eR

Archiwum z grudzień, 2008

In point of view minus cztery on 31 grudzień 2008 at 19:02

lettern1ajgorszy to on nie był. znaczy ten, co dziś odchodzi. generalnie o każdym swoim byłym mógłbym w ten sposób powiedzieć… bo ja lubię o ludziach dobrze mówić. no ale coby nie było – święty nie jestem, więc zdarza mówić mi się źle. tak czy inaczej zapamiętam go jako rok prestoNa.  nie powiem – zjadł mi nieco nerwów. kosztował parę miesięcy. nawet parę złotych. ale i tak w rezultacie końcowym wspominam go całkiem dobrze. w zasadzie do dzisiaj nie wie, dlaczego go olałem. ma mnie pewnie za ostatnią ciotę, która wskoczyła na dupę innemu. bo przecież sam takbym o nim pomyślał, gdyby z dnia na dzień zerwał ze mną kontakt. zresztą to wszystko już za mną. niemniej jednak… zresztą bez niemniej jednak.

o statni rok generalnie uznaję prawie oficjalnie za zamknięty. zawodowo jak i prywatnie. ale by nie drażnić ustępującego nie zmieniłem jeszcze kalendarza. to by było faux pas na miarę wywalenia z portfela zdjęcia konającego małżonka zdjęciem czekającego w szpitalnej poczekalni kOchanka. inna inność u mnie w portfelu tylko wiejska, sis, samuraje i pan sędzia. nie ma jak nosić ze sobą fotę pierwszej miłości. równie dobrze mógłbym sobie tam czerwonookiego kubę umieścić. albinosa. mojego pierwszego chomika…

w łaściwie przez ostatni rok nie zdarzyło się nic. nic, co mógłbym wziąć ze sobą na jutro. chociaż nie – mam przecież w torbie lekarskie skieroWanie do chirurga. ważne jeszcze chyba z dziesięć dni. to jedyna niezakończona sprawa, jaka mi została. nauczony bowiem błędami roku ostatniego uregulowałem rachunek za listopadowo-grudniowy internet, coby móc sobie w picie ulgę odebrać. jak na złość wylądowałem w drugim progu podatkowym i mnie cholera zbiera, że dopiero po północy podatki obniżą. ale chyba to jest ta dobra wiadomość, która sprawia, że cieszę się z tegorocznego tak zwanego sylwestra. i coby tu nie mówić – dzięki kaczkom. niech sobię z radości wyszeptam kwa, kwa, kwa…

ygh… nawet się nie obejrzałem jak mi ten rok plasnął. jak kiedyś od kaśki fackę zarobiłem. albo od ajsa na gadulcu. ten to umie nieźle plaskać. właściwie zastanawiam się, dlaczego wiejska jeszcze w podobny sposób nie potraktowała swojego małżonka, z którym ostatnio seks uprawiała pewnie za fotygowej. no ale chyba mamy to do siebie, że lubimy celibat. z tym, że ja temu, że jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma… właśnie – czy ja już  kiedyś nie obiecałem temu, kto ojcował temu powiedzeniu, śmierci? właściwie to ja tylko w gębie pewnie mocnY jestem. nie przeczę. mogą potwierdzić to moi tak zwani eksowie. każdy powie, że bardziej wrednego i złośliwego werbalnie ogra nigdy nie poznali…

r aczej nie wiążę z nadchodzącymi trzystoma sześćdziesięcioma pięcioma dniami jakich specjalnych życzeń. podobnie zresztą było i ostatnio. no może ewentualnie chciałbym zrzucić kilka kilogRamów, nie osiwieć, nie stracić kolejnej dioptrii w zamówieniu na soczewki, nie wpaść w alkoholizm, uśmiechać się rzadziej (z uwagi na zmarszczki), a przede wszystkim godnie obejść nadchodzący dzień kobiet. no i może zmienić wehikuł na mniej pamiętający rząd hanny suchockiej. to tak egoistycznie. dla siebie. znacznie więcej życzeń mam innych. dla bliskich, bliższych i najbliższych – by trzymali nadal co najmniej ten sam dystans. dla dalekich, dalszych i najdalszych – by byli mi nieco bliźsi. a poza tym i pierwszym, i drugim – bym ja nie tracił do nich odległości…

operabojętnie, co się stać stanie – to i tak pozostanę pełen nadziei. ten rok nie może być zły. jest nieparzysty. a ja lubię nieparzyste liczby. no może z wyjątkiem jedynek i trójkącików. jakoś nie kręcą mnie bardzo. choć pewnie na nie miałbym większe widoki niż na to, co pomiędzy nimi. ale i to się okaże. w najnowszej wróżce – jak przeczytaliśmy z wiejską w ten niezwykle pracowity dziś dzień – w drugiej połowie roku czeka mnie jakaś dzika i młodzieńcza (sic!) miłOść. och! zresztą jeśli mowa o wróżkach – wiedźma irena została skreślona na nadchodzący rok. znaleźliśmy młodszą i tańszą profetkę. ciekawe, co jej karty o mnie wyśpiewają. operę?

kochani! kochani jesteście. chciałbym objąć cały świat i mocno go do serca przytulić. taki kiedyś opis nikczemnie i zdradziecko zamieściłem na wiejskim gadulcu. przy okazji wszystkim z jej listy kontaktów napisałem mesydża Kocham cię – od razu każdy jeden rzucił się z pytaniem, co się wiejskiej stało. czy nałykała się prochów, czy umiera. i pewnie każdy z nas by tak zareagował. gdybym napisał nienawidzę cię, pewnie by się poobrażali albo dociekali dlaczego. i to w tym najdziwniejsze. że gdy słyszymy dobre słowo albo ktoś się do nas uśmiechnie w windzie, pukamy się w głowę. więc chyba tego na odjutrzejszy czas – mniej pukania się. w głowę oczywiście. tego drugiego – więcej. wam i mnie!

…a tak między nami to ten nadchodzący NOWY

2009

ROK

kiedy to na fellowowym liczniku pojawi mi się trzy i zero (ale psst!) będzie na pewno całkiem dobry i ciekawy. coś tak czuję. a my ryby mamy genialną intuicję. a teraz szalejcie. bo jutro będziecie o dzień starsi…

In point of view minus cztery on 28 grudzień 2008 at 20:41

i po świętach. alleluja. znaczy nie po tych. miało być glorija. teraz adekwatnie i właściwie. jutro pora znowu rano się z alkowy podnieść zaraz po tym, gdy uroczyście naciśnij guzik zaśpiewają trzy panny z windy. siarczyście przekląć na widok w lusterku, gdy soczewicę od plastiku się oddzieli. potem na mróz wyprawa z kawałkiem innego plastiku podstępem w turynie zdobytym. i można pomknąć na podbój wiejskiego elektoratu. czyli na koniec roku przestępnego jeszcze trochę dokonań. zawodowo zawodowych ofkors. ale to już taki los dziadoka, dziaduleńka, dziadygi. oj da-dana-dana…

no to się wiejska wczoraj upiła jak świnka morska. i takie pierdołowate esy mi wysyłała, że pierwszy raz w życiu miałem ich dość. zresztą moja teoria jest prosta – najgłupsza istota zaraz za facetem to pijana baba. kropka. a wiejska wczoraj miała odjazd większy niż posłanka krukowa. nie chcę wiedzieć, co się będzie pod koniec roku dziać będzie. a pewnie będzie się dziać. bo pamiętam jakby to wczoraj było, gdy ostatniego sylwka odwoziłem ją do rodziców, bo się z małżonkiem pokłóciła jak platforma z pisem. tyle tylko, że nie wiem, jakim cudem ta koalicja wciąż trwa. nie ma jak platoniczne małżeństwo… może i ja się powinienem za czymś choćby takim rozejrzeć… jest ktoś chętny?

aaaa

przyszły rok może być zabawny. zresztą pewnie będzie, bo dziewiątka to moja dziwnie ulubiona prawie cyferka. nie dość, że całkiem możliwe, że doczekam trzydziestki, to pewnie zdarzy się parę innych śmiesznych rzeczy. bo co jak co, ale oczekiwania, przewidywania, przeczucia jakoś się zbyt bardzo gromadzą. cieszyć się trza, że ósemka ucieka. jak i ostatnia faza młodości. o młodości iskro bogów… jeszcze dwa miesiące z hakiem iskrę tę mam.

ipod-earphones-stock-thumb.jpg dominik kwaśniewski – na kazimierzu ty

In point of view minus cztery on 23 grudzień 2008 at 19:58
  • wigilia pracowita. mnóstwo słów. opłatek złaman. jednym z życzeń wyrażonych wobec jednego z innych było, coby mnie niebawem nie było. miłe te słowa. nie ma jak święta. ktoś mi dobrze życzy. i wcale dobrze w cudzysłów nie ubieram…

  • bląd asistąs mi się rozpłakała. bosh. uwielbiam tę babę. nie wiedzieć czemu. może nie tak jak wiejską, ale mimo wszystko. po prostu fajna dzioucha z tej równie wiejskiej łumen… na łerk-wiliji dostało mi się jak zawsze mnóstwo życzeń. baby. nikt mi chłopa nie po-życzył. ani nie pożyczył. skandal. tylko ciotka zapytała się mnie, czy kupiłem prezent dla swej sercowej tudzież sercowego. co jak co, ale moja inteligencja to chyba jednak genetyczna jest…

  • śnił mi się w nocy preston. nawet nie powiem jak, bo wstyd. ale jednak. masakra. czy ja się od niego kiedyś uwolnię? zastanawiam się. bo jakoś kiepsko mi to idzie. inna inność, że formalnie nadal razem jesteśmy, bo żaden z nas drugiego oficjalnie nie zostawił. ech. ale ostatni sen mnie rozwalił. nigdy nie czułem we śnie tak masakrycznej bliskości wobec kogoś drugiego. fizycznie, chemicznie, personalnie i seksualnie. shit happens. postanowienie noworoczne – schudnąć i olać vergangenheit hinter sich…

  • jutro się święta zaczynają. alkohol kupiony. całe dziewięćdziesiąt zeta wydane. już dawno nie czułem się tak kontent. no może kiedyś byłem w takim stanie pod śliwką. ofkors nie hipkiem, bo by mi pewnie tej radości nie użyczył. poza tym muzyka barokowa ma coś w sobie…

  • nie myślałem, że napiszę cosik tutaj przed pasterką. ale oto niezbadane są radkowe ścieżki. tak więc panie i panowie, panowie i panie, geje i lesbijki, lesbijki i geje, zwierzęta i ludzie, ludzie i zwierzęta, weganie i mięsożercy – smacznego jajka. a lesbijkom i heterykom (nie heteryczkom!) – opłatka!

      In point of view minus cztery on 22 grudzień 2008 at 20:59

      pierwszy litościwie zwolnił mnie z obowiązków sylwestrowych. ale nie wiem czy cieszyć się, czy płakać. w zasadzie chętnie bym polazł na kępę, ale jak mnie nie chcą to fakju. właśnie wpadła mi do pokoju oma. całe szczęście, żem, jeszcze się nie położył do łóżka, bo zazwyczaj zrzucam z się wszystko co na mnie. ale nie o tym. wpadła na pomysł, że mi sygnet kupi. cobym wyglądał jak prinz charles. no ka-em. teraz to dopiero wiekowych schiz dostanę…

      choinkę ubrałem. ale jest tak penisowa. bo ma góra kilkadziesiąt centymetrów. no może proporcjonalnie penisowa, bo hydrantów raczej mało kto chce doświadczać. ale nie o to chodzi. po prostu choineczka miła do mnie dziś przybyła. za całe pięćdziesiąt i parę zeta. masakra. a na choince dwie kaczuszki. kiedyś taka piosenka w przedszkolu była. i pomyśleć, że panie przedszkolanki takie profetki były. ech. dzisiaj w ogóle nabyłem nowego enema. ja to mam umiejętność zbierania wrogów. chyba większą niż jarek. znaczy pan prezes. nie ajsi…

      afp72919392112130717_big

      kochani – coby zacytować mojego poprzednika – na te święta życzę wam lekkiego serca podczas otwierania korespondencji z operatora waszych kart kredytowych. lekkiego brzuszka po spotkaniu z karpiem. i lekkiego wstawania po świętach. ja tymczasowo na te święta uciekam w inny świat. pod warunkiem, że zakupię odpowiednie ilości procentualiów, bo z tym może być w kolejnych dniach mały problem…

      In point of view minus cztery on 15 grudzień 2008 at 18:09

      robię sobie właśnie plany na sylwestra. pierwszy wybór to spędzenie północy na pracowym spędzie. ot taka mała służbowa uroczystość na około dwa i pół tysiąca ludzi. pod chmurką. na zimnie i śniegu. o ile spadnie rzecz jasna, bo jak na razie się nie zanosi. ale znając kilka kobiet w moim życiu im się też na macierzyństwo nie zanosiło, a donosiły. różnie być może. drugi wybór to rynkowa uroczystość. pod gołym niebem. wśród dwóch i pół tysiąca obcych i nieobcych. może sigourney weaver nie będzie. i miejmy nadzieję, że nostromo również. trzecia opcja to sylwek z szefem i first village lady. więc może będzie to genialna okazja o jakiejś podwyżce porozmawiać. why not. tylko czemu mam wrażenie, że wobec atrakcyjności każdej z przedłożonych ofert, będę musiał jakoś je z sobą pogodzić. zresztą są one lepsze niż vidal sasoon. ot taki klitze-kleine-trójkącik…

      dzisiaj imiennik mi napisał. że mi odpisze na mejla. może w święta. inna inność, że mejla wysłałem grubo przed dniem komisji edukacji narodowej. więc drodzy e-interlokutorzy nie pieklijcie się na mnie, że popadam w zwłokę (taki wiek!). po prostu muszę się jakoś wyładować za era p.n.e. taki już ze mnie er n.e. zbieżność imion, nazwisk, nazw i innych powszechnie używanych abrewiacji przypadkowa. swoją drogą chyba zaczyna mnie delikatnie straszyć. czuję się jak jennifer love-hewitt. albo raczej wiekowo uzasadnienie przypadkowych przechodzień autostrady, po której mknął najmłodszy z braci cartwrightów. chociaż może lepiej nie, bo ponoć mandaty mają wzrosnąć. a ja jakoś lubię się wałęsać o trzeciej nad ranem bez włączonych świateł. choć ostatnio sam wymieniłem zarówki w mojej limuzynie. więc nie do końca ze mnie taki pedał, co kilkanaście mejli temu napisał mi jeden mój były czytelnik na widok moich fotek w jednym z pornogejoffskich portali. a co!

      alper-1

      i po weekendzie. łącznie z wolnym dzisiaj. trzeba było odespać brak sobotnio-niedzielnego snu. zresztą co to była za noc! miało być szaleństwo w pedał-budzie, a tu proszę – dicho w krakowskim les-barze! prawie jak biesiada ludowa. albo lajkonik. równie podniecające. chociaż nie! miałem genialnego rozmówcę. geja staruszka. rewelacyjny koleś. nie myślałem, że takie wiekowe kicie mogą być aż tak interesujący. nawet dobrze się trzymał jak na swój wiek. powiedziałbym, że chyba lepiej niż ja. mimo że starszy ode mnie. o całe jedenaście dni…

      ipod-earphones-stock-thumb.jpg śpiewanie przy żubruffce

      In point of view minus cztery on 11 grudzień 2008 at 20:56
      • wiejska pojechała do stolicy. będzie okładkową gwiazdą super-linijki czy jak to tam się zwie. totalna metamorfoza. ponoć. właśnie sobie z nią pogadałem w drodze na kancelarię parafialną, gdzie musiałem opłacić mszę z okazji piętnastu lat, jak mój fader sobie poszedł do tego lepszego ze światów. może wypadało… a może wypadać nie powinno było. może z serca mało być. dziwnie jednak z tatą było. starał się, ale chyba czuł, że ma syna pedała, bo jednak nasze relacje były nieco napięte. ciekawe jakby to było, gdyby żył. pewnie by mnie wydziedziczył. albo nawet wyklął, pozbawiając nazwiska. albo i nie. nie wiem… choć chciałbym wiedzieć.

      • chłodnica mi padła. ponoć wody w autku nie było. skandal! to wina globalnego ocieplenia chyba… kogoś muszę winić, bo nie siebie przeca. mechaniczka mi powiedziała. tak. pani tomaszowa, która zajmuje się moim autem. masakra. nawet nikt nie wie, jakich rzegiętym pedałem się przy niej czuję…

      • no i muszę się wybrać do chirurga. bo mi coś dziwnego na staopie urosło. potem badanie histopatologiczne. a potem może i ten blog stanie się nieco bardziej atrakcyjny. taki życiowo-śmierciowo-przetrwaniowy. we will see. tak czy inaczej czas nie jest moim sprzymierzeńcem…

      • w sobote pierwszy egzamin. masakra. z jakiejś durnej teorii, w ramach której się praktykalizuję. nie ma chyba nic gorszego niż wysłuchiwać bzdur o tym, co doskonale wiesz. bo jak słyszysz takie bzdury to ci się nóż w kieszeni otwiera. to tak samo, jak ktoś coś ci radzi, nie znając narracji.  i ja wtedy mam ochotę kogoś takiego udusić…

      • moja wiejska zofija mi dzisiaj powiedziała, że już dawno nie była kochanką. że życie jej przeleciało na dzieciach i pracy. że była matką i żoną. nigdy kochanką. bosh. ma kobieta tyle lat ile bobby czyli mój papa. i takie rzeczy mi mówi. w dodatku swojemu formalnemu przełożonemu, którego raz prawie pobiła, poznając go w ramach swatania z panną ścianą. nie wiem czemu, ale mam do niej słabość. a może to temu, że i jak mam podobne spostrzeżenia jak ona…

      ipod-earphones-stock-thumb.jpg jacek kaczmarski – lekcja historii klasycznej

      In point of view minus cztery on 6 grudzień 2008 at 21:11

      wielki lew. ja natomiast tylko niepozorna ryba. w dodatku samica, biorąc pod uwagę szczególną datę moich urodzin. ale to tak na marginesie. właśnie odgrzebałem mój pierwszy i ostatni otrzymany list miłosny. datowany na dwudziestego szóstego września roku dwa tysiące czwartego. czyli jakieś cztery lata temu z kawałkiem. który był końcem, ale i początkiem. a jak wiadomo każdy koniec jest początkiem, a każdy początek końcem. coś w tym musi być. jak wiadomo co cztery lata rok przestępny. tak i tego roku. przestępność ma swą siłę. cieszyć się czy nie? ależ owszem, czemu nie? rybce też należy się…

      rybka zwana warrior. tak jarku. ponoć to ja. choc raczej wieloryb. ale może pomińmy gabaryty… ostatnie dni, tygodnie etc. to jedna wielka refleksja. nad tym co będzie, a czego nie będzie. nad tym, co mogło być, a nie było. lubię takie parapsychologiczne wycieczki. dzisiaj odeszła ally. ostatni odcinek. powtórka serialu zajęła mi nieco ponad rok. shit happens. pamiętam, jak zacząłem enty raz go oglądać. przez przypadek. w bru. i dzisiaj skończyłem. nie wiem czemu, ale czuję, że już do niego nie wrócę. nie żebym nie chciał. chyba decyzję podjął ktoś inny…

      bones

      czasem się zastanawiam, co napisać w testamencie. niby wiem, bo już go napisałem, ale jednak może coś jeszcze. że chcę być spalony, to jasne jak słońce. wiedzą to wszystkie najważniejsze osoby w moim życiu. że się boję? każdy odczuwa strach. nie przed śmiercią, ale przed końcem życia. bo życie to ludzie. i chyba najbardziej będzie ich brak. tak jakoś. no i mam jakąś awersję do robaków, co nie pozwoliło mi pójść w ślasy ojca i zostać wędkarzem. tak więc chyba stąd ten pomysł kremacji. a z drugiej strony po co mi ta portfelowa deklaracja dawcy organów?

      ipod-earphones-stock-thumb.jpg the addams family – the addams family theme

      In point of view minus cztery on 5 grudzień 2008 at 18:38
      • ciekawe, że zawsze mam eksów wielopaku. jak się spotkam ze em-dwa, to wpadam na em-jeden. całe szczęście, że oszcządzony mi zabywa em-zero. chociaż na te-tysiąc wcale bym się nie skarżył. swoją drogą wpadłem na te na naszej klasie pe el. cudowny chłopak. jak dzisiaj pamiętam miziu miziu po buzi. ech – koleś ma prawie trzy dychy w lędźwiach (znaczy wiek – nic innego liebe liebende!), a pieprzy jak gimnazjalistka w pamiętniku. ech. i to się nazywa być gejem! nie trzeba się wstydzić za bycie mentalną gimnazjalistką. poza tym łubu dubu…

      • mam nową klawiaturę. tak więc nie będzie już więcej wu dwa. jest niesamowicie zakręcona. taka serpentynowata. jak hurra! jak życie. jak moje zwoje mózgowe… no i ponoć jest wodoodporna. ciekawe czy alkoholo- też… wyjdzie w praniu w każdym bądź razie (z zaznaczeniem, że to wyrażenie uważane jest za zruszczenie…). jedną klawiaturę oblał mi jakimś płynem (nawet nie chcę wiedzieć jakim) em dwa. drugą zalałem ja. swoją drogą em dwa wygląda jak więzień polskiego (tfu!) niemieckiego obozu koncentracyjnego w polsce (właściwie pod oknami ma kominy). jest chudszy niż boska calista. a to już grzech. nie wiem czemu, ale im bliżej końca jestem piątego sezonu ally mam dziwne przeczucia, że dotyczy to nie tylko ally…

      • znowu chcą mi dać podwyżkę. jakoś niespecjalnie się na to cieszę. wywalczyłem takową bląd asistąs. a nawet umowę na czas nieokreślony. jak wcześniej wiejskiej. ba! nawet zacząłem się szarogęsić po firmie. ale w końcu jako pierwszy po pierwszym chyba mam prawo. i zaczynam upajać się tam pałerem jak w domu wermutem. ba! nie musi być ani wstrząśnięty, ani zmieszany. ze mnie taki agent, jak tuska rudzielec. czyli prawie…

      • w tym roku nie będzie kartek świątecznych. nie chce mi się ich pisać. nie chce mi się ich tworzyć. zeszłym razem friendsi dostali choinkę z moim prawie-aktem (manufaktura!). postarałem się. ba! poza tym cosmiczna piosenka jest cudowna. ściągłem na twardziela.

      • śnił mi się ostatnio sen z kobietą. w dodatku kumpelą z ogólniaka, która była skarbnikiem w aktywie szkolnym, gdy ja tam byłem wicepierwszym. buhahaha… to wszystko wina zofiji. bo się zaczęła cudownie ubierać. ostatnio normalnie nie mogłem spuścić z niej wzroku. a wydawałoby się, że ona pięćdziesięciopięcioletnia babka, a ja pedał przed trzydziestką. kocham saspens!

      ipod-earphones-stock-thumb.jpg james marsden – always on my mind