-
próba generalna. takie pojęcie. przed premierą. nie przed premierem. przed premierem zawsze jest prezydent. i marszałek sejmu i senatu. a nierzadko i prymas. a najczęściej mikrofon. ja mikrofonów nie lubię, bo ponoć mam pedalski głos. i chód. a do tego chłód. jestem jak tracy strauss. mrożę, a ręce me ciepłe pozostają. nogi wiecznie zimne. ale pośród żywych. przynajmniej wciąż. tak więc prosektorium drogie jeszcze chwila. jeszcze moment. a potem jestem cały twój. no chyba że pójdę na organy. ale pewnie nie, bo kompletnie nie mam słuchu. ale chwila, moment. nasz organista słuchu nie miał, a grał. głosu nie miał a śpiewał. święceń też nie, a kazania prawił. o śpiewie. i wcale nie syrenim…
-
deadline. razy cztery. na dzisiaj przypadły. dziady kalwaryjskie. zmówiły się. czesi i słowacy. gdy się rodziłem jednym byli. dziś jakby ich więcej. i jeden głos w evropskej unie i uno więcej. spryciarze! ale ich rozszyfrowałem. słownie przynajmniej. jeszcze tylko węgierskiego się nauczę i grupa wyszehradzka moja. przy okazji chcieli mnie z balbiną wyswatać. że niby razem do się pasujemy. no pasujemy. ale ja wolę puzzelki z ogonkiem. a ona rozpuszczone włosy nosi. tak czy inaczej moja bląd asistąs to strzał w dziewiątkę. do dziesiątki rzeczowego ogonka jej brakuje…
-
deadline. i ja deadline. choć może już nie. bo dzisiaj uzupełniłem deficyt kalorii. dwa dni postu wszetecznego wystarczy. ostatnio zresztą odkryłem nowy smakołyk. i to za zeta siedemdziesiąt pięć na wyprzedaży w naszym osiedlowym sklepiku. paprykarz szczeciński. to taka namiastka urlopu. niektórzy ostatnio poskarżyli się w strassbourgu, że go paprykarzem żywili. drań policyjny jeden. i bezguście smakowe. bo od paprykarza lepsza jest łyżeczka kawy rozpuszczalnej. ot ostatnie moje odkrycie…
-
pani z inglisza stwierdziła, że uwielbia moje durne poczucie humoru. a co! nie każdemu cruiseliner kojarzy się z celiną dionową. mnie tak. do tego także z naszą panią kierownik, która subtelna niczym królowa śniegu podgrzewa atmosferę współpracy. ale praca czyni wolnym. przynajmniej jeśli chodzi o uwolnienie od czasu wolnego. o panie! uczyń mnie wolnym! i pan uczynił…
-
bląd asistąs dostała premię. całe dwie miesięczne pensje brutto. i to dzięki mnie. bo co jak co, ale ja jestem cholernie zajebistym szefem. za dobre wynagradzam, a za złe nie karzę. lubię ludzi, umiem ich docenić, choć czasem na nich krzyczę. tak więc zażyczyłem sobie od bezpośredniej przełożonej mojego białogłowego kaczęcia, coby pozbawiono jej spraw czystej atmosfery. i tym samym zapewniłem więcej roboty panu, który pode mnie nie podlega. zresztą nawet bym nie chciał. jakoś niespecjalnie mnie kręci cieleśnie. mam siłę przebicia. oj mam. ale wicepierwsi tak już mają…
-
no i pierwszy docenia wicepierwszego. ba! nie tylko werbalnie, ale i materialnie. ale że wicepierwszy jest idealistą lubi docenę tylko pierwszą z dwóch wcześniej wspomnianych. no i gdy pierwszy uznał zasługi wicepierwszego wręczając mu premię w wysokości dwóch średnich krajowych prawie, ten drugi subtelnie odmówił. co więcej nakazał zofiji wycofanie przelewu. bo wicepierwszy woli najpierw widzieć efekty swej pracy, a nie pot i łzy, które jej towarzyszą. i możecie mówić, że wicepierwszy walnięty jest. i rację mieć będziecie. niektórzy walnięci. inni walą. wieczny konflikt między stroną czynną i bierną. w języku branżowym – aktywną i pasywną. ale by to zrozumieć, trzeba mieć mózg. nie wytrysk. ten każdy ma. nie każda…
-
a tak w ogóle to miłych dziadów. i jak najpóźniejszego otrzymania bukietu chryzantem. a wcześniej kalii tudzież anturiów. ja lubię frezje. ale nikomu jeszcze o tym nie mówiłem. bo i po co…




