eR

Archive for październik 2008

In point of view minus cztery on 31 październik 2008 at 19:31
  • próba generalna. takie pojęcie. przed premierą. nie przed premierem. przed premierem zawsze jest prezydent. i marszałek sejmu i senatu. a nierzadko i prymas. a najczęściej mikrofon. ja mikrofonów nie lubię, bo ponoć mam pedalski głos. i chód. a do tego chłód. jestem jak tracy strauss. mrożę, a ręce me ciepłe pozostają. nogi wiecznie zimne. ale pośród żywych. przynajmniej wciąż. tak więc prosektorium drogie jeszcze chwila. jeszcze moment. a potem jestem cały twój. no chyba że pójdę na organy. ale pewnie nie, bo kompletnie nie mam słuchu. ale chwila, moment. nasz organista słuchu nie miał, a grał. głosu nie miał a śpiewał. święceń też nie, a kazania prawił. o śpiewie. i wcale nie syrenim…

  • deadline. razy cztery. na dzisiaj przypadły. dziady kalwaryjskie. zmówiły się. czesi i słowacy. gdy się rodziłem jednym byli. dziś jakby ich więcej. i jeden głos w evropskej unie i uno więcej. spryciarze! ale ich rozszyfrowałem. słownie przynajmniej. jeszcze tylko węgierskiego się nauczę i grupa wyszehradzka moja. przy okazji chcieli mnie z balbiną wyswatać. że niby razem do się pasujemy. no pasujemy. ale ja wolę puzzelki z ogonkiem. a ona rozpuszczone włosy nosi. tak czy inaczej moja bląd asistąs to strzał w dziewiątkę. do dziesiątki rzeczowego ogonka jej brakuje…

  • deadline. i ja deadline. choć może już nie. bo dzisiaj uzupełniłem deficyt kalorii. dwa dni postu wszetecznego wystarczy. ostatnio zresztą odkryłem nowy smakołyk. i to za zeta siedemdziesiąt pięć na wyprzedaży w naszym osiedlowym sklepiku. paprykarz szczeciński. to taka namiastka urlopu. niektórzy ostatnio poskarżyli się w strassbourgu, że go paprykarzem żywili. drań policyjny jeden. i bezguście smakowe. bo od paprykarza lepsza jest łyżeczka kawy rozpuszczalnej. ot ostatnie moje odkrycie…

  • pani z inglisza stwierdziła, że uwielbia moje durne poczucie humoru. a co! nie każdemu cruiseliner kojarzy się z celiną dionową. mnie tak. do tego także z naszą panią kierownik, która subtelna niczym królowa śniegu podgrzewa atmosferę współpracy. ale praca czyni wolnym. przynajmniej jeśli chodzi o uwolnienie od czasu wolnego. o panie! uczyń mnie wolnym! i pan uczynił…

  • bląd asistąs dostała premię. całe dwie miesięczne pensje brutto. i to dzięki mnie. bo co jak co, ale ja jestem cholernie zajebistym szefem. za dobre wynagradzam, a za złe nie karzę. lubię ludzi, umiem ich docenić, choć czasem na nich krzyczę. tak więc zażyczyłem sobie od bezpośredniej przełożonej mojego białogłowego kaczęcia, coby pozbawiono jej spraw czystej atmosfery. i tym samym zapewniłem więcej roboty panu, który pode mnie nie podlega. zresztą nawet bym nie chciał. jakoś niespecjalnie mnie kręci cieleśnie. mam siłę przebicia. oj mam. ale wicepierwsi tak już mają…

  • no i pierwszy docenia wicepierwszego. ba! nie tylko werbalnie, ale i materialnie. ale że wicepierwszy jest idealistą lubi docenę tylko pierwszą z dwóch wcześniej wspomnianych. no i gdy pierwszy uznał zasługi wicepierwszego wręczając mu premię w wysokości dwóch średnich krajowych prawie, ten drugi subtelnie odmówił. co więcej nakazał zofiji wycofanie przelewu. bo wicepierwszy woli najpierw widzieć efekty swej pracy, a nie pot i łzy, które jej towarzyszą. i możecie mówić, że wicepierwszy walnięty jest. i rację mieć będziecie. niektórzy walnięci. inni walą. wieczny konflikt między stroną czynną i bierną. w języku branżowym – aktywną i pasywną. ale by to zrozumieć, trzeba mieć mózg. nie wytrysk. ten każdy ma. nie każda…

  • a tak w ogóle to miłych dziadów. i jak najpóźniejszego otrzymania bukietu chryzantem. a wcześniej kalii tudzież anturiów. ja lubię frezje. ale nikomu jeszcze o tym nie mówiłem.  bo i po co…

In point of view minus cztery on 27 październik 2008 at 19:38

donald tusek i jarek the duck się spotkali. właśnie mówią o tym w stacji, której nazwy nie mogę wymówić, coby nie narazić się zarządowi partii, która mogłaby wykonać na mnie egzekucję jak na marszałku dornie. w tym momencie wszyscy radośnie machamy vilowi, który uważa żelaznego ludwika za najbardziej erotycznego mężczyznę na świecie. pewnie dlatego mnie zostawił, ale to już kwestia estetyki. ech. pewnie bardziej bym się przejął, gdyby olał mnie dla gosia albo kalisza. choć kalisz to moje alter ego. ale o tym kiedyindziej. tak czy inaczej nie tędy droga sabo! poraz zmienić stację telewizyjną. kiedy odzyskam kompa? kiedy? bo jak na razie muszę słuchać muzyki zarchiwizowanej na płytkach. o dziwo po remoncie nie jest to muzyka najwyższych lotów. raczej taka kurzasta nieco. rolnik kocha swoją kurę!

ostatnio poczytałem sobie trochę o umieraniu. akuratnie gazeta, której imienia porządny pisowiec nie wypowie, a którą czasem podczytuję, prowadzi akcję umierać godnie. albo jakoś tam. chyba wolałbym godnie niż jakoś tam. właśnie siedzę nad nową wersją mojego testamentu. oczywiście nie zmieni się jedno – czyli kremacja. to podstawa. przynajmniej rodzinka poszaleje za oszczędności na trumnie, a garnitur i buty będzie mogła zbyć w jakimś second handzie. wow! wlaście na tvnie mówi jakiś alex ingram z londynu. mniam. ale znowu odchodzę. znaczy od wątku. w prosektorium najzabawniej jest nad ranem. i z myślą o tym właśnie może warto się odpowiednio przygotować. no ale niestety – ksiądz przestał się odzywać. po tym, jak mu napisałem, że ma się skupić na brewiarzu i kratce w konfesjonale, a nie krzyżyku na klawiaturze nokii. ech. chyba przesadziłem…

kryzys finansowy się zaznaczył w moim domostwie. akuratnie dzisiaj zapłaciłem rachunki. skandal! w dodatku straszą mnie, że mi gaz odetną. i prąd. jak nie zapłacę zaległych zobowiązań. więc płacę coby mi ręce nie marzły, bo jakby zimne były, toby zastosowanie znaleźć musiały zapisy akapitu wyżej. no i nie lubię się w zimnej wodzie kąpać, bo pewne rzeczy się kurczą. i palce marszczą… a poza tym błysnąłem. i tym razem nie metryką. ale durnym poczuciem humoru. w grodzie kraka, gdzie mój brat bliźniak pod wawelem w jaskini rezyduje. jeden sesemes i ogniem zieje. na gaz. on na gaz. ja na gazie…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg jacek kaczmarski – przyczynek do legendy o św. jerzym

In point of view minus cztery on 24 październik 2008 at 17:27
  • jörg haider może był gejem, a moze nie był. dziś nie obchodzi mnie to. dziś już nie martwię się tym. był pięknym cieleśnie mężczyzną, z którym jestem w stanie wyobrazić się przy. miał to coś. grrr…
  • ksiądz się nie odczepia. to mnie nawraca. to znowu podrywa. to nazywa bratem. choć trafniej by było siostrą. żąda deklaracji, a na oczywistą oczywistość, że nie mam zamiaru się w kimkolwiek zakochiwać, twierdzi, że nie będę miał na to wpływu, bo to i tak boski plan. pewnie podchodzi do swoich studiów, jak ja podchodziłem. bo gdyby traktował je serio, to już w pięcioksiągu zorientowałby się, że pan be dał ludziom wolną wolę…
  • z bląd asistąs bywałem na południu. ba! nawet czekoladę z zachodu dostała. coby nie myślała, że jej szefo jak hobbit. największa sknera, centuś i skąpiec świata. harpagon się kryje. no i mam lentilky!
  • odwiedziłem tomasza. nie. nie doktorka. tylko mojego fryzjera. i wyglądam jak pedał z coconu. straszne. chciałem, by tylko mnie przyciął. a on mnie obrzezał. no nic. odrosną. napletek miałby problem. chociaż szczerze mówiąc, nie miałbym pewnie nic przeciw.
  • po raz kolejny dowiedziałem się od pierdoły roku (lat tyle ile ulubiona pozycja większości tutaj czytających), że gadam pierdoły. durna łysina! nie gadałem o nim tylko o finansach. no ale jak każdy spekulant (w jego oświadczeniu oszczędności w złociszczach to zaledwie dwieście i trzy zera) świruje na myśl o kryzysie finansowych na światowych rynkach. specjalnie powiedziałem zofiji coby kreowała księgi, żeby stary wrzód się wkurzył. a co!
  • uczę się słowackiego. zaujmy, priestory, podminky i inne uzemni plany nie robią już na mnie żadnego wrażenia. w końcu to ja dogadałem się z belgiem, choć nie znam belgijskiego. umówiłem się na juniusza z węgrem. i to przez telefon. w dodatku gadając mową czechowa, choć wcale jej nie znam. inna inność, że czechowy język podobny do slovensztiny. ale chyba inaczej się tworzy przymiotnik od rzeczownika czeski. moje językowe zdolności są całkiem całkiem. i tu zgadzam się totalnie – choć mało skromnie – z vilem, że umiem nim cuda wyprawiać…
  • moja sis zakochała się w prisonerze. i bynajmniej nie w scofieldzie. zresztą chyba wyśmiałbym ją, że ma aż tak beznadziejny gust. ja tam bardziej przepadałem za veronicą. którą chyba poćwiartowali. patrząc na trzeci sezon, miałbym ochotę zrobić to w auto dafe. a co? płonące kostki lodu… to byłoby coś!
  • miałem być dzisiaj na koncercie w sali koncertowej akademiji muzycznej w śląskiej stolicy. niestety zaproszenie było dla dwóch osób. a jakoś jeszcze się nie rozdwoiłem. a może tak. zauważyli państwo pewnie nową formę? [tu słychać ajronik laf piszącego]
  • a na koniec pewnie błogosławieństwo. chociaż nie! takowe tylko na początek. dostaję od dwóch tygodni punkt szósta jedenaście. może kiedyś okaże się ta kombinacja liczb punktem wyjścia dla lostów dwa.
  • nie chce mi się dalej płodzić. wychodzą same dałny. ech…

In point of view minus cztery on 18 październik 2008 at 20:50

es o szóstej nad ranem w sobotę to lekka paranoja. ten, kto je wysyła, powinien znajdować się pod szczególną ochroną. i w rzeczy samej jest. same zastępy aniołów się pewnie za nim wstawią, gdybym chciał mu zrobić krzywdę. tak więc odstąpię niczym tusek przed prezydentem w brukseli. nie będę się narażał płonącym mieczom archanielskim i perspektywom spędzenia wieczności w smolistym kociołku. ale do rzeczy – napisał mi rano mój prywatny przyszły spowiednik. czyli the priest. niestety nie ten od antonii byrd, ale jednak. i jak jeszcze dodał – tuż przed mszą. krajste. zapłacę za to. ale mimo wszystko coraz bardziej mnie korci, by sprawdzić jego karty. i odkryć cóż to za blek dżek się za nimi kryje. spłonę za to. jeśli nie w piekle, to na stosie. benedetto mi tego nie podaruje. chyba że to pastor. znaczy mój ksiądz – nie benedetto. a to już inna inność…

jeszcze na moment o jörgu heiderze. właśnie się okazało, że na parę godzin przed wypadkiem ten nacjonalista zabawiał się z jakimś młodzieńcem w pedał-budzie. no i co? mimo że nie jestem jakimś nekrofilem, to chętnie bym się takiemu pięćdziesięciolatkowi w ramion oddał. niesamowity zeń aryjczyk. te oczy. ta szczęka. to ciało. no ludzie. nie jeden dwudziestolatek nie dorasta mu do pięt. a że ja jako prawicowiem generalnie w pewnych punktach podzielam jego zdanie, to jest mi tym bardziej z nim po drodze. ofkors mój semityzm kłóci się z jego antysemityzmem, ale orientacyjnie jestem cały z nim. ech…

komp mi się skończył. siedzę więc przy służbowym lapitopi, na którym zamiast pisać kolejne projekty do evropskej unie, siedzę i monitor sprajuje. bo komara na nim akuratnie zamordowałem. z ciepłą krwią. bo zimnej nie miał. ale ja go zabiłem. z zimną krwią. choć ciepłą. bo wciąż żyję. mimo że akapit wyżej na nekrofila wyszedłem. mrrau.

ipod-earphones-stock-thumb.jpg przysieczanki – przy piecu stoła

In point of view minus cztery on 13 październik 2008 at 11:07

przez parę dni notorycznie popełniałem przestępstwo przeciw bezpieczeństwu w ruchu drogowym. a mianowicie prowadziłem pojazd bez dokumentu, któryby mnie do tego uprawniał. no bo na ciągnik ponoć trza mieć jakiś osobny dokument i prawko typu be nie jest tutaj wystarczające. tak więc jeździłem po dziedzinie zetorem marki vec-tra-ctor. tak przynajmniej można było określić mojego opla, gdy w drodze do lasu odpadł mi tłumik. natychmiast skręciłem do mechanika, coby mnie podwiązał niczym dojrzewającą gwiazdę hollywoodu, mając nadzieję na romans typu ally mcbeal z pierwszego odcinka czwartego sezonu, w którym puściła się z pracownikiem myjni. niestety pan mechanik okazał się równie atrakcyjny, jak ja pięćdziesiąt kilo temu. ale za to miły, przyjazny i uczynny. również jak ja pół kwintala wstecz. tak czy inaczej zrobił mi druta. znaczy na tłumiku. przymocował go taką metalową linką. o! teraz będzie już bez żadnych wątpliwości. no i mogłem udać się na umówione wcześniej spotkanie w rzeczonym lesie. no i w tym miejscu muszę cię droga czytelniczko lub czytelniku przystojny kolejny raz rozczarować – w lesie również nie było zadnego barabara i borubara, a nawet wodnika o imieniu barbara (no właśnie! z jakiej to bajki, he?), a jedynie sadzenie lasu. nie ma jak udzielanie się w ekologicznych organizcjach i stowarzyszeniach!

inauguracja roku akademickiego tegorocznego już za mną. jestem znowu studentem. mam indeks i swoją ławkę. i koleżanki. o zgrozo! w grupie same kobity. a już oczyma wyobraźni widziałem się w objęciach jakiegoś przystojnego studenta, a tu mam panią marię z ośrodka pomocy społecznej, której jest więcej niż mojej byłej wice-głównej-księgowej. a do tego ambitna jak julia pitera. chce wszystko o wszystkim wiedzieć i wypowiada się na każdy temat, na jaki tylko jej pozwolą… tak więc z uczelnianego romansu nici. czyli ani mechanik mi niepisany, ani student. no nic – trzeba się starać gdzieindziej. więc temu mnie na inglisza wzięło. i od razu rzucili mnie do grupy, która przygotowuje się do certyfikatu. masakra! ale tam przynajmniej jest wesoło. powiedziałbym, że prawie równie wesoło jak na uniwerystecie ekonomicznym, który zachciało mi się zaliczyć (w domyśle studenta rzeczonej uczelni!). bo oto mam również żeńską grupę. w tym tancerkę rumby, sobowtóra alicji janosz i nauczycielkę rosjankę. czyli w niebiesiach wyraźnie mi zapisali, że przez taką aktywność na żadne miłosne uniesienia liczyć nie mogę. czyli co? mam się do róż różańcowych zapisać? auć!

róże…? właśnie. w tym oto jest klucz. bo pewnego wieczora siedzę sobie spokojnie w domu (ba! nawet po trzeźwemu to było, więc pamiętam!), rozmawiając ze swoją sis o jej romansie z pensjonariuszem zakładu penitencjarnego. i nagle dostaję esa z jakiegoś nieidentyfikowalnego numeru, w którym ktoś śle mi pozdrowienia. jak się okazuje po dwudziestu siedmiu wymienionych wzajemnie mesydżach – to również beneficjent podobnego zamkniętego systemu kształcenia – tyle tylko, że nie typu z okolic rakowieckiej w warszawie, a raczej krakoffskiej franciszkańskiej. tak o to od blisko tygodnia romansuję smsowo z księdzem. który niby wydębił mój numer od jakichś naszych wspólnych znajomych… śledztwo trwa! potem będzie tylko egzekucja. tak więc nastąpi sprzężenie zwrotne. tyle tylko, że kraty konfesjonału zamienię na te w oknach. szczególnie za esa o szóstej jedenaście z błogosławieństwem! bosko. w przenośni i dosłownie…

a na zakończenie smutna wieść. w wypadku zginął jeden z najprzystojniejszych i chyba najbardziej męskich moim zdaniem polityków europejskich – jörg haider. abstrahując od jego politycznych opinii i przekonań, które czasem były nader dalekie od moich, miał gość w sobie to coś! kropka. zwyczajnie po ludzki mi szaro. a nie brunatnie! coby nie było…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg krystyna tkacz – w prosektorium najweselej jest nad ranem

In point of view minus cztery on 3 październik 2008 at 18:57

jasny gwint. będzie picie. bo kicham. jakbym był chory. ale tylko na umyśle jestem, więc się nie liczy. tak jak panowie nie liczą swoich panów. choć nad panów ostatnio mam panie. i to jakie! które piją więcej niż ja. ostatnio tak się ściąłem z dwiema mężatkami na szkoleniu, że aż iskry leciały. pani zerówka i matka dwójki dzieci ostro trzymały mi kroku. cztery piwa plus żołądkowa plus piwo. i już prawie mnie miały. szczególnie jedna, która usilnie próbowała mnie zeswatać z dziouchą taką jedną, którą swoją drogą uwielbiam. ale również uwielbiam cpb – niemniej jednak nigdy nie wyobrażałem się na tronie następcy króla anglii i takich tam… tak czy inaczej walk był zacięta. niestety ja nie dotrzymałem kroku już tymże przedstawicielkom płci prawie pięknej. jako że niespecjalnie miałem ochotę na poranną aspirynę (choć one się upierały wszetecznie). wystarczyło hadwao. ale i ja prawie jak nowo narodzon byłem. ba! nawet popiołów nie potrzebowałem. choć dajamond by się przydał. ale to prawdziwy przyjaciel pań. a ja pań bez kreseczki nad en. choć z kreseczką kajindziej. ale cii. ten blog jest dla niepełnolatków dopuszczon. tak czy inaczej uwielbiam szkolenia z noclegiem. kobiety, piwo i śpiew. i alkohol. choćby za sto zeta za pół litra. zdziercy z krainy szuwarka! albo kanarka. bo i taki był. dodatkowo mój imiennik. er kanarek. o du liebe mutter des gottes…

pomniki przyrody to ważna rzecz. ale i smutna. szczególnie, gdy fruwają po dziedzinie niesione trąbą powietrzną. nawet szef sztabu im rady nie da. bo akuratnie na urlopie siedzi. pewnie w bujanym fotelu, bo mimo że wieku emerytalnego nie osiąga, to wygląda jakby znał od przedszkola co najmiej miećkę świętej pamięci ćwiklińską. uwielbiam tę babę. szczególnie gdy pani minister tańczy. a jak tańczy to tylko w warszawie. bo w warszawie się tańczy. albo interesy robi. jak nasi szkoleniowcy z kanarkiem włącznie. ot taki mały najazd stolców – tfu! stołeczników… – na nasz śląski ciemnogród. nie lubią mnie panowie stamtąd. szczególnie dyrektor do spraw administracyjnych. choć u nas na śląsku takowy się sekretarkiem zwie. ale tam wszystko musi być takie skomplikowane jak związek jarka i szczypińskiej. shit! ajsi! ci ty qwa z dżolantą wspólnego masz? chociaż chwała ci, że z tą, a nie z tą od tego drugiego jarka z panny z wilka. bosh. jak ja uwielbiam warszawę. szkoda, że mój ojciec syrenkę w obroty wziął. mi na chwilę obecną tylko nike zostały. niestety flaszka za stówę skreśliła całkowicie zakupy w markowych sklepach. znaczy sklepach z towarami ze znaczkiem er w kółeczku. w markowym świecie to ja byłem lata temu. no może miesiące. ale i tak wspominam z goopim uśmieszkiemi…

zaczynam się kształcić. i to wszechstronnie. najpierw szkolenie w stawie po czesku. potem inglisz z kobietami i jednym kolesiem, który przyszedł na zajęcia z kobietą (shit happens!), a za tydzień krakoff. erciu ty patafianie. odmładzasz się indexem zamiast botoxem. a indexy spadają ostatnio. na przykład taki dałn dżons. znaczy dow jones. ja totally political corectness uprawiam. częściej niż sex ofkors! choć na szkoleniu noc spędzałem w pokoju z panem z gminy wiejskiej o imieniu wieś. znaczy on był wieś, choć jego gmina też wieś. więc skradam się po cichu na palcach jak prima balerona di rzeźnia coby go nie zbudzić. idę pod prysznić, a potem raz dwa do łoża. i już prawie mam zasnąć snem niespokojnym, oddając się morfeuszowi od kazej strony i otworu… a tu nagle cyk. światło on. znaczy nie on w sensie on lub he. tylko on w senie cyk. ktoś wszedł do pokoju. jakiś pan. już oczyma wyobraźni (po pół litra za stówę) wyobrażam sobie się w jego ramionach… a ta doopa przyszła tu dla dupy. kupę zrobić. skorzystała z papieru toaletowego (w ubikejszyn ofkors…) i poszła precz. jak moja młodość. ale tak czy inaczej najcudniejszą wsią na świecie jest porąbka…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg tola mankiewiczówna – reformy pani minister