jakże cudowny dzień! niech mnie kule biją. wystarczyło tylko zapomnieć komórki, bym mógł spokojnie przeżyć dzisiejszą kartkę z kalendarza. choć po nocy lekko zmasakrowany ciężko było. nienawidzę komarów. mógłbym wystrzelać je, jak james mcavoy muchy w ściganych. znaczy krzywdy bym im nie zrobił. ale te durne skrzydełka raz na zawsze oddzielił od wątłych odwłoków. wredne potwory pozbawiły mnie dziś godziny snu, dzięki czemu miałem okazję zapoznać się z kolejnym odcinkiem mns oraz być świadkiem nowej oprawy graficznej kawy czy herbaty. a mamrota u mnie nie ma. bu! porządnieję na stare lata mr. er… tak czy inaczej cudowny dzień dobiegł końca. choć cudowna jest ponoć woda z lichenia. tyle tylko, że tam żadnej wody nie ma. chyba. ale nie znam się…
wiejska odeszła od męża. przynajmniej tak jeszcze twierdziła przedwczoraj i wczoraj. najpierw wysłał jej esemesy, że wraca do stolicy, ale i tak rozbije się na pierwszym skrzyżowaniu. potem kazał, coby przekazała jego rzeczy na peceka. w końcu zmienił zamki w drzwiach i zagroził że jego rodzina zniszczy jej rodzinę. w rezultacie przeszukał jej rzeczy i oskarżył o oszustwo w zakresie zarobków i zaciągniętych kredytów. zapomniał baran, że mają rozdzielność. no nic… zobaczymy, jak się potoczy ichniejsza ta historia. na razie cud miód i malina. nie wiem, co barbarella przeskrobała w poprzednim życiu, że tak jest obecnie doświadczana przez absolut… pewnikiem musiała być co najmniej ewą braun…
a ja w kołowrotku jak śpiewała anna maryja jot, co ponoć shazzie chórki kiedyś robiła, jak się dowiedziałem rankiem na tvn style. work, work, work. mamy wiejskie święto. wieńce, korowody, farorz i przytupy lokalnej kapeli. tu powinien padać krzyk, jaki wydawała kędyś tam anne heche w ally mcbeal, ale nie za bardzo umiem to wyrazić słowem pisanym. wyobraźta tam sobie mnie w kamizelce z czerwonymi kućkami i w skórzanych butach, hej! tak czy inaczej weekend z głowy. w rytmie do cieszyna sypana dróżeczka i takich tam. plus w promocji wiejskie występy gwiazd z katalogu za cztery tysiące zeta. ponoć paschalska bierze koło pięciu, więc z góry bóg zapłać za kondolencje. poza tym w odebranym co dopiero paszporcie ostatni ciąg cyfr to 13. to musi coś znaczyć… uwielbiam liczby nieparzyste. takie małe zboczenie a la hrabia z ulicy sezamkowej.


strasznie rozrywkowo tam u ciebie, nic tylko ciągle jakieś zabawy, festyny
ja dzis idę na wesele ale tam chyba tańców z przytupem nie będzie, buźka
eR: i jak? bukiet złapałaś?? bo ja jeszcze nie… bu
no no, czyli jednak wiejska to zrobiła a myślałem, że nigdy tego nie zrobi – no popatrz… i tak w ogóle miłej zabawy eR ;P
eR: kupił jej na rocznice drugą kolczyki. za 150 zeta. dzień wcześniej dostała inne z serduszkami za sześć dych. bo jej nawyzywał. bosko!
mhmmmm w czerwonej kamizelce
ciekawe, czy stanie sie twoim atrybutem 

jesli kaja wystapila i wykonala mala chinke – to serdecznie wspolczuje
wczoraj byla znowu jakas eurowizja ;/ kibicowales komus???
eR: chinka jest boska. kaja też. gosia a. to obciach dla mego miasta! aaaa!! a eurowizja? ja tylko śpiewającą wyznaję. tanców z gwiazdami nie uskuteczniam. nie lubię tańczyć sam ze sobą…
dawno nie czytalam czegos tak ciekawie napisanego :] tzn nie mowie, ze ciekawe sa fakty – no moze poza wiejskiej odejsciem od meza. szczegolnie, ze mozna liczyc na emocjonujacy ciag dalszy… ale masz swietny styl. tyle tytulem wazelinki. skoro moge bezarnie ;P
eR: mnie nie można chwalić. bo się pławię w tym potem. tragedia! a! a mój styl? to dzięki lekturze twojego stylu… czytałem go 4 lata temu w bibliotece bodaj… i tak mi zostało… ygh… masakra! a wazelinka? dla geja to jak oaza na pustyni. a jak
i miłam racje, tańców z przytupem nie było, bo wesele było w pałacu, prawdziwy high life! bukietu ani welonu też nie złapałam
choć wolałabym złapać jakiegoś przystojniaka