eR

Archive for wrzesień 2008

In point of view minus cztery on 28 wrzesień 2008 at 16:06

czytałem sobie właśnie na stronach die welt o cesarzu wilhelmie drugim i natrafiłem na genialne zdanie – jak powszechnie wiadomo młodość to jedyny błąd, który naprawia się sam z siebie. coś w tym jest. nie będę streszczał artykułu, bo to nie temu tu piszę, a skupię się li tylko na zacytowanej przeze mnie właśnie mądrości, która trafiła mnie prosto w międzyocze. auć! mój garbaty nos! choć lepiej tak niż w międzykrocze. bo konik garbusek by tego mógł nie znieść… takie durne pierdoły dzisiaj mi na klawiaturę przychodzą. to chyba temu, że krew jeszcze nie odparowała nadmiaru procentualiów, które się w jej obieg dostały w minione dni. na pierwszy plan poszedł dzieciak młodszy, który wypił tyle co ja i się pochorował. a ja nawet najmniejszego bólu głowy nie poczułem. ale jak mówi niemieckie przysłowie – übung macht den meister. więc ja jestem jakby titanic. a jedyną mi górą lodową wątroba. swoją drogą w sphinksie całkiem niezłą podają…

oprócz tego, że jestem alkoholikiem, całkiem fajna ze mnie… no nie. doopa nie. kiedyś tak. dziś to raczej doopsko wszeteczne. kura domowa ze mnie całkiem całkiem. sam piorę, sam sprzątam, sam maluję (ściany – coby nie było, że się!), sam piorę… no z tym ostatnim to nie tak do końca, bo pralka pierze. ale ja ją załączam. ostatnio przekonałem się, że moje spinki do mankietów za pół setki są wodoodporne. bo nic a nic się w pralce nie zmarnowały. tylko już wiem, że łazienkowych dywaniczków (rocznik 1998) nie można prać z koszulami, bo podkładka gumiasta po 10 latach używania zaczyna się kruszyć i przyczepiać się do pobocznego prania. skandal! a potem trzeba trzepać. pranie strzepywać przed powieszeniem ofkors. coby nie było, zboczeńcy!

a przede mną szkolenie. w śląskich tworkach. czyli rybniku. bosko! może mnie tam zatrzymają na dłużej. chociaż lepiej może nie. lekarze jakoś ostatnio wzbudzają moją rezerwę. znaczy u mnie. ale gramatycznie niech nawet tak będzie. ostatnio mi się oberwało za ściąganie okularów, kiedy to ponoć się je zdejmuje. przyjąłem do wiadomości i słownika wyrazów własnych. teraz zdejmuję okulary. ściągam soczewki. chyba że znowu ktoś mi uwagę zwróci. wtedy zwrócę. honor znaczy. nic innego. rzadko zwracam. bo jak już wyżej nadmieniłem – ćwiczenie czyni masterem. tfu mistrzem. slejwów też nie mam. znaczy mam jednego twardego. to jest dysk twardy mam. jeden master – drugi niewolnik. a na niewolniku sporo tego tamtego… nawet kiedyś pogrzeba papieża miałem, ale mój kochany eks uznał, że się nie godzi czegoś takiego razem z brzydkimi filmami, w których bohaterowie polsatowskich show grają, trzymać i mi na bezczelnego to skasował. ale to cały on! ja bym filmy dla dorosłych gejuff wywalił – on wywalił pożegnanie dżejpitu. i w tym miejscu wszyscy ślemy buziaczki viljarowi!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg jim sturgess – girl

In point of view minus cztery on 24 wrzesień 2008 at 17:58

tralala, tralala mam dobry humor. bo jesień. bo deszczyk. bo zimno. bo nijak. a ja lubie rodzaj nijaki. nie, nie, nie! nie jestem pedofilem. co to to nie. po prostu nijaki jestem ja. a że mam totalnie wielki poziom samoakceptacji to temu. seksualnie wolę rodzaj męski. a w niemieckim żeński, bo najłatwiejszą deklinację. no i intuicyjnie wyczuwam, że akurat należy się rodzajnik die. die. die. nie. o umieraniu nie będzie. ani o księżnej, co dokonała żywota w podparyskim tunelu. choć hipkowa mama nagrała sobie pogrzeb i oglądała każdej soboty. aż się hipkowi nie przyśniło, coby nagrać jakąś różową landrynkę na wideo. i jakie było zdziffko hipkowej madre, gdy zamiast księżnej na katafalku zobaczyła skąpo ubraną słit dajanę na leżance. chwała panu w niebiesiech, że nie przypadło to odkrycie na święta wielkanocne, bo by się mogła zdziwić z lekka. tak czy inaczej hipcio miał pozamiatane, jak wtedy gdy spreparowałem mu wezwanie do oddania trzech pornoli w wypożyczalni cztery cztery. oj biedny był przeze mnie. zresztą nie on pierwszy – w połowie lat 90tych (tylko bez goopkowatych uśmieszków droga młodzieży) zadzwoniłem z automatu na monety i oznajmiłem mamie rudego – jako wiesia-wuefistka ofkors (znowu proszę się nie śmiać – to było przed mutacją, więc byłem wiarygodny) – że nie umie kopyrtków (znaczy przewrotów) w przód i w tył. biedak. dwie godziny musiał ćwiczyć na strychu. a to ja, a nie on, byłem wuefową dupą. i wcale nie chodziło o to, że panowie w szatni lookali na moje kształty. oj na pewno nie…

moja sis doprowadziła do skazania swojego byłego mężczyzny. za alimenty. a raczej za brak konsekwencji w ich płaceniu. czyli zrobiła go jak jarek dorna ludwika. ale to inna inność. jeśli nie oczywista oczywistość ofkors… niby ma rozłożone na raty dwa i pół koła, ale jeśli nie uda mu się ich spłacić w ciągu dwóch kolejnych lat, to pójdzie siedzieć. i oto jest przewaga ich heteryków nad nami pedałami. jakże ja chętnie bym oskarżył jednego z drugim za zmarnowane lata, miesiące, tygodnie i dni. ale pewnie oni w życiu by mnie nie wypłacili, bo więzienie to byłby dla nich raj. tyle męskich ciał i jeden prysznić. no i mydło. ale pewnie zasponsorowałbym rzeczonemu zakładowi karnemu system mydłowania w płynie. bo przeca nie w żelu – goopi nie jestem… chociaż mówi się chyba mydlenia. ale oczu. w tej grze byłem pasywny, oj… o, mieczysława ćwiklińska się odezwała. miło czasem usłyszeć jakiś głos zza światów. tralala, tralala…

w tym tygodniu wożę panią dejzi. no może nie dejzi. i może nie panią. ale pana de. znaczy mojego siostrzeńca do zerówki. to chyba najmądrzejszy pasażer mojego samochodu, który lada miesiąć odejdzie w zapomnienie. ale o tym kiedy indziej. tak więc od poniedziałku toczymy sobie dyskusje na temat nindż wszelakiej maści, lordów vaderów, pałer rejndżersów (cokolwiek by to nie było) i porannego wstawania. obaj bowiem z misterem di nienawidzimy porannego wstawania i krzywdzimy werbalnie każdego przypadkowo spotkanego człowieka. to nas łączy. inna inność, że nieco wykorzystuję małego do swych niecnych celów. i jak już wyżej zaznaczyłem – żadnych treści, za które mogliby mnie wsadzić do więzienia, w którym znając moje szczęście ktoś już by zasponsorował system mydłowania w płynie. po prostu to kilka chwil co drugi tydzień, gdy mogę pomyśleć o sobie jako o w pewnym rodzaju ojcu. miłe uczucie… jesień roztkliwia. nienawidzę jesieni! tralala, tralala…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg jace everett – bad things

In point of view minus cztery on 19 wrzesień 2008 at 22:24

…a mjuzik sobie gra. jak gdyby nigdy nic. raz głośniej, innym razem jeszcze głośniej, a innym innym razem bardzo głośno. że lubię głośne granie? a w życiu. po prostu głuchnę z biegiem lat, z biegiem dni, z biegiem rzek. a skrzynia biegów coraz mniejsza. jakbym chciał wrzucić na szósty bieg. że niby wstecz? ba! właśnie. cofnąć się w tył. że niby cofać się tylko w tył można? ano tak. ale głośnym głosem też można krzyknąć. o radości, iskro bogów! czyżbym był słyszalny? czy jak może świętej pamięci marek gajewski li tylko migam w prawym dolnym rogu raz po raz używając rok i ruszając ustami niczym rybka zwana wandą, która niemca nie chciała… ja bym tam za niemca chętnie poszedł. nie dość, że wolę dojcz niż francyzisz, to na dodatek sauerkraut ostatnio z sauergurkami sobie śniadam. że na obiad to inna inność, ale pierwszy posiłek to właśnie brekfest. tylko bed mi brakuje…

a jutro richtung niegdysiejsza stolica polski. krakau stadt. hobbita pora odwiedzić, bo się stęsknił. ciekawe czy za mną, czy za wałówką, którą mu zawiozę od jego parentsów. a może za cedeczkami, na których zapisał filmy dla dorosłych gejuff, których niestety nie obejrzałem, bo szkoda mi czasu było. no ale coby mu przykro nie było, opowiem zakończenie. się działo. jak w górze dantego. ajaj! tak więc odwiedzę rynek, adasia, kwiaciarki, które mi się będą po raz kolejny dziwnie przyglądać, gdy będę się do nich goopkowato uśmiechać. rozczulają mnie kobiety za ladą. od młodzieńczych lat, kiedy to w polskiej tefau królowały południowosąsiedzkie seriale. inna inność, że jak wchodzę do swojego osiedlowego spożywczaka, gdzie zamiast obuwia ziemniaki sprzedają, wszystkie panie kłaniają mi się niczym przed chińskim ceszarzem. ba! niczym przed mao, którym lada dzień będę. dla ciekawskich polecam poiś. ale wracając do sedna – właściwie se do dna – to najgłębiej szczerze wita mnie pani z monopolowego. kochana! pewnie temu najwięcej pensji u niej pozostawiam…

naprawiłem kompa. poczułem się jak gwiazda heteryckiego pornosa, który za jednych wytryskiem zaliczył co najmniej trzy panny. znaczy takie panny z nich jak ze mnie koziorożec, choć powszechnie wiadomo żem ryba. tudzież koza dla sinologów. tak czy owak zawsze nowak. gdyby mnie madre za panny miała, miałbym tak na nazwisko. ale urodziłem się w związku małżeńskim bogu i cesarzowi zawierzonemu, co spowodowało żem tak czy owak z last nejm nieco inaczej, choć alfabetycznie tuż obok. i znowu zboczyłem. ze ścieżki wypowiedzi – nie spowiedzi. choć lata już nie bywałem. bosh. niech mnie ktoś walnie, bo błądzę bo klawiaturze. inna inność, że błądzić to ludzka rzecz. ale wracając z manowców naprawiłem kompa. wystarczyło zainstalować na nju sterowniki karty graficznej i już mogę fikać po bezecennych portalach de pedales. osz ja niedobry i grzeszny! gdzie moja włośnica? gdzie mapa z drogą do canossy? gdzie empeczy z muzyką ewy sonnet i rihanny? cierp ciało, skoro duszy się zachciało. lajf… bez serc, bez ducha! bez skrzydeł. faceci – my mamy przesrane. kobiety mają. przynajmniej raz w miesiącu… a my? ostatnio za sobieskiego. ygh. choć swoją drogą ostatnio udało mi się go wspólnie z dżekiem zdetronizować. coby go czeluście pochłonęły. a przynajmniej trzewia!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg janusz radek – kiedy umrę kochanie

In point of view minus cztery on 17 wrzesień 2008 at 10:43

pada deszcz, pada deszcz, dzwonią dzwonki sań. bo po deszczu będzie mróz, a po mrozie spadnie śnieg. a potem przez pół roku wypatruj głupcze pierwiosnków. drażni mnie ta pogoda. miałem zaplanowany na listopad wakacyjny urlop, ale chyba mi przyjdzie znicza latu zapalić. czuję, że powoli dostaję zimowej depresji i staję się drażliwy, jak moja sis w trakcie okresu. ale chwila! moment! przeca ona nie ma okresu. bo jak się okazało na ostatniej rodzinnej imprezie, w której ofkors nie uczestniczyliśmy, jest w ciąży. i skandal na całą familiadę. bo oto samotna matka dwójki dzieci z różną krzyżówką grup krwi spodziewa się kolejnego dziecka. wszak moja sis dba o zróżnicowanie ludzkiego łańcucha deena… no i mojej brzydszej połówce rodzeństwa puściły nerwy i wykonała telefon do wujka, którego nie widziałem ładnych parę lat, i z góry na dół opieprzyła łysego tadka, coby durnot ciotce dorotce i innym pięknym umysłom w osiemdzięsięcioletnich ciałach nie wciskał, skoro zofiji już nie może…

to tyle jeśli chodzi o ploty rodzinne. teraz akapit poświęcony sprawom zawodowym. dostałem wczoraj służbowy telefon. wypasiona nokia ileś tam. powinienem jak prawdziwy tfurca pedalskiego bloga rozczulać się nad pojemnością karty, ilością kolorów, dzwonkami i prędkością łącza. no i nad tym, że faktury nie będą obciążać mojego portfela lub portmonetki – w zależności od stopnia skrzywienia nadgarstka ofkors. niestety ja tylko płaczę. razem z deszczem, który zapowiada jesień, która chciała jabłku grać. niestety za dużo słów który. a ja nie lubię się powtarzać. stąd pewnie księżniczka nie mogła mnie uwieść parę tygodni temu. biedna! ale wracając do tematu – można by sparafrazować inną pieśń, wedle której (!) ta, co pasała wołki na bukowinie je potraciła – i szlocha, i płacze, czy ja moją wolność straconą zobaczę. smycz już mam. teraz pora rozejrzeć się za jakimś kagańcem. bo jak zadzwonią do mnie w weekend, że mam niby pańszczyznę odbębniać, to zaprawdę powiadam wam – zamorduję. wołki… tak więc jestem teraz gej gadżeciarz pełną gębą. właściwie ręką. trzy komórki – czarna prywatna nokia z ery, pedalska nokia w odcieniu pomarańczy i srebrna służbowa nokia z plusa. teraz tylko za jakąś taką zwykłą szarą trzeba byłoby się rozejrzeć…

ale ja to mogę sobie co najwyżej pogadać. tyle odnośnie trzeciej sfery mego życia – miłosnych podbojów na wszelkiego rodzaju portalach randkowych dla kochających od tyłu. inna inność, że nic mnie chyba tak nie denerwuje, jak gadanie przez telefon o pierdołach. wolę w cztery oczy. niemniej z uwagi na brak czasu ostatniemi czasami (znów powtórzenie), pozostało mi drastyczne ograniczenie interakcji międzyludzkich na wszelkich poziomach. tak więc znalazłem inny portal – dla singli. singiel zmotoryzowany, singiel szykownie (pracuję na wsi, więc mogę tak mówić!) ubrany, singiel w podróży, singiel w kuchni, singiel w przedpokoju, singiel w windzie, singiel na polu (mieszkam na południu, więc dwory pozostawiamy szlachcie). bo dzisiaj modnie być singlem. zresztą, co to za pedał, na którego mówiłoby się stary kawaler. zresztą nie lubię słowa stary. wolę – dojrzały!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg moja muza

In point of view minus cztery on 11 wrzesień 2008 at 19:50

nie ma już boga. znaczy jest, ale w watykanie pozbawili go imienia. jahwe ma odejść w zapomnienie i nieużywanie. choć to chyba nieco zgodne z moimi zapatrywaniami, bo jako semita już dawno w piśmie wyczytałem, że nie będziesz brał imienia pana boga swego na daremno. i nie chodzi tu o wzywania świętych, błogosławionych i innych dewocjonaliów. generalnie jestem chodzącą (czasem lekko zataczającą się) tolerancją. nie drażni mnie cudze wyznanie. drażni mnie moje. że jest z lekka płytkie, niepozbierane i w sumie nie wiadomo jakie. nie umiałbym się chyba w chwili obecnej opowiedzieć, na jaki kościół miałbym płacić swój podatek. w rzymsko-katolickim drażni mnie otoczka. w ewangelicko-augsburskim brak tolerancji (sic!), a u świadków jehowy brak kaszanki. i bądź tu mądry mister warrior. jak trwoga to do Boga. ale Adonai jest wszędzie. nie tylko w kościele. czasem myślę sobie, że tam go właśnie nie ma…

że jestem heterykiem w pedalskiej obślizgłej skórze, wiem od lat. delikatnie mówiąc ofkors. potwierdza się stara prawda, że umiem sobie zjednać każdą kobietę. w szczególności te starsze. bo trafiam w bruzdy między ich zmarszczkami. jestem jak richard fish – tyle że łechtam ich zwisy mentalnie. i co mi z tego? nic jak tylko kłopoty. bo dzień bez nowego wroga jest dniem straconym. to moja nowa filozofia. dziś pan prokurator, którego wyprowadziłem z równowagi. i to czym? moim spokojem i rzeczowością. że ja spokojny i rzeczowy? nie ma jak udawanie kogoś innego niż się jest. ale to już nasza pedalska spesjalite de la mezą…

po raz kolejny potwierdziło się, że mam najlepszego szefa pod słońcem. tym razem to zdanie mojej sis, która podczas wiejskich uroczystości dostała od pierwszego przypadkiem butelczynę pana tadeusza. choć jak sobie tak dodam dwa i dwa, to chyba pieprzę trzy po trzy. bo to ona dostała, a nie ja. więc subiektywnie rzecz biorąc, mam najokropniejszego szefa na świecie. bo daje alkohol mojej siostrze abstynentce, której prawie nie zna, a mnie alkoholikowi, który pisze mu te durne przemówienia już szósty rok, za nic nie wynagradza. jedyne procenty, jakie dostaję, to zasiłek funkcyjny. znaczy dodatek. ale to i tak zasiłek. na waciki! tak więc tytułem odwetu zwiałem dziś godzinę wcześniej z pracy. a co! miałem kilka załatwień w banku, gdzie zamiast szybko i sprawnie mnie obsłużyć, zaproponowano kartę kredytową, smsowe powiadomienia o saldzie i limit w rachunku na dwadzieścia tysięcy. powariowali! chociaż biorąc pod uwagę mój ejdż, mógłbym zrobić psikusa moim spadkobiercom…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg kendall payne – i will show you love

In point of view minus cztery on 10 wrzesień 2008 at 19:25

gdzie są przyjaciele moi? tuż obok. zawsze wyciągną do mnie swą dłoń. ot na przykład moja boska sis. na imieniny from her dostałem dwie flaszki. od maryśki szefowej czterech szkół również. i od wiejskiej nawet. znaczy ona wie, że grozi mi alkoholizm, więc mi sennik dała. bo jak każdy pijak mam zwidy. niech więc jako żem inteligentny wiem, o czym te wizje są. a przynajmniej co znaczą. ofkors od cioci be dostałem życzenia pobożnej żony. kochana jest! naprawdę. w sumie miło mieć imieniny. a jeszcze milej gdy pamiętają o nich chrzestna, siostra, wiejska plus maria the principal. dwie baśki i dwie maryśki. bo moja siostra maryśka. przynajnmniej dziadek ją tak nazywał. ja zwę ją moją kochaną sis. w sumie podobni jesteśmy. ona trochę brzydsza. ale kobiety po urodzeniu dzieci tak już mają…

stoczyłem bitwę z moherową naczelniczką. na mejle. aż stwierdziła, że pierwszy powinien się zastanowić, czy powinienem być wicepierwszym. sam wiem, że nie powinienem, ale że jestem koniunkturalistą, to jestem. i powinienem. inna inność, że oberwiejska dżdż utwierdza mnie w mojej strategii wojennej. swoją drogą dżdż to taka druga kalamala. uwielbiam ją. bosh! gdybym był hetero, miałbym kolejną kandydatkę do ręki. a tak? doopa zbita, a nie przeleciana! to straszne… uwielbiam ją! szczególnie obgadywać cały selfgovernmental łerld na naszej prowincji, gdzie psy doopami nawet nie szczekają… w sumie zaproponowałem nawet jej własne nasienie, ale ona upiera się na drodze przez bramy hadesu. prędzej dam się pożreć jakiemuś cerberowi niźli je przekroczę…

w sobotę znowu łerk. staję się jak była wicepierwsza, a obecna wicewicepierwsza. pracoholik. alkoholik brzmi ładniej. tak kosmopolityczniej. a tym samym gejoffskiej. więc kolejny wochenende siedzę w pracy. tym razem na zawodach robinhoodzkich. a co! ja się jest na świeczniku, to musi się godzić na knot-lajf. knot & knete. kto zna dojcz, wie! ech… inna inność, że takie lajf to cud miód i malina… a moje to już w ogóle! cherry lajf. ale coby nie wpisywać się w życie lindy gray z dallas (pierwsza alkoholiczka, jaką kojarzę z serialu – nawet wcześniej niż januszek, co po swojej matce za pośrednictwem łóżka skakał w balladzie niejakiej), to powiem, że mam parę… dziesiąt dni urlopu. i szukam kogoś na wyprawę w ciepłe kraje… ktoś chętny??

ipod-earphones-stock-thumb.jpg vitas – ciało

In point of view minus cztery on 4 wrzesień 2008 at 20:08

jakże cudowny dzień! niech mnie kule biją. wystarczyło tylko zapomnieć komórki, bym mógł spokojnie przeżyć dzisiejszą kartkę z kalendarza. choć po nocy lekko zmasakrowany ciężko było. nienawidzę komarów. mógłbym wystrzelać je, jak james mcavoy muchy w ściganych. znaczy krzywdy bym im nie zrobił. ale te durne skrzydełka raz na zawsze oddzielił od wątłych odwłoków. wredne potwory pozbawiły mnie dziś godziny snu, dzięki czemu miałem okazję zapoznać się z kolejnym odcinkiem mns oraz być świadkiem nowej oprawy graficznej kawy czy herbaty. a mamrota u mnie nie ma. bu! porządnieję na stare lata mr. er… tak czy inaczej cudowny dzień dobiegł końca. choć cudowna jest ponoć woda z lichenia. tyle tylko, że tam żadnej wody nie ma. chyba. ale nie znam się…

wiejska odeszła od męża. przynajmniej tak jeszcze twierdziła przedwczoraj i wczoraj. najpierw wysłał jej esemesy, że wraca do stolicy, ale i tak rozbije się na pierwszym skrzyżowaniu. potem kazał, coby przekazała jego rzeczy na peceka. w końcu zmienił zamki w drzwiach i zagroził że jego rodzina zniszczy jej rodzinę. w rezultacie przeszukał jej rzeczy i oskarżył o oszustwo w zakresie zarobków i zaciągniętych kredytów. zapomniał baran, że mają rozdzielność. no nic… zobaczymy, jak się potoczy ichniejsza ta historia. na razie cud miód i malina. nie wiem, co barbarella przeskrobała w poprzednim życiu, że tak jest obecnie doświadczana przez absolut… pewnikiem musiała być co najmniej ewą braun…

a ja w kołowrotku jak śpiewała anna maryja jot, co ponoć shazzie chórki kiedyś robiła, jak się dowiedziałem rankiem na tvn style. work, work, work. mamy wiejskie święto. wieńce, korowody, farorz i przytupy lokalnej kapeli. tu powinien padać krzyk, jaki wydawała kędyś tam anne heche w ally mcbeal, ale nie za bardzo umiem to wyrazić słowem pisanym. wyobraźta tam sobie mnie w kamizelce z czerwonymi kućkami i w skórzanych butach, hej! tak czy inaczej weekend z głowy. w rytmie do cieszyna sypana dróżeczka i takich tam. plus w promocji wiejskie występy gwiazd z katalogu za cztery tysiące zeta. ponoć paschalska bierze koło pięciu, więc z góry bóg zapłać za kondolencje. poza tym w odebranym co dopiero paszporcie ostatni ciąg cyfr to 13. to musi coś znaczyć… uwielbiam liczby nieparzyste. takie małe zboczenie a la hrabia z ulicy sezamkowej.

ipod-earphones-stock-thumb.jpg annie lennox – walking on the broken glas