mam śmieszne skarpetki. ot takie w paski. wczoraj miałem w koniczynki. od doktorka. pierwszy raz w życiu. pierwszy raz od dostania. ech. bosh. wspomnienia wróciły. bo najśmieszniejsze jest w tym to, że oficjalnie wciąż z nim jestem w liasonie. żaden z nas nigdy bowiem tego nie zakończył. dlaczego o tym piszę? bo dzisiaj mijają cztery miesiące odtąd, gdy wiedźma mi powiedziała, że w ciągu czterech miesięcy do siebie wrócimy. może się łudziłem. może wierzyłem. może nie dowierzałem. a może nie chciałem nie dowierzać… tak czy inaczej dotarło do mnie, że zanim nadejdzie wschód trzeba przeżyć zachód. zanim wyzdrowiejesz musisz zachorować…
pełne butelki to puste serca. ponoć. dlatego uskuteczniam ich opróżnianie z tak wielkim sercem. największe ma ponoć koń. tak przynajmniej w lejdis mówiono. ale koń taki pata-taj, a nie ten co na nim ten tego pata-taj. to tak na marginesie jednak mniej więcej. o! właśnie ktoś mnie przebił na allegro. chamstwo. chamstwo. chamstwo. muszę się odegrać. nie popuszczę krawata i spinek do koszuli. trza jakoś w trumiencie wyglądać!
a wczoraj poimprezowaliśmy. migotka okazała się (chyba) być lesbisch friend. ja całowałem się z wiejską, a poza kątem jej widzenia obmacywałem dżeksa. na domiar dobrego obsługiwała nas węgierka. a że ja trochę tego języka liznąłem (boska jest activa śliwka węgierka suszona!), to się z nią dogadywałem. ale i tak najboższy był pan buła. czyli kazek szczypka. jego madre aniela uważa go za geja, bo mając lat czterdzieści nawet kobiety nie ma. za żadne pieniądze świata nie chcę się przekonać czy tak jest. wolałbym prędzej się upewnić czy aby migotka a-lesbijką nie jest… a poza tym nawala mi klawiatura. zamiast wu mi w2 wybija. grrr…





