eR

Archiwum z listopad, 2008

In point of view minus cztery on 30 listopad 2008 at 21:05

mam śmieszne skarpetki. ot takie w paski. wczoraj miałem w koniczynki. od doktorka. pierwszy raz w życiu. pierwszy raz od dostania. ech. bosh. wspomnienia wróciły. bo najśmieszniejsze jest w tym to, że oficjalnie wciąż z nim jestem w liasonie. żaden z nas nigdy bowiem tego nie zakończył. dlaczego o tym piszę? bo dzisiaj mijają cztery miesiące odtąd, gdy wiedźma mi powiedziała, że w ciągu czterech miesięcy do siebie wrócimy. może się łudziłem. może wierzyłem. może nie dowierzałem. a może nie chciałem nie dowierzać… tak czy inaczej dotarło do mnie, że zanim nadejdzie wschód trzeba przeżyć zachód. zanim wyzdrowiejesz musisz zachorować…

pełne butelki to puste serca. ponoć. dlatego uskuteczniam ich opróżnianie z tak wielkim sercem. największe ma ponoć koń. tak przynajmniej w lejdis mówiono. ale koń taki pata-taj, a nie ten co na nim ten tego pata-taj. to tak na marginesie jednak mniej więcej. o! właśnie ktoś mnie przebił na allegro. chamstwo. chamstwo. chamstwo. muszę się odegrać. nie popuszczę krawata i spinek do koszuli. trza jakoś w trumiencie wyglądać!

6a00d83451cc7469e201053597e0ef970b-800wi

a wczoraj poimprezowaliśmy. migotka okazała się (chyba) być lesbisch friend. ja całowałem się z wiejską, a poza kątem jej widzenia obmacywałem dżeksa. na domiar dobrego obsługiwała nas węgierka. a że ja trochę tego języka liznąłem (boska jest activa śliwka węgierka suszona!), to się z nią dogadywałem. ale i tak najboższy był pan buła. czyli kazek szczypka. jego madre aniela uważa go za geja, bo mając lat czterdzieści nawet kobiety nie ma. za żadne pieniądze świata nie chcę się przekonać czy tak jest. wolałbym prędzej się upewnić czy aby migotka a-lesbijką nie jest… a poza tym nawala mi klawiatura. zamiast wu mi w2 wybija. grrr…

In point of view minus cztery on 26 listopad 2008 at 20:26
  • czasami mam wrażenie, że słyszę jakieś dziwne głosy. prawie jak ally mcbeal, której aktualnie piąty sezon doogląduję. no i niestety muszę przyznać, że wiem, dlaczego ją zdjęli po piątym sezonie. mimo cudownego piegowatego pyszczka julianne nicholson cała maga gdzieś umknęła. i wstyd się przyznać, ale właściwie pierwszy raz oglądam ten sezon z uwagą. no i niby james marsden bosko śpiewa i jeszcze bożej wygląda, to jednak całkiem pochłonął mnie john michael higgins. i zaryzykuję tezę, że jest jeszcze boższy niż boska dr. tracy clark. a co! niech się xeon piekli!

  • andrzejkowe wróżby już za mną. ale może przede mną. tak czy inaczej pasywność już w przeszłość się obróciła. to znaczy znów nawiedziłem wiedźmę irenę, która mi takich goopot do głowy natłukła, że szkoda gadać. trzech chłopów mi przewidziała. i co najlepsze – każdy ponoć ma mieć wobec mnie najszczersze zamiary. no i jakiś jeden nieszczery na dodatek. ale jeden najszczerszy być ma. więc pytam się baby jagi w jakich okolicznościach tego i owego poznam, a ona na to, że karty jej tego nie powiedziały. więc olałem sprawy miłości i zapytałem się czarodziejki z księżyca o zdrowie, karierę, kasę i sister, która aktualnie romans z penitencjariuszem uskutecznia. ech. ciekawe, że u nas zawsze jakoś zygzakiem idzie – jak ja mam ciepło w łożu, to ona cierpi na zimno. a jak z kolei jej się przytrafi dodatkowe trzydzieści sześć i sześć, to ja się muszę termoforem zadowalać…

  • 6a00d83451cc7469e2010535d0c897970b-800wi

  • w pracy się udystansawiam. odwalam robotę, za którą inni biorą po piętnaście tysięcy netto. kocham swoją pracę. ale każdy rolnik kocha swoją kurę. każdy wieśniak kocha swoją wieś. to mi pasuje. coby się werbalnie pożreć z wandą kwietniewską. lubię imię wanda. mimo że ona niemca nie chciała. ja niemcowi nerkę bym oddał. ech – żeby tak usłyszeć tiefer schätzchen, tiefer… ech wiele bym dał. ba! nawet swoje kolejne dziewictwo wtórne. znaczy prawtórne. choć jeśliby się tak zastanowić to prawtórne raczej przedwtórne oznacza niż powtórne. ale jednak mój zmysł zrozumienia jakby lekko nie tego tamtego był. poza tym nazwałem dzisiaj jedną kobietę pizdą. za jej plecami w dodatku. chyba tak samo będę olewał robotę, jak ona. zdrowszy będę… choć to chyba lekka ironia losu by w tej sytuacji była. ygh.

    ipod-earphones-stock-thumb.jpg piwnica pod baranami – akt abolicji

    In point of view minus cztery on 23 listopad 2008 at 20:27

    jeśli budzisz się w nocy i cholernie chce ci się pić, to za żadne skarby nie pij tajgera. czyli podróby red bulla. szczególnie o czwartej nad ranem. bo siódmej oka nie zmrużysz. ale goopi er jakoś niespecjalnie o tym wczoraj – tfu, dzisiaj – pomyślał. i potem miał niezłe schizy nocne. nie dość, że nie mogłem zasnąć, to na dodatek popadałem w jakieś dziwne odrętwienie i śniłem w półśnie o jakichś bredniach. no cóż – statuetka czubka dnia (a może nocy) idzie dzisiaj w moje ręce…

    czarodziejski tydzień się znowu od jutra zacznie. już nawet nie chodzi mi o śnieg, który przykrył mi cały samochód, ale o andrzejkowe trele morele. imię mojego pierwszego lawa to właśnie endrju. generalnie spieprzył mi moje podejście do chłopów, bo od tamtego czasu bardziej niż do powłoki, przywiązuję wagę do mózgu. do wartości. do wierności. do humoru. do cynizmu. wstyd się przyznać, ale chyba właśnie ten ostatni kręci mnie najbardziej. nie ma jak mieć za faceta cynika. nie ma jak być cynikiem. niestety jednak jestem…

    j

    kryzys finansowy jakoś mnie nie kręci. znaczy mnie nie przeraża. co tam. najwyżej zlicytują mi nerkę albo uśmiech. więcej i tak zrobić mi nie mogą. tak więc wpakowałem się w kolejne raty. w zasadzie łóżko już spłaciłem – może pora rozglądnąć się za jakąś wkładką do niego? na razie jednak w zastępstwie wziąłem tefau. całe czterdzieści dwa cale. co tam. jak szaleć, to szaleć. zlicytujmy do końca siatkówkę, rogówkę, tęczówkę, spojówkę i główkę. znaczy może nie. główki licytować nie zamierzam. jakoś wątpię by był popyt na podaż…

    In point of view minus cztery on 21 listopad 2008 at 22:00

    uśmiecham się do swojego smoka. nie. wcale nie chodzi mi o mojego penisa. bo w tym przypadku musiałbym określić formy właściwej dla cumelka. w tym momencie miałem na myśli naklejkę, która widnieje na mojej ścianie. nie wiem czemu, ale przywiązałem się do niej. nie chciałbym jej stracić. chyba tęskniłbym za nią. bosh. dziwne. tęsknić za kawałkiem papieru nasączonym klejem to nie w moim stylu. nie przywiązuję się do rzeczy. raczej do osób. tyle tylko, że w związku z tym, że onie niezbyt do mnie, to jakoś i proces ten w moim przypadku mało skutecznie przebiega…

    uśmiecham się do kompa. jakoś polubiłem ten wirtualny byt. daje mi chwile radości , uśmiechu, poczuciao bycia z kimś tam. choćby ten ktoś był ledwo namacalny. ale jednak. samotność? chyba właściwie i do niej się uśmiecham. lubię ją. jakoś dziwnie by mi bez niej było. inna inność, że właśnie w niej czuję się nieco bardziej szczęśliwy niż gdybym był bez niej. trudno ogarnąć. wam. łatwo mi…

    mortality

    uśmiecham się do was. każdego z was z osobna. i wszystkich zarazem. kto kiedykolwiek z blogersów się do was uśmiechnął? wszyscy mają na myśli tylko się. piszą tylko o tym co dotyczy ich osoby. pierwszej, drugiej, trzeciej liczby pojedynczej. chyba że chodzi o mnie. a jak wiadomo ja do siebie przemawiam w pierwszej mnogiej. jak bracia ka. albo lepiej – pontifex maximus. wow!

    In point of view minus cztery on 18 listopad 2008 at 23:42
    • nie wyszedł mi uśmiech na zakurzonym monitorze. jakbym lekko palcem niezbyt w górę buźkę pociągnął. na żywo wychodzi znacznie lepiej. bo co jak co, ale uśmiech to mam ka em zajebisty…

    • jutro eks kończy przedćwierćwiecze. wow. postarzał się młodzieniec. właśnie kilka minut po wigilijnej z nim rozmowie jestem. czego mu życzyć? uśmiechu. takiego jak mój. co najmniej…

    • i poczucia humoru. uwielbiam to moje humoru poczucie. nie wiem czemu, ale monty python przy mnie się kryje. abstrakcja większa niż picasso. acz bez sarkazmu. czasem z odrobiną ironii. o radości. o uśmiechu. chce mi się żyć.

    turtle

    • a poza tym jakoś takoś. oby tylko nie gorzej…

      ipod-earphones-stock-thumb.jpg lenka – trouble is a friend

      In point of view minus cztery on 15 listopad 2008 at 0:35

      ku niepocieszeniu serc wrogów moich własnych posłusznie melduję, iż wciąż żyję. choć słowo iż nie jest zbyt dobrym tutaj łącznikiem, jako że mało naturalne jest. zresztą iż winniśmy używać, gdy zbrzydnie nam zastosowanie że. no ale skoro wpis ten od ku rozpoczynam, to niech mi nikt zarzutu nie czyni, żem ku iż skłonn był rad zerkać. o du liebe! chyba z archaicznym językiem nieco przesadziłem. tyle wstępu. dalej winno nastąpić rozwinięcie. zresztą początek papieru toaletowego zawsze najtwardzy, a koniec jego najsmutniejszy. tym bardziej, gdy chcielibyśmy jeszcze i jeszcze, więcej i więcej, a tu zostaje nam w ręku tekturowy rulonik. kto jak kto, ale ja umiem docenić wartość papieru rzeczonego, bom zrodzon i wychowan w czasach, gdy było to dobro rzadsze niż pedał na necie. a że wtedy prawie netu nie było, to można to sobie całkiem śmiało wyobrazić. no chyba że miało się te cztery kilo makulatury. zresztą wracając do przedkropki, śmiało mogę stwierdzić, że (nie iż! ależ postępy czynię) każdy chciałby być gejem niźli klientem toalety przydomowej. doopa zapewniam mniej by bolała niż po przodku velvetu…

      odwiedziłem dzisiaj przybytek. tak mi się jakoś rzekło, coby pozostać w tematyce zakątka przemyśleń, szczęścia i próżności. jednakowoż chodziło mi tym razem bardziej o kwestie dziesiątej muzy, a nie białej muszli. choć gdybym miał wrócić do lat ubiegłych przeze mnie przeżytych, to mógłbym muszlę (świnoujską!) połączyć z filmem. do dziś mam na komórce cuda cudeńka słynnej iriny sukrzyny w jej własnym wykonaniu. ale wróć panie dziejku na tory rozwagi i pomyślunku. byłem dzisiaj z dżekesami na bondzie. znaczy na quantum of solace. niestety. bo stety by było, gdybym na craigu wylądował. albo choćby na judi dench. ewentualnie hellen mirren. dwie elizabety nawet by mi spasowały. a w promocji jedna camilla. o du liebe. raz kolejny. niestety casino royale miało coś w sobie. quantum mniej. a może to była raczej kwestia otoczenia? czy ja wiem… może.

      jack white i alicia keys to dno. chris cornell był powierzchnią. chyba zbytnio sentymentalnie się umuzykalniam. chyba czasem jednak podchodzę do wielu spraw nieco bardziej poważniej niż bym chciał. ale lubię. ostatnio opycham się paprykarzami szczecińskimi. uzależniłem się. prawie jak od żółtego sera. którego swoją drogą od paru tygodni się nie tykam. bo za mnie tyka. zegar. z kurantem. straszny dwór. tam na górze są ponoć równiny. na górze nie ma już fal. po trzech tygodniach usunąłem dziwną fryzurę, którą uskutecznił mi pan tomasz. rękoma i nożyczkoma panny adeli. znaczy nie wiem czy adeli. ale do panny mi tylko adela pasowała. tak jakoś. ale nie o tym. oto żyję. jakoś. wciąż. jeszcze. nadal. choć mało na co mam czas. mało na kogo. ale chyba lubię się alkoholizować. powiedzmy tylko że alko zastąpiła worka. i na pewno nie mosznowa…

      In point of view minus cztery on 3 listopad 2008 at 20:10
      • zaniżam poziom rozmowy. na czacie. i wcale nie chodzi o centymetry tym razem. ale o wprowadzony przeze mnie tok rozumowania. bo ośmielam ironizować. bo nie wiec co to znaczy a/p. bo zadaję pytania. ale wciąż je zadaję…

      • uciekam myślami wprzód. bo nie w tył. wbrew pozorom nie lubię tyłów. nie wracam do tego co było. nie opłakuję. nie wzdycham wszetecznie do wschodu. zawsze wolałem zachody. politycznie, geograficznie i romantycznie. choć po czesku zachod to wychodek. no i cała romantyczność pryska. niczym tłuszcz na patelni. mój tłuszcz nie pryska. on się wylewa. zza paska. zza horyzontu. zza obwodu…

      • wznoszę toast za przyszłość. za zukunft. za tego, czego nie znam. za ciebie i mnie. lubię wznosić toasty. lubię upajać się uśmiechem. własnym mniej. bo mniej się uśmiecham. bo mi kurze łapki na twarzy widać. ale jeszcze chwila. jeszcze moment. i będzie to usprawiedliwione. a może nie będzie?

      • a poza tym dziś mija trzecia rocznica mojego blogowania…