poważnego aspiranta do mojego serducha. uznaję, że wdałem się w krótkoterminowy romans. właściwie było to oczywiste od pierwszego naszego spotkania, kiedy to właściwie first time in my life poszedłem z kimś zaraz von angang an do łóżka. choć i tak robił trzy podejścia aż mu się udało. niemniej jednak goopi er pomyślał, że może z tego wyjść coś fajnego. coś fajnego to wyszło z gołębiego jajka i już tego nie ma. tu może wyjść tylko coś z rozporka. tak więc reasumując pokrótce, mogę stwierdzić, że znów mam kochanka. jak było w osobie księżnej. no i z lekka zaczynam sobie bimbać z tego układu. fajnie gdzieś razem wyskoczyć, fajnie razem obejrzeć film, fajnie razem gdzieś wskoczyć. ale nic poza tym. no i jakież było jego zdziwienie, gdy ostatnio określiłem go mianem faceta, z którym sypiam… wrażenia na widok jego miny bezcenne.

          a żeby było jasne, że to co wyżej całkiem serio, a nie jakieś pseudomaczomenowskie przechwałki i ściemy, to napiszę, że w niedługim czasie mam się spotkać z jakimś kolesiem z pedalskiego e-baya (fellow to allegro, więc tam proszę mnie nie szukać!). w sumie zero założeń, nowe otwarcie, a może otwarty układ. kto wie. w sumie jakoś niespecjalnie chce mi się szukać poważnych relacji. niech się znajdą same. bo co jak co, ale z takowej opcji raczej szybko nie zrezygnuję. tymczasem chyba powinno być party-tajm. póki jeszcze nie muszę za to płacić…

          skoro tak się pocę, wylewając swoje żale i smutki nad facetem, z którym sypiam, to może kilka słów o facetach, z którymi sypiałem. ale może według chronologii. pierwsza księżna. kupiła sobie mieszkanko 35 qm za 147 tysięcy peelen. jak ja kocham takie dziwne decyzje. no ale co tam. w końcu ja planuję za dwa lata emigrację na wybrzeże, więc nie będę się nad nim z tego powodu aż tak pastwić. ale nie o tym chciałem. ogólnie jakoś niespecjalnie mam ochotę się z nim widzieć, choć naciska jak push the button. albo bottom. zależy jak kto chce. w przeciwieństwie do eksa. znaczy vila czyli eM’a, z którym po miesiącu w końcu się zobaczę. zanim zniknie z mego miasta, o czym pokątnie dowiedziałem się, używając swej szpiegowskiej siatki. w sumie macki mam wszędzie – wiedziałem, że księżna kupiła em-jeden zanim mi to powiedziała, wiedziałem, że vil rzucił pracę, zanim rozmawialiśmy na ten temat, w końcu wiem, że preston robi mnie w trąbę i nic mi o tym nie mówi. ale ja tę trąbę odetnę i ze słonia będzie świnka. czyli ja. bo zacznę podobnie jak on. ofkors to teoria. jaka będzie praktyka – w następnych odcinkach…

          wczoraj kupiłem sobie fikusa. bo tak jakoś miałem ochotę na obcowanie z naturą. poza tym cały czas urządzam swoje apartamenta. fikus – dwanaście zeta, doniczka – dwadzieścia. zdzierstwo normalnie! teraz tylko proszę o modlitwę coby mi liści nie zrzucił bo benjaminy tak mają niestety… ale mam konewko-spryskiwarkę i odżywkę. tyle tylko, że tym sposobem załatwiłem już w ciągu tygodnia lawendę i fiołka, które dostałem od doktorka. chociaż jakby się nad tym tak dogłębniej zastanowić, to może to znak. że wcale nie były to kfiotki od serca, a coby sumionko swoje uspokoić i odsunąć ewentualne moje złe myśli na bok obok. no bo w końcu rzadko się zdarza, że twój koleś mówi ci, że nie znosi ze wszystkich piw na świecie żywca, a na czacie słyszysz od obcego buroka tę samą kwestię. moja perfidia zdaje się, że osiąga apogeum… świecie drżyj!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg taken by trees – no letting go

          In point of view minus cztery on 1 lipiec 2008 at 7:22

          wczoraj spadł deszcz. no i zalało mi parapet.
          dzisiaj piję kawę. posłodzoną cukrem z deszczówką.

          wczoraj zapomniałem komórki w domu, choć miałem ją cały czas przy sobie.
          dzisiaj napisałem mu już porannego esa.

          wczoraj byłem piękny i młody.
          a dzisiaj nie było w sklepie soczku jednodniowego z jabłek.

          no i teraz pytanie: wczoraj czy dzisiaj…?
          ryzyk fizyk. biorę dzisiaj. jutro mogę być jeszcze bardziej cyniczny.

          no i dzisiaj odkryłem spod papierów oryginalny kolor mojego biurka.
          porządek na biurku – porządek w życiu. ponoć.

          o! zofija drze się na korytarzu. może wpadnie na kawę…

          In point of view minus cztery on 30 czerwiec 2008 at 11:18

          hipek nie zmieścił się w żadnym garniturze. a jak już znaleźli jakiś, to był za duży. tak w sam raz na nyskę. no nic – będzie musiał się uzbroić jeszcze w cierpliwość. i albo poczeka na świeże dostawy tkaniny z krajów trzeciego świata, albo pójdzie na ślub swojej siostry w dresie. i pomyśleć, że ten ślub mógł być mój. ech dziewczyna była poskakana za mną. a jej rodzice jeszcze bardziej. jak sobie tak myślę, to właściwie jestem wymarzonym zięcio-synowym. na większości matek robię takie wrażenie, że hej. do dzisiaj matka księżniczki wydzwania do mnie z życzeniami świątecznymi, a na mamie vila też chyba zrobiłem lepsze niż dobre wrażenie. chociaż u hipków to tata hipek był za mną jak nie wiem co…

          wiejska przeżywa męża. znaczy młodsza od niego jest, a w dodatku kobietą, więc wszelkie znaki na niebie i ziemi mówią o tym, że ma spore szanse go przeżyć. ale ona go przeżywa na swój sposób. zresztą nic nowego. ona ma faworyta, a ja swój letni romans…

          zgodnie z tradcyją winien być tu jakiś trzeci akapit. ale nie mam kompletnie o czym pisać. właściwie dzisiaj to wklepałem kilka czcionek klawiaturą, coby mi statystyki w wordpressie poszły do góry. miałem skrobnąć kilka słów o wypowiedzeniu, o prestonie, o ś.p. gołąbku… ale temperatura jest tak nie do wytrzymania. i ta duchota. a grzybowa dodatkowo ma koncert na igłowej drukarce. nuda!

          In point of view minus cztery on 26 czerwiec 2008 at 12:10

          dzisiaj jest chyba niezbyt dobry dzień na wylew. tak sobie myślę, bo nie dość, że na chwile zacząłe tracić wzrok, to zaraz potem rozbolała mnie tak głowa, że musiałem pierwszy raz od lat zażyć jakieś paskudztwo kupione w piekarni obok. no a poza tym jestem umówiony dzisiaj na zakupy z hipkiem, któremu ubzdurało się, że jestem jakby ekspertem od garniturów. no nie chwaląc się, mam ten zmysł, który pozwoli mi zawsze dobrać odpowiedni krawat czy koszulę. inna inność, że do moich oczu nie pasuje tylko stanik i podwiązka, ale i tak uzurpuję sobie prawo do bycia wiejskim jacykowem na prowincji. ofkors będę się pewnie trochę woził po kształtach jaśnie pana krzysztofa herbu hipopotam, ale jako czarna owca tej rodziny chyba mam prawo…

          w pracy skandal za skandalem. a po środku tego całego miejscowościowego (bo przeca nikt nie nazwie tego zakątku na tej ziemi wsią) łajna ja. moi. ich. czyli ja. dostałem po łbie od wszystkich możliwych najważniejszych z ważnych, wliczając w to i pierwszego. bo ośmieliłem się przedstawić sprawę mniej dyplomatycznie, a tak jak miała się ona od początku do końca. czyli całą prawdę tak mi dopomóż panie na be. ale co tam. wypowiedzenie przynajmniej złożyłem. ech. lajf…

          wybrałem się na film. do alternatywnego kina. z kawą i siedzeniami jak w iluzjonie jakimiś. ofkors nie sam, bo z prestonem. na jego zaproszenie coby nie było. jakoś ochłonąłem po licznych predyworcyjnych emocjach, relatywizując sobie to i owo. ale to nieważne. film był cudowny. bo czeski. z boskimi aktorami genialnie obsadzonymi w boskich rolach. a co więcej – z każdą z tych postaci w jakiś sposób mógłbym się identyfikować. tego mi było trzeba. jakiejś lekkości w podejściu do życia, pensji i ludzi, którzy wokół. a najgenialniejsze w swej prostocie – biorąc pod uwagę moje z przeszłości niedawnej doświadczenia – były słowa chińskiego przysłowia, które padły tuż przed napisami: dobrze jest znać prawdę i głośno o niej śpiewać. ale lepiej znać prawdę i śpiewać o śliwkach.

          In point of view minus cztery on 20 czerwiec 2008 at 17:07

          generalnie mi przechodzi. nie wiem jak inni, ale ja jestem strasznie emocjonalny chłopak. w środę udusiłbym prestona kabelkiem od myszki, teraz co najwyżej włożyłbym mu klawiaturę w dupę. zresztą widzimy się za tydzień, więc moja emocjonalność jeszcze bardziej dozna procesu schłodzenia i kto wie czy nie skończy się to tylko włożeniem mu do tyłka kulki z myszy. a ja gdzieś tam w moich szpargałach takową mysz jeszcze przetrzymuję…

          znalazłem na pewnym blogu kilka pytanek. i z braku inwencji twórczej własnej zdecydowałem się trochę pościemniać. ale nie będzie to żaden plagiat, bo byłoby to sprzeczne z moimi zasadami (jak puszczanie się po czaterii), a tylko pewna inspiracja. pytania są cudze, ale odpowiedzi moje. trochę się poodkrywam przed gawiedzią…

          1. co ci się ostatnio śniło?
          - bosh. seks z cudnym kolesiem z jakiegoś filmu. miał hiv. i w sumie było mi egal, czy i ja tego nie złapię. jemu nie było. i z seksu nici…

          2. co myślisz o porannych wzwodach, miewasz je?
          - wiem, że w moim wieku to zabrzmi niewiarygodnie, ale jeszcze tak. chociaż seks z takim wzwodem to męczarnia…

          3. co nucisz podczas golenia?
          - nic. bo ja się nie golę. ani na górze, ani na dole. jestem fetysztą wszelakiego włosia. łącznie ze skórką. z golonki ofkors…

          4. co ostatnio przeczytałeś?
          - chyba komentarz do kodeksu postępowania administracyjnego i biografię jana kubisza. po prostu potrzebowałem to dzisiaj do mojej radosnej twórczości własnej zawodowej. ot takie bzdety mnie kręcą…

          5. co robisz, żeby poprawić sobie humor?
          - jak coniektórzy umawiam się na dziki seks. w kole przyjaciół radia maryja mojej parafii ofkors. ot taka czateria-paraferia.pl…

          6. co sądzisz o owłosieniu na klatce piersiowej?
          - swoim? za małe. cudzym? do tej pory trafiałem niestety na łysoli. jak już trafię na takiego miśka (bez przesady ofkors) to pewnie będzie znak. że to ten na wieki wieków – na kolejne pół roku…

          7. co to jest fisting?
          - powiedzmy, że w tym przypadku jestem szczęśliwy, że nie zawsze teoria idzie w parze z praktyką…

          8. co to jest liczba złożona?
          - dzisiaj zaczęły się wakacje – to raz. a dwa – 69 miałem już ładnych parę czasokresów temu…

          9. co to jest tag?
          - guten tag! bundestag! geburtstag! tak, jestem germanofilem i miałem trzech wujków w wehrmachcie. i temu qwa mać prezydentem nigdy nie zostanę…

          10. co to jest wolny związek?
          - ja i preston. a co?

          11. co to znaczy „być kogoś chłopakiem”?
          - być pasywnym?

          12. częściej chodzisz do kina czy do kościoła?
          - ostatnio w kinie byłem na casino royale. a w kościele na pasterce. czyli jednak czarni wygrywają…

          13. czy „zakochałeś” się kiedyś w kimś sławnym?
          - camillę parker-bowles ktoś zna?

          14. czy 1+1 to zawsze 2, a 2+2 nieodmiennie równa się 4?
          - jest jeszcze 2+1. taki zespół, którego pieśń grają na weselach zawsze. a nikt się nie pokapował, że bohaterką rzeczonego utworu jest kobieta, która wychodzi za mąż z rozsądku…

          15. czy byłbyś w stanie wyjechać z polski i na stałe osiedlić za granicami naszego kraju?
          - i to już. natychmiast. teraz. w berlinie albo hamburgu. albo nowa zelandia. byle jak najdalej od tuska.

          16. czy chciałbyś mieć dzieci?
          - przed poznaniem samurajów moja odpowiedź byłaby twierdząca…

          17. czy chodziłeś do przedszkola?
          - jasne. dwa lata. najgorsze dwa lata mojego życia. nie licząc związków…

          18. czy jest coś, czego nie lubisz jeść?
          - generalnie lubię jeść. ale nie jem. odżywiam się jeno. coby nie zejść całkowicie. acz kto wie, kto wie…

          19. czy kiedykolwiek farbowałeś swoje włosy?
          - raz w życiu. nawet mam fotę. na różowo. serio!

          20. czy kiedykolwiek miałeś myśli samobójcze?
          - tylko stojąc przed lustrem, więc to się nie liczy…

          21. czy kiedykolwiek miałeś na sobie sukienkę?
          - odkąd mogą mnie wsadzić do więzienia, to nie…

          22. czy kiedykolwiek robiłeś sobie test na obecność wirusa hiv?
          - przeszłość odkreślamy grubą linią. swoją drogą chyba powinienem…

          23. czy kiedykolwiek zakochałeś się w dziewczynie?
          - właściwie to nie. ale one padają mi do stóp. jak muchy. a ja łapką je. łapką…

          24. czy masz rodzeństwo?
          - mam młodszą sis. ale to ja jestem z naszej dwójki ten piękniejszy, mądrzejszy i w ogóle i w szczególe. niestety, siostrzyczka moczyła się w wodach płodowych, które ja doszczętnie wydrenowałem z najlepszych genów…

          25. czy masz swój wypróbowany sposób na kaca?
          - übung macht den meister!!!

          26. czy nosisz okulary?
          - na ogół windowsy w oczach. okulary wieczorową porą. ale co jak co – cholernie fajna ze mnie w nich dupa. ygh. twarz znaczy…

          27. czy podczas uprawiania seksu zdarzyło Ci się westchnąć lub zajęczeć?
          - prędzej zasnąć lub nie dojść. ja nie wydaję dźwięków seksualnych. jestem jak pani migająca em jak sraczka w wersji dla niesłyszących…

          28. czy sigurów można użyć jako składnika kanapki?
          - jeśli macie na myśli ten zespół – to sorry. jak dla mnie to za popularna muzyka niepopularna…

          29. czy twoi rodzice wiedzą o tym, że jesteś gejem?
          - teraz już pewnie tak…

          30. czy zafundowałeś sobie kiedyś bungie-jumping?
          - jeszcze nie. za ciężki jestem i obwiązany linami wyglądałbym jak szynka u rzeźnika na haku. mimo wszystko mam litość dla estetów…

          31. do jakich trzech głównych rzeczy wykorzystujesz komputer?
          - jako podstawkę na kubek z kawą, telefon oraz modem…

          32. dokończ: seks to…
          - nic, bez czego nie umiałbym przeżyć przez rok…

          33. gdyby warunki okazały się sprzyjające, wolałbyś mnie przytulić czy raczej pozwoliłbyś, żebym to ja przytulił ciebie?
          - tak bez dwumiesięcznej wymiany mejli? nie ma opcji!

          34. gdybym miał zostać twoim facetem, któ-rym-bym-był?
          - wciąż nie przegoniłem elisabeth taylor… ani żadnego z moich eksów (w tym i przyszłych eksów).

          35. gdybyś miał maszynkę do przenoszenia w miejscu i czasie, gdzie chciałbyś teraz być?
          - ósmego marca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku w bielsku o czternastej trzydzieści…

          36. gdybyś na bezludną wyspę mógł zabrać tylko jedną płytę, to jaki byłby to album?
          - upewniłbym się czy w ogóle mają tam prąd i jakiś odtwarzacz tego typu płyt, coby mi szczęka dolna nie wypadła na piasek…

          37. gdzie najbardziej na swoim ciele lubisz czuć bliskość faceta?
          - w moim wieku sypia się już w osobnych łóżkach. a jeśli już nawet w jednym, to pod osobnymi kołderkami…

          38. gdzie zabrałbyś na pierwszą randkę kogoś, na kim bardzo by ci zależało?
          - phi. nie ma goopich. niech teraz ktoś się stara. enough is enaf!

          39. gej czy pedał?
          - jak kurwa nic – pedał!

          40. ile centymetrów ma środkowy palec twojej dłoni, mierzony od środka kostki?
          - wbrew podejrzeniom mniej niż mój penis…

          41. ile książek przeczytałeś przez ostatnie 12 miesięcy?
          - całkiem sporo. przynajmniej jedną na miesiąc. co jak co, ale inteligentna bestyja jestem… jak sie nie może szpanować ciałkiem, to trzeba móżdżkiem…

          42. ile masz lat?
          - powoli zapoznaję się z tym niemcem. azheimerem…

          43. ile razy zakochałeś się w przeciągu ostatnich 12 miesięcy?
          - jeden raz za dużo…

          44. ile ważysz?
          - stanowczo za dużo!

          45. jajko na miękko czy na twardo?
          - jajka mogą być miękkie…

          46. jak często się golisz?
          - a tego pytania czasem już nie było??

          47. jak trafiłeś na tego bloga?
          - pewnie po pedałblogach… od ajsa wszystko się zaczęło. on ma tego tam w cholerę…

          48. jak ubrałbyś się na nasze pierwsze spotkanie?
          - założyłbym skarpety do sandałów jak jeden taki marcinek kiedyś. i kaszkiet. uciekłem po kwadransie…

          49. jak wyglądają Twoje dłonie?
          - chciałbym je mieć większe. i nie tylko nie (tak brzmi ten zaimek??)

          50. jak wyglądał nos twojego ostatniego faceta?
          - buhahaha! tomaszek wie!

          51. jak wysoki jesteś?
          - hobbitowi goopio by było być ze mną aktywnym…

          52. jak wysoki powinien być twój partner?
          - doświadczyłem wszelkich proporcji. ale nie lubie stawać na palcach do całowania. czuję się jak w jeziorze łabędzim wtedy…

          53. jaka była twoja ulubiona zabawa w dzieciństwie?
          - ależ ja cały czas jestem dzieckiem. dzieckiem szczęścia…

          54. jaką lekturę w liceum przeczytałeś w całości?
          - czuka i heka…

          55. jaki bohater filmowy najlepiej oddaje twoją osobowość?
          - pies pluto. albo sąsiedzi. fajtłapa ze mnie nieziemska…

          56. jaki jest twój ulubiony bohater kreskówek?
          - rákosníček

          57. jaki jest twój ulubiony kolor?
          - czerń. bo wyszczupla…

          58. jaki jest twój znak zodiaku?
          - nawspanialszy ofkors. rybki…

          59. jaki kolor i długość włosów najbardziej lubisz?
          - te pytania nie są już takie zabawne. coraz bardziej mi się nudzi, wstawiając te goopie literki. jeśli chodzi o panów – żadnych szymonów wydrów i perfektów. plizz… łysi też nie są fajni!

          60. jaki masz kolor oczu?
          - w dowodzie piwny. w oczodołach brązowy. muszę pamiętać o zmianie za 3 lata…

          61. jakie cechy u innych wyprowadzają cię z równowagi?
          - pierdołowatość!

          62. jakie jest twoje ulubione męskie imię?
          - kazimierz.

          63. jakie lody najbardziej lubisz?
          - na ciele? w ustach? czy może w pucharku? bo się pogubiłem…

          64. jakie metody stosujesz, kiedy chcesz odreagować stres?
          - procentualia ofkors…

          65. jakie są trzy największe przyjemności twojego życia?
          - decybele, kej-pi-ejcze i promille…

          66. jakiej muzyki słuchasz na kolanach?
          - sakralnej w czasie podniesienia…?

          67. jakim zdrobnieniem nazywała cię mama, gdy byłeś mały?
          - na szczęście mama mi tylko imionkowała. temu chyba nie mam zespołu nadzdrobniania i cium-słodzenia…

          68. kiedy ostatnio byłeś w parku albo w lesie?
          - całkiem niedawno. i całkiem szybko tam znowu będę…

          69. kiedy ostatnio rozmawiałeś z ojcem?
          - na dwanaście godzin przed jego śmiercią. jako ostatni z rodziny. już piętnaście lat prawie temu. a co?

          70. kiedy po raz ostatni trzymałeś za rękę faceta?
          - dzisiaj, witając się z dyrektorek ośrodka kultury. zawsze przytrzymuje jakąś chwilkę…

          71. kogo ze zmarłych ludzi chciałbyś wskrzesić, by podać mu rękę?
          - co za durne pytanie. autora rzeźby wenus z milo pewnie…

          72. kto ostatnio pogłaskał cię po udzie?
          - nikt.

          73. kto to jest ‘prawdziwy mężczyzna’?
          - z całą pewnością nie ja. może ajsi?

          74. mleko na zimno czy na gorąco?
          - prosto z cycka!

          75. co dokładnie chodzi w określeniu ‘dźwięk stereofoniczny’?
          - wyjdę na debila, gdy powiem, że kompletnie nie interesuje mnie ten temat. niby wiem, że ojciec mnie zrobił, ale jakoś nigdy nie myslałem, jaką techniką…

          76. o czym marzysz?
          - by być kanclerzem niemiec…

          77. o której zazwyczaj kładziesz się spać?
          - raczej pytanie powinno brzmieć: po której…

          78. o której zazwyczaj zasypiasz?
          - musiałbym zerknąć do pamiętnika. co noc skrzętnie notuję…

          79. od którego momentu znajomości można powiedzieć, że to już jest ‘związek’?
          - buhahaha… no comments…

          80. ogórek kiszony czy konserwowy?
          - szklarniowy! świeży! w całości. ze skórką. choć amerykanie ponoć wolą bez. i żydzi też…

          81. palisz?
          - powinienem zacząć. kalorie ofkors…

          82. pies czy kot?
          - świnka morska.

          83. pijesz kawę?
          - czy piję? ja ją żłopię…

          84. por czy seler?
          - zielona pietruszka. taki herb ofkors.

          85. preferujesz lans na parkietach modnych klubów?
          - jasne. co tydzień. katosy, krakoff, wafka. no i czateria ofkors!

          86. ser żółty czy ser biały?
          - jak ktoś nie wie, to niech wypier**** z tego bloga!

          87. skarpetki białe czy czarne?
          - do sandałów??

          88. slipki czy bokserki?
          - sypiam nago, a co?

          89. sypiasz nago czy w pidżamce?
          - no przeca mówię… grr…

          90. tradycyjny pogrzeb czy kremacja?
          - kremacja. za ciężki jestem…

          91. w jakim wieku pierwszy raz się całowałeś?
          - w sumie wcześnie zaczynałem. kiedyś nawet mi się śniło, jak się całowałem z zaje*istą doopą. a jak się obudziłem, to cały róg kołdry był dziwnie mokry…

          92. w jakim wieku po raz pierwszy się zakochałeś w chłopaku?
          - niestety w xxi dopiero…

          93. w jakim wieku powinien być twój partner?
          - cha im w de. czy młodszy, czy starszy – tak samo ma nasrane w głowie. bóg zapłać…

          94. w którym miejscu zrobiłbyś sobie tatuaż?
          - na lewej łydce.

          95. wanna czy prysznic?
          - cokolwiek. byleby nie śmierdzieć…

          96. witamina ce z pomarańczy czy z grejpfrutów?
          - z apteki…

          97. wyjazd na ryby czy na grzyby?
          - na doopy…

          98. z czym kojarzy ci się określenie „przegięty”?
          - nie wiem czemu, ale niekoniecznie ze mną ani z nikim z kim sypiałem…

          99. z ilu skrzynek e-mail regularnie korzystasz?
          - z dwóch. ale mam jeszcze trzynaście…

          100. za którym razem zdałeś egzamin na prawo jazdy?
          - za ostatnim. dobry jestem, no nie?

          tak jakoś zachciało mi się wywiadu udzielać. kiedyś już udzieliłem. ale gazeta ma jeno niecałe dwa tysiące egzemplarzy. poza tym trzeba wyjść naprzeciw nowym technologiom. dzisiaj już wyszedłem naprzecim szkolnej gawiedzi. trzy panie powiedziały wow! miały po szesnaście lat. więc niech będzie im wybaczone. goopie są i hormony im szaleją. za to samczym wow bym nie pogardził. ygh.

          In point of view minus cztery on 18 czerwiec 2008 at 20:42

          jeszcze tylko parę dni i rozwód sfinalizowany. nie, nie. wiejska wciąż nie dojrzała do tej wiekopomnej decyzji. ba! co więcej – wybiera się z faworytem na tydzień nad morze. pewnie ratować małżeństwo jedzie. no dobra, to taka pożegnalna wyprawa. przynajmniej tak twierdzi. inna inność, że nie jedzie z nim sama. jadą wielką paczką – łącznie z jej byłym, co chyba najbardziej zmotywowało jej małżonka, by podjął trud pokonania z własną żoną całej polski. biedny. nawet się nie spodziewa, co go czeka. tym bardziej, że pozew już przygotowany ręką jakiejś tam prawniczki. całe szczęście, że ja nie mam takich problemów. z prawnikami znaczy. wystarczy jedno spotkanie w cztery oczy i po sprawie. i to chyba najważniejszy powód, dlaczego nie popieram związków partnerskich…

          preston też się nie spodziewa, że już wkrótce będzie musiał opuścić warrior’s anatomy. i to z hukiem. na razie milczę, ale przy najbliższej okazji otrzyma, co mu się należy. może sobie nic nie obiecaliśmy. może nie przyrzekaliśmy sobie wierności i uczciwości póki śmierć nas kosą nie przetnie wpół. ale kłamstwa nie zdzierżę. że niby źle się czuje. że niby pracuje. a w najlepsze gada ze mną na czacie i zaprasza mnie na seks. po prostu dno! że niby jestem szpiegiem? że niby to nie fair? może. ale niech no tylko temida zważy nasze przewinienia… a wszystko dzięki – a jak – dżeksowi. bo się chłopak w pracy nudzi i okupuje czaterię kurwierię. a że fota na wielbłądzie z rzadka się zdarza, to nietrudne dodać jedno i drugie, by załapać, że to niby moja big love. okki. sam sobie jestem winien, bo już od jakiegoś czasu o tym wiedziałem. a niech się kurwi. byleby mi kłamstwem oczu nie mydlił. bo nic mnie tak nie brzydzi jak kłamstwo właśnie…

          wiedźma mówiła: rozstaniesz się z nim. kiedy? z kart wychodzi czwórka. więc albo za cztery miesiące. albo w kwietniu. czyżby miała się mylić? może… ale moment! od wizyty u niej jak w pysk strzelił minęły cztery tygodnie… teraz tylko pozostaje czekanie na najgorszą część jej proroctwa. ale może lepiej od razu odpukać. w niemalowane. może być moje czoło…

          In point of view minus cztery on 17 czerwiec 2008 at 12:47

          powinienem zostać wróżką. bo nasi odpadli w euro. że niby to było oczywiste? w takim razie cała reszta powinna pofatygować się do psychiatry. tudzież dostać jakieś zacne miejsce we władzach kościelnych, bo tam wiara w cuda jakoś bardziej usprawiedliwiona. w cywilu raczej trudno będzie się usprawiedliwić ze szkodliwych społecznie twierdzeń, jakoby nasi mieli szansę na finał. prędzej ja zostanę prima baleriną w teatrze bolszoj. tyle tylko, że ja w tutu to widok równie podniecający i zachwycający co nasza jedenastka na boisku. no może z wyjątkiem boruca, ale to już inna inność… wczorajszy mecz sobie z lekka darowałem, bo wiara w przegraną niemców z austriakami połączona z triumfem nad kroacją, była równie sensowna i uzasadniona, co msza w intencji o poczęcie przeze mnie i prestona. w tej konstelacji ofkors. bo że w innej to całkiem możliwe – jak zwycięstwo polski. nad bhutanem…

          sprawy z prestonem chwilowo mają się jak się mają. nie będę się nad tym rozwodził, bo nie ma nad czym. w sumie jest super. ale wynik meczu jest do przewidzenia. tyle tylko że czas jakby nieregulaminowy. poza tym wpadł do mnie na chwilę, przywitał się z kaczką (nie, nie! nie uprowadziłem prezydenta ani on nie uprowadził ze szpitala własności prywatno-publicznej do sikania – to taka gumowa kaczuszka wannowa…), wypiliśmy szampana i takie tam tere-fere. poza tym pierwszy raz w życiu dostałem od faceta kwiatki. goździki. normalnie upadłem. i pomyśleć, że nie za bardzo chciałem się z nim spotkać. a dzisiaj nawet do pracy mnie odwiózł. całe szczęście, że nie musimy się kłócić, kto dzieciaki do przedszkola rzuci. na razie tylko jest wojna o żelazko. że sobie go zauzurpowałem…


          oops. zapomniałbym. przeca mamy dzieciaka…

          ale żeby nie popaść w melancholijną nutkę pedalstwa pospolitego, trzeba jakieś męskiejsze tematy poruszyć. tak więc odebrałem od mechanika samochód (oto prawdziwy powód dzisiejszej trzydziestokilometrowej podwózki ze strony doktorka, którą ofkors mega oprotestowałem). chodzi bosko. jak się okazało padło całe zawieszenie, amortyzatory i inne części, których nazw nie pomnę (dla uspokojenia nastroju i goopkowatego uśmiechu na twarzach coniektórych pt. czytelników nadmienię, że równie podobnie nie znam nazw kosmetyków poza szczotką, pastą, kubkiem, ciepłą wodą ani też tytułów więcej niż trzech piosenek madonny…). no i pół tysiąca nie moje. shit happens… ale koniec końców odzyskałem przedłużenie mojej wątpliwej jakości męskości. a właściwie jej pięciometrowe przedłużenie. teraz tylko pora zastanowić się nad ewentualną jej wymianą. dżipek mi po główce chodzi. tym razem tej wyższej kondygnacji ofkors. trzeba tylko sobie hierarchię wartości i celów ustanowić. ale jak to powtarzała pewna pani w reklamie telewizyjnej – man muss prioritäten setzen…

          poza tym popinkalam sobie na nowej operce. a wszyscy użytkownicy ie (buhaha) czy mozilli (blee) są u mnie na cenzurowanym. jacyś podejrzani tacy…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg tegan and sara – call it off

          In point of view minus cztery on 13 czerwiec 2008 at 19:40

          erfolg. szafka przywieziona i zamontowana. czyli było nie było pierwszy etap remontu został zakończony. czuję pewne rozczarowanie, jako że życie na walizkach ma swoje uroki. przez dwa miesiące (sic!) siedziałem sobie w drugim pokoju, w którym normalerweise mam taką prywatną garderobę, i oglądałem telewizję, korzystając z anteny pokojowej. teraz nie zostaje mi nic innego, jak przenieść się do apartamentu o standardzie półtorej gwiazdki. no nic – nic nie może wiecznie trwać, jak śpiewała diva. nawet mój mini remont. ale wiedźma mówiła, że mi ten remont nie przyniesie zadowolenia. no i trapiłem się całymi tygodniami, po co właściwie to robię. aż odkryłem eurekę! ja goopia pinda zapytałem irenę nie o to, czy będę heppi z nowego pokoju, tylko czy uszczęśliwi mnie remont. no ale jako potencjalny fetyszysta seksu w gipsowym pyle (nie polecam!) mogłem mieć właśnie to na myśli…shit. noga mi ścierpła.

          ponoć jednego pisklaka nie ma. dowiedziałem się wczoraj podczas mojego trzeciego pobytu na szpitalnej dyżurce. w sumie pan doktor jakiś podejrzany jest – niby taki medyk wielki prawie jak paracelsus i jego ojciec wilhelm bombast z hohenheimu zarazem, a nie umiał pisklaka uratować. w dodatku to pewnie ten, który geny odziedziczył po mnie (totalne zakręcenie i brak instynktu samozachowawczego), jak ośmielił się zauważyć mój były in spe. no ale czego spodziewać się po lekarzu, który szuka portfela z krokodylej skóry. nie wiem jak wy, ale ja w takich momentach chętnie bym prestona obsadził w jakimś nowym reality show w roli stefanii harper i urządził taki powrót do edenu, że pogubiłby swoje klapki z wielbłądziej skórki…

          oto właśnie mija tydzień, jak niczym landfürst zarządzam swoją ziemią. doglądam pól, które jak w bajce niczym chusteczki, poddanych i dobytku. przyjmuję audiencje i sam udzielam gospodarskich wizyt. uśmiecham się i macham. sam zarządzam swoim czasem pracy i jednocześnie znajduję upodobanie w zarządzaniu czasem cudzym. po prostu dziel i rządź. ale niestety w poniedziałek gejm-ołwer, bo pierwszy wraca. ale to tak samo jak z gejoffskimi związkami – niewarto planować, bo i tak nic nie może przecież wiecznie trwać, jak śpiewała diva…

          a tymczasem wciąż przeżywam wczorajszy mecz. i odkrywam w sobie uczucia patriotyzmu, których do tej pory jakoś nie miałem okazji odkryć. chociaż zawsze byłem anty-angol. stąd moja miłość do języka helli von sinnen i helgego schneidera. ech… a camilla parker-bowles może mnie cmoknąć!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg blonde redhead – 23

          In point of view minus cztery on 11 czerwiec 2008 at 11:19

          preston wrócił. z mega pudłem prezentów dla mnie. aż mnie zatkało. odebrałem doktorka z lotniska, odwiozłem domu i pojechałem do siebie. z tym że to ostatnie to dopiero rankiem dzisiejszego dnia. poza tym w międzyczasie zostaliśmy rodzicami. no to już wydarzenie, które w jakiś tam sposób połączyło nas na wieki. no ale czego można chcieć innego od pary gejuff, jeśli nie zacieśnienie więzów przez jaja i ptaki…


          to się nam zdarzyło zaraz po pierwszej wspólnej nocy. no dobra… drugiej.


          ale natura uwielbia sprawiać niespodzianki…


          no i proszę, nawet nianię franię sobie zatrudniliśmy…


          a oto nasza pociecha (na prawo od skorupki)… cały preston!
          tak w ogóle, to byłem przy “porodzie” :P

          a poza tym to chyba jest mi dobrze. i ten, dzięki komu tak jest, już to wie…

          In point of view minus cztery on 10 czerwiec 2008 at 12:01

          o! czajnik mi się zepsuł! znaczy był już zepsuty od miesięcy (jak wszystko, co za 14,99 bot in tesco). ale teraz to jakby na serio. a miałem ochotę na kawę. z kubka z marylin monroe. znaczy z darlene conley, ale bardziej stylistycznie pasował wersik z marylin. kawę mam gratis. dostałem w świecie książki. fusy mk cafe. tak prawdziwie po budowlańsku. nie ma jak poczuć się misterem testosteronem. raz za czas. bo w dzisiejszej zielonej koszuli wyglądam jak żarówa w kreacji z żywieckiej targowicy. a to pewnie tylko jakiś auchanowski otkitir. za to krawat pewnie trzy razy od koszuli droższy. jak i pasek od spodni. nie mówiąc o wzajemnych relacjach skarpetek i butów, czy boksów i… no może w tym miejscu urwę ten szaleńczo interesujący wątek.

          wczoraj spotkałem się z mister ciumem. jak zawsze wesoły, przesadnie czuły i kipiący zdrobnieniami. czyli cały cium. zresztą i pod koniec spotkania dostałem smsy z ciumkami, uściskami i buziakami. w jednym esie więcej tego tamtego niż we wszystkich esach od prestona razem wziętych. a pomyśleć, że on ma faceta. a nawet dwóch. jednego, z którym mieszka i drugiego, z którym… tak czy inaczej fajny z niego chłop (w wieku prestona swoją drogą, czyli sam miód). trochę pogadaliśmy, wypiliśmy piwo. właściwie piwo piłem ja, bo on soczek – i to jest podstawowe kryterium dyskwalifikujące w przedbiegach. już pewnie wolałbym faceta impotenta niż abstynenta. ale powiedzmy, że w branży akcenty rozkładane są nie zawsze stereotypowo…

          dzisiaj wielki dzień. poza tym, że ważę trzy kilo więcej niż przed tygodniem (kapnąłem się, bo mi zmarszczki na twarzy jakoś wypłowiały, a w boksach wyglądałem jak przerośnięta szynka), bo oto bowiem dzisiaj przylatuje kandydat do ręki. zamówiłem sobie kolesia z gayromeo.com. znaczy chciał przylecieć, to go odbiorę. no dobra, żartuję. preston wraca z zagranicznych wojaży. ciekawe czy powodowane były one chęcią odwiedzin u jakiejś tam swojej miłości z piaskownicy płci pięknej, czy może też czaterią interią w wersji com lub eu. dżołk ofkors. coby nie było. no cieszę się z jego powrotu równie mocno, jak blake carrington, gdy ujrzał w sądzie alexis. no dobra – kolejny żart. moja radość jest co najmniej tak wielka, jak w dynastii, gdy fallon uszła kosmitom. a tak poważnie, to już się nie mogę doczekać dwudziestej pierwszej z minutami. a irlandczycy niech głosują przeciw traktatowi. co tam! wtopiliśmy z niemcami, to niech i unia ma za swoje. a jeśli już przy temacie euro jesteśmy, to w czwartek zwyciężą biało-czerwoni. czerwono-biało-czerwoni ofkors…

          In point of view minus cztery on 7 czerwiec 2008 at 19:28

          weźmy na przykład moje biurko (znaczy tymczasowe biurko, bo wciąż u mnie z remontem jak ze ślubem jarka i szczypińskiej). stoją na nim następujące rzeczy: monitor, mazaki do opisywania płytek, lampa, płyn do soczewic, podróbka aqua di gio, puszka po redd’sie (jabłkowym tym razem), komórka, pilot do defaude, mysz do lapitopi, klawiatura i mysz do kompa, szklanka z wczorajszym wermutem, szklanka po bolsie z przedwczoraj i inna szklanka z dzisiejszą wlewką oraz komórka, na którą właśnie przyszedł es od prestona. w sumie miałem być aktualnie na jakiejś wiślańskiej dziczy, ale zarazek ma szkołę, a wiejska walczy ze sraczką. no cóż… lajf!

          wczoraj sobie zrobiłem wypad na miasto. w sumie szkoda było zachodu, bo wypiłem jedno piwo (w domu pewnie rozerwałbym się przedniej), ale co tam! ile można pić samemu?! toć to przeca alkoholizm! dlatego też w celu odmłodzenia się pojechałem na koncert maryli rodowicz. w sumie niech żyje bal! ale to już było. i nie wróci więcej. na szczęście małgośka to madre od nyczek, ale super babka. no i spędzenie czasu z dżeksami i pochą. do tego spotkana przypadkowo całkiem księżna. i pomyśleć, że byłem z nią w łóżku, jako i dżeks był. to nas łączy po wsze czasy… wesołe jest życie staruszka!

          a dzisiaj dzień strażaka. znaczy po florianie już całkiem dawno, ale zawody strażackie dopiero dzisiaj się odbyły. no i ja na nie wpadłem. tuż po fryzjerze. dzisiaj koleś mnie olał całkowicie. i nie był to ani pissing, który w niektórych kręgach panów na fellow wywołuje mega erekcję, ani tym bardziej promocja nowych perfum w trendy. po prostu obciął mnie jak jakąś offcę beatę. bóg zapłać imienniku prestona! właśnie sobie przypomniałem, że dżinsy mi wiszą. nie tylko na dupie, ale na sznurku. bo tak się złożyło, że pranie zrobiłem. w sumie jestem stary kawaler, a nie? o! księżna pisze na gadulcu. wow! nie ma jak być słomianym wdowcem…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg the magic numbers – love’s a game

          In point of view minus cztery on 5 czerwiec 2008 at 20:16

          mam w łazience zajebiście dużego pająka. takiego wielkości niczego sobie męskiego penisa. no dobra, trochę mniejszego. ale ja i tak jestem dumny. znaczy z pająka, coby nie było, że z czegoś innego. dałem mu na imię kazek, coby prestona uczcić z drugiego imienia. tak, tak – durne ma imię. prawie jak henryk. chociaż z drugiej strony jonathan rhys meyers jest niczego sobie. jako henryk ofkors. no i karol brandon też. jako henryk cavill. tyle tylko, że na odwrót niż jonathan. bosh! starzeję się! wracam namiętnie do seriali. chirurgów skończyłem, więc dzisiaj pochłonąłem cztery odcinki tudorów. boscy panowie. boskie panie. i głos króla! czy ja czasem nie jestem fetyszystą głosów? ale durny fetysz…

          w pracy toczę sobie wojenkę. z moją byłą szefową, której aktualnie szefem jestem ja. zaczęła pinda lafirynda mnie rozliczać z czasu pracy. no halo! to ja mam nienormowany czas pracy, a nie ona. to ja nie mam umowy o pracę , a ona karnie musi wpisywać się na listę obecności. ale skoro chciała walczyć, to chętnie podniosę rękawicę, zerkając spod swojej zajebiście seksownej czarnej brewki na jej początki błogosławieństwa. niech no tylko zacznie słabnąć i przybierać w staniku, to chętnie przejmę wszelkie jej obowiązki. a zaczynam na ostro od wtorku, kiedy to pierwszy wyjedzie na cztery dni, a ja przejmę jego obowiązki. już czuję ten jej wzrok na sobie, kiedy zakomunikuję szalonej pracoholiczce, coby urlop powoli zaczęła wybierać z poprzednich dwóch lat. okej, włączyło mi się chamstwo, wredota i złośliwość, ale nikt nie będzie mnie (mną?) poniewierać publicznie za pieniądze podatników z powodu dziesięciu minut nieobecności w firmie. sorry, ale mr. er uczy się asertywności… (tutaj publiczność pęka ze śmiechu i bije brawo scenarzyście za jego ułańską fantazję w konstruowaniu żartów i gagów).

          a pierwszym obiektem laboratoryjnym, na którym testuję swoje nowe podejście do życia jest doktorek. pojechał sobie w świat do jakiejś dziewuszki, która się w nim bujnęła i sobie wyobraża (prawie jak ja). gdybym był człowiekiem zdolnym do głębszych uczuć (a nie tylko łyków…) jak na przykład zazdrość, to pewnie wkurzałbym się niemiłosiernie. a że naprawdę lata mi to koło dupy, czy ktoś z kimś sypia, czy nie, to po prostu olewam biznes (vide ostatnie zdanie drugiego akapitu!). ale i tak pewnie się złamię wieczornie i napiszę mu jakieś milsze słowo. w sumie komu jak komu, ale jemu zawsze… poza tym w końcu muszę go jeszcze odebrać z tego lotniska, odwieźć do domu i jakąś kolację przygotować. na szczęście to dopiero za tydzień, więc mam jeszcze trochę czasu na kupno winiarowskiego pomysłu na trzy kropki…

          oszalałem. na punkcie. sera żółtego. dzisiaj pochłonąłem trzydzieści deko prosto z folii samoprzylepnej. no takiej przezroczystej, co się ją tragicznie odrywa, skleja się masakrycznie i w ogóle nieekologiczna jest maksymalnie. do tego pomidory, ogórek (w plasterkach coby nie było!) i oliwki. zapiłem to potem jakimiś procentualiami i obejrzałem ostatni odcinek niemieckiej telenoweli ‘pukając do jakichś tam miłości bram’. leciał serial na jedynce o piętnastej, a jego akcja toczyła się na lotnisku. głupie to było jak mój blog, ale jakoś polubiłem ten film. tym bardziej, że występowali tam znajomi z gute zeiten schlechte zeiten & verbotene liebe… a! no i szaleję na allegro. właśnie kupiłem sobie trzy figurki mojej sister. ot takie małpy (tym razem nie w czerwonym niestety, a w kamieniu) z zatkaną buzią, zasłoniętymi oczkami i przytkanymi uszkami. wypisz wymaluj moja następczyni w maminym brzuchu… ach! no i jeszcze jedno. skoro jesteśmy przy mojej brzydszej połówce rodzeństwa (było nas dwoje – ja i ona), to całkiem przypadkiem natknąłem się na nią ostatnio w sklepie. i wszystko byłoby cacy, gdyby nie fakt, że tuż obok szwendał się preston…

          cholera… nie ma go dopiero dwa dni, a ja już wariuję z tęsknoty…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg taken by trees – only yesterday

          In point of view minus cztery on 2 czerwiec 2008 at 11:23

          sezon na pedały rozpoczęty. i to bez pomocy fellow. to straszne! po roku przeprosiłem się z rowerem i wspólnie wyjechaliśmy na trasę. w uszkach pogrywało empeczy, a w głowie kotłowały się myśli o nadjeżdżającym tirze, jak to już było cztery lata temu. no bo jak miałem usłyszeć jego klakson, skoro bratałem się wtedy z boskim hatzigiannisem… a tymczasem bratam się z tygrysem. takim bratem z zespołem downa czerwonego byka. ponoć równie energetyczny typek. a szafki jak nie było, tak nie ma. pewnie ktoś na górze testuje moje nerwy, które jakby ostatnio wzmocnieniu uległy. w przeciwieństwie do innych dziwnych rzeczy, które zaczęły się pojawiać tu i ówdzie. no nic, w końcu wiedźma stwierdziła, że przede mną długie el cztery. a z wróżbitkami się nie dyskutuje…

          różne myśli mi kręcą się po głowie. im dalej tym mniej. im bliżej tym więcej. po kiego człowiek myśli? mógłby mieć instynkt i zaspokajać swoje podstawowe potrzeby, a tak myśli. a czasem nie myśli. ale potem i tak myśli. i się zastanawia. i się wkurza niemiłosiernie, gdy nagle mechaniczka (sic!) mówi mu, że jego samochód to jedna wielkie tragedia. i popada w zawieszenie. znaczy zawieszenie samochodu popada w mega tragiczny stan. ale od czego ma się grey’s anatomy? boska muzyka, a finał niewiadomo dlaczego wyciska łzy… bez skojarzeń – w czwartym sezonie prestona nie ma, meredith schodzi się z derekiem, callie całuję erykę, cristina odkrywa w sobie ludzką stronę, szef wraca loretty divine, na moment zjawia się boska addison, a o’malley dostaje drugą szansę na zdanie egzaminu… że zdradziłem sporo szczegółów? phi. to tylko serial. wystarczą wielkie znaki zapytania we własnym życiu. chociaż ja i tak uwielbiam je zamieniać w wykrzykniki…

          dostałem misia. na dzień dziecka. i książkę. również na dzień dziecka. sam dałem misia. na dzień dziecka. i książkę. też na dzień dziecka. a jednak nie czuję się dzieckiem. przynajmniej na co dzień. jednak gdy do głosu dochodzą uczucia, staję się bezbronny jak dziecko. ale nie to dziecko, co strzałami w ally mcbeal celowało. calista. boska kobieta. a rob lowe. ech. piękny mężczyzna. serialowo się zrobiło. jeszcze mam kilka rzeczy do obejrzenia. nudzi mi się czasem, więc oglądam pierdoły. bo między bogiem a prawdą historia z modą na suckes to jedna wielka ściema. coby się tylko nie okazało, że i inne rzeczy to jedna wielka brednia. a że ja po prostu nie umiem kłamać, to tak chyba nie będzie. a może będzie. a może nie…

          napieralski został szefem sojuszu lewicy demokratycznej. tusek odwiedził podkarpacie w czasie, gdy bawił tam mąż marii kaczyńskiej. w macedonii wygrali konserwatyści, a metzgerowa z heskiego landtagu nie chce kandydować w wyborach za rok do niemieckiego parlamentu. hilary clinton ku mojej rozpaczy przegrywa z durnym obamą, ehuda olmerta wzywa inny barak, a zarazem też ehud, do dymisji, a pierwsza żona prezydenta francji obgaduje drugą żonę, która już żoną nie jest. tak, tak… grzeje mi. i siedzę na przeciągu. i udaję, że pracuję. a jednocześnie pracuję. a mimo wszystko w głowie mam nie tylko prestona. zresztą chwilowo chyba podpadłem, bo dostałem esa, że go zaniedbuję mobilnie. no cóż… taki mój urok. po prostu ja zapominam, że mam komórkę. i nie tylko o tym…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg holidays on ice – here comes your ride

          In point of view minus cztery on 31 maj 2008 at 15:16

          bo będzie jutro. a może nie będzie. może dlatego lepszą opcją jest dzisiaj. co masz powiedzieć, powiedz teraz. nie czekaj aż nadejdzie ten moment, bo może ciebie już tam nie być. będziesz tutaj. albo i tam, ale w innym tam. a jak cię nie będzie, to kto za ciebie to powie? i jeśli nawet napiszesz, jeśli nawet nagrasz na wideo w jakimkolwiek super hiper mega formacie i rozszerzeniu, jeśli wyznaczysz pełnomocnika lub mesendżera, to i tak to na nic. bo nie usłyszysz odpowiedzi. bo nie ujrzysz reakcji. bo nie dostrzeżesz, co w duszy gra. a dusza wypływa w oczach. brązowych. albo zielonych. są i szare. ale i tak jakoś w niebieskich. szczególnie tych wypłowiałych. bo jutro jest dobre, czekając na odsetki. bo jutro jest lepsze, czekając na zmarszczki. bo jutro jest najlepsze, być umrzeć. dzisiaj liczy się całkiem co innego. by żyć pełnią życia, by cieszyć się życiem w pełni, bo wypełniać życie pełnią. bo dzisiaj jest moje. jutro mogę odstąpić komukolwiek…

          wczoraj już za mną. ale co za wczoraj. on nagi na środku jeziora. ja nieudolnie wiosłując, wpatruję się w jego ciało. i wiem. mimo że może się boję, to wiem, co chcę mu powiedzieć. że dla kogoś takiego jak on warto zrobić z siebie kretyna, schodząc z gór. i jest mi to obojętne, że prawie zatopiłem wiosło. i mam gdzieś, że moje ciało nie wygląda jak boski dawid michała a. mieć go przy sobie (i bynajmniej nie chodzi tu o rzeczony posąg) chociaż na chwilę, raz na tydzień czy jeszcze rzadziej, to tysiąc razy lepsze niż mieć kogoś innego co dzień. a jak jeszcze w jego oczach dostrzeżesz radość dziecka na wigilię wigilii dnia dziecka, to chciałbyś zatrzymać czas. chcesz wczoraj, chcesz dzisiaj, nie chcesz jutra…

          bo jutro to dzień bez niego. bo jutro jest jednym wielkim znakiem zapytania. a mimo wszystko pędzisz przed siebie na rozkaz kalendarza. bo dzisiaj mogłeś mu powiedzieć, a czy jutro nadarzy się okazja? dlatego tak bardzo celebruję wyższość dzisiaj nad jutrem. bo dzisiaj mogłem znowu włożyć szczoteczkę do zębów do jego kubka. jutro już możliwe, że nie miałbym takiej okazji. bo jutro będę się cieszyć dzisiaj. a dzisiaj nie przejmuję się jutrem…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg bryn christopher – the quest

          In point of view minus cztery on 30 maj 2008 at 12:01

          ja pierdzielę, ale ekszyn. jak już pisałem tu przed kilkoma dniami, byłem u wiedźmy. no i powiedziała mi, że będziemy szukać kasy w firmie, bo nam się gdzieś zgubiła. ale to będzie szukanie tych pieniędzy tylko na papierze, bo fizycznie one są, ale formalnie ich nie ma. ale będą. no i w rzeczy samej na za parę dni zwołujemy radę starszych, coby nam przyklepała małą zmiankę na cztery miliony, bo bez tego nie może iść wniosek na dotację. w sumie kasa jest, ale na papierze jej nie ma, a bez tego umarł w japonkach. po prostu odjechałem. boję się myśleć, co będzie dalej, jak spełnią się jej dalsze przepowiednie. a jak to nastąpi, to chyba więcej do irki nie pójdę! teraz mi tylko pozostaje czekać na dobrą wiadomość od rozwódki i uważać na kości… brr!

          preston oszalał. już drugi dyżur odwołał, coby spędzić popołudnie ze mną…

          jestem dzieckiem szczęścia. tak mi napisał mój prywatny doktor queen w wersji em. a ja to chyba w ogóle będę miał szczęście, bo wczoraj cały dzień chodziłem w majtkach ubranych tył na przód. no gdybym był zwolennikiem stringów, to pewnie bym zauważył różnicę, ale że to były jednolite boksy bez rozporka, to już to takie oczywiste nie było. znaczy gdybym się bliżej zastanowił, to pewnie skapowałbym się, że coś jest nie tak. ale ja wolałem ślepo wierzyć, że coś mi przez noc urosło i temu tak jakoś ciasno. i tym sympatycznym weekendowym opowiastkiem erotycznym kończę ten oto tydzień, czekając na odebranie wehikułu szos od mechanika, coby zaraz po pracy pomknąć do pana, co to na czacie na seks się umawia… ale niech się umawia. najważniejsze, żeby uprawiał go ze mną. ale jak się zorinetuję, że gra na dwa fronty – nie daj bóg na więcej – to zrealizuję proroctwo irki świrki… ale ponoć nasz związek ma być karmiczny. lelum polelum…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg na własną odpowiedzialność :]

          In point of view minus cztery on 28 maj 2008 at 7:03

          a dzisiaj tylko takie jedno małe pytanko. a mianowicie: co robi lekarz na dyżurze? ja już wiem. i co tu dużo mówić – strasznie mi się to podobało. no i coby nikt nie miał wątpliwości – narodowy fundusz zdrowia nie stracił na tym ani grosza. w końcu ja też płacę składki, a w przychodni ostatni raz byłem jakieś dwa i pół roku, jak mi się ospa przytrafiła. poza tym dowidzenia izraelscy żołnierze – chwilowo jakoś służba zdrowia zawróciła mi w główce (z wyjątkiem kopaczowej ofkors, ale jakiś wyjątek potwierdzający regułę być musi!)…

          In point of view minus cztery on 27 maj 2008 at 12:48

          uff jak gorąco. kocham takie lokomotywowe klimaty. jak pot z zakrapianych tłuszczykiem ciałek się leje. akurat tego nie kocham, gdy jadę autobusem, co mi może już wkrótce grozić, gdyż auto chodzi jak moja dziewięćdziesięcioletnia sąsiadka z pierwszego piętra. a że chodzi ona tylko po domu, tak i ja mam stracha ruszać się gdzieś dalej. a już niebawem będę musiał zawieźć prestona na lotnisko, bo odfruwa za mniejszą wodę na jakiś czas. może jeszcze chwilowo nie zna stronek z irlandzkimi czateriami. zresztą ostatnio i ja sobie przypomniałem o tej stronce jakby w odruchu wymiotnym rewanżyzmu pedalskiego. no i sobie tam wszedłem. i jeszcze szybciej wyszedłem. no trudno. niech związek jest sobie otwarty, ale tylko z jednej strony – przynajmniej przeciągu nie będzie. ale jak się samolocik rozhermetyzuje, to niektórzy mogą skończyć jak bohaterowie pewnego popularnego serialu. ale tfu tfu. co ja gadam. przeca arzt wkrótce poleci jednym takim…

          wiedźma przepowiedziała mi romans. że mi się kiedyś tam trafi jak ślepej kurze ziarno kochanek. no i wczoraj autentycznie miałem ochotę wyskoczyć z samochodu i porwać jednego pana, co na przejściu dla pieszych czekał jak na zmiłowanie aż się jakiś kierowca uprzejmie zatrzyma. no i kto się zatrzymał? tak. tak. to byłem ja. uprzejmy jak panna dziedziczka. zresztą nawet my z sinhą moccą jeden rocznik byliśmy. tfu. jesteśmy. ale wracając do głównego wątku niniejszego akapitu – zatrzymałem się i puściłem pana. pan chciał mi adekwatnie kulturalnie podziękować, więc ukłonił się nisko i uniżenie. po czym obaj się roześmialiśmy, gdyż znamy się z pedał-budy. imiennik mojego relejszynszipa, eks mojego eskkompana ze świnkowa, a zarazem emerytowany ministrant z mojego kościoła. jak ja kocham takie przypadki. zresztą co tu dużo mówić – ministrant jest super. starszy ode mnie dwa lata, a przystojniejszy o dwie długości. tak. tak. chyba coraz chętniej zgodzę się na wiedźmowe zapowiedzi o romansie…

          z dnia na dzień uczę się jak być asertywnym. czytaj: chamskim, wrednym, złośliwym, niedającym sobie dmuchać w kaszę (tudzież gdzieindziej… czy to znaczy, że asertywność znaczy niepasywność?). no i wytrenowałem się w tym powiedziałbym lepiej niż czesia z klanu w polsatowskim cyrku. nie mówię już tutaj o prestonie, którego coraz bardziej do siebie zniechęcam brakiem słodzenia i komplemencenia, ale wożę się po kolei po wszystkich. wczoraj oberwało się samurajom, którzy sa gorsi niż szwadrony śmierci oraz panu, który serwisował mi kompa. bo jaki debil rysuje (maluje?) markerem na obudowie cudzego kompa swastykę z nazwą swojej firmy. no i trafił na kolesia, który ma debilną żydofilię. no i zjebałem (co za brzydkie słowo! preston pewnie by mnie już odpowiednio zestrofował!) patałacha jak psa. ba! gorzej. bo psów to ja za bardzo nawet nie umiem. takie fajne stworzonka. właśnie! dharma jest super szczęśliwa! w sumie każdy jest szczęśliwy, jak się ode mnie uwolni. takie prawo eR’a…

          In point of view minus cztery on 25 maj 2008 at 8:12

          jak wczoraj jechałem es-jeden do prestona, pędząc 160 kmh (no dobra – tym razem 60 kmh), wymyśliłem sobie wstęp do tej notki. i wszystko byłoby całkiem całkiem, gdybym nie zapomniał, od czego miałem tu w rzeczy samej zacząć. no i niestety nadal sobie przypomnieć nie mogę. ale coby nie prowadzić bloga w słynnym stylu “cześć słoneczka, dzisiaj zacznę blotkę od tego, że nie mam weny tudzież skasowało mi się wszechno, więc nic nie napiszę. a tymczasem zmykam i idę czytać wasze blożki ble, ble, ble…”, muszę jakoś trochę przekoncypować własny zamiar…

          sprawa z prestonem. poza tym, że wczoraj miałem chyba… nie no tego tutaj nie napiszę. odrobina prywatności być musi. czyli raz jeszcze. sprawa z prestonem. dzisiaj uprowadziłem z jego mieszkania moją szczoteczkę do zębów. są inne realia i inne uwarunkowania. na razie nie mam pewności, że nas nasz układ dokądkolwiek doprowadzi, tak więc oficjalnie zakomunikowałem sobie, że na tę chwilę nie mam faceta. ale mam kochanka. może to się z czasem zmieni, ale wolę trochę ostrożniej podchodzić do pewnych spraw. również i do tej. chociaż jak jestem przy prestonie, to wszystkie moje mocne postanowienia poprawy obracają się w zgliszcza. chociaż wczoraj kilka razy wyzłośliwiłem się i okazałem mega wredniakiem, przyrównując mojego loveboya ku jego zgrozie i wielkiemu zaskoczeniu do fioletowodupego makaka…

          wczoraj cały dzień spędziliśmy w ostrawie. najpierw potyczki z hołowczycem, który nie chciał przemawiać z dżipiesa. potem oszustwo popełnione na panu parkingowym, który nie miał wydać 965 korun i tym samym oszwabiony został przez dwóch polaczkuff na całą dniówkę. potem spacer po ogrodzie zoologicznym i nieudana próba wrzucenia prestona lwu na pożarcie (ostatecznie niesiony moją przysłowiową naturą a-asertywności i total-empatii zdecydowałem, że będę miał z niego wiele więcej pożytku osobiście. z prestona. nie z lwa ofkors…). w międzyczasie kompletne obnażenie się z własnej a-inteligencji, gdy stwierdziłem, że ostrawskie flamingi są sztuczne, a gdy się poruszyły niesiony prądem własnego dogmatu o partykularnej nieomylności stwierdziłem, że to z całą pewnością niezły mechanizm. nie muszę tu chyba dalej pisać, jak wielką polewkę miał sunnyboy (pewnie większą niż moje sławetne schodzenie z gór) z mojej skromnej osobliwości. południe zapełniły nam obrzydliwie sztuczne lody na uliczkach ostrau i ludzie, którzy kątem oka spozierali, jak dwóch starych facetów zlizuje sobie nawzajem kolorowe gałki. no i wbrew wszelkim pozytywnym z reguły opiniom o tolerancji czeskiej narodności dla różnych mniejszości zostaliśmy obdarzeni z-byka-spojrzeniem przez pewnego dwulatka, który niezbyt przyjaźnie się zapatrywał, jak dwóch starych facetów, o czym mowa już wyżej chyba zresztą była, chlapie się fontannową wodą, a następnie patrząc sobie głęboko w oczy pałaszuje na wzór ujrzanego wcześniej w zoologicznej zagrodzie levharta kubełek resztek kurczaków bot-in-kejefsi. i pominąwszy zakupy w czeskiej ikei, ce-und-a a hypernovie wróciliśmy po całym dniu na polską stronę granicy, gdzie oddaliśmy się… no dobra. oglądaliśmy film. z przerwą na reklamę ofkors…

          co było najdziwniejsze w minionej sobocie? dla mnie fakt, że pierwszy raz w życiu olałem ojrovizjon. dzięki temu wygrał boski dima bilan. ale i tak mnie to rybka. znaczy wodnik. rybka to ja… a co z prestonem? hmm… irena stwierdziła, że w naturze facetów są skoki w bok i mam to olać. bo nikt lepszy mi się nie trafi. może to i w tym cały sęk, że nikogo lepszego nie ma i nie będzie. zresztą jak spełni się to co ona mówi, to masakra. na dowód tego, że jest to coś, odkąd zacząłem spędzać noce u prestona, na jego balkonie dwa gołębie uwiły sobie gniazdo. a kilka dni temu w gnieździe pojawiło się jajko. no i oczywistą oczywistością jest w erpe to, że rodzicielstwo do czegoś przeca zobowiązuje…

          poza tym z drugiej strony pierwszy raz od dawien dawna czuję, że żyję. i to właśnie dzięki niemu…

          In point of view minus cztery on 22 maj 2008 at 15:49

          teraz już rozumiem orgazm wiejskiej podczas sprzątania. po prostu jak ją irytuje mężczyzna współzamieszkujący jej mieszkanie, a formalnie zwany mężem, ta oddaje się bezmiernie zlewowi, mopowi i podłodze. w sumie tak między bogiem a prawdą wcale się jej nie dziwię, bo pewnie sam na jej miejscu czerpałbym rozkosz z obcowaniem ze sprzętem gospodarstwa domowego niźli z faworytem. ale to taka tylko dygresja do refleksji, coby zacytować prestona z przedwczorajszego bodaj esemesa. no a skoro jesteśmy już przy temacie obecnie mnie najbardziej frapującym, czyli moim quasi-związku z doktorkiem, to na chwilę obecną jestem jakby nieco względem wiadomego tematu wycofany. traktuję to dosłownie cool. nawet w jednej z jego ostatnich krótkich wiadomości tekstowych pisał, że coś nad jego szpitalem chłodem z mojego miasta powiało. no cóż – zawsze mnie jakoś bardziej kręciła inteligencja moich seksualnych partnerów, a nie to, co mają w spodniach…

          generalnie spałem wczoraj jak dziecko, śniąc jak zawsze o mega-pierdołach. w sumie mojej babce też się ostatnio pierdoły śniły, jakoby mnie w łóżku z kuzynem, a jej drugim wnukiem, złapała. sorry babiczko, ale arkadiusz w ogóle mnie nie kręci. nie dość, że dożyłem czasów, kiedy jestem chudszy od niego, to na dodatek robią mu się mega-zakola. oops. życie jest wredne i teraz pewnie przytyję i wyłysieję. jakoś ostatnio bowiem tak na przekór mi się wszystko dzieje. no ale co tam. w końcu jestem wojownikiem. sam przynajmniej kilka lat temu się tak ochrzciłem i część moich czytelników do dziś mówi do mnie warriorku. tak więc walczę. chwilowo o to, by nie zdechła we mnie ślepa wiara w drugiego człowieka, naiwność i dobroduszność. to moje największe zalety. oprócz oprawy oczu ofkors. ponoć wyglądam jak omar shariff. pff, mnie tam zawsze bardziej kręcili ochroniarze ariela sharona…

          w sobotę mam się spotkać z prestonem. rano. zaraz po jego pracy. no chyba że w grafiku jest jakiś koleś z czata. może miniemy się na korytarzu. a nuż pokochamy się pierwszowzrokową miłością i połączy nas namiętność i sperma. ech. pomarzyć sobie można… w sumie chyba oleję sprawę z puszczaniem się na prawo i lewo mojego tzw. faceta. lepszy mi się nie trafi. no chyba że na emeryturze jakiś impotent. ale znając moje szczęście pewnie będzie mega pasywem i wzwód nie będzie mu do niczego potrzebny. tak czy inaczej uśmiecham się. i podchodzę do sprawy z nieznanym mi do tej pory optymistycznym podejściem. właściwie przez te lata chyba się już nauczyłem, że faceci mnie olewają i pogrywają z moimi uczuciami. może nawet czerpię z tego jakąś zajebistą przyjemność. a może po prostu odpłacę doktorowi błażejowi z nemocnicy na kraji mesta pięknym za nadobne. na początek w sobotę tuż po pierwszym pocałunku opowiem mu o trzygodzinnym spotkaniu z eksem, który było nie było nawet po trzech latach chętnie by mnie przeleciał. tak. to zemsta jest domeną bogów. nie cierpliwość. jest tylko jeden maleńki problem – jeśli mam być bogiem, to pewnie z racji mojego zajebiaszczego szczęścia przypadnie mi rola hefajstosa. i żadnym pocieszeniem będzie dla mnie fakt, że za żonę będę miał najpiękniejszą wśród bogiń olimpu…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg עידן יניב ודנה אינטרנשיונל – סרט הודי

          In point of view minus cztery on 21 maj 2008 at 7:14

          nie ma jak zdrowe odżywianie. szczególnie w moim wieku, kiedy to komórki przestają się regenerować, a skóra traci peha pięć i pół szybciej niż słońce peru poparcie narodu. dlatego też od kilku dni zamiast dawki witamin w postaci owoców w jogurcie wypijam świeżo wyciśnięty sok z jabłek. a że dodatkowo sok ten przywołuje mi jedno konkretne wspomnienie, to już całkiem co innego. poza tym po zeszłotygodniowym obżarstwie żyję aktualnie na sałatkach z kapusty pekińskiej, pomidorów i ogórków. w sumie lato już tuż tuż, więc trzeba będzie jakoś tam wyglądać w spodenkach. myjąc okna…

          widziałem się wczoraj z księżniczkiem. dostałem ekskluzywne zaproszenie, a jako gratis w bonusie i promocji – spotkanie z królową matką. no i żyję nawet. nie było źle. właściwie chyba lepiej niż mogłem sądzić. pogadaliśmy trochę bez przycinków i złośliwości. no dobra. może dwa razy się wyzłośliwiłem, ale nie byłbym przeca sobą. na szczęście księżna się nie ironizowała tym razem. ygh. irytowała znaczy. ale to jego przejęzyczenie dżek, a zarazem i ja, będziemy wspominać siedząc pod ścianą instytutu geriatrii i chorób nietrzymania moczu. poza tym dostałem dwa kaktusy. ale tym razem prestonowi ani mru mru, bo gdy poprzednik doktorka dowiedział się, od kogo mam opuncję, skutecznie ją unicestwił…

          a poza tym jest całkiem okki. w sumie moje życie biegnie jak dotąd. z przerwami na prestona. właściwie z długimi przerwami na prestona. czyli zdarzają się raz na jakiś czas, pozostawiając w międzyczasie miejsce na obowiązki i krótkie przerwy na inne rozrywki. na smoka na ścianę. na odwiezienie kompa do serwisu – po raz wtóry. na walkę ze sprzedawcą mebli, które tak na marginesie wciąż niezłożone. chociaż jest już bliżej niż dalej, gdyż uwzględniono po części moją reklamejszyn. czyli jednym słowem proza życia. chwilami przepleciona poezją doktora. chociaż częściej dramatem debetu na koncie. ot taka warriorowa groteska. choć i tak pewnie po mnie nie zostanie ni jeden tren…

          updated: w środę o 13:55
          właśnie przed momentem odezwał się dżek. złapał prestona na czacie, jak się chciał umówić na seks. bo do piętnastej ma czas. ten sam adres, ten sam opis dojazdu, ta sama komórka, to samo foto, ten sam mejl. wow. bosko… no i żeby nie było – dżek to cholernie fajny i dobry człowiek. nie mam powodów, by mu nie ufać. poza tym nie mógł znać ulicy, numeru telefonu czy stacji benzynowej, za którą trzeba skręcić w prawo… a prestonowi?? no cóż… idealny dr burke był tylko w grey’s anatomy. i na koniec go wywalili. za homofobię. pewnie mnie też za to samo wywalą…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg regina spektor – the call (new!)

          In point of view minus cztery on 19 maj 2008 at 18:27

          kupiłem sobie dzisiaj dziennik z moją sis. tfu. z torbą znaczy. taką ekologiczną uszatą z materiału uszytą. całkiem fajna sprawa. tylko cholera jasna w czym będę teraz wyrzucał śmieci, gdy mi foliowych zabraknie? pewnie pora będzie wrócić do wiaderka wyścielonego gazetą. przynajmniej takie wspomnienie nasuwa mi się z lat dzieciństwem upstrzonych. i koncert życzeń. i garnek po gotowanych ziemniakach, którego nienawidziłem myć. ale czego nie robi się dla środowiska. i ofkors nie mam na myśli tutaj tak zwanej branży… tak czy inaczej przerzucam się na proekosystemowe postawy. w sumie coraz bliżej mi, by się zjednać z popiołami i solą ziemi. tej ziemi…

          brakuje mi prestona. w sumie widujemy się w zasadzie z równą częstotliwością, co emisja pegazu na dwójce czy jedynce. ale coś za coś. w tym świecie nie ma nic gratis. za wszystko trzeba płacić. mnie przyszło płacić cierpliwością. ale ponoć ta jest domeną bogów, a ja podobno jestem boski. a! że niby zemsta? phi, ja tam lubię interpretować sprawy podług siebie. no i hipek się odzywał. ba! zadzwonił do mnie w przeciągu dwudziestu czterech godzin chyba trzy razy. dzisiaj jego telefon był totalnie bez sensu, bo zadał to samo pytanie co wczoraj. masakra. chyba gu sumionko gryzie. a niech go gryzie, bo ja go bynajmniej nie mam ochoty pogryźć. na razie udaję oburzonego i dotkniętego. inna inność, że jak wszystko, tak i ta zadra we mnie nie tkwi. po prostu przeszło mi. a hipka lubić i tak będę dalej. ech, mr. er… ty to goopia doopa jesteś…

          mam się w tym tygodniu spotkać z księżną. że niby przemyślała pewne sprawy i chce się ze mną obaczyć. jak mnie tylko miźnie po kolanie, to oberwie chłopskim jadłem. znaczy sadłem. bo mi się przytyło dwa kilo ostatnio. bleee… potem jeszcze przyskok do wiedźmy ireny, bo nas wiejska umówiła końcem tygodnia. cholera, muszę się jej zapytać czy przyjąć zaproszenie prestona na wakacje. bo w rezultacie moja karta kredytowa może przytyć bardziej niż ewa bem… poza tym tęsknię za moim facetem. cholera. chyba się powtarzam… a żebyście się nie povomitowali z przesłodzenia, to powiem tylko, że nowa karta graficzna za ćwierć tysiąca złotych to chujnia. oops. przekląłem. sorrki. to syf straszny miało być. chyba się wybiorę z paragonem walczyć o swoje prawa. mebelki mnie przećwiczyły i oto jutro nastąpi grejt wymiana. bosh… ale ten blog jest z dnia na dzień coraz bardziej pierdołowaty… make me fell like cristina yang!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg andrzej piaseczny – piętnaście dni

          In point of view minus cztery on 18 maj 2008 at 11:30

          nasza klasa dokonana. i to za jaką cenę. za cenę dnia z prestonem. bo nie wypadało nie przyjść na współorganizowane przez się spotkanie po dziesięciu latach matury. frekwencja jak na matematyce – 9/22. czyli bez kworum. jeszcze pięć lat temu było nas chyba szesnaścioro. na piętnastolecie dobrze jak nas tyle co w spajsgerls… dzisiaj wiem, że wybór zlotu kosztem wypadu do stolicy czech był jedną wielką pomyłką. ale jednocześnie otworzyły mi się oczy, że tak naprawdę hipek to jeden wielki dupek. może to mocne słowa, bo łączy nas wieloletnie przyjaźń oparta na niesieniu wspólnie sobie pomocy, wsparcia i poparcia, ale jednak cholernie adekwatne do rzeczywistości. otóż po czterech latach, kiedy to powiedziałem mu o tym, że wolę sztywnych panów niż wilgotne panie, usłyszałem o jedno zdanie za dużo. najpierw wmawiał mi, że jakaś laska na parkiecie leci na mnie jak mucha na gówno, co ofkors po pierwsze mnie nie zdziwiło, a po drugie i tak uszło mojej uwadze. a koło drugiej nad ranem stwierdził, że gdyby nie wspólna historia, to już dawno obiłby mnie po mordzie za moje pedalstwo, bo należy mi się jak cholera. w rezultacie niby w jednym momencie ściął mnie jeden procent za daleko i w ciągu trzydziestu minut na spotkaniu mnie już nie było. a godzinny spacer do domu był jednym wielkim przemyśleniem tego, co w moim życiu ważne. i te dwie osoby dostały ode mnie nad ranem esa. plus jedna klasowa kumpela, której nie widziałem dekadę, a której wczoraj bez żadnego problemu pokazałem fotę prestona wraz z komentarzem, że to moja połówka. a dzisiaj mam kaca. moralnego niestety, nie fizycznego. bo oto się okazało, że hipek i moja z nim relacja to chyba jedna wielka iluzja. rzygać się chce…

          In point of view minus cztery on 15 maj 2008 at 9:14

          w domu mam burdel. ale taki z demobilu lekko, bo ani jednej dziwki. tak, tak. mam poczucie właśnej wartości jakby nie było. a wszystko przez sprzedawcę mebli, który zamówił mi zamiast szafki prawej szafkę lewą. no i doopa zbita, bo nie pasuje do reszty mebli. a połączenie dwóch puzzelków z ogonkami to tylko w pedałświecie się da zrobić. tak więc wysmarowałem trzystronny list reklamacyjny w oparciu o odpowiednie ustawy i zaopatrzon w modlitewnik asertywnego człowieka rozpocząłem batalię o własne prawa. najpierw powoziłem się telefonicznie po sprzedawcy, który wszystkiemu zawinił. potem składając osobiście stosowne papiery poinformowałem koleżankę rzeczonego, że albo rozwiążemy ten błahy problem tutaj albo przed opaską, mieczem i wagą temidy. na koniec wykonałem telefon do właściciela sklepu i też nie dałem się przegadać. i tym o to sposobem moje żądania zostaną spełnione lada (ty)dzień. i pomyśleć, że wszystko to nie byłoby możliwe bez pewnej drobnej medycznej dedykacji wykonanej odbiegającym od stereotypów pismem…

          wiejska otrzymała wczoraj oficjalnie nowy przydomek – ćwiartka. skończyła bowiem ćwierć wieku. jak zawsze wpadłem na genialny pomysł związany z prezentem dla niej – naszyjnik z perłą. ale perła była włożona do małży, którą musiała otworzyć. jej spojrzenie, gdy musiała otwierać muszelkę zrobionymi co dopiero tipsami – bezcenne. ale ważniejszy będzie jutrzejszy dzień. otóż wiejska ćwiartka umówiła się z adwokatką od rozwodów. zaraz potem lecimy do ireny, bo się nam pytań trochę namnożyło. przynajmniej wiejskiej. ja na razie skutecznie pod dywan zamiatam wszelkie wątpliwości. na dodatek również jutro przyjeżdżają jej teściowie, ale ćwiartka zaparła się i strajkuje. tak więc faworyt sam musiał zatroszczyć się o noclego dla matulki i papulka w agroturystycznym obejściu. no i zdziwi się, jak będzie musiał sam przygotować im obiad i zagospodarować przybyszom spod stołecznego miasta wolny czas. byle tak dalej ćwiartko!

          a jutro preston-day! miał być dopiero next łensdej, ale okazało się, że czasem ktoś może zrezygnować z dyżuru, coby być z kimś drugim. i jak tu nie żywić głębszych uczuć do kogoś takiego? poza tym zaczynają się poważne schody, które wkrótce będziemy musieli razem pokonać. a mianowicie nie przywykłem do rozpieszczania. no i się rzucam. naprzykład ostatnio w taksówce pierwszy zdążyłem wyciągnąć kasę i zapłacić kierowcy rozklekotanego poloneza. niemniej jednak ten rozklekotany polonez i tak będzie mi się zawsze kojarzył z uściskiem Jego dłoni…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg edyta geppert – nocny dyżur

          In point of view minus cztery on 12 maj 2008 at 7:28

          no i samuraj jest już komunistą. dziewięć lat przeleciało, jak z bicza trzasnął. a pamiętam, jak się urodził. była niedziela. upał jak cholera, a ja ślęczałem nad materiałem do egzaminu z boską profesor zacharko. instrukcja kancleryjna, archiwum i zasady techniki prawodawczej. aż tu nagle telefon, że sis porodziła. ofkors to zamierzchłe czasy i zamierzchła waga, ale wszystko to mimo postępującej sklerozy i przyjaźni z seksownym niemcem o przyjaźnie brzmiącym nazwisku alzheimer pamiętam, jakby wydarzyło się wczoraj. choć z wczoraj mam trochę już inne wspomnienia. tak więc samuraj numero uno w białej albie podążył wczoraj przed ołtarz. mi dane było grać w związku z nieobecnością jego plemnikodawczego ojca rolę ojca wychowawczodawczego. no i nie powiem – czułem się w tej roli jednocześnie dziwnie i wspaniale. niby wiem, że dzieciaki to nie moje powołanie, ale jak każdy człowiek chciałbym przedłużyć swój łańcuch dna. na szczęście wszelkie instynkty pewnego austriackiego ojca rodziny są mi jak najdalsze. no ale moja psychika może być równie zjechana, bo zaczynam myśl od pierwszej komunii świętej, a kończę na zboczonych odjazdach z kazirodztwem w tle. brrr…

          uwielbiam podążać do pracy prosto z cudzego łóżka. chociaż ściślej mówiąc – z cudzych ramion. dzisiaj jest taki właśnie dzień. niewyspany, z zaczerwienionymi oczami, wygniecioną koszulą wyjętą z pokrowca na garnitur i niewypastowanymi butami. taki wczorajszo-dzisiejszy er. może zewnętrznie odstraszający, natomiast wewnętrznie… ech… wewnętrznie jest mi coraz cudowniej. zresztą cieszyn jest cudowny nocą. a pocałunki z czeskim cieszynem na horyzoncie jeszcze cudowniejsze. wzgórze zamkowe, baszta, rotunda i my. czyżbym był na genialnej drodze do zakochania się? ofkors bronię się rękami i nogami, bo koniec końców doopa boli. ale z drugiej strony dla takiego człowieka jak preston może całkiem poboleć. i bynajmniej nie mam na myśli rzeczy, o których pomyśli sobie czytający te moje wypociny przeciętny czytacz tego bloga. ech – że drugi raz westchnę sobie. życie umie płatać figle. zresztą nie tylko życie. i zresztą to już mowa o innych figlach…

          preston burke. taki sobie genialny doktor z grey’s anatomy. z całą pewnością jednak mój preston to raczej cristina yang. jeśli chodzi o porządek. przynajmniej w skarpetkach. dzisiaj cały poranek starałem się wykazać świętą cierpliwością, łącząc je niczym swatka w pary. i udało się jak na fellow. wieczne poszukiwania, próby dopasowania, a w efekcie końcowym i tak okazało się, że odcień tudzież wzorek jednak nie ten. i cała procedura musiała zacząć się od początku. no i tak właściwie się zastanawiam, dlaczego na pamiątkę nie zakosiłem mu przynajmniej jednej sztuki jego prania. może dlatego, że moja szczoteczka do zębów znalazła miejsce w jego łazience…

          In point of view minus cztery on 9 maj 2008 at 16:34

          w firmie mega szok. oto bowiem er podpadł paniom maksymalnie, bo wiejska rozgadała, że jestem na najlepszej drodze do uzwiązkowienia. szczególnie bląd asistąs podupadła na humorze, jako że jak donosiły mi moje służby specjalne, odkąd tu przyszła, miała w tyle głowy myśl, coby mnie usidlić. no co ja mogę za to, że baby lecą na mnie jak muchy na gówno? nic. po prostu nic. tak czy inaczej sekretarka pierwszego stwierdziła, że ja i wiejska mamy się ku sobie, więc ta ostatnia winna zostawić w cztery de faworyta i wziąć się za mnie. wiejska jednak jako lojalna przyjaciółka uświadomiła wspomnianą sekretarkę, że mam już kandydatkę do ręki i nici z tego. tak więc sekretarka zrobiła wielkie oczy i powoli zaczęła mnie wnikliwie lustrować. szczególnie gdy ostatnio w sekretariacie właśnie otrzymałem porannego ero-esa od prestona i mi się oczy zaświeciły jak psu kulki. nie wyprowadziłem jej z błędu, że to wielbicielka pisała. tak czy inaczej skandal w korporejszyn murowany jak mur chiński…

          jeszcze żaden facet tyle dla mnie nie gotował co preston właśnie. a najśmieszniejsze jest to, że ja doceniłbym paczkę paluszków i płynne procentualia na stole. ale koniec końców poznam przynajmniej kuchnię meksykańską, chińską, włoską i wino australijskie. a jak się skończy sielanka medyczna, to pewnie będzie mnie dwadzieścia kilo więcej niż przed okresem bif-fat-pig. ale czego się nie robi dla dodatkowych trzydzieści sześć sześć w łóżku. poza tym ostatnio to ja zabłysnąłem talentem kulinarnym z internetu. ale myli się ten, kto sądzi, że znalazłem jakąś firmę cateringową. ot po prostu znalazłem jakiś przepis i krok po kroku przygotowałem na kolację ponoć boską zapiekankę z makaronem, bazylią, szynką, boczkiem i pomidorami w jakimś tam ziołowym sosie. no i musiałem przewieźć to do prestona (niestety etap wspólnych kluczy jeszcze daleko przed nami), co udało się niemal w niezmienionej właściwie temperaturze. wszystko w ramach suprajzu ofkors. ech – jak er chce, to potrafi. niestety nie zjedliśmy nawet jednej czwartej z tego, gdyż mieliśmy ochotę na zupełnie inne smaki. asystentki mojego chłopa natomiast stwierdziły, że ma wybitnie utalentowaną dziouchę… no nic. wydało się. baba ze mnie, że hej! wiejska się kryje…

          coby wiejskiej nie obrażać tak do końca, to napiszę li tylko, że to jedyna kobieta, jaką znam, która miewa orgazmy podczas mycia okien, naczyń i podłóg. ale chyba to już kiedyś tam pisałem. tak więc nigdy nie oponuję zanadto, gdy oferuje swą pomoc. jutro przybywa też do mnie z odsieczą do skręcania mebelków, które o dziwo przywieźli stosunkowo szybko i punktualnie. w sumie miała być wczoraj, ale się spiłem jak balcerek na wizytację delegacji zagranicznej w swoim bloku. poza tym chyba jestem na najlepszej drodze do zakochania się w jednym panu. a co najlepsze, to jakoś niespecjalnie tłumię w sobie te uczucia. prost!

          z bardziej przyziemnych sprawek to rozpiera mnie nie tylko szczęście z uwagi na fakt, że znalazłem cienia dla swojego cienia czy też tego, że wiejska coraz bardziej przekonuje się, że faworyt to dupek większy niż nasz tajny kancelista, ale dlatego, że moja była szefowa w wieku przedczterdziestkowym (mimo że wygląda na góra dwadzieścia osiem) jest pierwszy raz w ciąży. normalnie ucieszyłem się bardziej niż gdyby okazało się, że to ja jestem ojcem. co świadczy jednak chyba o tym, że z moim poczuciem męskości – wbrew temu co w akapitach powyżej – nie jest jeszcze aż tak źle… ach jo! zapomniałbym o jeszcze jednym. panie w księgowości zapytały mnie dzisiaj, czy w moim życiu ktoś aktualnie jest… to aż tak widać??

          In point of view minus cztery on 6 maj 2008 at 7:51

          pora się udać do lekarza. ofkors coby nie było, nie chodzi mi o pana z poprzedniej notki, ale mojego kochanego wróbelka w ośrodku zdrowia, którego ostatni raz odwiedziłem ponad dwa lata temu w czasie mojej ospy. niestety od jakiegoś czasu ubywa ze mnie energii. jak z balona samurajów. jestem notorycznie śpiący i wypompowany. rano nie mogę powstać z łóżka, a włożenie windowsów do oczu jest dla mnie o wiele bardziej bolesne aniżeli poranna gimnastyka. ani kawa, ani tajger nie pomagają. chyba się już na dobre uodporniłem od używek. ba, nawet kawa z fusami, która stoi tuż obok mnie, nie potrafi postawić mnie na nogi. niestety wróbelek chyba nic mi nie pomoże, bo to raczej niemedyczne dolegliwości. podejrzewam u siebie taki mały burnout. chociaż mały może w moim wykonaniu oznaczać całkiem spory…

          dostałem od prestona prezent. taką niewinną sobie książeczkę z dedykacją. dedykację przemilczę, bo była zbyt chyba osobista. książka natomiast nader oczywista, jeśli chodzi o moją skromną osobę. otóż to podręcznik asertywności. mam się nauczyć mówić nie i oduczyć mówić tak. nie wiem czy preston nie stawia przede mną zbyt trudnych zadań, bo odkąd piszę tego bloga (a właściwie odkąd piszę w ogóle bloga), ciąglę miauczę o swojej socjalnej doopiatości. no nic. pierwszy trening to powiedzenie nie wakacyjnym – a właściwie powakacyjnym – planom wręczyciela rzeczonej książeczki. za tę kasę mógłbym sobie sprawić całkiem nowy wóz. a kto wie czy nie letadlo a praszek. tak czy inaczej z uwagi na nowe okoliczności odmówiłem w międzyczasie hobbitowi wzięcie udziału w podboju chorwacji, czym strasznie go zdenerwowałem i zirytowałem. podobnie wiejska – mimo swoich zapewnień o tym, że cieszy się moim tak zwanym szczęściem – w głębi duszy jest raczej niepocieszona, że jest nowy ktoś. w sumie trochę ją rozumiem. moja sis z uwagi na własne zawirowania w sferze uczuć i związków raczej też nie przejawia większej euforii, a radość innych jest też raczej pozorowana. to wszystko wpływa trochę dla mnie demotywująco i sprawia, że i ja nie mogę czerpać garściami z tego, co mam. tyle tylko, że autentycznie poznałem wartościową osobę, której olanie byłoby co najmniej śmiertelnym grzechem…

          ostatni rok najchętniej wykreśliłbym z życiorysu. raz a porządnie. zawodowo było bosko, bo jak inaczej określić cztery oferty o pracę, które odrzuciłem w imię ideałów, lojalności i poczucia pewnej wiekopomnej misji. tak więc nie zostałem sekretarzem dwudziestotysięcznej gminy, odegnałem perspektywę rozwoju na stanowisku kierowniczym pod bokiem wojewody, nie zdecydowałem się na karierę urzędniczą w sercu (a właściwie doopie) europy, a na sam koniec dziwiąc się samemu sobie nie przeszedłem do firmy consultingowej za siedem tysiaków w łapę w płucach śląska. w imię wypasienia własnego ce-fau swoją aktualną pozycją zawodową. no i chyba wybrałem najgorzej jak było można. zresztą to tylko kontrakt do końca 2010 roku, więc zleci raz dwa. tym bardziej, że od maja dostanę 300 zeta brutto podwyżki, a w sierpniu w związku z pięcioletnim stażem na umowę o pracę 5% za wysługę lat. ale czemu się tu dziwić, skoro stara rzyć jestem. niemniej jednak zawodowo jest całkiem ok (gdyby tylko tlił się we mnie ten ogień. albo chociaż iskierka…). prywatnie szok. dzisiaj już widać światełko w tunelu. a że jestem człowiekiem, który nad wielkie szczęście przedkłada tysiąc małych szczęść, zaczynam się nim cieszyć. i na koniec w ramach treningu asertywności plus świadomości własnej wartości powiem krótko, a dosadnie – kurwa mać, należy mi się!

          In point of view minus cztery on 5 maj 2008 at 11:54

          weekend minął. w pracy. i nie w pracy. ale głównie w pracy. choć pierwszy dzień i końcówka ostatniego poza pracą. ba. i to jak. ale może kilka słów wyjaśnienia. notka z pierwszego marca mówiła między innymi coś takiego: “króla mieczy! natychmiast. a może z czasem. zewsząd krzyczy tarot. w związku z tym, że z racji wrodzonego skąpstwa (czwórka pentakli) nie za bardzo uśmiecha mi się podróż do ireny, odkurzyłem własne karty tarota. i w czterech układach kartą wiodącą przyszłości jest król mieczy. mężczyzna pracujący na uczelni, matematyk lub inny ścisłowiec. może to być również prawnik, filozof, dyplomata (fotyga?), chirurg, sędzia (sic!), krytyk (tak fusti, tak…) tudzież jakiś kabarecista (…)” no i się zjawił. mój prywatny dr preston (chociaż kristina yang byłaby bardziej w cenie, bo to moja ulubiona bohaterka grey’s anatomy). ni stąd ni zowąd. starszy nieco ode mnie. w dodatku wodnik czyli znak powietrza, a miecze to nic innego jak właśnie powietrze. no i powalił mnie nieco na ziemię. i nie tylko na ziemię. wyglądem, intelektem, uśmiechem i dojrzałością. a od wczoraj oficjalnie jesteśmy together. to tak gwoli wyjaśnienia coby jasność była. a do czego to doprowadzi? na chwilę obecną się nie zastanawiam. chociaż miło było usłyszeć, że jest się czyimś sensem życia…

          remont postępuje. wykładzina położona, biurko i stół skręcone. jeszcze tylko pora czekać na resztę mebli i lampę. i po sprawie. przynajmniej na jakiś czas. potem będzie można wyprowadzić się z pokoju, gdzie przechowuję swoją kolekcję krawatów porównywalną z kolekcją butów imeldy marcosowej, i na nowo obudzić się w swoim łóżku. chociaż ostatnio najlepiej wychodzi mi budzenie się w innym łóżku…

          no i skoro jesteśmy w tym miejscu to może kilka uwag na bieżąco odnośnie komentarzy, bo nie mam sił na odpowiadanie na nie w innym miejscu [nie dość, że spóźniłem się do pracy trzy godziny, to dodatkowo wziąłem etopirynę na przesilenie czterowinne]. i tak, po pierwsze – weekend był szałowy. w rytm muzyki davida bowie, zespołu pieśni i tańca folklorystycznego, czeskiej dody i słowackiej rusałki. dodatkowo labirynt fauna w oryginale i niemy volver almodovara. boże ciało już mam z tyłu głowy… po drugie – zakochany na maksa? nie. ale na dobrej drodze. tyle pozytywnych emocji nie doświadczałem już od wielu miesięcy. ale otwarty jestem na wszystko. świecie drżyj! po trzecie – wróżka mówiła wiele rzeczy. i kilka z nich już za mną. kilka przede mną. króla mieczy w kartach nie widziała, bo zajęła się bardziej plastikową kością, która wtedy się pojawiła. zresztą wkrótce wiejska wybiera się do wiedźmy. tym razem beze mnie. bo to teraz ja rozdaję karty, a nie daję się rozdawać im (ciekawe jak długo…). po czwarte – lekki zapach mięty. i gorzkiej czekolady. przede wszystkim gorzkiej czekolady… po piąte – zakochanie to dłuższy u mnie proces. ale kto wie. nie lubię mówić o takich sprawach publicznie. jeśli ktoś to pierwszy usłyszy (usłyszał), to będzie (był) to ten najbardziej zainteresowany…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg david bowie – velvet goldmine

          In point of view minus cztery on 2 maj 2008 at 22:15

          się porobiło. zobaczymy tylko, co będzie dalej. a że chciałbym coby było dalej, to inna inność, której nie rozumiem jak dotąd. nie za bardzo jestem w stanie pozbierać myśli. rozczochrane całkiem. choć to ja jestem zazwyczaj bardziej rozczochrany. no ale z drugiej strony to całkiem normalne, że mam więcej włosów niż moje myśli. bo taka jedna myśl mi do głowy weszła i jakoś wyjść nie może. nawet czuję ją na sobie cały czas. dziwny zapach tej myśli. całkiem inny niż mój. ale to przecież normalne, że myśli mogą używać innych parfę niż ja. ale cóż. czasem myśli to myśli. i tylko myśli. a czasem aż myśli.

          maj zaczął się wprost bosko. niby deszczyk, ale słońce. niby chłód, a jednak genialnie gorąco. wiosna na całego. niech się święci pierwszy maj. witaj majowa jutrzenko. chociaż długi weekend to praca. jutro kwiaty pod miejscami pamięci. pojutrze wodowanie żagla. pojutrze go south. jeśli cały maj ma wyglądać tak, jak jego pierwsze dwa dni, to ja poproszę same maje pod rząd. co tam, że zbankrutuje na prezentach urodzinowych dla sis, wiejskiej, samurajów i ryszarda. maju trwaj.

          wiejska się rozwodzi. zyskała kilku sojuszników. między innymi w osobach swoich rodziców. w maju właśnie. poza tym chcę iść w góry. choć robię z siebie tam kompletnego idiotę. lubię góry. może chwilowo bardziej niż morze. tak jakoś. temporalna refleksja się mi nasunęła. kocham majowy deszcz. i chyba temporalnie jestem szczęśliwy. bardzo nawet. to taka finalna refleksja, coby nie było, że nie było. wow.

          In point of view minus cztery on 30 kwiecień 2008 at 12:31

          chyba powoli odkrywam jakąś totalnie tajemniczą strefę mojego własnego ja, która jak do tej pory była dla mnie całkowicie nieodkrytą tajemnicą. i tak na przykład, jeśli o kimś pomyślę, to dostaję od niego smsa. albo inaczej – gdy usłyszę, że przyszedł sms, to od razu wiem od kogo. ba! ostatnio przeczułem, że przyszedł mi es z konkretną reklamą. zaczynam się siebie bać. inna inność, że mam dosyć symboliczne sny, które byłyby genialnym materiałem badawczym dla akademików. a wiejska na dodatek uzmysławia mi i inne ciemne strony mojej ciemnej strony…

          księżna się odezwała. wywołał ją z lasu dżeks przez gadulca. po blisko dwóch miesiącach napisała esa jak gdyby nigdy nic. i ja jak gdyby nigdy nic jej odpisałem. jak gdyby nigdy nic. właśnie dostałem bordowy ręcznik. a mam na sobie bordowe boksy, bordowy krawat i koszulę z bordowym akcentem. inna inność, że potrzebowałem bordowy element do wystroju wnętrza. i jak tu nie mówić, że nie mam zdolności mediumicznych. ofkors, że mam.

          a jutro góry. znaczy góra raczej. ponoć. o ile deszcz nie rozpuści stoków. buty już kupiłem. ale niebordowe. i król mieczy… i jak mam nie wierzyć we własne zdolności mediumiczne?

          In point of view minus cztery on 26 kwiecień 2008 at 10:45

          tak krótko, bo mi się długo nie chce. zjadłem cały kubek prażonej cebuli. niech no tylko teraz ktoś zechce mnie pocałować. nie ma jak środki ochrony roślin. odstraszą wszelką stonkę. malowanie się przedłuża, bo się wilgotno zrobiło i farba zaczęła pryskać. i to sucha. czyli mega wqw. ale chyba bardziej wqwiony byłem, gdy zauważyłem, że mój informer nie włożył mi do kompa odpowiedniej karty graficznej. czyli kolejny wydatek rzędu 200 zeta. ale to dopiero z następnej wypłaty. ze spraw bardziej prozaicznych meble zamówione, wykładzina też plus zakupione w ajkei biurko i stół. czyli się urządzam. najśmieszniejsze będzie, gdy okaże się, że uwiję sobie gniazdko, w którym nie będę długo mieszkał. cały ja. a wczoraj spacer poza miastem, piwo w czechach, piwo w polsce. a nad ranem 160 kmh do domu. coś więcej? nic. idę gruntować…

          update
          przypomniała mi się super mega podbudowująca historia. siedzę sobie z moim towarzyszem w jakimś tam bohemijskim barze. w pewnym momencie przemawia do mnie mój pęcherz, więc siłą rzeczy powstaję z miejsca, udając się do przybytku szczęścia i odwiecznej radości. wychodząc stamtąd o mały włos nie zabijam drzwiami kolesia przy pisuarze. a on z kolei o mały włos nie zabija mnie, gdy ja wychodzę z baru, dyskretnie okazując mi swoje mną zainteresowanie dłonią. wspomnę tylko, że był może siedem lat ode mnie młodszy. świecie jeszcze jedno takie zdarzenie i normalnie odzyskam wiarę w siebie. no i coby nie było – udałem, że nie widzę. qwa mać. solona moja nieśmiałość…

          In point of view minus cztery on 20 kwiecień 2008 at 19:15

          kilka słów. dziś nie z placu boju, ale z placu przeboju. i gwiazd. bralem udzial jako pasyw w tancu z gwiazdami. gwiazdeczkami i super nowymi przy okazji też. dałem się namówić hobbitowi na wycieczke do kraka i wypad do ciotonu. oj dawno mnie tam nie było. a jakie zmiany. przede wszystkim barmani sie postarzeli, a klientela barowa cudem odmłodniała. łącznie z zapodawaną muzą. nie jarzyłem nic. ale niestety dziecko vivy ze mnie żadne. ostatnio bardziej fau ha jeden raczej. ale to nie koniec niespodzianek. na miejscu natknąłem się na vila (eksa w sensie, ale z racji ze eksostwo przemija po roku od dzisiaj tylko vila – zresztą relacje są nieco inne już). to było pierwsze wow. drugie wow było natknięcie się na bo. niestety udał, że mnie nie poznaje, a ja jego. ale tak to jest z wirtualnymi znajomościami, które poszły się paść przez osoby trzecie. lajf. tak czy inaczej jedni na fotach wyglądają lepiej (jak ja), inni zaś w rzeczywistości biją foty na łeb na szyję (jak na przykład mr. bo). ale to już inna inność. zresztą domowe przedszkole długo mnie nie zobaczy. bo po co łazić na imprezy skoro muza nie pasi, piwo chrzczone, a panowie w wieku niec starszym niż moi siostrzeńcy…

          dzieciaki zwariowały. z nimi wybrać się w cywilizowane rejony cywilizacji krajowej to jedna wielka porażka. bo jak inaczej wytłumaczyć występy w identycznych tiszertach (prawie jak bliźniaki z fosy – błotniak & bagienka), gryzienie się w kolana na dworcu autobusowym w krakowie (na razie tylko kolana, ale co czas przyniesie nie mam pojęcia) czy inne takie, o czym na razie sza, bo obciach. w sumie może sweet. i nawet może śmieszne. ale jednak jakoś takoś zastanawiające. no dobra. na swój sposób to nawet może kjut. tyle tylko, że panowie mają po dwadzieścia parę lat, a nie szesnaście. dżiż, ja naprawdę big-star(a)-pierdoła się robię. pora na jakiś brain-lifting. i nie tylko brain…

          update
          przed chwilą okazało się, że remont mojego kompa to jedynie wydatek czterystu zeta. przy okazji wymienie dysk. mam tylko nadzieje, że mój informatyk nie nadzieje się na zdjęcia jakieś. tudzież inne ślady mojego pedalskiego jestestwa. ale to pewnie sprawiedliwa kara. idę się poprawiać. bu.

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg vitas – opera 2

          In point of view minus cztery on 15 kwiecień 2008 at 8:43

          za godzinę mam przetarg. że niby śmieci mamy wywozić ze wsi. kompletnie nie mam pojęcia, o co chodzi. ale że moim zadaniem tutaj jest głupio się uśmiechać, biegać po necie i odbierać co miesiąć beznadziejnie niską pensję (jako wicepierwszy mam wicepiątą w hierarchii za przeproszeniem pensję, której odnoszenie do zakresu obowiązków jest co najmniej śmieszne). ale przecież nie będę korporacyjnych pierdół tutaj opisywać, bo musiałbym wspomnieć o wypowiedzeniu warunków pracy i płacy jednemu panu, o zjechaniu jednego kolesia przez natowski system obrony, o włamaniu do sklepiku tuż pod oknami komisariatu policji czy o nowym pracowniku płci piękniejszej z obrączką na palcu jawnie sugerującą o zainteresowaniu płcią piękną. z nowości to tylko mogę napisać, że stał się cud. nie. nie odmłodniałem cudownie przez noc. ani też zmarszczki same mi się nie zeszły, nie mówiąc już o celulicie na big es. otóż zamek w samochodzie zaczął działać. i znowu mogę otwierać autko od strony kierowcy, a nie wykonywać wokół niego chocholi taniec deszczu goniąc na drugą stronę, by otworzyć dźwierzy jak mówiła moja wiejska nieżyjąca babcia powietrzu. no i pokój namber łan został wspólnymi siłami moimi, wiejskiej i sis wymalowany na łany pszenicy. chciałem wprawdzie łany żyta, coby tak procentualnie było, ale niestety nie mieli. niech się oma cieszy, że jej czerwonego flamenco ognistego nie strzeliłem. ale to z higieny własnej, bo by pewnie ona mnie w łeb strzeliła. jeszcze tylko przemeblowanie i będę mógł zaatakować własną izbę. ale w tym akurat zakresie posilę się siłami vila. w końcu oferował swoją pomoc. nie ma jak przyjaźń z eksami. chociaż jakoś księżniczki sobie nie wyobrażam jak zapinkala z szafkami. już samo jej wyobrażenie w casto powoduje, że zakupy robię w znacznie droższym lerła merlę…

          mam pewne zaległości w korespądans. mam przy tym jednak nadzieję, że je raz dwa nadrobię. w sumie jutro pierwszego nie ma, bo bawi w stolycy, więc będę mógł przysiąść nad papeterią i kałamarzem. w zasadzie powinienem się isem zająć, ale moja nowa blond asistans skarżyła się ostatnio, że ma jakby wolne siły produkcyjne. przy całym szacunku dla jej szczerego uśmiechu, ale nie wypełnię jej wolnych sił, o których wspominała. co najwyżej mogę zadbać o jej grafik. czyli postanowione – balbina dostanie procedury eszetjot. chociaż cały czwartek będę musiał z nią spędzić, bo zapisałem nas na jakąś konferencyję odnośnie zasobów wiejskich. w sumie wolałbym z wiejską tam pojechać, bo przynajmniej moglibyśmy poobgadywać facetów, a tak będę musiał się silić, coby kolejnego babska w sobie nie rozkochać. oj będzie trudno…

          dzisiaj księgowość świętuje. nie mam zielonego pojęcia co, bo i tak z racji swoich żywieniowych nawyków jestem tam osobą niepożądaną. seksualnie może i tak, bo streisand uwielbia się do mnie lepić, a pozostałe kochają się do mnie uśmiechać i flirtować ze mną, wykorzystując przy tym swoje trwałe. ale jedzeniowo mają mnie dość, bo za nic w świecie nie chcę próbować ich serniczków, jajek w majonezie (tu pewnie może w innych okolicznościach nie byłbym aż taki wybredny) czy pieczeni ze śliwką w środku. zresztą z tych samych powodów mógłbym zostać uznany za wroga miejscowych kagiewu oraz związku menopauzystek. ale od czego ma się ten swój czarm. od razu wszystkie danuty, krystyny i ireny rozpływają się w superlatywach nade mną. że też józki, janki i romany na to nabrać się nie dadzą. ech. poza tym jeden pan uznał, że jestem narcyzem. coś w tym musi być. dlatego też po big bangu w mieszkaniu nie będzie na ścianie już żadnych moich zdjęć. wystarczą na felku. yo.

          didascalia
          biust angeli merkel. w ostatnią sobotę w oslo w tamtejszej opery. widziałem foty. bosh. dla tej kobiety przez wielkie ka mógłbym zostać hetero…

          In point of view minus cztery on 11 kwiecień 2008 at 12:02

          szczęka mi wczoraj zdrętwiała. nie. to wcale nie oznacza, że znowu jestem szczęśliwym posiadaczem partnera. to oznacza, że człowiek, który nienawidzi wszystkiego co szorstkie (z wyjątkiem buziowego zarostu trzydniowego, którego jestem fetyszystą), szlifował gips papierem ściernym. no i zagryzał dziwnie usta, tak mocno, że aż to poczuł. czyli kolejna notka rozpoczęta raportem z frontu. właściwie jest jak pod ypres. tyle tylko, że zamiast gazu muszardowego, wszędzie tumany kurzu i jeden wielki tuman. czyli ja. bo gdybym wiedział, co wiem dzisiaj, to w życiu bym nie wziął się za tę tragiczną robotę. tak czy inaczej trzeba przeżyć, bo do końca kwietnia trochę czasu zostało, a przede mną jeszcze jeden pokój. całe szczęście, że wiejska mnie od czasu do czasu wspiera swą siłą, bo nikt jak ona nie myje tak rewelacyjnie podłóg. w sumie fajna z niej byłaby małżonka. więc jeśli jakiś heteryk wolnego stanu czyta to i owo, to z wielką radością komunikuję, że po szesnastym maja może okazać się, że wspomniana wiejska uczyniła mały krok dla ludzkości, ale wielki krok dla samej siebie. w stronę wolności…

          właśnie siedzę w pracy i się trochę obijam. bo jestem pan na włościach. dzisiaj najważniejszy. wczoraj w sumie objechałem sekretarkę, że nie anonsuje mi gości. ofkors w żartach, ale i na serio. bo doszedłem do wniosku, że kompletnie nie mam w firmie autorytetu. w sumie z większością jestem tu po imieniu i jakoś niespecjalnie do nich przemawia siła mojego stanowiska. inna inność, że i do mnie ona nie przemawia. ale w końcu trzeba podkarmić si-wi, bo konto jakoś niespecjalnie wykazuje tendencję do tycia. poza tym właśnie zalałem sobie kawę. dzisiaj miałem ewidentnie ochotę na budowlankę. czyli kofi z gruntem. kofi. kofi annan. według begerowej był ananem kofanem. ale według mojej historyczki z ogólniaka – coffee annanem. boska helenka. właśnie na samo o niej wspomnienie zakrztusiłem się fusami. dobra ta kawa nawet. taka prawdziwa peerelowska słodycz. pamiętam jako dziecko – a wiele z tego okresu pamiętam, np. koronację augusta mocnego albo ogródek kapuściany królowej bony – jak musiałem ją mielić (bosh, warszawiacy tak to się mówi?) na młynku mejd in ddr. a podpijanie mamie kawy (tak jak ojcu piwa) było najwspanialszą przyjemnością okresu łysiny łonowej. cudowny czas. w sumie dzisiaj jakoś wspomnieniowo jest. otóż wychodzę z sekretariatu i spotykam panią, która od razu pyta czy ja to er. no więc jej mówię, żem er jak nic. no i ona o mojej mamie zaczyna mi mówić. miło się słucha, że miało się tak superrodzicielkę. miód na serce.

          grossmutter dostanie zawału serca. bo jak wspomniałem – oddałem jej rękodzieło (czyt. mulinowe bzy lilaki w brzozowej ramie) wiejskiej. a ta z kolei dała je swojemu ojcu, który na ich widok odleciał w przestworza. na dodatek powiedziała mu, że to prezent ode mnie, więc punktnąłem u niego kolejny raz. i jak tu się potem dziwić temu, że u wiejskich rodziców jestem o wiele bardziej popularny niż wiejski faworyt. zresztą ostatnio to jakoś nader popularny jestem. jakiś koleś z felka wyczaił mnie w centrum handlowym i pisze sobie ze mną, a ja go nie widziałem ani piksela. chyba jakoś mi się odechce upubliczniać nieogoloną facjatę. jeszcze chwila i szef może mnie zdybać, bo go uczę obsługi internetu. byłoby ciekawie. może lepiej jednak wypluć te słowa. nie mam aktualnie bowiem natchnienia na szukanie sobie nowego zajęcia. tym bardziej, że kredytów znowu jakichś tam chcę nabrać i byłoby co najmniej to ungunstowne w tym momencie. żyć nie umierać. weekend się zaczyna lada chwila. gips i kropka. w sumie dzisiaj śniła mi się madonna w czerwonej kiecce, którą zanurzali w wielkiej kadzi z cialtą-maltą. ale o tym, że jestem co najmniej mało normalny, to już jest tutaj od jakichś dobrych paru latek…

          update
          wow. nawet się nie skapowałem, że od roku jestem singlem. obawiam się, że przyzwyczajenie wzięło górę i w zasadzie nie robię nic, by to zmienić. bo mi wygodnie. za wygodnie. ale najgorsze w tym to, że nie mam na chwilę obecną najmniejszej ochoty, coby to zmienić. przynajmniej świadomej ochoty. bo za własną podświadomość nie odpowiadam…

          In point of view minus cztery on 8 kwiecień 2008 at 7:16

          jedni zabawiają się drugim, inni mają ogóreczki tudzież inne opływowe kształty przypominające żywo trzonek od ubijaczki do piany, a ja natomiast mam szpachelkę. do tego gładź szpachlową o konsystencji gęstej śmietany, jak określiła to wiejska. oraz drabinkę. swoją drogą lepsza drabinka niż balkonik. a to z kolei oznacza, że chociaż młodość już nie wieczność, to starość jeszcze nie radość. czyli sama radość. tak czy inaczej remont mojego em (tutaj na myśli mam ofkors moje mieszkanie, a nie byłego partnera coby była jasność) postępuje z niesamowitym impetem. wczoraj spędziłem na ściance siedem godzin, a i tak jeszcze zostało mi do wykończenia trochę tuż pod sufitem. normalnie niewiele potrzeba do szczęścia prawdziwemu mężczyźnie (chociaż z tym prawdziwym to lepiej nie przesadzajmy, bo fikcja literacka ma jednak swoje granice) żeby jego męskie ego poszybowało pod sam sufit. ale o suficie na razie nie piszę, bo nim zajmiemy się dopiero za tydzień. na razie konserwacja powierzchni pionowych, a te poziome – w tym i zwisające – zostawimy sobie na później…

          perypetii z samochodem ciąg dalszy. bo nie dość, że kosztowny zabieg wymiany akumulatora mam za sobą, to czeka mnie jeszcze wymiana zamków. jakiś debil próbował się dostać z soboty na niedzielę do środka i rozwalił mi cały zamek od strony kierowcy. dlatego też teraz jak kretyn obchodzę niczym w krakowiaczku samochód dookoła coby się do niego dostać. właściwie ciekawi mnie, co tak naprawdę rzeczony idiota chciał osiągnąć – ukraść mój mało co warty samochód? może zwęszył, że akumulator jest nówka nieśmigana na dwuletniej gwarancji? no chyba że poszukamy kretynizmu we właścicielu samochodu, który nieopatrznie zostawił na tylniej szybie swój lanserski bordowy szaliczek mejd in brasel. chociaż może mejd in czajna, a jedynie bot in brasel. bo jakoś ostatnio okazuje się, że właściwie każdy jeden ciuch, który na sobie nosimy jest z państwa środka. jeszcze chwila, a okaże się, że ja też jestem zrobiony w chinach. no właśnie. ciekawe czy parentsi tam byli trzydzieści lat temu. szkoda, że się ich nigdy nie zapytałem…

          za meblami znalazłem kolejny skarb. nie wiem czy dobrze zrobiłem, że dałem go wiejskiej, bo kto wie czy to nie był wielce wartościowy obiekt dziedzictwa narodowego. odsuwam szafę. patrzę. a tam obraz. prawie jak słoneczniki van klompa. znaczy van gogha, bo klomp był od madonny. otóż arcydzieło to przedstawiało wazon pełen bzów lilaków. wyszyty muliną. oprawiony w ramę brzozopodobną. boski obraz. tak boski, że aż od razu zaproponowałem wiejskiej, coby go sobie wzięła. stwierdziła, że da go w prezencie teściowej. kochana synowa z niej… oprócz obrazu znalazłem też swoje zdjęcia. kurde, zapomniałem, że kiedyś byłem sobowtórem ryszarda kalisza… wow.

          In point of view minus cztery on 5 kwiecień 2008 at 19:13

          mija setna rocznica urodzin herberta von karajana. taki dyrygent to był. inna inność, że wordpress zmienił całkowicie layout. a ja zmieniam mieszkanie. remontu mi się zachciało. dzisiaj dorwałem się do drugiego pokoju, gdzie roboty najwięcej. swój pokoik trzymam na sam koniec, coby stopniowo stopniować napięcie. jeśli ma ono być właśnie w ten sposób stopniowane, to nie bez przesady zasługuję na miano mojego własnego hitchcocka. bo zaczęło się od megamasakrycznego trzęsienia ziemi. a właściwie szafy. a jakie skarby tam znalazłem, to już inna inność. kronika beskidzka z 2003 roku, notatki z informatyki sprzed czternastu lat oraz makatka z tekstem “świeża woda zdrowia doda”. plus story sprzed mojego urodzenia. teraz tylko umieścić to w odpowiednim koszu na śmieci, bo od prima aprilis w naszym boskim prowincjonalnym miasteczku zaczęto segregację śmieci. tak czy inaczej mój wskaźnik męskości znacznie wzrósł, bowiem ja w roboczych ciuchach i ze szpachelką w dłoni to widok jak raz na sto lat. mój testosteron poczuł się dopieszczony. ach, jeszcze jedno – jak już całkiem osiwieję, to niezła dupa ze mnie będzie. dzisiaj stwierdziłem patrząc do lustra. trzydziestko przybywaj więc śmiało!

          w połowie maja wiejska ma umówioną wizytę u adwokata. w sprawie rozwodu. ofkors wszyscy dookoła jej to odradzają – i matula jej rodzona, i ojciec kto wie czy prawdziwy, a nawet jej własny mąż nie wierzy w jej zapowiedzi. ale od czego ma się przyjaciół? od czego ma się mnie? ofkors od kładzenia do głowy durnych myśli i bzdurnych rozwiązań. mówię więc jej, trzymając wspomnianą wyżej szpachelkę w lewej ręce (bo jak wiadomo, jestem leworęczny, a jak wiadomo leworęczni to cholernie inteligentne istoty, czego ofkors nie będę w żaden sposób zaprzeczał…), słuchaj jeno, pono nasi biją… yyy… to hymn. a ja jej ojcem nie jestem. ale imię się jakby zgadza. ale do rzeczy – mówię jej, że kiepskie związki mają to do siebie, że ich końcowa faza składa się z trzech podfaz – pierwsza to cierpienie w agonalnym stanie związku, druga to cierpienie przy rozstaniu, a trzecia to cierpienie w samotności. więc po co robić z siebie świętego aleksego i męczyć się nie wiadomo po co, a po śmierci pachnieć kwiatkami, skoro można sobie cierpienie raz dwa skrócić o pierwszą podfazę, stosując eutanazję własnej tzw. relacji partnerskiej. ale cóż – mądry polak po szkodzie. i ja jestem polakiem!

          facet mojej sis spakował swoje rzeczy i pod osłoną dnia, kiedy moja rodzona siostra była w pracy, uciekł z domu, zostawiając ją z dwójką dzieci na nieco ponad miesiąc przed komunią starszego samuraja. wynajął sobie mieszkanko, założył profil na sympatii pe-el i stwierdził, że moja sis go ogranicza. a on chce żyć pełnią życia. tak na marginesie w międzyczasie zrobił czajlda innej pani, którego ofkors nie uznał. a że moja sis to wredna maupa w czerwonym, to nie omieszkała powiedzieć tego jego matce. a tchórz jak to tchórz nawrzucał sis od takich tam i jeszcze takich tam. życie. a najgenialniejsze jest to, że wiedźma, u której i sis była, jakieś cztery miesiące temu, to przewidziała. ale bez takich – ja też to przewidziałem. bo doopek będzie zawsze doopkiem. w końcu jestem jakoby członkiem doopowatej branży. a u nas to norma. i jak się okazuje – nie tylko u nas…

          In point of view minus cztery on 2 kwiecień 2008 at 19:40

          żyję po remoncie. chciałem to tylko zakomunikować wszystkim, którzy mnie niezbyt lubią czytać, ale czynią to mimo wszystko, poświęcając się dla dobra ludzkości wszetecznej. nie cieszcie się więc przedwcześnie, bo przeżyłem roboty fizyczne związane z cialtą-maltą i obróbką tynkarską. nawet się umięśniowiłem trochę, wynosząc setki (tak naprawdę to może czternaście, ale setki brzmi tak jakby lepiej z literackiego punktu widzenia) wiader gruzu. czuję się tak wow. tak męsko prawdziwie. jak jakiś popeye co najmniej. tyle tylko, że szpinaku już dawno nie jadłem, a w sumie miałbym ochotę. ale nie o tym chciałem. właściwie pan, który pomagał przy wprawianiu tych drzwi przez ostatnie trzy dni wydał mi się co najmniej interesujący. ofkors nie dla psa kiełbasa, bo koleś przynajmniej z pięć latek ode mnie młodszy, ale w sumie można było na kolesia oczkiem zarzucić. zresztą trochę podejrzany mi się wydał z kilku powodów. po pierwsze irokezik na głowie (kto to nosi, jak nie podejrzani, na przykład mi we własnej osobie). po drugie diamentowy kolczyk w uszku. prawie taki sam, jak śpiewała anna jurksztowicz za czasów, gdy miałem lat mnie niż wolne kosowo. po trzecie pasek w spodniach był biały nabity ćwiekami raczej cekinowatymi. to też coś znaczy, jeśli dorzucimy do tego, że na ręce i nadgarstku była widoczna bardziej niż w przypadku bi-ej z drużyny a biżuteria. srebrna ofkors. a dzisiaj na palcach pojawiły się dwie obrączki. a i tak wszystko nieważne, bo pan miał przecudnej urody oczęta. normalnie odleciałem. ech… może jeszcze wymienie sobie drzwi w piwnicy?

          tak czy inaczej z randki z panem od drzwi nici. bo pracował pod okiem tatusia i wujka bodaj. ech, jak nie urok to sraczka… swoją drogą zacząłem obserwować u siebie nieco zagadkowe objawy, które zdradzają bardziej niż trochę zaawansowany proces starzenia się. chodzi mianowicie o to, że przechadzając się dzisiaj po hipermarkecie, moje oczki wodziły za panami nieco dojrzalszymi niż niegdyś. wręcz młodzikowie mnie nieco odpychają, natomiast panowie w sile wieku są jakby ech-ach-och. tyle tylko, że ci starsi szukają młodszych, a ci młodsi starszych. bosko… wczoraj dla przykładu – a właściwie przedwczoraj – był u moniki olejnik paweł kowal. pisowiec taki. ale jakoś go lubię. dlaczego? bo mi się trochę podoba… matko boska i jezusku malutki, coby fasolę zacytować, er’ku łosiu, ty to stara doopa jesteś…

          mam pytanko. co robić w sobotę – jechać do pedałbudy do kraka czy zacząć remont? nie ukrywam, że skłaniam się do malowania… w sensie ścian ofkors. nie siebie. bo mi to już nic nie pomoże. kremy przeciwzmarszczkowe wysiadają, a na operacje plastyczne mnie nie stać. znaczy stać, ale wolę kupić sobie nowe autko. lajf…

          In point of view minus cztery on 31 marzec 2008 at 19:02

          wszelkie znaki na niebie i ziemi powiadają, że skończę niczym najgorszy z najgorszych alkoholików. dzisiaj bowiem znowu dostałem butelczynę. całe szczęście, że to bols, bo pewnie nieprędko się za niego wezmę. nie cierpię tej wódki. jakoś bardziej podchodzi mi sobieski, którego mogę pić litrami. jak jeszcze do tego mam sok z czarnej porzeczki i z banana to mi się pucha cieszy. bo co jak co, ale czystej sam nie wypiję. na takim etapie to chyba jeszcze nie jestem. a rzeczoną flaszeczkę dostałem od pani elżuni, która pracowała u nas na zastępstwie jakieś pół roku, ale że zastępowana wróciła na stanowisko z dłuższej niedyspozycji lekarskiej, śmieszna pani musi odejść. swoją drogą będę panią wspominał z nieco durnowatym uśmiechem na twarzy, bo tak pozytywnie walniętej osoby u nas w firmie jeszcze nie było. no chyba, że weźmiemy pod uwagę grzybową, która flirtuje ze mną na korytarzu od ponad roku. no i kto teraz będzie delikatnie mówiąc tak sympatycznie olewać robotę, skoro elżunia odchodzi sio. trudno. jakoś wezmę tę niewdzięczną rolę na siebie…

          miniony weekend minął pod znakiem płaszcza i szpady. znaczy knajpy i flaszki. chociaż nie do końca, bo w piątek obaliliśmy w pięć pedałów dużego sobieskiego. znaczy nie do końca obaliliśmy, bo jeno ja, ryś i jego chłop. dzieciaki piły wino, bo jakoś czysta im nie wchodziła. tak jakoś stwierdziliśmy, że musimy się nieco zmaskulinizować. przynajmniej we własne oczy. a że umęskowienie się możliwe jest albo przez oglądanie meczu, albo przez chlanie czystej z kieliszka, wybraliśmy to mniej bolesne rozwiązanie. no i spiliśmy się nieco. ale kulturalnie tak raczej, czyli w efekcie końcowym tacy z nas prawdziwi mężczyźni, jak z ajzis dżi prawdziwa kobieta. ale ponoć ćwiczenie czyni mistrzem, więc już w sobotę wspólnie z dzieciakami plus hobbitem w promocji wybraliśmy się podbić naszą byłą wojewódzką dziurę. dla mnie ofkors wielka atrakcja, bo sam spędzam większość czasu w mysiej dziurze, gdzie przyszło mi pracować, zaś dla hobbita to jeszcze większa atrakcja, bo na co dzień mieszka i spółkuje w drugim największym mieście naszego wspaniałego państwa. tak czy inaczej było całkiem interesująco. szczególnie barman, który tak zbzikował na moim punkcie, że zamiast heinekena nalał mi żywca. no i co miałem zrobić? gdyby to była barmanka płci pięknej, tobym pannie wjechał na ambicje i zażądał nowego kufla z nową podkładką, ale że był to reprezentant płci piękniejszej, to uśmiechnąłem się na wpół nieśmiało i powiedziałem, że wypiję piwo, które mi nalał. niestety, żywiec to jedna wielka i obrzydliwa tragedia. ale stwierdziłem, że nie na takie kompromisy człowiek chodził w swoim życiu, więc wyobraziłem sobie, że to takie soft sado maso w wydaniu knajpianym. niemniej jednak oczki pan barman miał wow…

          abcde.jpg

          no i trzy stówy odeszły w zapomnienie. kupiłem nowy akumulator. sześćdziesiąt amperogodzin, dwanaście volt, dwa lata gwarancji. czyli jak w pysk strzelił, jak będę miał trzydzieści jeden lat, akumulator stanie się li tylko moją odpowiedzialnością. pewnie to czas, kiedy będę musiał zacząć się zastanawiać nad zapisaniem się do kolejki oczekujących na rozrusznik serca. ale to już taki wiek. w drodze powrotnej od pana z ulicy bema widziałem w lusterku w oplu calibrze całkiem ciekawego pana, który nie miał na palcu obrączki, a był w moim bodaj wieku. jednak gdy mnie ominął (nie wyprzedził, bo pojechał pasem na wprost, gdy ja skręcałem w lewo, coby nie było, że jestem doopiatym kierowcą) okazało się, że z profilu jakby mniej idealny. ech. ale pewnie kątem oka nie za dobrze widzę przez moje soczewki. tak więc to by było na tyle, jeśli chodzi o fantazje erotyczne mojej szacownej osobowości na kilka ostatnich dni. barman plus kierowca opla. ach i jeszcze ten fajny ktosiek z chodnika przy general electric plus ten pan z wczorajszego magazynu fussballowego na n-24. i to by było tutaj na tyle. było miło. mrrau…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg måns zelmerlöw – brother oh brother

          In point of view minus cztery on 30 marzec 2008 at 18:34

          quail uznała, że to jakoby konstruktywny i dość ciekawy pomysł, cobym mógł się podzielić sześcioma mało znanymi faktami z mojego życia. no nagromadziło się tego w ostatnim czasie, bo przeżyłem już tylu światowych i lokalnych przywódców, kilka totalitarnych systemów i parę rzeczypospolitych. ale czy to dobry koncept, abym pisał tu wszem i wobec o jakichś nieznanych faktach z mojego siwi i zanudzał przy okazji publikę, która nie wiedzieć czemu czyta to, co tutaj piszę? wątpię. ale jako że jestem wredna i złośliwa małpa w czerwonym, to co mi tam. ponudzę raz jeszcze…

          fakt pierwszy.
          lata świetlne temu ubzdurałem sobie, że własną nieatrakcyjność fizyczną można genialnie pokonać wybitnym mózgiem. to też od młodzieńczych lat inwestowałem każdą wolną chwilę w książki i poszerzanie swoich horyzontów. równolegle poszerzałem własne gabaryty. ach jakże kochanym dzieciakiem byłem. nie dość, że taki mądry, taki zdolny, taki bystry, to na dodatek jeszcze pięknie je. no i jadłem, pęczniejąc niczym ziarenka ryżu w woreczku pod presją wzrastającej temperatury i procesu gotowania, tudzież niczym moje boksy na widok niezabrodziałego michała żebrowskiego. ale jednak gdzieś tam miałem rację, bo w rzeczy samej mało kto, kto mnie znał, raczej nie nadużywał względem mojej big personality epitetów czy jakichś tam uwag (ofkors z wyjątkiem mojej pani od wychowania fizycznego, a jednocześnie wychowawczyni, która kiedyś tam, gdy biegłem – a właściwie zdychałem na trzecim okrążeniu boiska – przed chłopakami z mojej klasy porównała mnie do takiej trzęsącej się kupy galarety), bo po prostu z pełnym szacunkiem odnosił się do mojej tzw. mózgownicy. poza tym nigdy nie było, że nie dałem odpisać zadania czy ściągnąć na sprawdzianie. tak więc skutecznie poradziłem sobie z własną totalnie mało atrakcyjną powierzchownością, inwestując we wnętrze. czy się opłaciło? myślę, że tak. zresztą głowa to jedyna sfera, gdzie nie przejawiam większych kompleksów. chociaż bystrością czasem nie grzeszę, prawda maćko – rybko?

          fakt drugi.
          mam problemy z rozróżnianiem kierunków. ale tylko, gdy ktoś mnie w tym aspekcie zagadnie. sam od siebie to żaden problem, ale jeśli, dajmy przykład, jadę samochodem i siedzący obok mnie jegomość albo jejmość powiedzą mi, że mam skręcić w lewo, to sto procent, że skręcę w prawo. i na odwrót. ponoć gdzieś tam leży to w leworęczności, ale głowy za to nie dam, bo oprócz kompletnej debilności kierunkowej przejawiam także antyzmysł topograficzny. można mi tłumaczyć jak gdzieś tam dojechać, ale tak to nie przynosi żadnego skutku. no i chyba dlatego, gdy pytam o drogę, to i tak nie słucham co ten ktoś ma mi do powiedzenia. zresztą po co, skoro i tak nie zrozumiem przekazu…

          fakt trzeci.
          jestem osobą mało cierpliwą w stosunku do własnej osoby, a w przeciwieństwie do cudzych osób. generalnie umiem wybaczać wszystkim wszystko. znoszę wszelkie marudzenia i miauczenia, choć czasem wybucham niczym nadepnięta przypadkiem purchawka. natomiast jeśli idzie o mnie, to jakoś mam na odwrót – nie doczytam nigdy instrukcji obsługi do końca, bo szkoda mi czasu, nie umiem się skupić na filmie, bo w mojej głowie od razu kotłuje się tysiące innych myśli, oblałem kilka razy prawko na parkingu, bo tak naprawdę nie chciało mi się czekać na wyjazd na miasto. to jest w ogóle mój wielki problem – nieumiejętność czekania. pamiętam jak w liceum dostałem się na regionalny szczebel olimpiady z niemieckiego, który ofkors zawaliłem. i to z własnej winy. bo na część ustną musiałbym poczekać jakieś dwie godziny, więc powiedziałem oldze (mojej byłej germanistce), że nic nie napisałem na części pisemnej, co było ofkors gie prawdą. ale to cały ja. i mam tak do tej pory…

          fakt czwarty.
          mam co najmniej pięć różnych charakterów pisma. grafolog uznałby mnie pewnie za kompletnie schizofreniczną osobę, w czym miałby swoją drogą sporo racji. umiem podrabiać cudze podpisy (to taka mała nieistotna umiejętność) pod warunkiem, że widzę jak się podpisuje dana osoba. po prostu muszę widzieć ruchy jej ręki. ta mała umiejętność pozwoliła mi w czasach szkolnych być królem wszelakich usprawiedliwień i zwolnień. tak między innymi zaczęła się moja przyjaźń z hipkiem, któremu pisałem od pierwszej licealnej zwolnienia na w-f (bo podobnie jak ja był dobry w sumo). kiedyś nawet olimpia (taka śmieszna osóbka z ogólniaka) powiedziała w obecności kobiety z ekonomii, która na swoim wąsie zawsze miała majonez z mr. hamburgera, że klasowe usprawiedliwienia można by posegregować na trzy kupki – pierwsza najmniejsza to oryginały, druga średnia to te, które piszemy sobie sami i trzecia największa, która wychodzi spod ręki mojej skromnej osoby. normalnie jej skandaliczne zachowanie (związane z wkopaniem mnie publicznym) musiało się zetknąć z moją gwałtowną reakcją. otóż powiedziałem jej – [tu pada nazwisko panienki], jak cię pierdolnę, to ci wszystkie piegi z mordy pospadają. no niestety, nie byłem i nie jestem wybitnym dyplomatą. a moje emocje z natury rzeczy mnie zawsze wpędzają w większe problemy…

          fakt piąty.
          jestem bardzo nieśmiały w kontaktach międzyludzkich i w zasadzie dopiero, gdy kogoś poznam bliżej pokazuję własną wredną mordkę. nigdy nie zdarzyło mi się do kogoś zagadać. a w większym towarzystwie, gdzie są osoby, które widzę pierwszy raz w życiu, uchodzę za jakiegoś aroganckiego dupka, który wyżej sra niż dupę ma. bo rzadko zabieram głos. raczej słucham jak świnia grzmotu. poza tym lekko zakompleksiony jestem, co mi zostało z fazy coccolinno (był taki puszysty misiu kiedyś). i poniekąd własnie to nie pozwala mi się rozkręcić. a jeśli jeszcze do tego dodamy zbyt wielką empatię i małą asertywność… brrr, nawet nie chce mi się o tym dalej pisać…

          fakt szósty i ostatni.
          była kiedyś w moim życiu pewna kobieta, w której chyba nawet się zakochałem. ale jako że to siostra mojego best frienda, wycofałem się, coby jej nie skrzywdzić kiedyś. za kilka miesięcy wychodzi za mąż i chyba pewna część mnie żałuje, że nie za mnie. w ogóle z kobietami dziwna sprawa, bo one jakoś się we mnie zakochują jedna po drugiej. faceci natomiast jakby całkowicie na mnie są odporni. inna inność, że jakoś niespecjalnie mnie to smuci. czyżby?

          zgodnie z regułami tej gry powinienem kogoś nominować z własnych linków. może ajsi napisałby setną notkę? albo maćkoś zagadnąłby swój milion złotych rybek. albo ling wyspowiadałby się ze swoich zdrad na czaterii.interii.pl. bo na mgnienie chyba nie bardzo można liczyć…

          In point of view minus cztery on 29 marzec 2008 at 16:14

          glorija! wreszcie przypomnieli sobie o mnie monterzy drzwi i zjawią się w moich skromnych progach lada dzień. tym samym będę mógł zacząć szumnie przepowiadany przez wróżki maści wszelakiej – incl. me – remont. pierwszy remont od dziesięciu lat. może wreszcie wymiotę pajęczyny, które od pierwszej kadencji kwaśniewskiego bezlitośnie są tkane w ciemnym kącie mojego pokoju. niemniej jednak przez lata nie miałem serca coby wykurzyć pająka brata chwata z mojego domostwa. zresztą zabijanie pająków zwiastuje nieszczęście i pecha. a tego przecież chcielibyśmy za wszelką cenę uniknąć.

          za parę minut wybywam na miasto. zalać robala, a przy okazji wcześniej pooglądać jakieś fajne kurtki. może akurat zlookam coś na tyle interesującego, że mnie to zainteresuje. we will see. tym razem jednak nie ryzykuję i jadę busem. wczoraj na przykład, wracając z kameralnej imprezki na dwie pedał-pary i mnie, kątem oka poobserwowałem sobie – coby użyć powiedzenie hobbita – niezłe ciasteczko. siedział w zasięgu ręki, wysiadł przystanek przede mną, dziwnie wzbudził moje zainteresowanie. ale to podobnie jak mona lisa. tyle tylko, że to baba i setki kilometrów ode mnie. ale efekt końcowy ten sam – można popatrzeć, potem powspominać i szybko zapomnieć. swoją drogą wcale nie chciałbym mieć jej w domu. ot tyle…

          z2.jpg

          księżniczka napisała mi mejla. powinna go zatytułować “w drodze do canossy”. normalnie się tak pokajała przede mną jak hajnrich przed papą grzegorzem. inna inność, że jak skończył grzegorz, a jak cesarz henryk to wie każdy przeciętny uczeń liceum. chwilowo jestem top, ale nagle potem mogę być bottom. bez skojarzeń ofkors. zresztą kończę powoli to pisanie, bo za chwilę dziesiątka przyjedzie, a ja jeszcze bez stylizacji i wdzianka jestem. a w końcu idę się dzisiaj polansować do heteryckiej knajpy na zadupiu województwa…

          update
          jest kilka minut po dwudziestej drugiej. no może po dwudziestej trzeciej, jeśli weźmiemy pod uwagę, że za godzin parę zegarki skorygujemy z drugiej na trzecią. buźka mi się uśmiecha od ucha do ucha. to pewnie procenty. autobus spóźnił się dziesięć minut, dzięki czemu mogłem przyjechać do domu, nie czekając nań zbytnio długo. poza tym barman w klubokawiarni, w której jakoś tam spędziliśmy czas był mniam mniam. i takie tam. ech… poza tym powietrze było jakieś cudowne. a może to regina spektor w uszach sprawiała, że tak mi się wydawało. a może to travis. albo snow patrol. ech życie. jakże potrafisz być cudowne, jak ci się zechce. jak mi się zechce. tak czy inaczej czuję wiosnę. a gdy już przestawię wszystkie zegary w domu, to dopiero poczuję, że żyję. zima się kończy, wiosna właśnie wraca. a to znak. znak, że i ja się budzę do życia. bo co jak co, ale po prostu chce mi się wsiąść na rower i pojechać, gdzie oczy poniosą. choćby tir mnie strąbił jak niegdyś to bywało. tak po prostu. a tak na marginesie wyczaiłem super kurtkę. ale nie kupiłem jej, bo pani ekspedientka stwierdziła, że kurtka jest nie do sprzedania, jako że klips zabezpieczający przed złodziejami (klientami?) nie chce się odczepić. więc mi jej nie sprzeda… to był znak. znak, że gdzieś indziej czeka na mnie całkiem inna kurtka. wręcz stworzona dla mnie. pewnie w jakimś ciucholandzie w opolu… normalnie czasem mam dość tych znaków…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg klan – co sie stao?

          In point of view minus cztery on 27 marzec 2008 at 19:39

          kto pamięta z lekcji religii słynną frazę “…za dobre wynagradza, a za złe karze”, ten nie wpakuje sie w żadne większe problemy. a kto zapomina, temu ten z wysoka zaraz o tym przypomni. i tak jest ze mną. a właściwie było. i to dzisiaj. ale może po kolei. sytuacja wyglądała na pozór prozaicznie – otóż przedwczoraj spędziłem w pracy blisko czternaście godzin, wczoraj trzynaście, więc dzisiaj najzwyczajniej w świecie urwałem się trzydzieści minut wcześniej, nikomu o tym nie mówiąc. inna inność, że w chwili ucieczki nie było nikogo służbowo postawionego nade mną na miescu, a byłej szefowej przeca nie będę się spowiadał z niecnych zamiarów. zaplanowałem sobie cały dzisiejszy gigant z wielką pieczołowitością i szczegółowością – prysnąłem wcześniej, coby uniknąć wielkich korków i sprawić sobie jakieś wiosenne wdzianko w formie kurtki, która by pasowała do ancugu, tudzież seksownych dżinsów, które ostatnio zwisają mi z tyłka, jak wicegłównejksięgowej celulit. niemniej jednak zamiary były szczere, bo plusowe temperatury już na progu, a ja nie mam w czym na randki chodzić (i pewnie dlatego nie chodzę…). jakież było moje wielkie zdziwienie, gdy dosłownie sto metrów przed wielkim domem handlowym samochód mój odmówil posłuszeństwa i najzwyczajniej w świecie zgasł. w dodatku na wielkim skrzyżowaniu. ofkors pedał za kierownicą to z natury rzeczy rzecz bardziej komiczna niż kobieta za kółkiem. bo przeca panikuje jak ona, ale mruganie okiem do przystojnych kierowców czy policjantów i tak nic nie da. zresztą trzeba było mnie zobaczyć, bo tak z opowiadania tragifarsa, jaka rozegrała się w centrum byłego miasta wojewódzkiego, nie wygląda aż tak totalnie kretyńsko, jak się miała w rzeczywistości…

          niemniej jednak było strasznie. ci wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że stresujące sytuacje w pierwszej fazie mnie totalnie obezwładniają i wprawiają w równie wielką euforię, co pełna pielucha u niemowlaka. ale jak każdy prawdziwy pedał noszę przy sobie komórkę pełną numerów telefonów, które nijak mają się do potrzeb chwili. takie sytuacje uprzytamniają, że zamiast znajomych z zacięciem do malowania na płótnie, rozliczania pitów czy biegłych w zakresie bankowości komercyjnej, trzeba sobie szukać zwyczajnych mechaników, lakierników czy blacharzy. jak moja sister, dla której problem z samochodem równa się dylematowi, do którego z byłych zadzwonić. ja niestety musiałem wybrać numer telefonu hipka, który jak prawdziwy heteryk zna się na rzeczy, a nie na wyborze kurtki, która będzie pasować do aktualnie używanej nuty zapachowej czy błyszczyka do ust. ale stało się coś, czego nie przewidziałbym w najpiękniejszym śnie. zdarzył się cud. a własciwie człowiek…

          i jak tu nie wierzyć pieśniarzowi, który śpiewał, że ludzi dobrej woli jest więcej. od dzisiaj zaczynam wierzyć w ludzi i zwyczajną ich dobroć plus bezinteresowność. zatrzymał się bowiem – widząc pewnie totalne zagubienie w wielkim mieście i na wielkiej ulicy starszego chłopca lub młodszego pana z prowincji – pan w wieku trochę starszym aniżeli ja i najzwyczajniej w świecie podholował mnie pod sam dom. nawet nie chciał zapłaty, mimo że po drodze jakiś policjant debil chciał nam wlepić mandat za niewłaściwie holowanie, ale może o tym przemilczę, bo znam policjantów i nawet ich lubię, a w tym akuratnie przypadku musiałbym się po nich trochę powozić. tak czy inaczej wcisnąłem mu zero siedem (ha! co jak co, ale takie rarytasy ja w barku miewam prawie zawsze) dość dobrej i drogiej wódki. nie musiałem, ale tacy ludzie zdarzają się po prostu raz na dekadę. i nawet wystarczy, by odzyskać wiarę we współludzi. po prostu. tak więc dzisiaj mam dzień wiary w drugiego człowieka. a to jak na mnie – totalnego ostatnio izolacjonistę i eremitę – całkiem sporo…

          bus.jpg

          a co z samochodem? powiem krótko – zamiast kurtki będzie akumulator. wow! ale chyba wolę prowadzić z gołą dupą niż uprawiać walking i busing ubrany w zajebisty dżaket z nju jorkera… czyli chyba aż tak do końca skończony pedał ze mnie nie jest…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg grzegorz turnau – motorek

          In point of view minus cztery on 24 marzec 2008 at 11:17

          na moc posępnego czerepu, siły przybywaj! bo po podniesieniu rolety i ujrzeniu zwałów śniegu (co w zestawieniu z własnymi zwałkami po prostu daje piorunujące wrażenie) odechciało mi się golić, myć i czesać. w sumie powinienem z sobą zrobić to samo, co demoniczny johnny depp zrobił ze starym ale jakże przystojnym alanem rickmanem w cudownie magicznym filmie ’sweeney todd’. film tak mnie urzekł całym swoim urokiem, klimatem i zakończeniem, że do dzisiaj nie za bardzo mogę się otrząsnąć. już dawno nie oglądałem czegoś tak magicznego i porywającego. swoją drogą, gdybym złapał złotą rybkę, to od razu zamieniłbym wszystkie trzy życzenia na jedno. a mianowicie chciałbym się starzeć z powabem rickmana. chyba pierwszy raz odkryłem w sobie chęć związku z siwym facetem o urodzie i przyciąganiu tego aktora. ale z drugiej strony to chyba znak mr. er, że się starzejemy. jeszcze chwila i będziesz wrzeszczał na dzieciaki grające w piłkę pod twoim oknem. wake up, łosiu!

          świąteczny poniedziałek zapowiada się wprost cudownie. wizyta u samurajów. muszę się rozejrzeć za jakimiś ortalionami, bo znając małpki (a właściwie dzieci małpki, bo moja sis w chińskim roku małpy urodzona, co wiele tłumaczy), nie wejdę tam suchą stopą. ale może ich przekupię, bo nic na nich tak nie działa jak dźwięk srebrników. znaczy szelest polskich królów – i to tak najlepiej tych koronowanych, a nie księciów piastowskich. tak czy inaczej muszę rozważyć w sercu i duszy, czy lepiej uszczuplić się w portfelu, czy dać się zmoczyć i poskąpić samurajom grosza zarobionego z waszych podatków, drodzy podatnicy. oto dylemat, który aktualnie trapi aktualnie mą nędzną duszę…

          a1.jpg

          święta na razie przebiegają bezprocentualnie. generalnie żadnego pe. czyli tak duchowo je przeżywam. o! jest jednak jakieś pe – przeżywanie. nawet z potrzeby serca wybrałem się wczoraj do kościoła na szóstą rano. hmm… pamiętam, że kiedyś był to taki cotygodniowy rytuał. niedziela to obowiązkowo wizyta w świątyni. nic więcej, nic mniej. dzisiaj zdarza mi się to kilka razy w roku, ale tylko wtedy, gdy sam dojdę do wniosku, że tego potrzebuję. właśnie taki moment następuje w święta. coby nie przeleżeć ich jałowo i bezczynnie. żeby poczuć, że to bardzo wyjątkowy czas. bez uczestnictwa w zbędnych – moim zdaniem – ceregielach typu spowiedź i komunia. jakoś niespecjalnie się tam widzę. zresztą, żeby dostać pozwolenie na przyklęknięcie przed księdzem i otworzeniem ust, musiałbym wyjawić swoje grzechy i przewiny. a gdybym je wyjawił, tobym przyzwolenia nie uzyskał. no chyba żebym skłamał, a jako że zwyczajnie kłamać nie umiem, to nie wchodzi w rachubę. tak więc nie w pełni uczestniczyłem w eucharystii i pewnie na koniec mej drogi nie wezmą mnie do kościoła, jak tego młodego kolesia, który zginął w wypadku, a że nie chodził na mszę i żył z kobietą i dziećmi w grzechu, odmówili mu pochówku. inna inność, że raczej nie uważałbym za jakiś szczególny zaszczyt, coby ktoś mógł mi obrobić dupę, gdy mnie już tu nie będzie. tym bardziej, że w urnie pewnie ta dupa byłaby co najmniej już sproszkowana, więc żadna z tego przyjemność… ech naszło mnie na pierdoły. zresztą to dobry znak – wracam do zdrowia.

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg sugababes – denial

          FROHE OSTERN EVERYBODY!

          In point of view minus cztery on 22 marzec 2008 at 17:04

          In point of view minus cztery on 19 marzec 2008 at 15:53

          zwaliło mnie w niedzielę z nóg. choróbsko. i tak oto spędzam ubiegłoroczny urlop, bo z czystego lenistwa i skąpstwa nie chciało mi się pójść do lekarza. po pierwsze jak sobie pomyślę, że musiałbym siedzieć w poczekalni dwie godziny coby się dostać do lekarza na pięć minut, to mi po prostu wszystko dęba stanęło. wszystko futro ofkors. a że pan doktor to raczej obiekt uwielbienia członkiń koła przyjaciół radia maryja mojej parafii, to jakoś niespecjalnie rwę się do niego. po drugie perspektywa straty 20% z comiesięcznej pensyjki również niespecjalnie mi się uśmiechała. ale i tak koniec końców zostanie do wykorzystania dwadzieścia dni za 2007 plus całość wymiaru za bieżący, więc całkiem ciekawa perspektywa, jeśli idzie o spędzenie lata, mi się szykuje. pod warunkiem, że obejdą się beze mnie tak długo. inna inność, że samego dzisiejszego dnia miałem telefon od co najmniej czterech różnych osób, które nie mogą się doczekać mojego wielkiego powrotu. a właściwie lepiej kazać napisać jedno czy drugie pisemko inwalidzie mentalnemu niż samemu siąść do kompa. ech. next tajm wyłączam kom i będę się rozkoszować li tylko programem telewizyjnym i totalnym się odmóżdżaniem, co mi – jak się okazało – wychodzi całkiem całkiem.

          co jak co, ale najbardziej kręcą mnie głupie programy. na przykład ezo.tv nadawany przez itv. od rana do wieczora wróżki. ale i tak z całego serca pokochałem zielarkę izabelę frąckiewicz, która sprzedaje tym biednym ludziom przepisy na wyleczenie się z chorób, poprawę cery czu humoru za pośrednictwem smsa. potrafię spędzić przy tym i pół dnia. niestety ezo.tv nie nadaje cały dzień, więc w przerwach na teledyski rodem z telewizji lokalnej przerzucam się na niemiecki astro.tv. tyle, że do niemców praktycznie nikt nie dzwoni, więc wróżek jurgen i jasnowidzka bettina przez większość czasu czytają numery telefonów, pod które należy zadzwonić. ale to może pewnie jakaś nowa teoria numerologiczna jest… teraz – w chwili, gdy piszę ten cudownie zdrowy umysłowo wpis – oglądam mój ulubiony serial pt. “daleko od noszy” z boską skądinąd hanną śleszyńską, której poczucie humoru i urodę osobiście prezentuję. do tego dołóżmy jeszcze tvn24, bo ofkors bez tego programu również przeżyć w łóżku sam bym nie umiał. tak na marginesie podobał mi się najnowszy clip prezia. serio.

          ale choroba ma coś w sobie niesamowicie fajnego. od trzech dni praktycznie nie chce mi się jeść. właściwie żyję tylko na jogurtach i serkach homogenizowanych. niewątpliwie z pożytkiem dla całokształtu. coby w świetle słońca się jako tako prezentować. na razie jednak nieźle się prezentuję, łażąc w slipach i wyciągniętej bluzie, którą kiedyś tam nabyłem na wyprzedaży w markowym sklepie. a w ogóle to i tak powinienem się cieszyć tym co mam, bo błażej w klanie to świnkę ma. a co świnia z chłopem może zrobić, to wszyscy przeca wiedzą. a ja jak sobie przypominam prosiaka u siebie hodowałem za czarnobylu. więc efekty są takie, że wof.

          frackiewicz.jpg

          dzisiaj bez muzyki, bo niczego nie słucham, gdyż popinkalam od czasu do czasu na necie, korzystając ze służbowego lapi-topi, na którym jedyną muzyką są dźwięki systemowe tudzież filmiki youtube (na xtube oczy za bardzo mnie bolą). ale za to pokażę wam moją ulubioną zielarkę. normalnie zdobycie jej zdjęcia było prawie mission impossible. tak czy inaczej jednak dopiero ona i jej głos to miód na skołatane choróbskiem sercem. ta kobieta naprawdę genialnie działa na mięśnie okołoustne. w ogóle to moje dzisiejsze bredzenie ma chyba głównie bardziej do czynienia z deficytem kofeiny, penicyliny i procentów. tak coby niektórych uspokoić…

          In point of view minus cztery on 16 marzec 2008 at 0:10

          od blisko miesiąca nie jem mięsa. z wyjątkiem tuńczyka w puszce. w kawałkach, bo rozdrobnionego specjalnie nie lubię. staję się jakimś wegetarianinem albo co. w ogóle mnie nie ciągnie jakoś do mięsa. ani takiego, ani tamtego. ale akurat, że do tego drugiego, to mnie jakoś nie dziwi. zdążyłem się przyzwyczaić do swej totalnej pasywności w tym zakresie. gorzej, że zdaje się, że zauważam u siebie początki aseksualizmu. zero zainteresowania płcią aprzeciwną. jakoś takoś. ale co dziwne zauważam u siebie powolne tracenie zainteresowalnia alkoholem. czyżby kolejna choroba na a? tym raze a-alkoholizm? brrr. oby nie. bo będę musiał jakiś inny nałóg sobie znaleźć, a z tym jakoś może być trudno. przecież zero we mnie fantazji, ikry i iskry. tak więc może najwyższa pora zamienić tuńczyka na kawior?

          generalnie muszę dopłacić urzędowi skarbowemu trzy tysiące. tak się okazało, gdy zastosowałem powszechnie dostępny program do wypełniania pit. ale jak każdy tego typu instrument, tak i ten okazał się niezbyt udanym w swej konstrukcji. a przynajmniej jego posiadacz, czyli ja. bo ofkors pominąłem w składkach na ubezpieczenie zdrowotne jednego zera, co prawie mnie doprowadziło do zera absolutnego i zejścia z tego najgorszego ze światów. a zdrowie przeca najważniejsze – chwila nieuwagi i konsekwencje do konca życia. albo śmierci. tak więc myśleć głową, a nie myszką. i tak oto potwierdza się stara jak ja prawde, że w momentach kryzysowych metoda ręczna to najlepsze wyjście awaryjne (podłość ludzka nie zna granic!). najważniejsze, żeby złożyć papierki raz dwa i wpłacić państwu na literkę pe jak pe… (obojętnie jakie trzy literki sobie dodamy, to i tak wyjdę albo ja, albo on) jedną (słownie jedną) zetę i po rozliczeniu za ubiegły rok. w przyszłym chyba jedna złotówka nie wystarczy… a i gwoli oświeceniu społecznemu, żeby się tutaj stało (pamiętam kilka lat wstecz, jak ten oto blog – tyle że pod innym adresem – był miejscem, gdzie jego autor wchodził na barykady liter i spacji ze swoimi ideałami. dzisiaj już tylko jeszcze nimi żyje), coby o jednym procencie pamiętać. ja dałem na hospicjum, bo mam względem pewien osobisty dług wdzięczności. a hipek niech bije na kielce ze swoim pożal się boże stowarzyszonkiem. tak mi jakoś podpadł telefonicznie, że od miesiąca nie chce mi się spojrzeć w jego anielskie oczęta. o.

          8743816.jpg

          trzeci akapit. tak mi się kiedyś tam pomyślało, że idealny wpis winien składać się z trzech bloków. od kilku lat nawet służbowo nie stosuję akapitowego systemu tworzenia pojedynczych sztuk korespondencji na korzyść układu blokowego. pierwszy akapit powinien być głęboki albo emocjonalny. drugi powinien być chaotyczny i taki w sumie bzduropodobny. a trzeci śmieszny. czyli wypisz wymaluj ja. nie do końca poukładany, gadający (piszący) brednie i goopoty, a wszystko podszyte zrozumiałym jeno dla mnie humorem. ale wracając do konstrukcji bloga – po drugim akapicie winna się pojawić jakaś fotka, bo jak powszechnie wiadomo, faceci to wzrokowcy (nawet ja, chociaż nieco popsuty). a na koniec jakaś fajna nuta. ale i tutaj pewności nie mam, bo słoń mi na ucho nadepnął. co potwierdził po raz tysiąc czterysta ósmy eksiu, któremu chciałem zanucić jakąś pieśń, co ją kiedyś tam słyszałem. w ogóle dostałem od niego mnóstwo kadzidełek, pachnidełek, medalion jak miał ten gumiś, co księgę czarów czytał i czerwone wino. teraz to ja mogę przyszłość przewidywać. hop szklanka wina i widzę i trzy dekady naprzód. yyy… znaczy wstecz. bo one już za mną. bu!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg urszula – szał sezonowej mody

          In point of view minus cztery on 11 marzec 2008 at 19:08

          as_copasgl208.jpg

          właśnie skończyłem oglądać drugi sezon dextera. bay harbour butcher skończył pewien etap w swoim życiu, by zaraz kupić pudełko na nowy. jeszcze większa precyzja, jeszcze większa koncentracja, jeszcze większy majstersztyk. a wszystko to cudownie zwieńczone własnym – nieczytelnym z założenia dla innych – podpisem. anonimowo, a z imieniem wygrawerowanym na narzędziu zbrodni. moim narzędziem zbrodni klawiatura komputera. szkiełkiem – ciekłokrystaliczny monitor komputera. a workiem na posiekane spacją części ciała ofiary – klawisz enter. i tak sobie cichaczem odwalam swoją robotę w samotności, pod osłoną nocy albo wręcz przeciwnie – wbrew dniu. z biegiem lat, z biegiem dni przeświadczony o własnej bezkarności. ba. o własnym perfekcjoniźmie (żeby nie powiedzieć perfekcyjnym idealiźmie, który niewiele ma wspólnego z dążeniem do absolutu). ale poniekąd zapominam, że każda sylaba, każde coby, każde porównanie, a nawet każdy akapit rozpoczęty od małej litery to tak naprawdę żelazne dowody zbrodni, które podważą każde alibi. bo co tu dużo mówić – moja leworęczność zdradza mnie w każdym kącie ekranu, a charakter pisma (nawet jeśli o kompowego fonta chodzi) i tak kiedyś mnie zdradzi. nawet gdybym zamieścił parę sfotoszopowanych zdjątek odsłaniających tylko część twarzy, to i tak koniec końców wyjdzie ten sam ja, któremu co niektórzy zarzucają radykalną zmianę nie zawsze na lepsze. i nawet jeślibym zasłonił oczy jednym czy drugim kciukiem, a przy okazji zmieniłbym warriora na żydowskiego mateusza, a węgra na tytuł piosnki romea z mediolanu, to i tak w efekcie koncowym wyjdzie er. cokolwiek nie zrobię, to i tak wciąż ja. czy się komu to podoba czy nie – postać dynamiczna. nie tkwię w pułapce własnej osoby, nie szamoczę się w utkanych z bandaży własnej ciasnoumysłowości więzach, nie stoję w miejscu, kołysząc się jak wańka wstańka. raz na lewo, raz na prawo, byleby nie iść do przodu. to nie mój styl, to nie moja rola, to nie mój świat. ale w głębi, gdzieś, gdzie słońce nie dochodzi nawet podczas ginekologicznego – żeby nie powiedzieć andrologicznego – wziernikowania, to wciąż ja ten sam mały ciałem, średni duchem, wielki radością życia człowiek. tyle tylko, że nie każdy musi to dostrzegać. bo nie skupiam na się uwagi. tyle tylko, że nie każdy może to dostrzefać. bo nie skupia na mnie uwagi. bo gdyby skupiał, toby wiedział, że między palcami przemycam odrobinę siebie. odrobinę własnego uśmiechu i zawadiackiego spojrzenia. wiedziałby również, że między wierszami przemycam więcej niż odrobinę siebie – często pogrywając słowem, ironią, aluzją, symbolem. bo ja to ja. nigdy dosłowny. częściej lubujący się w niedopowiedzeniach i mrugnięciach okiem. to cała tajemnica mnie. bo jeśli ktoś nie ma w sobie tajemnicy, nie jest interesującą osobą. bo na tym świecie jedni wolą się zachwycać nagimi penisami – ja wolę zdjęcia, które pozwalają się zachwycać wyobrażeniami o nagich penisach. więc niech i ja będę takim nieodsłoniętym robiącym wrażenie penisem, który w rezultacie może okazać się penisem dawidowym dłuta anioła michała. a i tak uchodzącym za doskonałość. nie temu, że dostrzegamy, jaki on jest. ale temu, że ktoś go tym dłutem wykonał. i wcale nie mam na myśli tutaj penisa mojego ojca…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg nellie mckay – david

          ______________

          …a dzisiejszy tekst ma dwóch adresatów. jednego i drugiego zaniedbanego. jednego i drugiego z innych przyczyn zaniedbanie to odczuwających. ale nadawca jest jeden – to mogę zapewnić.

          In point of view minus cztery on 9 marzec 2008 at 13:15

          mój pierwszy mejl w dzień po rozpoczęciu trzydziestego roku życia? z jakiegoś portalu dla wolnych lub niewyżytych dorosłych gejuff o treści: 29 yet and still single? come check out your matches and find the men who want to meet you for your birthday! czyż można rzec więcej? uśmiecham się. still…

          dopisano nieco później…
          wiejska dała mi w prezencie książkę. ofkors jak to bywa w naszych relacjach z zaznaczonym stosownym akapitem. w książce była kartka na pierwszy rzut oka sprawiająca wrażenie opłatka. ale takie brednie to tylko mi do głowy przychodzą. była to kserokopia pozwu o rozwód. ma go zamiar złożyć końcem marca. wreszcie! wreszcie? shit happens… nie jest ok. jest dziwnie. to samo u mojej sis. nie dość że jej facet zrobił dzieciaka innej lasce, to na dodatek utrzymuje z nią dość aktywne relacje, a ostatnio założył sobie profil na sympatii. i jak mi jeszcze ktoś kiedyś kurwa powie, że profil na fellow ma z nudów, to żywcem ugotuję wzrokiem… ale przecież mamy rok przestępny, więc pewnie jeszcze kilka niespodzianek na mnie czeka…

          In point of view minus cztery on 8 marzec 2008 at 18:30

          happybirtdaypsychskeleton.jpg

          don’t ask!

          In point of view minus cztery on 7 marzec 2008 at 21:08

          pasywny, ale nie pasyw. co przyniesie jutrzejszy dzień? we will see. jestem zmęczony. fizycznie. nie psychicznie. jest ok. wracam do się. kisses.

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg dima bilan (feat. timbaland) – believing

          In point of view minus cztery on 1 marzec 2008 at 18:25

          ktoś gdzieś opublikował moją karykaturę. konsultowałem to z jednym prawnikiem, czy aby nie nadaje się to do oskarżenia o zniesławienie. a przynajmniej naruszenie dóbr osobistych. oto zostałem przedstawiony jako marszcząca czoło pokraka z kwaśną miną i borsuczymi oczami. jedynie krzywy nos w miarę oddaje rzeczywistość, ale i tak jest kuriozalny. wyglądam na tym czymś na blisko pięćdziesiąt lat, a gdybym to jeszcze opublikował na fellow, to od razu zablokowaliby mi profil w związku z naruszeniem regulaminu w punkcie dotyczącym szerzenia treści powszechnie uznanych za obraźliwe i szkodliwe. tragedia. gdybym tylko nie umiał się śmiać z siebie, pewnie już dzisiaj zataczałbym się w konwulsjach szlochu, lamentu i rozpaczy. a jak ogólnie wiadomo, jedynymi konwulsjami, w których się zataczam, to alkoholowe urojenia. ech… tak czy inaczej rzeczona karykatura jest genialnym powodem, coby się dzisiaj upić. szkoda tylko, że żadnego alkoholu pod ręką nie mam…

          króla mieczy! natychmiast. a może z czasem. zewsząd krzyczy tarot. w związku z tym, że z racji wrodzonego skąpstwa (czwórka pentakli) nie za bardzo uśmiecha mi się podróż do ireny, odkurzyłem własne karty tarota. i w czterech układach kartą wiodącą przyszłości jest król mieczy. mężczyzna pracujący na uczelni, matematyk lub inny ścisłowiec. może to być również prawnik, filozof, dyplomata (fotyga?), chirurg, sędzia (sic!), krytyk (tak fusti, tak…) tudzież jakiś kabarecista. ech… lepiej rzeczywiście wybiorę się do sklepu po jakieś procenty…

          sword.jpg

          księżna znowu odjebała. ale tym razem z zimną krwią spuściłem ją z falą gnojówki. co tam, że teraz zarzuca mi, że poniżyłem ją jak jeszcze nikt nigdy jej nie poniżył (pamiętam ten tekst, jak spieprzyłem jej z łóżka dwa i pół roku temu, bo jak mówię, że ma do buzi nie brać, a ona bierze, to trzeba jej pokazać że własne jaja to własne jaja. i że się je ma). ale należało się debilowi. zresztą mimo że postąpiłem jak sqwiel, czuję się dobrze. powiedziałbym nawet, że bardzo dobrze. niektórzy jednak się nie zmieniają. całe szczęscie, że ja nie jestem niektóry. zresztą i tak powszechnie o tym wiadomo. ale chciałem tak nieskromnie tylko o tym przypomnieć…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg the feeling – i thought it was over

          In point of view minus cztery on 28 luty 2008 at 19:32

          gdyby nie to, że mamy rok przestępny, to luty byłby już dzisiaj właściwie historią. niemniej jednak łaskawy świat dał nam jeden dzień jutro gratis. ot taki bonusik od losu. i tak właśnie zastanawiam się, co z tym przecudnej urody dniem począć. w rzeczy samej wstanę rano, wejdę pod prysznic, wyprasuję koszulę, ubiorę jakieś seksowne boksy… i tyle mnie w nich ktokolwiek widział. no może jeszcze wieczorem się w nich obejrzę, gdy akurat mi się sennie zrobi. zresztą jutro i tak coś czuję, że będzie pier*olnięty dzień pod wezwaniem dobroniegi. o du fröhliche, nawet nie wiedziałem, że takie imię istnieje. pewnie temu, że biedaczka ma imieniny co cztery lata. ale za to znaczenie tego przecudnej urody imienia pozostawia sporo do myślenia – ta, która dostarcza przyjemnosci, rozkoszy

          siedząc nad papierami, popijam sok bananowy zmieszany z nektarem z czarnej porzeczki. przy okazji chrupię seler naciowy, zagryzając go rzodkiewkami. aż mi w boczki pójdzie. a jak pójdzie, to znowu będzie płacz i zgrzytanie zębów. na razie tylko mam ogoloną twarz. wyglądam jak niemowlę ubrużdżone znakami upływającego czasu. tak w ogóle to dzisiaj śniły mi się krzesła. a właściwie układałem je razem z hipkiem na moje i wiejskiej wesele. ale pewnie tak już to bywa, gdy zewsząd cżłowiek jest ciągle naciskany coby się wreszcie ustatkował i założył rodzinę. niestety genetycznie nie jestem do tego predysponowany – tak w wersji hetero (co oczywiste z uwagi na zgięty w kształcie hebrajskich literek nadgarstek i pozy czajnikopodobne), jak i homo (co równie oczywiste, patrząc na drzewo genealogicznej mojej szacownej familiady zarówno po mieczu, jak i kądzieli). zresztą sennik mówi jasno – krzesło to bogactwo, wesele to śmierć. wow, ależ optymizmem powiało…

          detws3.jpg

          ja to w ogóle niezły polny zapierdalacz jestem. umiem tak kadzić, słodzić i prawić tak odjechane komplementy, że bogusław kaczyński się kryje. ofkors kobietom, bo panowie jakoś mnie onieśmielają. nie będę tu pisać o swojej miłosnej korespondencji, bo niestety w chwili obecnej pedałów w moim życiu jest równie wiele, co przy hulajnodze. ale jakoś chyba znowu się koncentruję raczej na sprawach związanych z pracą i tym co mi w duszy gra. ostatnio zacząłem medytować. i mimo że wiem, jak durnie to brzmi, to zawsze to lepsze niż oglądanie sally spectry. no i wielkimi krokami zbliża się najgłupszy dzień w roku, który na szczęście tym razem dzień później niż zazwyczaj. a plany na ten dzień – jeśli się ziszczą – są tak zajebiście imprezowe, że chyba już bym wolał zasiąść na publiczności w wielkiej grze…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg amy mcdonald – this is the life

          In point of view minus cztery on 26 luty 2008 at 8:51

          czy jako gej muszę się zachwycać wszystkim co gejoffskie? czy jako europejczyk muszę kochać się w brukseli? czy jako polak muszę piać z zachwytu nad katyniem? czy jako facet muszę uwielbiać męskie śpiewanie? czy jako człowiek muszę znosić ludzką głupotę? odpowiedź jest jedna. nie. wczoraj pozwoliłem sobie na chwilę konwersacji z księżniczką. zaczął mi podsyłać linki do różnych dziwnych rzeczy. najpierw parodie reklam, których nie znoszę. potem podrobiony playback do em jak sraczka, gdzie pyrkosz mówi do miłośniczki kleju do protez, że coś tam by jej zrobił swoim wackiem. durnota maksymalna. więc napisałem mu, że to nie moje poczucie h. ale nie dawał za wygraną i koniec końców podesłał mi nowy teledysk do pieśni boskiej steczkowskiej utrzymany w klimacie gejoffskim. no i pozwoliłem sobie pochwalić pieśniarkę, którą niemiłosiernie uwielbiam wbrew milionom oraz warsztat realizacyjny samego klipu, ubolewając jednak nad schematyczną i stereotypową ckliwą gejlawstory. a jak usłyszałem, że kalam własne gniazdo, że ktoś próbuje robić coś dla środowiska, że uważam się za kogoś niezwykłego, a tak naprawdę czy chcę czy nie jestem częścią tego pedał-świata. no i się zaczęło. mniejsza o większość, bo nawet nie chce mi się pisać o tym pierdoleniu, które miałem zaszczyt przeczytać. dowiedziałem się przy okazji, że jestem rozżalony i przemawie ze mnie gorycz, bo ostatni eks mnie olał i nie chciał ze mną być. tja. do dzisiaj rozdrapuję sobie skórę i sypię solą krwawiące rany, trzymam jego zdjęcie w lodówce obok dodowego i wbijam szpilki w świnio-miśka, którego od niego dostałem. i kto to mówi? koleś, który przeleciał pół bebecity, a najdłuższy jego układ był ze mną i trwał trzy miesiące. wow. aż sobie zaszczekam z radości. a ja najzwyczajniej na świecie mam z pewnymi ludźmi tak, że uwielbiam być przeciw, nawet gdy jestem za. tak dla sportu. i tak na widok księżniczki od razu miałbym ochotę przegnać z londynu elżbietę, choć nie jest tajemnicą, że uwielbiam camillę parker-bowles…

          wczoraj jednym niepozornym lewym łokietkiem wylałem półlitrowy kubek gorącej i pachnącej kawy tchibo exclusive na stertę dokumentów. to była kara za burdello na biurku. dzięki temu małemu wypadkowi zmotywowałem się do wielkiego posprzątania mojego małego świata. już nie tego pedalskiego, ale biurowego. ile ja tam ciekawych rzeczy znalazłem… kilka zapomnianych zwrotek, trzy zatyczki do długopisów, zdjęcie wiejskiej w stroju śląska cieszyńskiego, zaginiony kalkulator i swoją drugą połówkę. nie, no z tą drugą połówką to przesadziłem. ale chciałem tak troche poczarować, coby spełniła się moja zwyczajowa samospełniająca się przepowiednia. czy ja aby nie nadużywam powtarzania wyrazów w ramach jednego zdania, akapitu, tekstu? pewnie tak. ale ja się ciągle powtarzam. opowiadam raz po raz tę samę historię. jako szokujący megahipnotyzujący njus obwieszczam coś, o czym już trzy razy mówiłem. i takie tam. ech… ale to cały ja. wszechwiedzący i wszechpotężny po trzykroć wielki super-extra-gej będący zwykłym pedałem. coby zacytować arystokrację. zresztą jeden eks nie powinien się wpierdalać w drugiego eksa. szczególnie gdy się jest tym bardziej miałkim byłym. a zresztą co tam. zabawmy się w to voo-doo. od dzisiaj pozbawiam księżnej miana mojego eksa. niech sobie jest epizodem łonowym. o!

          red_riding_hood.jpg

          ostatnio sobie trochę czytam, eksperymentuję z muzyką, pałam niechęcią do alkoholu i tańczę na moim niepasującym do wystroju wnętrza dywanie. gadam do siebie i przeżywam, że koleżanka kuzynki dała mi czterdziechę. piszę z fajnym kolesiem, który udaje takiego i owego, a na drugim moim profilu umawia się ze mną na czworokąty i pierdzieli o męskich zajebistych brzuszkach (wow, biedny nie wie, że brzuch to mój największy kompleks – najmniejszym jest penis). inny koleś jest znowu wow pod innym względem. też przystojny i ciekawy, ale szuka klina, którym mógłby innego klina jakoś tam. niemniej jednak jakiejś rozrywki nam trzeba. a że ja ogólnie ostatnio jestem bardziej chwiejny niż ojciec założyciel fellow, to raz chcę kogoś, a dwa razy znowu nie. a teraz? teraz w sumie powinienem zacząć pracować, więc kulturalnie się oddalę. ale już plecami do arystokrejszyn…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg basia stępniak-wilk – wiośnie nie!

          In point of view minus cztery on 24 luty 2008 at 0:34

          ogień. ogniu krocz za mną. w oczach każdego człowieka tli się mała, niepozorna, nikomu nic nie mówiąca iskierka. do czasu nic nie mówiąca. bo gdy kiedyś zaglądniesz komuś w oczy, to ją ujrzysz. a gdy to się już stanie, to możliwe, że się w niej zatracisz. by potem spłonąć. jak się to dzieje, że najpierw płonie namiętność, by miłość w rezultacie mogła się spalić… wypaliło się. nie ma. a jeszcze chwilę przedtem było. ogień uczucia nas ogrzewa. a właściwie to my się w nim ogrzewamy. delikatnie posuwamy się naprzód. wreszcie coraz odważniej, by koniec końców sparzyć opuszki palców. ale i tak ciągle chcemy iść ku światłu. podążać za nim. bo gdzie będzie nam lepiej niż tam, gdzie ciepło rozpala nasze ciała, dusze i serca. wszystko wspólnie. bo gdy tylko pojedynczo, to coś jest nie tak. czegoś brakuje. a człowiek nie znosi deficytów. to zachłanna istota. chce więcej. chcę więcej.

          ogien.jpg

          woda. szczotka, pasta, kubek ciepła woda. początek znajomości to woda. nic innego jak jej lanie. spotykamy się przypadkiem przy barze. w ręku drink. bo jak co, będzie można zwalić na stan upojenia. bo jak co, będzie można odważniej. dla kurażu. spotykamy się w sieci. jeden mejl. drugi mejl. załapaliśmy wspólne fale. leje się woda. toniemy w garści komplementów. nie utopmy się w nich. może kawa? może piwo? znowu woda. ty i ja. ja i on. razem. może kilka kropel. na początku alkohol. potem ślina. spoceni aż się z nas leje. wreszcie doszedłem. doszedłeś. zmyjmy z siebie ten płyn. nie. po co? zaśnijmy. umyjemy się nad ranem. wieczorem z nas nic już nie ma. kilka kropel łez. mokre oczy. wilgotne ręce. dlaczego? dlaczego tak musi być? bo? ale zmywamy z siebie te doświadczenia, bo o to z nurtem życia może pojawić się coś nowego. ktoś nowy. bo życie płynie i szkoda czasu na przeszlość. przed nami jeszcze kilka chwil. zachłyśnijmy się nimi. czy to źle? bynajmniej.

          woda.jpg

          powietrze. o2. mam konto na tym portalu. kilka wiadomości z graficznym załącznikiem. jotpeg? a proszę. w jedną i drugą stronę. mknie po kablach tych, które w powietrzu się unoszą. po falach radiowych, które między ptakami mkną. wstrzymujesz oddech. widzisz mnie. ja wstrzymuję oddech. spoglądam na ciebie. tych, których widziałem przed chwilą mogę spokojnie wykopać z pamięci w przestworza. bo oto ujrzałem ciebie. niech mnie ktoś uszczypnie, bo widzę księcia z bajki. chwytam za telefon, trzymając go w górze. dzwonię i słyszę twój głos. szept, który rozgania ciszę. mknę do ciebie, unosząc się ponad drogą. nie mogę się doczekać. delikatny uścisk dłoni na powitanie. mógłbym cię podnieść, trzymając w ramionach. pragnę. czuję spełnienie, widząc cię gdy nie opadasz, a wręcz przeciwnie – zmierzasz ku górze. przyglądam się, obejmuję, wdmuchuję ci niczym powietrze odrobinę siebie. i ty potem nie pozostajesz dłużny. ale ileż można pielęgnować ciągle ten sam rytuał. wciąż ten sam azot, tlen, argon, neon, hel, metan, krypton, wodór etc. to samo ce-o-dwa. to samo de-en-a. bo dlaczego się ograniczać. spróbujmy się wyszumieć. niczym wicher, huragan, tornado. pomknijmy aż się za nami zakurzy. nie obracając się w tył. zostawmy za sobą cudzy oddech na plecach. ten szept, szelest ciała, świst jego oddechu, a nawet chrapliwy sen. bo to nie ważne. szukaj wiatru w polu. to koniec. było minęło. gone with the wind.

          powietrze.jpg

          ziemia. ja nie mam nic, ty nie masz nic. ziemia obiecana. już był w ogródku. już witał się z gąską. a tu bęc. leży. nie rusza się. gleba. gdzie jesteś panie mój piękny? dlaczego chowasz się za horyzontem? a miało być tak pięknie. miałem być ja. miałeś być ty. mieliśmy być my. uczynić sobie ziemię poddaną. pamiętasz gdy razem zetknęły się nasze ciała w pozycji horyzontalnej? pamiętasz ten las? pamiętasz tę drogę, którą pokonywałem raz po raz? którą wspólnie pokonywaliśmy? dzisiaj to już tylko przeszłość. zakopaliśmy topór wojenny. głęboko. twardo stąpamy po ziemi. choć droga miała być wspólna, dziś jest równoległa i nigdy się nie zetnie. niech nas ziemia pochłonie. bo wszystko z nią zrównaliśmy. zrównamy.

          ziemia5.jpg

          miłość. piąty żywioł. tak było w kapitanie planecie. miłość to człowiek. człowiek to kciuk. rodzisz się z zaciśniętymi piąstkami. ogień, woda, powietrze i ziemia domem ci. światem ci. usamodzielniasz się. czynisz każdy z czterech pozostałych palców sobie poddanymi. a kończysz i tak im poddany. gaśniesz w oczach. łzy nad tobą wylewają. tracisz dech w płucach. pochłania cię ziemia. obyś tylko miał miłość. wtedy wiesz, że nie straciłeś wszystkiego.

          love.jpg

          …obyś miał.

          In point of view minus cztery on 22 luty 2008 at 20:44

          po czternastu godzinach w domu. ledwie żywy, ledwie martwy. ubóstwiam takie takie stany. gdzieś zawieszony pomiędzy czymś nowym a starym. justynie steczkowskiej ktoś dorobił gejoffski teledysk. wiejska opublikowała swoją foto na nowym blogu. a ja? a ja jestem niedokonany. i skonany zarazem. świecie mój! wermuta czas. najlepiej tak jak ja. na czczo. najlepiej tak jak ja. sam na sam. najlepiej tak jak ja. byleby się uśmiech na łepetynie durnowatej pojawił. ale moment. mam przecież woreczek kiszonych ogórków w kuchni. to może być genialny pomysł na śniadanie. bo kruffki zostały w tzw. gabinecie…

          tomorrow…? tomorrow never dies. ponoć. yesterday zawsze. ale i tak wszyscy o tym śpiewają. bo przyszłość jest niewiadomo jak będzie. a przesżłość była wiadomo gdzie, kiedy i jak. tym bardziej przyglądająć się wczorajszej gazecie można mieć wątpliwości czy ja to jeszcze ja. czy może to ktoś inny. wracam do domu. nie oglądam się poza to, co minąłem. wszystko jakby na wpół żywe. na wpół obmarłe. pamiętacie blog facetta?

          gay_couple_salvador.jpg

          trzy lata będą jak założyłem pierwszego bloga na onecie. trzy lata będą jak mnie olał. po raz drugi zresztą. trzy durne lata jak jestem w tym durnym świecie. na wpół stopy, na wpół pięty. masz te trzy literki przed nazwiskiem. będziesz miał dwie. i dwie kropki gratis. bo tak wszystko ku temu zmierza. świat zwariował. a ja razem z nim. kręć się świecie mój. a ja razem z nim…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg nightwish – wishmaster

          In point of view minus cztery on 19 luty 2008 at 8:27

          jakby to powiedziała moja świętej pamięci babcia, pokidałem się jogurtem. śliwkowym w dodatku. i to na najlepszy krawat. czyli generalnie konsekwencje dziurawej brody są niewielkie – wystarczyło tylko zmienić śliniaczek. inna inność, że nie za bardzo mi pasuje do koszuli, ale co tam. w sumie moja była szefowa łazi w białych rajstopach, więc ja mogę mieć bordowy krawat do prześcieradłowej koszuli. w sumie żadnej laski na to nie wyrwę, ale jakoś niespecjalnie nad tym boleję. a jeśli już mowa o laskach, to ku mojemu strapieniu moja balbina – moja nowa asystentka, która przyszła na miejsce szprota, wykazuje jakieś tam zainteresowanie moją osobą. mam tylko nadzieję, że nie skończy się to jak z architektką, która w okolicy trzech króli ‘05 przyszła do mnie do domu, coby się oświadczyć. ech.

          zresztą dzisiejszy dzień zaczął się nie tylko upaćkaniem activią, ale i przesłodzeniem kawy. wsypuję sobie do kubka dwie łyżeczki cukru, potem dwie łyżeczki kawy, a na koniec kolejne dwie łyżeczki cukru. normalnie jak jakiś sandwichowy seks – tyle tylko, że w takim wydaniu specjalnym w sam raz dla mnie. i piję teraz ten lepiący się burakami napój, mając w świadomości, że ma tyle samo kalorii co coca-cola, której nie cierpię. albo krówki, które mam pod biurkiem, a które czasem jak nikt nie widzi podjadam. tak samo jak ta blondyna z roswell, co w grey’s anatomy gra izzie. ona też zawsze je, jak nikt nie widzi, bo się łudzi, że nie przytyje. tyle tylko, że ona potem to w seksie spali. ja najwyżej mogę sobie ognisko urządzić…

          malemodel11.jpg

          a teraz rubryka pt. “z życia wiejskiej”. skasowała pipa-ripa bloga, więc pewnie trudniej będzie dotrzeć do tego, co w jej duszy gra. ale nie o tym. otóż wiejska ma nogę w gipsie. od razu spieszę z wyjaśnieniami, że sama sobie to zawdzięcza, bo z cztery godziny wcześniej ględziła mi w – tu padnie wielkie słowo – gabinecie, że najchętniej mogłaby zniknąć z tego świata, a jeśli już nie, to mogłaby być cała w gipsie. ech. czy ona nie wie, że jak gadamy sobie tak od serca, to zawsze ściągamy coś na siebie? tak jak ostatnio na basenie stwierdziłem, że muszę mieć romans. choćby jednodniowy. a jeśli nie, to mógłbym go mieć z księżną. no i co? zjawił się w przeciągu dwóch tygodni bajt, a potem księżna zaczęła się przystawiać i obmacywać po niedoskonałościach mojej męskiej urody. dlatego wniosek może być tylko jeden. nigdy więcej gadania z wiejską takich bzdur. bo samospełniająca się przepowiednia w naszym towarzystwie zyskuje całkiem wymowne znaczenie…

          ach. zapomniałbym o jednym. faworyt aka mąż wiejskiej stwierdził, gdy poprosiła go, coby ją zawiózł do szpitala z tą nogą, że nie marzył o niczym innym, jak tylko by spędzić wieczór z nią na urazówce. miły mąż. też takiego chcę. zresztą lepiej nic nie mówię, bo jeszcze się spełni…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg pulp – disco 2000

          In point of view minus cztery on 16 luty 2008 at 19:29

          wiedźma irena jasno powiedziała: w efekcie końcowym i tak będziesz sam. więc po co zabiegać i po co się starać? lepiej tylko dobrze wyglądać i łamać serca. bezwzględnie. dobrym ludziom wystarczy je tylko ścisnąć, tak aby krew tylko zaczęła szybciej płynąć. niedobrym można bezwzględnie wbić sztylet w plecy. i niech tak będzie. a tak między nami dotyka to i tak tych biednych panów z fellow, z którymi sobie korespondencję przesyłam. jeden mejlik tam, drugi tutaj i od razu im się podobam. bo niby taki dojrzały, nie szukający seksu, przy okazji inteligentny, dowcipny i zdystansowany do siebie. i oni wszyscy najpierw próbują być również tacy, a koniec końców chcą się jak najszybciej spotkać. że niby co? podziękował za współpracę. olał i zapomniał. tak. tak będzie najbezboleśniej i tak będzie najlepiej. bo po co inaczej? to i tak tylko panowie z fellow. ze świata, z którego jeszcze nie powstał żaden poważny związek. internetowy pierdolnik zbłąkanych dusz. płonne twe nadzieje. chyba że jesteś tam, by zamoczyć. tudzież dać zamoczyć. ale ponoć i to trudne. w każdym bądź razie mam na ten temat jakieś tam naocznych świadków relacje…

          może jestem wredny i złośliwy. może jestem nieprzystępny niczym pastwisko dla krów otoczone zewsząd elektrycznym pastuchem. może chropowaty i śliski zarazem. tak, że zaboli, gdy się o mnie otrzesz. tak, że spadnie, gdy na mnie to narzucisz. full of sprzeczności. może. zresztą nigdy nikomu nie ułatwiałem. przede wszystkim sobie. zawsze podnoszę poprzeczkę zamiast ją obniżać. zawsze chcę więcej i więcej. więcej i więcej daję. nigdy nie gram kogoś, kim nie jestem. choć wolę nie ranić językiem cudzych uczuć. nie zazdroszczę, zawiści nie znam i nie czuję. a jednak – zdarza się, że jestem winien wszystkiemu. że ktoś ciągle się o coś obraża. że milczy, a ja mam zgadywać dlaczego. że wszystko zaczynamy od początku zamiast tam, gdzie skończyliśmy. że to. że tamto. że gówno prawda. może nie potrafię być inny. ale nie mam zamiaru udawać kogoś innego. nie za cenę siebie samego.

          l3ef90e13818f356347bb23jx21.jpg

          jestem może walnięty, ale dla mnie brak seksu nie jest powodem do depresji i smutku. co więcej – w doły popadam rzadko, a jeśli już to góra na pięć minut. na pewno nigdy z powodu facetów. biorę się za siebie i coś robię z sobą. tak było z andrzejem, tak było z michałami dwoma, tak było z markiem. trochę łez, że się rozpieprzyło, że na marne poszły tamte dni, tygodnie i miesiące. ale i tak jestem silniejszy. po andrzeju zmieniłem powłokę, po michałach rozpierdzieliłem skorupę uczuć, po marku umiem powiedzieć nie. za to wszystko im dzięki takie, że do końca świata bym peanów na ich cześć nie skończył wypowiadać. po prostu ja to ja! kochaj albo rzuć…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg william shatner – common people

          In point of view minus cztery on 14 luty 2008 at 17:58

          miałem dzisiaj nie pisać. ale napiszę. bo odjebałem, coby zacytować eksia. właśnie napisał do mnie mój były były z propozycją cobyśmy się dzisiaj zobaczyli. normalnie dostałem ataku dzikiego śmiechu przechodzącego w kołatanie ciała szklistego w oku zaprawione parowaniem małżowiny usznej z łysieniem łokci włącznie. niektórzy mają pomysły. nie dość, że wywaliłem dziada kalwaryjskiego z domu, jak mi łapy w boksy włożył, a on nadal nie odpuszcza. na dodatek chce się wprosić na świętego walentego. pogięło pana równo. ale takie rzeczy to tylko w moim życiu się dzieją. to pewnie klątwa, bo kiedyś na basenie nieopatrznie powiedziałem wiejskiej, że w tym roku coś musi zacząć się u mnie dziać. mówisz masz – rzekł pan na be. no i męcz się teraz człowieku…

          dzisiaj ponoć świętego walentego. choć mi od urodzenia, a przynajmniej czasu, kiedy nabyłem umiejętności świadomego przyglądania się światu, dzisiejszy dzień kojarzy się z urodzinami babci. ma dwie kosy właśnie, jak się u nas mówi. tak więc delikatnie mówiąc, jakoś niespecjalnie erekcyjnie przechodzę przez mijający dzień. zresztą chyba tylko w ubiegłym roku udało mi się spędzić tzw. valentine’s day w związku. przedtem i potem było tylko singlowanie. i co gorsza chyba doceniam ten stan. przynajmniej nie muszę się wysilać na jakieś kolacje, prezenty i uśmieszki. i pomyśleć, że bajt pewnie miałby jakieś oczekiwania. brr! zgiń, przepadnij siło nieczysta!

          serducho.jpg

          jakie jest najbeznadziejniejsze małżeństwo na świecie? odpowiedź jest prosta – wiejska i faworyt. powiem tak – w środku tygodnia babs miała usuwane torbiele z jajnika (swoją drogą lekarz przegapił jeszcze dwa, więc musi iść na powtórny zabieg za jedynie cztery stówy), a w piątek poprosiła małża, coby zawiózł ją do kraka na egzamin. no ale piękny ją olał, przyjeżdżając godzinę później niż byli umówieni. ale to nie wszystko – w sobotę łaskawie zgodził się z nią pojechać na kolejne trzy egzaminy. podkreślam pojechać. bo prowadzić auto musiała wiejska, bo dla jej ślubnego sto kilometrów to za dużo. pal licho, że miała laser między nogami trzy dni wcześniej – on sobie wygodnie spał obok, a pedałami przebierała ona. jeśli tak kiedykolwiek miałyby wyglądać moje walentynki, to ja również poproszę laser między nogi. albo nie! laserem potraktuję takiego walentego…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg the knife – pass this on

          In point of view minus cztery on 12 luty 2008 at 10:45

          dzisiaj jest piękny dzień. rano mimo ledwie czterech godzin snu wstałem bez większych problemów. za to z jednym wielkim – ale akurat w moim wieku to było nie było powód do radości. tym bardziej, że opróżnienie pęcherza raz dwa sprawę załatwia. no ale dosyć o mojej fizjologii, bo nie o tym miało być. eksiu rozstał się ze swoim mężczyzną. po raz osiemdziesiąty drugi albo trzeci. ale pierwszy w mojej obecności. wow. ale się działo. takich rozmów to ja nawet nie prowadzę z ludźmi, których wybitnie nie lubię, a co dopiero kocham [sic!]. a panowie skakali sobie do gardeł że aż wyświetlacze ich komórek pewnie traciły kolory. a wszystko to przeze mnie. wow. były rozstał się ze swoim już byłym z powodu poprzedniego byłego. bosko! a wróżka mi powiedziała, że rozbiję cudzy związek, ale nic z tego miał nie będę. shit!

          wczoraj lekko mi się poświrowało. najpierw zaczęły boleć mnie szczęki, jak gdybym oralnie zadowalał cały noc przydrożny hydrant. potem nawaliły mi oczy – zaczęły widzieć jakby pod wodą. ale pewnie z tego taki morał, że nie należy soczewek wkładać nie dość że do jednej komorki, to w dodatku do zeszłodniowego płynu. lepsze takie tłumaczenie niż wiejskiej zyty, która wpadła na pomysł, że mogę mieć początki zaćmy. bosko! jeszcze przed trzydziestką, a już zaczynam się sypać. kobiety mnie kiedyś wykończą. bo że faceci, to już dawno wiem…

          84536532_57512be995_o.jpg

          generalnie wczoraj dokonałem podsumowania byłych i niegdysiejszych randek. w sumie zeszłorocznych tylko, ale było ich zaledwie sześć (bo sobie dwóch nagle do-przypomniałem). pierwszy był cium. pan hobbitowego wzrostu, no może wyższy. wrażliwy na każdą mrówkę, którą przydeptywał. seksoholik i pracoholik (szkoda, że nie podzielam żadnej z jego pasji). spotkałem się z nim zaraz po rozstaniu z eksiem z jednego tylko powodu – miał faceta i nie szukał na seks. niegdyś pasywny, dzisiaj aktywny. o ile ofkors nie zaszła w międzyczasie jakaś wielka zmiana. potem spotkałem jego kolegę – psychologa juniora, który mimo że była na trzecim roku psychologii, to już się tak tytułował. wow. ja jestem po liceum ekonomicznym, a nigdy bym nie wpadł na pomysł, cobym się ekonomistą mianował. fajny partner do rozmów, fajny partner do patrzenia, ale do wspólnego życia – dziękuję. tym bardziej, że zaproponował mi roczny kontrakt, bo zimą wyjeżdża na zawsze do szwecji. wow! to było to! chcę faceta z datą wyznaczającą zdatność do spożycia. buosko! inna inność, że chciał mnie namówić na penpalostwo, ale delikatnie dałem mu do zrozumienia, że mejle, w których ja coś tam piszę, a które on odczytuje jako uwielbienie dla jego osoby to nie dla mnie. więc wcisnąłem środkowym palcem spację. o! następny w kolejce był pan doktor. no i wszystko by było cudownie, gdyby mi się na pierwszym spotkaniu prawie nie rozpłakał i nie zdał relacji ze swojej terapii u psychoterapety. wiem. chamski jestem, bo każdy może mieć swoje problemy. ale chciałbym chociaż raz w życiu mieć je większe niż docelowy partner. no co! czy zawsze muszę mieć wszystko mniejsze? no i dalej przydarzył się mr. brown. choć powinienem go określać mianem brown-down. tragedia! jednym słowem i całym zdaniem. bo chyba tylko tyle do mnie mówił. pojedyncze wyrazy i pojedyncze zdania. a i tak najlepsze było pytanie – co mi jeszcze ciekawego powiesz? – aż się zblokowałem i przestałem mówić cokolwiek. trudno w to uwierzyć, ale to fakt. po prostu powiedziałem mu, że nie lubię seksu z facetami i preferuję platoniczne związki. no i się oddalił. uff! prawnik wyraził tylko połowiczne zainteresowanie moją osobą na podstawie jakichś tam rozmów, ale gdy dowiedział się, że jakoś niespecjalnie dbam o muskularną sylwetkę, nie widział sensu kontynuowania znajomości. inna inność, że jakoś nie specjalnie nad tym bolałem. natomiast dizzy mimo obopólnej znajomości scenariusza krecika oraz podziwu dla helli von sinnen był tylko epizodem w kawiarnianym randkowaniu. ot taka retrospektywa na dzisiaj. niech no tylko przyjdzie mi ochota podsumować byłych…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg ace of base – beautiful life

          In point of view minus cztery on 9 luty 2008 at 21:53

          jestem chamidło jakich mało. olałem dzisiaj system totalnie. a najbardziej gadułowe dwa gie. mógłbym napisać to co grześ miał na koszulce na focie, którą kiedyś tam jeszcze, kiedy byłem niewinny niczym stokrotka, mi na mejla przesłał. ofkors musiałbym co nieco sparafrazować, bo adekwatna by do końca nie była. tak czy inaczej nie mam dzisiaj najmniejszej ochoty na utrzymywanie bliższych relacji z jakimikolwiek osobnikami pedalskiej natury. po prostu. właśnie w tym momencie na mój pedalski numer dobija się pan, którego poznałem kiedyś tam na necie i obiecałem, że się z nim spotkam. ale mi się odwidziało i nie mam na to spotkanie aktualnego widzimisię. lecz co niektórzy nie umieją czytać między wierszami i między przerwami w esach czy wybieranych numerach. jeśli przerwa jest dłuższa niż trzy dni no to halo. a właściwie halo nie ma. czy każdemu muszę pisać, że sorry winnetou, ale nie ma szans. ygh. drugi na tapecie jest księżniczek. powoli zaczyna mnie mega irytować. nie dość, że naruszył moją cielesną nietykalność, to na dodatek obraził wiejską. poza tym w weekend niech sobie poszuka innego jegomościa. a jak kiedyś się chwalił, na jego giegie jest ponad ćwierć tysiąca kontaktów… no i napisałem księżniczce esa, że jestem u dżeków, choć tam mnie nie ma. i tak jeszcze zostanę zdegradowany z from hero to zero. przypomina mi się w tym miejscu, że jakieś trzy lata temu kiedy dopiero co przespał się z dżeksem, to akuratnie pieśń sary kondom from zero to hero leciała na jakimś badziewiarskim radio planeta i princepolo stwierdził, że to właśnie dzięki niemu i jego małemu przyjacielowi dżeks z zera awansował na bohatera. wow!

          tak się ostatnio zastanawiam, czy w ogóle mnie da się lubić. przede wszystkim trzeba bez dwóch zdań mieć mnóstwo cierpliwości i dobrej woli, by ze mną wytrzymać. jestem mało konkretny, owijam w bawełnę, raczej sporo gadam, o seksie z nieznajomymi prawie w ogóle, nie mam obciachu jeśli idzie o gadanie o swoich orgazmach ze znajomymi (znaczy gdy z nimi o tym gadam, a nie przeżywam coby nie było) oraz coraz częściej olewam ludzi… znaczy próbuję z tym walczyć, ale idzie jak po grudzie. no i nie chce mi się odpisywać na mejle i esemesy, a rozmów z zastrzeżonych numerów z zasady nie odbieram. po prostu jakoś tak wychodzi. no, ale najgorsze jest to, że olewactwo to nie pochodzi z faktu, że mam panie i panów w de, ale po prostu żyję swoim tempem i trybem. a potem jeden z drugim uznaje, że się obrażam, fochuje albo mam ich wherever. whatever…

          beautiful_pref5.jpg

          właśnie zadzwonił do mnie ze swojej komórki mały samuraj. pięciolatek, a posiada swój numer. wyszczekany w dodatku jest bardziej niż wiejska i dżek razem wzięci. mam mu ściągnąć piratów z karaibów dwa, bo przegapił. no to kurczę muszę się za to wziąć. a to ważniejsze niż spotkanie z panem bi z mojej dzielnicy czy z księżną panią herbu słoneczko…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg mcfly – don’t stop me now

          In point of view minus cztery on 7 luty 2008 at 8:16

          no to wiejska poszalała. nie dość, że poszliśmy na te durnowate tańczenie, gdzie walc angielski i disco-samba wydawały mi się o niebo trudniejsze niż zatańczenie najbardziej znanej palcówki nożnej w jeziorze łabędzim, to na dodatek musiała dodatkowo błysnąć w ośrodku zdrowia. ot tak sobie pękły jej dwa torbiele na jajniku. sześć pozostałych jednak mocno się trzyma niczym chińczyki w weselu. ale i tak rekord empatii i asertywności (też tak chcę!) pobił faworyt. znaczy jej tzw. ślubny. nie dość, że kazał się odwieźć do pracy i ulepić sobie na obiad pierogi, to na dodatek stwierdził, że wiejska pewnie nie dbała o siebie i poroniła – właściwie to miał o to do niej największe pretensje. jednym słowem cap jakich mało. zresztą irka świrka powiedziała, że to prostak i burok jakich mało. na szczęście wiejska jest już prawie zdecydowana na odejście. jeszcze tylko sesja i będzie się działo. a jeśli nie, to sam osobiście zasadzę jej kopa w jej szanowną czwartą literkę w alfabecie łacińskim…

          czy ktoś mi może powiedzieć, czy taylor już umarła? oglądałem dwa dni temu dwa odcinki mns, ale wczoraj przegapiłem. za to w klanie pojawił się wątek homoseksualny. pewna katowicka urocza aktorka oskarżyła knorra, że tego tamtego z jakimś informatykiem. bosh… sposób mówienia o tym tamtym jest boski. potem oglądałem zmienników, gdzie kasia całowała się z jackiem, a wszyscy dookoła myśleli, że jacek całuje mariana. jeszcze bardziej boskie prowadzenie boskiego wątku gejoffskiego. tyle tylko, że zmienników kręcili ponad dwadzieścia lat temu, a klan może dwadzieścia dni temu. i mimo że nie jestem ortodoksyjnym gejem spod tęczowej flagi i kolibra na tyłku, to jednak mnie masakrycznie dotknęło, że sposób mówienia o “tych” sprawach jest bardziej niż boski. bosko! to tyle prywatnych spostrzeżeń w tym akapicie. a co do raportu o stanie profilu na fellow, to mogę powiedzieć tylko tyle, że z bajtem są ciche dni. on się nie odzywa, ja też nie dążę do konwersacji. zresztą ostatnio i tak chodzę spać o dwudziestej drugiej, bo jakoś mniej niewyspany wtedy jestem…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg drugstore & thom yorke – el president

          In point of view minus cztery on 4 luty 2008 at 9:47

          pierwszy raz od niepamiętnych czasów odwiedziłem pedałbudę. ale coby nie było, że od razu rzucam się na głęboką wodę, wybrałem się do zbowidu. czyli knajpy dla starszych gejów. znaczy do krakowskiego seven. ofkors wcześniej wspólnie z hobbitem wypiliśmy w dwójkę pół litra, a i na miejscu nie pozostaliśmy obojętni na kartę napojów. ja jako dyżurny szaj-gaj kompletnie nie zwracałem uwagi na panów w pobliżu, choć kilka cookies się zdarzyło na parkiecie. inna sprawa, że kolega hobbita wyraził pewne mną zainteresowanie, ale po historii z bajtem jakoś niespecjalnie mi się chciało zwracać na niego uwagę. zresztą zwracanie uwagi w siódemce nie zawsze wychodzi na zdrowie, bo jak się okazało w sobotę, urządzali tam szalony striptiz w wykonaniu pana przypominającego swym wyglądem małpę majkela dżeksona. zresztą myślę sobie poza tym, że użycie przez rozbierającego w gejoffskiej knajpie do swojego show kobiety było z lekka przegięciem. tyle że w drugą stronę niż normalnie w takich miejscach. po prostu skandal! no i inna inność, że w klanie panowie są często bardziej rozebrani niż rzeczony osobnik…

          wyjazd do kraka dobrze mi zrobił. drugi raz spałem się z hobbitem. ofkors w tym sensie, że na jednym łóżku. dodatkowo wzięliśmy ze sobą czildreny, ale jak to zawsze z nimi bywa ciągle się gramolili i utyskiwali na wszystko. po prostu skandal numer dwa. ale jako jedna z najbardziej cierpliwych osób na tym padole ludzkich łez, znosiłem to wszystko bez szemrania przeciwko któremukolwiek z nich. zresztą ten weekend nie tylko dla mnie był nad wyraz udany, bo i eksiu po raz osiemdziesiąty pierwszy wrócił do swojego mistera be. no bo misterem a byłem ja. znaczy er, ale dla celów literackich musiałem trochę nagiąć szarą rzeczywistość. teraz tylko muszę zacząć przyjmować zakłady, kiedy będzie powrót osiemdziesiąt dwa. tak jak przed blisko dwu laty coniektórzy zakładali się o to, jak długo będę z eksiem ja…

          16741520.jpg

          jeszcze dwa słowa o najnowszej przeszłości niedokonanej próby uzwiązkowienia się. tak sobie właśnie wczoraj rozmyślałem, że jednak singlowanie jest ciekawym elementem ludzkiego życia. zero tłumaczenia się, zero usprawiedliwiania, zero ściemniania. po prostu tylko ja i moje widzimisię jak mam spędzać wolny czas. na chwilę obecną to optymalna i jedynie możliwa możliwość. no chyba że… ale z drugiej strony muszę się jakoś tam przyzwyczaić do nju body. bo ostatnio jakoś niespecjalnie mi to wyszło. w sumie obce ciało jest chyba lepsze jak jest takie swoje. ale to inna inność. poza tym to musiałem pogonić byłego byłego, bo mnie wkurwił na maksa. nie dość, że dogadał po chamsku barbarze, że niby ma spore amortyzatory, że może szybka na wadze pęknąć, że fotel ma za ciasny, to jeszcze koniec końców stwierdził, że nie ma do siebie dystansu i nie umie się z siebie śmiać. patałach. w dodatku nie umie się całować. w sumie już zapomniałem jak to kiedyś tam było, ale mi ostatnio przypomniał. jak można całować się z językiem bez języka?

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg myslovitz feat. m. grechuta – kraków

          In point of view minus cztery on 1 luty 2008 at 8:11

          no to zrobiłem z siebie mega szmatę. na papierze ofkors. znaczy w aeroprzestrzeni, bo powiedziałem bajtowi, że się puściłem z byłym byłym, choć tak naprawdę to wywaliłem go z domu, jak zaczął się do mnie przystawiać. chociaż nie do końca jak zaczął, bo i ja trochę w tym swojej winy miałem. ale jak mi już włożył łapki tam, gdzie nie był powinien, to wskazałem palcem na dźwierza, coby moje dziadka erwina zacytować. i z miną zbitego psa opuścił moją rezydencję. były były ofkors, nie dziadek erwin. no i tę sytuację wykorzystałem, dostatecznie ją jeszcze ubarwiając, coby powiedzieć bajtowi, że na maksa poleciałem na byłego byłego. potem nabrawszy odwagi w sumie dodałem jeszcze, że zaznaczając na fellowowym profilu randkowym opcję związany lekko przegiął, bo ze mną wcześniej nic nie ustalił, a czasy kiedy ja się rozpływałem w cudzych oczach i cudzym uśmiechu niczym szczypińska na widok przucha jarka już dawno odeszły sio. tak więc trening mojej asertywności względem bajta zdany na solidne cztery. ale za to wczoraj pałą za pałą powinienem oberwać, bo się dałem namówić paniusi z ikei na kartę kredytową. ale widząc średnioletnią kobicinę za stolikiem w punkcie ratalnym, pomyślałem, że pewnie prowizję za to mieć będzie. no i się zlitowałem. tak samo jak prawie podczas rozmowy zlitowałem się nad bajtem, mówiąc, że na tę chwilę nic nie mogę obiecać. ale raz dwa trzy zorientowałem się, że to jakaś iskra nadziei, więc coby go ostudzić uzupełniłem wypowiedź o stwierdzenie, że nie wiem na tę chwilę, czy kiedykolwiek będę mógł obiecać, że mogę coś obiecać… no i z tego właśnie jestem już taki dumny. poza tym wiedźma powiedziała, że jest wokół mnie sporo plastikowych kości. już mi się wydaje, że to jest to, a tu psińco. a zabawek to ja nie chcę…

          beautiful_diego_lema5_21.jpg

          ja to doopa wołowa jestem. dlaczego? z prostego powodu – kompletnie nie kontroluję swoich finansów, którymi zarządzam z pozycji siedzącej przed monitorem. wejdę sobie na neta i zaczynam wysyłać przelewy. a to na jakąś durną aukcję na allegro. to znowu do elektrowni, bo straszą mnie odcięciem prądu. potem jeszcze jakieś kredyty trzeba pospłacać. no i w pewnym momencie patrzę, a tu przelewy z lukasa kam bek. yyy… o co loko? zmieniły się numery kont? a może ja coś pomyrdałem. więc dzwonię do pania heleny z puntu obsługi klajenta i żądam wyjaśnień, bo zaraz mi napiszą monit, że mam oddać razem z odsetkami. jakież było moje zdziwienie, gdy wspomniana panna helena oznajmiła mi słodkim głosem, że ja to wszystko już w grudniu spłaciłem, więc miłosiernie mi oni to na konto zwrócili. no i jakież było moje kolejne zdziwienie, gdy wczoraj w skrzynce na listy znalazłem list z kredyt banku, że muszę natychmiast się stawić po odbiór nadpłaty za spłacony przed czasem kredyt studencki. no cholera by człowieka wzięła, że te patałachy każą mi osobiście pół miasta przemierzać po jakieś sto parę zeta. no ale to kredyt bank. tam przecież wszystko jest tak w cudzym słowie cudowne, że aż się chce piątej erpe… no i teraz tak sobie myślę, że najwyższa pora zastanowić się nad kolejnymi inwestycjami. tym razem może własne em? z zaznaczeniem rodzaju nijakiego, a nie męskiego. czytajcie końcówki!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg t-raperzy feat. within temptation – erodisco

          In point of view minus cztery on 29 styczeń 2008 at 8:07

          kumulacja. magiczne słowo. któż by jej nie chciał? od wczoraj wiem, że tym kimś byłbym – ba, jestem – ja. zresztą wczorajszy dzień był megaposrany. najpierw w pracy pracy tyle, że szkoda gadać. no ale za coś mi podobno te stóweczki płacą, więc nie będę się nad tym dłużej rozwodzić. potem wiedźma. potem eks numero due. potem bajt. potem eksiu. potem znowu eks dwa. srutututu. tak czy inaczej się działo. albo inaczej: się podziało. ale chronologicznie…

          wybraliśmy się z wiejską do wróżki, bo barbara chciała wiedzieć, co z jej merydżem. no i się dowiedziała tyle, co i ja jej mogłem z oczu wyczytać. z jednej strony chciałaby się od tego (właściwie od niego) uwolnić, ale się boi. boi się pustki w domu, jednej pościeli na łóżku, braku samochodu, kłopotów finansowych, ciszy w łazience co wieczór. po prostu ucieka przed samotnością jak każdy z nas. nie wiedzieć czemu chyba z dwojga złego woli cieszyć się nieszczęściem patrząc na prostaka niż delektować się cierpieniem w samotne poranki, południa, popołudnia, wieczory i noce. to właśnie przepowiedziała jej za sześć dych irena. ja mógłbym jej to powiedzieć gratis. ale wróżka ma przynajmniej ten walor, że jest obiektywna. że nie wie pewnych rzeczy, które ja wiem i które na co dzień widzę. zresztą mi powiedziała na jej temat i inne rzeczy. trzy karty pesymistyczne wzięte w nawias kart napawających radością i odwagą. to dobra wróżba…

          po dwóch godzinach w czaromarowni wróciliśmy do mnie, bo miał wpaść mój były były. bo aktualny były jest już inny. zresztą i ten aktualny napisał esa, który był wow. i pierwsze co mi przyszło na myśl to, gdy go odczytałem, to pewien cytat z pewnej książki, którą niespecjalnie lubiłem. słowa kierowane do janosika, który bardziej niż za ciupagą za pawimi piórami się rozglądał… ale o czym to miałem? a… o byłym byłym… no wpadł. poprztykał się z wiejską i takie tam. ofkors musiał zaznaczyć swoją obecność bardziej niż pająk za tapczanem, bo gdy odwoziłem babs nach hause, zaparł się i został u mnie. po powrocie zaczęliśmy normalnie gadać bez jakiegoś tam wyzłośliwiania się, co byłą normą normalis w naszych dotychczasowych relacjach pozwiązkowych. no i w sumie zaczęło się dziać coś, czego wróżka nie przewidziała. zaczęliśmy się tego tamtego i to tu to tam… w sumie trwało to dobre pół godziny i chyba mu się podobało. do czasu gdy powiedziałem stop. no i musiał wracać do domu. może bym i poszedł na całość, gdyby nie jedna zasada. kto już kiedyś raz podziękował mi za współpracę w łóżku, nigdy więcej tej współpracy nie dostąpi. a co? to ja jestem king of my ass i będę sobie nią rządził wedle moich reguł…

          w międzyczasie kilka esów floresów napisał bajt. nie miałem jednak z uwagi na powyższe jakichkolwiek szans na odpisanie. inna inność, że i wczoraj ochoty też nie miałem. zresztą jeśli ktoś na drugim spotkaniu robi się mega pojechany na twoim punkcie, to coś winno w głowie zaświtać. nie mam ochoty na układy, które będą się zaczynały od big-bang, a skończą się jak zawsze. raz mam kurewską ochotę przeżyć to na odwrót. niech mnie ktoś najpierw znienawidzi, potem niech ma chłodny do mnie stosunek pozastosunkowy, następnie niech będą ciche dni, z których zrodzi się jakaś przyjaźń, na której fundamentach (a właściwie zgliszczach, bo idziemy od końca) zbuduje pożądanie i wielkie uczucie. tak! tak właśnie chcę! bo najzwyczajniej w świecie nie wierzę pedałom…

          beautiful_diego_lema1.jpg

          a co wiedźma mi powiedziała? właściwie chyba nie to, co chciałem od niej usłyszeć. i mimo że byłem totalnie wkurzony, wychodząc od niej, to jednak jestem zadowolony. faceci robią sobie ze mnie najzwyczajniej w świecie jaja, to też muszę wsłuchać się sam w siebie. a sam ja brzmię bardzo sceptycznie, jeśli idzie o relejszynszipy. powiedziała jeszcze jedno – mogę się genialnie bawić, ale summa summarum i tak zwrócę się do swego wnętrza. bo serducho musi bić z zadyszką, a zwoje mózgowe nie mogą przestać pracować. wtedy będzie balans. takie moje wewnętrzne i prywatne ego-feng-shui…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg justyna steczkowska – wracam do domu

          In point of view minus cztery on 27 styczeń 2008 at 19:59

          niektórzy mogą mnie uznać za totalnie walniętego, ale co mi tam. po prostu jutro muszę się uwidzieć z wróżką. zresztą i tak wiejska wyciąga mnie do niej od nowego roku, bo ma kilka wątpliwości odnośnie jej merydżu z burokiem z węgrowa. normalnie ja na jej miejscu patałacha dawno bym olał, a przynajmniej zrealizowałbym niegdysiejszą groźbę mojego chrześniaka, który w wieku trzech lat powiedział do swojej matki, a mojej sis, że utnie jej głowę i nasika do szyi. tak, to powinna zrobić. mam nadzieję, że wiedźma jutro jej dobitnie powie, że ma sobie odpuścić poradnię małżeńską i ślub kościelny, do którego zmusza ją jej tak zwany książę małżonek. w razie czego jestem gotów poświęcić się i nadwyrężyć swoją pożal się boże karierę urzędniczą, coby tylko uratować babs od tkwienia w tym jałowym i totalnie beznadziejnym układzie…

          wizytę u ireny wykorzystam również we własnych niecnych celach, bo mam pytań, że ho ho… po pierwsze moja była szefowa uzurpuje sobie mój zakres obowiązków i wchodzi mi w paradę. jeszcze robi to tak bezczelnie, że przychodzi do mnie i niby że chce mnie wspierać, wpiera mi, że tak będzie lepiej. no qwa na pewno! chce wojny, to będzie ją mieć. zresztą chyba wraca we mnie ten najprawdziwszy warrior sprzed 2006 roku. jakże byłbym kontent! ale są i inne sprawy, które musimy wyczytać z hvezd, bo inaczej mogę się wplątać w niezły uczuciowo-seksualny galimatias, a na dodatek skrzywdzić czyjeś uczucia. niby, że w pedałowie to normalka…? phi, doesn’t matter. po prostu pewne sprawy muszę ogarnąć swoim tępym rozumkiem, a asertywności powiedzieć – na potęgę posępnego czerepu, mocy przybywaj!

          neckpj8.jpg

          jestem po drugiej randce z… powiedzmy z bajtem, coby ukraść określenie tego, który ukradł mój pseudonim artystyczny i używa go w odniesieniu do osób trzecich. nie dość, że zRanił moje uczucia, to na dodatek jeszcze twierdzi, że to nic takiego. ech, nie mógłby tego robić w zaciszu swej izby? płakać mi się chce normalnie… ale już! raz, dwa! świat nie wierzy łzom! zresztą i tak znowu odbiegam od tematu… tak więc jestem po drugiej randewu z bajtem. i było… hmmm… no co tu dużo mówić – rekord elizabeth taylor coraz bardziej zdaje się być zagrożony, choć i tak jeszcze sporo wody upłynie w rzece, z której chciała się rzucać kalamala. poza tym zdaje się, że stałem się totalnie wyzuty ze zdolności okazywania tzw. emocji wyższego niż sympatia wtajemniczenia. po prostu nie jestem w stanie się zakochać i zaangażować tak totalnie i bezwiednie, więc chyba podążę śladami endrju. to dobra droga. bezpieczna i zdaje się, że jedyna właściwa w tym momencie. a co przyniesie czas – we will see

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg xkrap band – maryja tu, maryja tam

          In point of view minus cztery on 23 styczeń 2008 at 8:37

          jechałem wczoraj przez morawskie slezsko, lecz nie drogą przez wizowice, więc chyba temu nie napotkałem józka z bagien. co prawda był jarek z tricieżskiej wsi, ale to nie to samo. zresztą jakby się tak uparł, to i o nim można by jakieś pieśni wymyślić, bo to naprawdę ciekawa postać. audialnie a wizualnie. hej! zresztą na szczęście wróciłem z czeskiej krainy cały, ale bez żadnych procentów. inna sprawa, że kupowanie alkoholu w czeskiej republice nie jest już aż tak intratnym interesem, jak było jeszcze parę lat temu. najśmieszniejsze jest to, że na wczorajszym spotkaniu był predseda i śliwowica, a i sam pgr też był. a przynajmniej jego połowa… mamy się spotkać znowu w kvetnu. czyli maju…

          wiejska powoli dojrzewa do jednej z ważniejszych decyzji w swoim życiu. zresztą i tak było dwa lata temu, kiedy wychodziła za mąż. teraz powinna się rozwieść. w sumie nie silę się już na słowa w stylu, żeby walczyła o związek, męża i rodzinę, ale cały czas powtarzam, coby zaczęła walczyć o siebie. powinna odejść od jej tzw. małżonka jeszcze w tym roku. nieważne czy formalnie, ale materialnie natychmiast. po prostu życie z dupkiem to żadne życie… i tyle. zresztą natura nie lubi żadnych luk, więc zesłała na mnie mr. snowa. mam się w ten weekend z nim ponownie zobaczyć – tym razem na moim terenie. shit! nie pamiętam jak się randkuje. trzeba by jakiś galop-plan obmyślić, coby się nie okazało, że spędzimy czas przed kompem czy telewizorem. w sumie coraz bardziej się zastanawiam, jak to spotkanie przebiegnie. niby snow jest zainteresowany (chyba bardziej niż powinien) i jakoś tam to okazuje. i zaczynam się gubić w tym wszystkim. w sumie oberwał już werbalnie, jak zaczął mi myszko mówić, bo jak powszechnie wiadomo ja i zdrobnienia to dwa różne światy. poza tym są dwie rzeczy, które mi jakoś tam nie pasują, a przede wszystkim jego znak zodiaku. idę normalnie w ślady mojej sis, której faceci w ponad osiemdziesięciu procentach byli skorpionami. zdaje się, że mam – a przynajmniej będę miał – podobnie…

          foster1.jpg

          dzisiaj zaczyna się chyba nowa era. bo z podniesionym czołem mogę powiedzieć, że jak w pysk strzelił dziś mija drugi rok, odkąd mogę o sobie mówić, że sypiałem tylko z jednym facetem. dwa lata wstecz był eks namber-tu. potem jakiś czas posucha aż wreszcie eksiu. wow. normalnie w szoku jestem… pora się zacząć rozwijać mister [tu pada nazwisko, jako że uwielbiam mówić do siebie po nazwisku]… mam nadzieję, że z tymi rzeczami jest jak z jazdą na rowerze – dwa pedały, zaciśnięte dłonie, odpowiednia pozycja, a w rezultacie tyłek boli…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg a. szałapak & z. preisner – duet miłosny pchły i słonia

          In point of view minus cztery on 21 styczeń 2008 at 12:43

          no dostałem ochrzan dzisiaj rano od jednego takiego, co nie dość, że nie odbiera telefonów jak się do niego dzwoni z życzeniami, to w dodatku i zamknął bloga, bo mu się anonimowym zachciało być. no ja prędzej zostanę anonimowym abstynentem niż jemu się uda zachować anonimowość na necie. no to mówię mu, że będzie musiał nową publiczność blogową zgromadzić, coby go zaczęli czytać, a on mi na to, że jemu na publiczności nie zależy. to niech kruca fuks pisze sobie złote myśli w pamiętniku łoś jeden przebrzydły żubrem podszyty. normalnie zirytował mnie tym swoim anonimiwizmem na maksa. właściwie miałbym mu ochotę wąglika przesłać do tej jego leśniczówki albo i wszystkie diakońsko-wikarowskie pępki w promieniu dwudziestu kilometrów tym paskudztwem wysmarować. po prostu zarzucę takim fochem, jakiego i ojciec założyciel fellow nigdy w życiu by u siebie nie wyhodował. pfff…

          dobra, ale nie o tym. byłem na tej randce. właściwie, gdy pisałem o niej, miałem intencje coby dzisiaj napisać – na tej tragicznej randce. ale nie napiszę. mam galimatias w głowie. z jednej strony, z drugiej strony i takie tam. w sumie spędziłem z panem informerem osiem godzin. ofkors coby uprzedzić goopoty w głowie i ustach – żadnych roboczych godzin. miła rozmowa, obiad i takie tam. nawet miziu-miziu nie było. no i poznałem panią matkę. ach jo! tak czy inaczej dziwnie to zabrzmi, ale będzie ce-de. hmm… z jednej strony – z drugiej strony i takie tam. zresztą i tak za tydzień idziemy z wiejską do wróżki… tyle tylko krótki szpic on ma być u mnie na weekend przez wróżką! i bądź to chopie mądry…

          foster5.jpg

          miał być trzeci akapit, ale nie będzie. bo zdurniałem… ale jednak będzie, bo mi się przypomniało, o czym chciałem napisać. byłem w piątek u eksa numer dwa. na szczęście queen-mother nie było. chociaż w sumie przestałem się przy niej już tak stresować. no i zdurniałem w pewnym momencie, jak mnie miziać zaczął i wsadzać swoją stopę mi do nogawek. po prostu odleciałem. na szczęście zostałem na taką okoliczność stosownie przygotowany przez rysia, któremu też do łóżka wskoczył i chyba nawet gorsze rzeczy z nim wyprawiał. potem się mnie jeszcze zapytał, czy go jeszcze kocham. słowo jeszcze było nieco na wyrost. tak czy inaczej mądre chińskie przysłowiem mówi – obyś żył w ciekawych czasach. i takie prawdopodobnie właśnie nadeszły…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg ricky martin – loaded

          In point of view minus cztery on 18 styczeń 2008 at 10:15

          chyba chodzenie do pracy podczas choroby nie jest fajnym pomysłem. ale miałem do wyboru – albo roztrwonić urlop na siedzenie w domu (w sumie pozostało mi całe dwadzieścia sześć z dni z poprzedniego roku), albo iść do lekarza i roztrwonić wynagrodzenie (bo dostanę dwadzieścia procent mniej z tytułu el cztery, a co za tym idzie trzynastka w przyszłym roku byłaby odpowiednio mniejsza). więc wybrałem zgrywanie macho. no i chodzę. hurckom jak dziod po spyrkach (tak mówiła moja babcia) i ogólnie czuję się rozbity jak jak wojska wroga w helmowym jarze czy jak mu tam było. tak czy inaczej spisuję się dzielnie, co mam nadzieję – jeśli już się zrównam z nocą – zostanie mi to jakoś tam zapamiętane. na razie jednak dzisiaj mam ważne sprawy do załatwienie. po pierwsze zatankować samochód, bo jeżdżę na rezerwie jak moja sis. już chyba siedemnaście razy musiałem pędzić do niej z kanistrem, bo akurat stała pod kościołem, ośrodkiem zdrowia czy sklepem nie mogąc w żaden sposób ruszyć z miejsca. po drugie powinienem kupić słoik ogórków kiszonych i jeszcze czegoś. shit. zapomniałem! ale jeszcze chwila samotności w pracy i na pewno sobie przypomnę. a po trzecie jakieś ciuchy by się przydało wyprasować, bo niedziela będzie dla nas. znaczy tak pisał informer, a co z tego będzie się okaże…

          no właśnie, zapomniałem o jednym. dzisiaj mam małe spotkanko z moim tzw. byłym, który twierdził w okresie naszych seksualnych relacji, że razem nie jesteśmy, a gdy ja już jego słowa przyjąłem za obowiązującą wykładnię naszych wzajemnych stosunków (już po rozstaniu), on zaczął się upierać, że jednak jestem jakbyjego byłym. tak więc temu tzw. były, a nie po prostu były. w sumie jakoś trzeba sobie poukładać stosunki z tymi, z którymi łączyły nas stosunki. więc jeszcze tylko pan pierwszy mi został do ułożenia się z nim, ale nie mam jakoś kontaktu z tancerzem, tak więc on będzie wyjątkiem potwierdzającym regułę. w sumie były nienawidzi panicznie tzw. byłego, a takzwany z kolei niezbyt darzy sympatią eksia (choć panowie się wcale nie znają… yyy… nie, no znają się z fellow. nawet chyba ze sobą gadali… o!). no jest jeszcze endrju. ten to nie cierpi ani takzwanego, ani eksia, a oni też jakoś specjalnie za nim nigdy nie przepadali. no i tu mogę być pewien, że w tej konstelacji panowi ci na pewno się nie znają. w sumie proste te wszystkie kombinacje, bo platoniczny, dancer, takzwany i były to jedyni faceci w moim życiu. no i teraz może pojawić się ktoś kolejny. jaki z tego morał? im mniej facetów, tym fajniej napisać taką notkę. bo jakbym miał bujniejsze życie seksualno-emocjonalno-innoanalne to bym się mógł w tym wszystkim pogubić… a tak przynajmniej daty mi się nie mieszają, imiona w miarę wszystkie na em (i w dodatku tylko trzy), nazwiska znam tych panów także, ich adresy też… któy pedał może to o sobie powiedzieć?

          eye.jpg

          poza tym okres bezkofeinowy wciąż trwa. bezprocentowy raczej trwa. bezfacetowy miejmy nadzieję się kończy, bo mi gardło wysiądzie zaraz i tylko tyle z tego będzie. hmmm… tak sobie myślę, że może nie miałbym tak niskiego głosu, gdybym o moje gardziołko bardziej dbał i dostarczał mu niezbędnych elementów – o choćby naprzykład białka… ale w sumie nie pracuję głosem, a paluchami… no może lepiej nie kontynuuję tego wątku, bo jakoś się tak waginalnie robi. zresztą ostatnio staję się coraz bardziej dwuznaczny i taki niemoralny. nie podoba mi się to. znaczy chyba… aaaa… w niedzielę mam randewu. obstawiam zakłady, czy znowu odwołam? w puli jest moje dziewictwo!

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg calogero – pomme c

          In point of view minus cztery on 16 styczeń 2008 at 8:12

          wicedruga powoli sobie zbiera. i chyba spełni się proroctwo wsiowej zyty, że skoczymy sobie do gardeł jak tylko do końca przejmę swoje obowiązki. tak więc na gromnice może zaiskrzyć. na razie cierpliwie znoszę traktowanie mnie jak stażystę od archiwum i pokornie przyjmuję jej decyzje, bo chyba jeszcze nie do końca wyskoczyłem z roli jej podwładnego. najgorsze w tym jest to, że nie jesteśmy na równorzędnych stanowiskach, ale ni stąd ni zowąd zostałem jej przełożonym no i mamy mały problem. dwie wpadki w ciągu dnia to chyba za dużo nawet jak i na moje bezkresne horyzonty cierpliwości, wyrozumiałości i samarytańskiego miłosierdzia. może lepiej pokazać pazurki i trochę nimi zacząć drapać zanim ktoś nas wsadzi do klatki i wywiezie na jakąś wystawę. ech panie mattithyaahu czas wejść do gry…

          w sumie dopadła mnie choroba i leczę się jak tylko mogę polopirynami, chlorchinaldinami, sebidinami i witaminami ce. gardło mi nawala jak jakiejś boskiej operowej diwie po trzydziestoletniej karierze na deskach domu ludowego w hałcnowie. mówić prawie nie mogę, oddychać z ledwością, a o wyglądaniu to już lepiej nie wspomnę. zresztą wczoraj ktoś napisał do mnie że nawet fajny ten mój stary ryjek. miłe to było. naprawdę! ale z drugiej strony pojawił się ktoś, z kim spędzam czwarty dzień pod rząd na skajpie. do kogo nawet mówię per muschi i takie tam. tak więc tymczasowo odwiesiłem na haczyk w łazience podrobnych interesantów, skupiając się na informatyku (fajne cookie z niego!). w sumie jakoś mam szczęście do informatyków, bo na fellow2 poznałem za pośrednictwem gieerteka innego pana od komputerów, który ciachowy był w jak najbardziej oczywisty sposób, ale jakoś rozeszło się po kościach mimo mojego jakby tam większego zainteresowania. ale dobry pan w niebiesiech wie co robi, bo śmiesznie by było, gdybyśmy nagle w pewnym momencie naszego bytowania zaczęli wspominać wspólnego tzw. byłego. tak czy inaczej obecnie na fellow-dwa (czyt. nasza-klasa: rubryka ‘znajomi’ dowolnego znajomego geja) liczy się tylko holajniczka. piękna kobieta, absorbująca, a do tego kultowa niczym rosie de palma z almodovara (ale zapewniam – analogia nie ma nic wspólnego z wyglądem)…

          pan eks numero due folguje sobie z niektórymi ludźmi na dosyć dziwny sposób. w sumie po dwóch latach zaczęliśmy normalnie rozmawiać. znaczy ja myślałem, że normalnie, a tu nagle słyszę pytanie w stylu jak ci się podobał nasz seks? normalnie zmroziło mnie na całej linii wzdłuż kręgosłupa północ-południe tak, że kolej syberyjska się kryje. kiedyś pewnie zacząłbym doszukiwać się ukrytych intencji, ale dzisiaj już wiem, że to takie ukryte prowokacje, więc nie bardzo dają się nabrać. w sumie pamiętać już tego bardzo nie pamiętam, bo gdybym pamiętał musiałbym ewentualnie porównywać potem z eksiem, a teraz z ewentualną potencjalną sympatią (czyt. potencjalnie z informerem). tak więc odpowiedziałem, że było ok. bo było. i tyle na tę chwilę. poza tym, że odwołałem pewną randewu z uwagi na mistera muschi-mana. no bo jednak nie lubię grywać na kilka frontów jednocześnie…

          contemplatinglagonissi.jpg

          raport z fellowowych podbojów pseudoerotyczno-quasioralnych złożony. zgodnie z obietnicą zresztą. bo w sumie ja dotrzymuję słowa danego z wyjątkiem sytuacji, gdy umawiam się na randki. tu szczerość, uczciwość i takie tam nie istnieją. po prostu za stary jestem na spotkania na lotnisku albo na piwie z cudzymi gejami. ot co! poza tym jedziemy do zakopanego. wiejska zorganizowała wyjazd, a ja jej go spieprzyłem, bo powiedziałem dżeksowi, że możemy jechać większą paczką. no i ten zaprosił migotkę, w rezultacie czego wiejska nie chce za chiny ludowe i republikę mongolii z nią jechać. no i teraz trzeba będzie się uwijać w pocie czoła, coby panna m. nie jechała… ach, no i rozebrałem choinkę. ale nie do reszty. zresztą tak samo mam z facetami – wolę pooglądać ich sobie w bieliźnie tudzież owiniętych niebieskim ręcznikiem niż w całej okazałości. jest bardziej tajemniczo, podniecająco i jeszcze wszystko do odkrycia przede mną…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg nina simone – ain’t got not… i’ve got life

          In point of view minus cztery on 14 styczeń 2008 at 8:30

          herbata z cytryną plus jogurt śliwkowy, a na drugie śniadanie polopiryna, witamina ce i chlorchinaldin. oto moje dzisiejsze pożywienie. ale w związku z tym, że aż taki stary nie jestem, to nie będę marudzić o chwytającej mnie chorobie. niestety ksiądz wikary nie bardzo widział to, że aż taki stary nie jestem i zwracał się do mnie niczym do jakiejś babki w chustce per wy. najgorsze że dobrodziej jest dwa lata ode mnie młodszy (sprawdziłem na stronie internetowej parafii!), a wygląda jak mój ojciec. i przyszedł wczoraj z obrazkiem, narobił zamieszania i wziął gałązkę z choinki, bo biedaczysko nawet kropidła ze sobą nie miał. skandal normalnie. w ogóle chyba najgorszy ksiądz, jakiego miałem po kolędzie od tamtego pontyfikatu. masakra. a jego kwestie w stylu “a mieszkacie tu?” (nie, nie mieszkam – tak żech se tylko tu przylazł, coby księdza po kolędzie oglądać – taka perwera po mojemu), “a pracujecie?” czy tekst roku “a urwijcie mi gałązkę z tego smreka…” (wielki góral skoro nie potrafi odróżnić jodły od świerka, co za cap…) po prostu muszą przejść do annałów mojej sieciowej bytności. tak czy inaczej po trzech minutach poszedł bez koperty… ale nie dał za wygraną, bo jakieś pięć minut później posłał ministranta coby mu pożyczyć wspomnianą smrek-gałązkę. pożyczyć! ciekawe kiedy odda…

          w ogóle umówiłem się na tzw. randkę z przypadkowo poznanym kolesiem. no i miałem iść wczoraj. ale nie poszedłem, bo jakoś mi się odwidziało. zresztą nie chcę chłopa z mojego miasta – to taki wniosek z minionych dni. no to zapoznałem w sieci pana spod wawy, który na niektórych fotach wygląda dość ciachowo i w sumie nawet niegłupi jest. ale 350 km dla seksu jakoś w jedną stronę pokonywać mi się nie chce. to też zobaczymy co przyniesie nowy dzień… ofkors o moim podbojach postaram się informować na bieżąco. więc zapomnijcie o uwadze i misji specjalnej, bo tutaj będzie o wiele ciekawiej (teraz w nawiasie powinien pojawić się tekst w stylu buhaha)…

          46457c5e8f2ddok1.jpg

          jogurt śliwkowy siedem zbóż okazał się niesmaczny. nie polecam…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg wodzionka

          In point of view minus cztery on 9 styczeń 2008 at 23:31

          ale jaja. normalnie takich jaj jeszcze świat nie widział. i wcale nie chodzi mi tu o strusie czy jakiegoś nowo poznanego pana, ale o najzwyczajniejsze jaja… już ponad tydzień nie piję przy kompie – delektuję się kakaem (napojem panowie, napojem…), białą herbatą albo sokiem pomidorowym jak naprzykład dzisiaj. i w sumie jakoś się trzymam. nawet nie chodzi o to, że barek pusty, bo jest pełny, ale testujemy swą wolę i samozaparcie. podobnie jak abstynencją kofeinową. tak więc jeśli chodzi o to pole noworocznych postanowień – jest wcale nieźle… w sumie dzisiaj jestem po basenie tak wymęczony, że szkoda gadać. jeden kieliszek czegoś uprocentowionego, a mógłbym słono za to zapłacić… tak czy inaczej faceci na basenie są dziwni. rozumiem starszych panów czy dzieciaki, ale jeśli koleś ma między dwudziestką a czterdziestką to nieco śmieszne wydaje się uciekać do przebieralni zmieniać kąpielówki. to taka dzisiejsza obserwacja z szatni. jest jeszcze jedna – a mianowicie taka, że faceci powinni bardziej dbać o swoją bieliznę i nieco rozciągnięte majtasy powinny jeszcze dzisiaj wylądować w śmietniku. po prostu tragedia. no nie dziwiłbym się, gdyby to były jakieś slipy z d&g albo nawet atlantica, ale jeśli są to (naj)tańsze slipy z tesco… zresztą lepiej nic nie mówię, bo mi co niektórzy zaraz burżujstwo zarzucą… a, no i bym zapomniał – ja do przebieralni nie chadzam, a ręcznikiem też zwyczaju obwiązywać się nie mam…

          jeśli już mowa o basenie, to zakończmy może ten wątek jakąś ciekawszą informacją, która zelektryfikowałaby wszystkie czytające to oczęta. sparzyłem sobie tyłek przy wywijasach w brodziku. a wszystko to wina wiejskiej, która mnie praktycznie przycisnęła dupskiem do podwodnej lampy oświetlającej wodę. czułem tylko jak wszystkie włosięta (tak panowie – mam tam włosy!!) się delikatnie nagrzewają i tylko szum pryszniców basenowych zagłuszył to straszne syczenie… tak czy inaczej dzisiejszy dzień zapisujemy w kalendarzu na plus, jeśli nie liczyć mega-obrazy wiejskiej baby, gdy się kapnęła, że do połowy osób z jej książki telefonicznej wysłałem smsa o treści “całuję” bądź “pozdrawiam”, coby nie dopieszczać niepotrzebnie osób, które na to nie zasługują. potem krótka akcja na jej giegie i wysłanie wszystkim po kolei z listy buziaczkowatych emotek (incl. my tzw. ex)… no i się zaczęło. ach, ech, och… serce me wypełnia smutek… tak czy inaczej żyję. wiejska przebaczyła, rozgrzeszyła, a ja w nagrodę ciągle zachęcam ją do rozwodu, a przynajmniej odejścia od tego tzw. męża. zresztą wiedźma powiedziała, że związek jakiś tam rozbiję. no nie chcę jej po prostu zawieść. niech staruszka ma na starość radość, że widzi jeszcze karty…

          aaussie-bum-3.jpg

          ciastka basenowe są takie sobie. właściwie dzisiaj był przesyt nieco, to też tym bardziej byłem zły, że nie wziąłem sobie okularów coby móc pod wodą sobie pokukać na panowe majtasy i ich zawartość. w sumie chyba dochodzę do siebie, bo coraz bardziej uciekam myślami w tę gorszą stronę ludzkiej bytności. od ducha ku ciału. ale chyba bardziej się z tego cieszę niż jeszcze kiedyś mogłem przypuszczać. znaczy się nie spróchniałem do końca… a co będzie, to będzie. a ja temu jeszcze trochę pomogę…

          poza tym na dobranoc mała próbka z mojej korespondencji z dzisiejszego fellow:

          pan_sex: jak chcesz mogę ci dać dupy i będziesz mógł zrobić ze mną co zechcesz…
          mattithyaahu: sorry, ale nie kupuję na wyprzedażach…
          pan_sex: ale ja naprawdę nieźle ciągnę…
          mattithyaahu: spoko, ale odkurzacz to już mam.
          pan_sex: ale odkurzaczowi nie możesz się spuścisz w ustach, a mnie jak chcesz to tak!
          mattithyaahu: możliwe, ale za to odkurzaczowi mogę wsadzić do tyłu worek, a tobie już nie…
          pan_sex: …

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg sopho khalvashi – my story

          In point of view minus cztery on 8 styczeń 2008 at 11:37

          właśnie sobie uciąłem godzinną prawie pogadankę z wsiową zytą o żóltych serach, psach i alkoholiźmie, od którego ostatnio stronię jak nigdy przedtem. ofkors rozmowa zeszła na kołacze. ten kto mieszka na mojej prowincji, wie kiedy i z czym to się je, a niekumatym powiem, że to takie ciasto z serem i makiem, które dominuje na południowych weselach. nikt inny jak miss zet chce mnie wyswatać. i ględzi mi o tym od blisko pięciu lat, a ja ciągle się bronię ręcami, nogami i językiem. zresztą – mówię im – po zamążpójściu, tfu… ożenku, byłbym całkiem inną osobą. trzeba tylko przyjrzeć się takiemu hipkowi, który nie tak dawno został tatusiem, by stwierdzić, że po popijawie wraca jak grzeczne dziecko do domu, a następnego dnia przeprasza panią małżonkę i obiecuje solenną poprawę. niby ja mam tak samo – tyle tylko, że nie muszę się do nikogo następnego dnia wdzięczyć… tak więc moje argumenty trafiają na jakiś grunt zrozumienia i akcpetacji wybranej drogi życiowej… aż do następnego razu, kiedy znowu się jej przypomni, że mam na palcu tylko pieprzyk…

          tak sobie pomyślałem coby raportować z moich miłosnych podbojów, ale w sumie nie ma z czego. narazie. zresztą profil fellowowy mam dopiero drugi dzień i cieszy się tylko jakimś tam powodzeniem, na jakie zasługują nowi. w sumie temu dałem nawet jakieś fajniejsze foty (ba, najbardziej śmiałe, jakie w życiu miałem…), ale co z tego skoro nawet ojciec założyciel fellow (chyba mnie za to zabije) – niejaki lodowaty żuczek gnojarek – nie dodał mnie do ulubionych. normalnie załamka. ale spokojnie – nie od razu kraków zbudowano. w sumie wczoraj ze śnieżynkiem czytaliśmy artykuł, w którym jakiś mądry pan napisał, że okres potrzebny do odbudowy gotowości do nowego związku to połowa czasu trwania ostatniego. coś w tym jest. ja mam już to za sobą, więc panowie uważajcie – nadchodzę. buhahaha… już słyszę te milknące czaty i takie tam… ale jest i inna inność, bo oto uświadomił mnie ostatniej niedzieli dżeks, że jestem w najbardziej beznadziejnym wieku na pedalskim świecie. bo z jednej strony najlepsze erekcje mam już za sobą, co zdarza się panom w wieku do dwudziestego dajmy na to piątego roku, a z drugiej strony takie najlepsze erekcje mam dopiero przed sobą, gdyż panowie w wieku do dwudziestego dajmy na to piątego roku interesują się panami w połowie trzydziestki. jednym słowem nie ma jak przyjacielska pociecha i wsparcie. ale akurat w tej kwestii nie będę się wypowiadał, bo bym musiał załkać nieco, a nie chcę…

          facesbypetitescargotgl3.jpg

          wiejska zaczęła blogować. po prostu rozwala mnie czasem swoim totalnie beztroskim podejściem do merydżu. a ja chyba ją też nieco zaskakuję, bo od nowego roku dośc ostentacyjnie doradzam jej odejście od męża. zresztą wiedźma irena mi powiedziała, że rozbiję czyjś związek, ale z tą kobietą nie będę. bosh… zaczynam się bać. w szczególności jakiegoś bruneta, przez którego mogę stracić trochę kasy. w ogóle skoro mowa o brunetach, to marzy mi się taki fajny brunet z ciemnymi oczkami i owłosionymi pośladkami… ale to tylko marzenia. reality show rządzi się jednak swoimi prawami. inna sprawa, że i tak zazwyczaj najbardziej działa na mnie nie tyłek, a uśmiech i błysk w oku… i tak ma być. ba! tak będzie…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg taniec wampirów – na orbicie serc

          In point of view minus cztery on 7 styczeń 2008 at 9:54

          muszę się pochwalić. a że nieczęsto to robię, to może tym bardziej przyjśc mi to z trudem. ale do rzeczy – od początku roku nie piję kawy. to mega-wyczyn, bo do tej pory dochodziło i do jedenastu kubków dziennie. nie żebym już nigdy sobie nie nalał czarnej trucizny, ale testuję sobie swoje samozaparcie i dyscyplinę, bo będzie mi to potrzebne do kolejnych wyczynów. następna kwestia to porcenty. w zasadzie ostatni kwartał ubiegłęgo roku to była jedna wielka butelkowa balanga. siedziałem sam jak goopia pinda w tej zatęchłej brukselskiej piwnicy i się zaczęło. jedno martini, drugie, wermucik jakiś inny i takie tam. i tak cały październik, potem listopad, aż do grudnia. i pewnej chwili przebudziłem się i stwierdziłem, że koniec. tym bardziej, że genetycznie ciągotki do alkoholu jako potomek wschodniopolskiego rodu mam zakodowane w genach co najmniej jak afroamerykanie (tudzież inni afroobcokrajowcy i afropolanie) wielkie penisy… tak więc tym też muszę się pochwalić, bo od nowego roku mam solenne przykazanie, że nie piję sam. a przynajmniej nie częściej niż raz na miesiąc, coby się usprawiedliwić jak mi przyjdzie ochota. ale najlepsze w tym jest to, że ani kofeina, ani procenty nie zrobiły u mnie tak wielkiego wrażenia, jak wczoraj wizyta u dżeksa i pewne skarby, które mu zakosiłem na momencik. zresztą o tym tutaj pisać nie będę, bo w tym wieku nie wypada.

          dzisiaj jestem totalnie niewyspany, bo przegadałem całą prawie noc – znaczy się pół godziny po godzinie duchów poszedłem spać, ale dla mnie to bardzo późno skoro o szóstej trzeba wstać – z eksiem, śnieżynką i pewnym panem, który się do mnie nie odzywał i nagle mu się o mnie przypomniało, kiedy założyłem sobie taki odlotowy profil na fellow, że masakra. no i zaczął mnie podpuszczać, a że ja dupa wołowa jestem, więć się dałem. podpuścić ofkors. co do reszty to może przyjdzie i na to czas. tak więc kolejny krok w stronę rezygnacji z celibatu został zrobiony. znaczy się krzepa wraca, co dodatkowo raduje me serce i duszę. ale to chyba wiąże się z tym, że nikt i nic nie jest w stanie zawrócić mnie z obranego kierunku. mimo że w porównaniu z dwoma laty wstecz jestem już nieco bardziej wymagający kremu przeciwzmarszczkowego, ale jeszcze nie – jakby się niektórzy łudzili – botoksu. poza tym zacząłem produkować znowu hormony i mnie trochę nosi. więc pewnie temu taki banan od ucha do ucha. czyżby wojownicze serce zastępowało tułaczą duszę? oby!

          almost-naked-man.jpg

          dość przynudzania o moich tam planach, uniesieniach smsowo-mmsowych, nieodebranych rozmowach i olanych oświadczynach. jest nowy rok. jedyna jego wada to taka, że jest pasywny. tfu. znaczy parzysty. a ja wolę jakoś tam nieparzystość. zresztą nie cyferki są najważniejsze, chociaż w gejoffskim świecie po pierwsze trzeba mieć dwadzieścia parę lat i dwadzieścia parę centymentrów. wtedy oni wszyscy leżą u twych stóp. ja dysponując tylko jedną z tych dwudziestek muszę się nieco bardziej postarać, ale to ostatni dzwonek, bo za rok żadnej z tych dwudziestek mieć na pewno nie będę…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg britney spears – toxic

          In point of view minus cztery on 4 styczeń 2008 at 10:12

          wszystko mnie dzisiaj boli. oczy mnie bolą, kości mnie bolą, włosy mnie bolą, paznokcie mnie bolą, a nawet język mnie boli od nowej szczoteczki do zębów. tylko dupa ani serce mnie nie bolą, co oznacza, że ani się nie puściłem z żadnym super ciachem z dworca pekape, ani się nie zakochałem w jakimś super-mega obiekcie marzeń z pedalskiego allegro. właściwie nawet tymczasowo się stamtąd wypisałem, bo mi się jakoś nagle odechciało tam być. ale pewnie wrócę tam szybciej niż mi choinka zwiędnie. w sumie może trzeba byłoby się zastanowić nad tym, coby coś innego nie zwiędło…

          wczoraj spotkałem się z kimś, kogo kiedyś znałem. zero emocji, zero żalu, zero czegokolwiek negatywnego. po prostu takie całkiem miłe kumplowskie spotkanie zabarwione nieco pewnymi złośliwościami. początek jakiejś szczególnej przyjaźni to być może nie jest, choć los czasem jest tak nieprzewidywalny, że szkoda gadać, ale było interesująco. i coby uciąć wszelkie złośliwe komentarze nadal jestem dziewicą wtórną, delektującą się aktualnie białą herbatą. zresztą ja tam na innych gniewać się nie umiem – to raz. a dwa – czasem trzeba sporo czasu, żeby do pewnych wniosków dojrzeć. ale i tak wredny i złośliwy ze mnie pedał…

          rece.jpg

          gejoffska wersja matki teresy z kalkuty musi odejść w niepamięć. dość uśmiechania się, gdy ktoś wali w ciebie albo w twoich przyjaciół/znajomych gównem. koniec z miłosiernym samarytaninem litującym się nad każdym żuczkiem gnojarkiem, który w tym gównie znajduje satysfakcję i upodobanie. minęły czasy przepraszania wszystkich i wszystkiego za niewłasne błędy i grzechy ludzkości, a jednocześnie schluss-aus-und-vorbei z cierpieniem za miliony. eksiu zapytał mnie wczoraj wobec powyższego, jaki teraz chcę być. a tu nie chodzi o to, jakim być, bo już jestem. cała rzecz w tym, jakim nie być, by nie dać się ciągle upupiać. chociaż właściwie może najwyższy czas, by w innym znaczeniu się dać. i zaśpiewać potem sobie pod nosem, parafrazując słowa shakiry – so i found a reason to shave my legs eggs… a na razie kupiłem sobie za niecałe dwie stówy dla poprawy nastroju perfumy na necie. no i chyba zajebiście sobie ten nastrój poprawiłem, bo wkurzony chodzę, że szastam kasą na lewo i prawo zamiast oszczędzać w trzecim filarze. w końcu za rok z okładem rentka będzie…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg christina aguilera – the right man

          In point of view minus cztery on 3 styczeń 2008 at 8:18

          nasza-klasa.pl to dziwny portal. w pewnej mierze to totalne fellow, bo wystarczyło zaimportować w nią moją pedalską listę gie-gie, by dowiedzieć się, że adrian to wojtek, grouchy to marcin, a krzysiu-xxl to jakiś tam hubert iksiński. poza tym, o ile panowie na fellow byli jakby bardziej oszczędni w pokazywaniu swoich fotek albo wybierali najlepsze z moich obrazów, to tutaj mamy ich w całej okazałości – bez makijażu, ciemnych okularów czy filtrów photoshopa. na dodatek wiem, z jakiego miasta pochodzą czy do jakich szkół uczęszczali. kiedy to się na nich może zemścić, ale to już inna inność. ja zawsze mówiłem – miej dwa, a najlepiej trzy numery gadulca. jeden dla przyjaciół i wrogów, drugi do kontaktów oficjalnych, a trzeci tylko i wyłącznie dla kontaktów seksualnych. bo nigdy niewiadomo, kto kiedyś to przeciw komuś wykorzysta… ale to tylko tak na marginesie, bo chodziło całkiem o co innego, a mianowicie instytucję tzw. znajomych. taki jeden z drugim zaprosi cię do swoich przyjaciół, a jak spotka na mieście, to udaje, że nie widzi. normalnie tragedia. ostatnio siedzę sobie u fryzjera i wchodzi kolega zbyś z pierwszej de, który ku mojemu wielkiemu wpisał mnie na listę znajomych, choć nie gadaliśmy od końca komunizmu w polsce. więc przygotowany na trzy-cztery zdania do zamienienia, liczyłem na jakieś przywitanie, a pan jak tylko mnie zboaczył – głowa w drugą stronę i dawaj w inny kąt poczekalni, jak gdybyśmy siedzieli w kolejce do testowania na hiv. masakra. tak więc kolejnym postanowieniem na nowy rok jest – nie ilość, a jakość w naszej klasie…

          jeśli już tak dzisiaj się kręci wokół tego fellow dla ubogich, to ja już jestem rozdziewiczony. mieliśmy takie mini-spotkanie ze znajomymi ze studiów – trzech chłopa (jeśli przymkniemy oko na mnie) i jedna dzioucha. posiedzieliśmy, pogadaliśmy, pocykaliśmy fotki i poszliśmy do domu. ofkors piwo też było. jedno pewnie z ostatnich albo nielicznych, jakie wypiję w tym roku. po prostu odtruwam się od alkoholu, kofeiny, mbs’ów i chromosomów igrek. generalnie noworoczne postanowienia nie za bardzo można zaliczać do takich, które mają jakiekolwiek znaczenie, ale chętnie się poddam temu testowi. tym bardziej, że pierwszy basen w tym roku mam za sobą. potem jeszcze tylko wyczyszczenie ze wrzodów pewnych ludzkich relacji (ciekawe czy panowie – bo głównie o nich chodzi – będą w stanie pewne rzeczy skapować), a na koniec lekcje tańca, na które wyciąga mnie wiejska. a że nie mam totalnie nic innego do roboty po robocie – to chętnie skorzystam. jakby się jeszcze jakiś nauczyciel hebrajskiego znalazł w okolicy to byłbym przeogromnie wdzięczny i szczęśliwy. a jak się nie znajdzie, to pójdziemy na angielski. albo prawko na walec…

          anthonydsc09435_sm.jpg

          instrukcja obsługi do innego człowieka to dzieło na miarę literackiej, medycznej, fizycznej, chemicznej i ekonomicznej nagrody nobla. a i pewnie pokojowa by się zdarzyła. tak czy inaczej chętnie bym pewne rzeczy zrozumiał, bo czasem ich nie kapuję. tym bardziej, gdy ktoś tam sprawia, że nie rozumiem ich w ogóle. ale co tam – ja jeszcze z wiosną się rozkręcę. ale pewnie wcześniej eksploduję i komuś wyrządzę ogromną krzywdę. poza tym dzisiaj się będzie działo…

          ipod-earphones-stock-thumb.jpg alicia keys – no one

          In point of view minus cztery on 2 styczeń 2008 at 10:07

          no i pierwszy dzień roku już za mną. spędzony w zasadzie na jednym wielkim olaniu systemu – z wyjątkiem ikspeka. właściwie bogu jestem wdzięczny, że nie obdarzył mnie vistą, która jest równie ergonomiczna co liczydło. pewnie zsiwiał bym jeszcze bardziej na plecach, a na dodatek dostałbym pryszczycy na oczach. to co przeżywam z laptopem wiejskiej i tym ponoć wiekopomnym dziełem panów z majkrosoftu, to chyba jeszcze gorsze niż szukanie męża w żeńskim chórze cerkiewnym. jeden dzień za mną, a zostało ich jeszcze trzysta sześćdziesiąt pięć. to długo i niedługo zarazem. ale nie ma tak źle, jakby mogło się wydawać. na początku ograniczamy używki – kawę i alkohol, a z czasem internet. potem kupujemy krem przeciwzmarszczkowy na noc (na dzień przyjdzie czas za rok). w dalszej kolejności kupujemy karnet na basen, bo czuje że moje kości zaraz zostaną pobłogosławione przez osteoporozę, a kółko ratunkowe stanie się naturalnym wyposażeniem mojej wspaniałej cielesności w postaci boczków wypływających z boksów i stanę się równie atrakcyjny co veronowsko-feldbuschowski blup. z czasem przyjdzie kolej na rozwój psycho-intelektualny, czyli więcej liter niż czcionek. a na koniec większa koncentracja na sprawach zawodowych (to oczywista oczywistość) i sercowych (to życzeniowa życzeniowość). tak czy inaczej lista pewnych zmian – including miejsca blogowania – robi wrażenie. ale największe wrażenie chyba zrobi zmiana podejścia do siebie. pewność siebie i wygłaszanych sądów i opinii (choćby nie były do końca najwyżej kwalifikowane przy najwyższej ich kwalifikowalności) to zadanie na miarę polskiej reprezentacji jazdy figurowej na wrotkach. po prostu zbić mnie z tropu będzie cholernie trudno. ale wiem jedno – ten rok na pewno nie będzie tak udoopiony, jak przedwczorajszy. a moje problemy muszą być co najmniej tak samo ważne, jak cudze.

          siedzę sobie w pracy, pisząc ten tekst, a przy okazji ślęcząć nad zarządzeniem (napisałem je w 30 minut), pismem do wojewody (5 minut!) oraz korektą lokalnej pozycji w rejestrze biblioteki narodowej (to wciąż przede mną). olewam dzisiaj gadulca, choć świecę jak sarna w czarnobylskim lesie i czekam pogrzebu. ale to dopiero o czternastej w kościele u innej wiary. w sumie na chwilę obecną mam pewien lekko olewatorski stosunek do religii, bo jakieś parę dni temu usłyszałem, że moja tzw. nominacja jest nie najlepiej postrzegana z uwagi na mój katolicyzm. jak moi pt. czytelnicy mogą łatwo zauważyć moja ortodoksja i zapał jest co najmniej na plus jedenaście w dziesięciostopniowej skali toruńsko-katolickiej. ale co tam – mam w końcu kępkę wyleniałego (czy wyliniałego?) moheru na klatce piersiowej, więc mogę się kojarzyć…