eR

Archiwum z sierpień, 2008

In point of view minus cztery on 30 sierpień 2008 at 19:46

mamma mia! zielona pietruszka. chociaż może lepiej ryba po grecku. z meryl streep i dżejmsem bondem na emeryturze. abba ojcze! podobało mi się. nawet colin the gay. gdyby nie tylko dwie jakieś jebnięte na mózg niewiasty w wieku połowy mnie, które zakłócały odbiór bollywoodzkiego hollywood. i kto to widział, by na film chodzić na szesnastą w sobotę. ale hola! przeca byłem tam z parką gejów i migotką. czyli żadna randka. li tylko odbiór artystyczny. totalne ukulturalnienie. raz na kwartał wystarczy. ale przeca nie piszę o seksie! więc pewnie nie wystarczy. moje zmysły domagają się odbioru czegoś wyższego. moje libido też. ale w sumie zmysły mają pierwszeństwo. ponoć tak szczytniej. no i łatwiej. to fakt…

coś w sobie muszę chyba mieć. bo nie umiem zrozumieć tego, że najstarszy człowiek świata od ponad trzech lat szuka kontaktu ze mną. zmysłowego. w sensie, że słuch to zmysł. bo wizualizowaliśmy się wzajemnie jakies dwa lata temu ostatnio. zresztą my nie umiemy normalnie rozmawiać. zawsze złośliwości i przygadywanie sobie na wzajem. to pewnie temu, że jestem jedynym gejem, jakiego zna, a z którym nawet się nie lizał. lubię być wyjątkowy. specific. no i dowiedziałem się całkiem przypadkiem, że preston sobie ostatnio małe tournee przez jego ciało uczynił. bosko! i jak tu uwierzyć w wierność, uczciwość i coś tam jeszcze małżeńską. no nic! zna ktoś jakiegoś fajnego kubę?

wiejska ześwirowała. trzyma się tego swojego kurdupla, jak kaczka dziwaczka rzeki trzymać się była powinna. no i jak skończyła? w buraczkach. wiejska z burakiem. lepiej chyba dać upiec się w brytfannie, niż zdębieć obiad podając. powinna swojego ślubnego dawno w cholerę rzucić. olać. wapnem przysypać. i rytuał jakiś odprawić. ale nie chce. bo że nie może, to nie uwierzę. kto zrozumie kobiety? ja na pewno nie. tym bardziej, że sam mam niemałe kłopoty, by facetów pojąć. za męża to już w ogóle mi się nie udaje… i glorija!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg amy winehouse – monkey man

In point of view minus cztery on 27 sierpień 2008 at 19:58

no to jest skandal. ze mną w roli głównej. i pomyślałby kto, że taki prosty, wiejski chłopak zelektryfikuje prostą polską wieś. a przynajmniej będzie powodował jej lokalne swary, animozje i wzajemne ansy. i nawet nie trzeba było się outować. bo ja wywołuję proste wiejskie emocje – kochaj albo rzuć. częściej rzuć. najlepiej jak grochem o ścianę. i najlepiej tę od płaczu. bo jakże inaczej jeśli nie płaczem podsumować moje ostatnie lansowanie się na felku. tak, tak. wróciłem. nie do prestona, ale do swej wolności. bez słów, bez ciotodramy, bez echa. rozstanie. w pedalskiej wspólnocie. toć to skandal! a gdzie wzajemne oskarżenia? gdzie szloch i łzy? gdzie esemesy pełne nienawiści przeplatane żądaniami powrotu i obietnicami poprawy? no gdzie? to dowód na to, że się starzeję. że się postarałem. tfu – postarzałem. o starości! jakże cudne to oblicze twe!

kupiłem dzisiaj okulary. nie słoneczne! nie mam jeszcze tyle zmarszczek – wbrew temu, co tu piszę, ale proszę wybaczcie prozaiście – coby je skrywać za maską spawacza. sama twarz mi wystarczy. ale nie o tym – sprawiłem sobie patrzałki. na noc, bo za dnia chodzę, jak uważnemu czytelnikowi pewnie wiadomo, w windowsach. tym razem nie focusy. ale zeissy. a co. jest się na stanowisku, to dwa zeta więcej za ciałko szkliste można wydać. zresztą dziś wydałem pół tysiąca na rzeczone bryle. ale nie byle jakie! bo podkreślają moje ubrwienie. przynajmniej wiejska tak twierdzi. a wiejska zawsze prawdę twierdzi. szczególnie jak opowiada o faworycie, który leży sobie na pleckach, oglądając swoje przyrodzenie, gdy biedna barbie ściany drze i sufit maluje. oby tak się tynku najadł. on chyba musi mieć jakieś potrójne przyrodzenie w porównaniu do mnie. inaczej nie umiem sobie wytłumaczyć, dlaczego village-woman wciąż z nim jeden lokal zajmuje. może to miłość? brrr!

wymyśliłem sobie, że przez dwa najbliższe lata będe podnosił swoje kwalifikacje. choć po pierwszym akapicie niezorientowanemu czytaczowi może zdawać się, że chodzi mi o sprawy własnej szeroko pojętej seksualności, jednak to fałszywy trop. mówię o mentalności. bo tu, jeśli o mnie chodzi, tkwi sprawy sedno. najpiękniejsze orgazmy ma się w głowie. w wyobraźni rzecz jasna. tu powinno paść ha-ha-ha albo powinienem wkleić dwukropek prawy nawias. ale że nie używam podbnych środków wyrazów – poza komunikatorami czy esami – niech więc będą trzy kropki… wracając jednak z marginesów bloga, powiem, że chodziło mi o edukację własnej osoby. język obcy, ekonomia, egzamin przed ministrem środowiska. no żesz ty ka-em! trochę tego będzie. za każdy jakieś zero osiem trzy pięć osiem grosza. plus dieta. no właśnie – przydałaby się jakowaś. szczególnie od procentów, bo miniony weekend to jedna wielka masakra. siedem butelek wina, spacer o trzeciej nad ranem, pieśni kościelne pochwalone przez przypadkowego słuchacza i batuta w ogrodzie przy stadionie. ja kiedyś za to zapłacę! wątrobą…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg regina spektor – hotel song

In point of view minus cztery on 23 sierpień 2008 at 16:41

milczenie prestona ostatecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że nasz układ ostatecznie dobiegł końca. nawet nie żałuję. tego, że się trochę z nim podziało, jak i tego, że się nie podzieję. mógłbym mu zadedykować pewne weselne wersety, ale nie będę przeca sobie kadził. skromność mr. er! skromność! tak więc dojście do tego punktu we własnej samoświadomości uczciłem reaktywacją mojej bytności na kolejnych randkowych profilach. ofkors – już od paru tygodni jeden mam, ale na zagranicznym serwerze, więc się nie liczy. wróciłem! teraz szukam tylko ewentualnego partnera to wybycia w październiku w egzotyczne rejony. bo samemu mi się nie chce. a kochana państwowa inspekcja pracy zadbała, coby mi szef na jesień urlopu udzielił. chciałoby się powiedzieć – chamstwo, chamstwo, chamstwo!

wyciągnęli mnie wczoraj na koncert. całe dziesięć zeta mnie kosztowała ta bania u cygana od rana. właściwie w cygańskim lesie, ale to jakby po sąsiedzku. nie licząć ofkors paru piw kupionych sobie i niesobie. w zasadzie nie darzę jakąś szczególną sympatią beaty kozidrak i bajmu, ale tak patrząc na tę pięćdziesięciolatkę wczoraj, doszedłem do wniosku, że niestraszna mi moja trzydziestka. jeśli miałbym tak wyglądać i ruszać się na swoje półwiecze, to panowie strzeżcie się! no dobra – pożartowałem trochę z popołudnia, a tu trzeba się na wieczór przygotować, bo dziś ciąg dalszy imprezowania. mieliśmy iść na boysów i sumptuastic, ale odpuścimy sobie wrażenia kulturalno-sztukowe bieżącego dnia. no może jutro na dodę wpadnę. lubię tę babę. nie wiedzieć czemu. może dlatego, że podobnie jak ona, mam zdrowo nasrane w głowie…

pisałem jakiś czas temu o sjergieju. moim wycieraczkowym kocie. co parę dni zagląda do mnie. ech te jego zielone oczy… właściwie myślałem, że nikt nie ma takowych, jak on (lub ona – ciągle nie umiem odróżnić płciowości kocurów. jak chomików, które niegdyś nieudacznie rozmnażałem. pewnie temu – z tej nieuwagi – mi się kiedyś tam chłopów zachciało…). ale myliłem się. poznałem na szkoleniu – znaczy po – na śluńsku pana, z którym piszę od dobrego roku mejle. jest prawie tak samo złośliwy jak ja. podobnie wredny. czasem cyniczny. czyli po prostu inteligentny. ale jego oczy… jeszcze nigdy u nikogo nie widziałem tak zielonych oczu. że esmeralda się kryje…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg the supremes – the happening

In point of view minus cztery on 20 sierpień 2008 at 19:05

piję sobie sok z biedronki. jaki tam alkohol jest tani. niech mnie drzwi ścisną. już nie będę musiał na melinę chodzić. ani poszukiwać jakichś składów z denaturatem. codziennie tak blisko. i codziennie tak niskie ceny. no i coby nie było – piję tylko sok. a nie tani brynol… w tle właśnie nasi przegrywają z ukraińcami. a tu się na rosję szykujemy. trzeba mieć tupet. mi czasem mego nie brakuje. a raczej szczeniackiej brawury graniczącej z goopotą. wczoraj na przykład pierwszy raz od paru dni napisałem esa do prestona. że oto właśnie słucham zapomnianej gwiazdy z lat osiemdziesiątych. pozdrawiając go, podpisałem się jako zapomniany gwiazdor mejd in 1978 (born in 1979 – ale to już inna inność). nie odpisał! a cha mu w de. chociaż nie. za dobrze by mu było. jak to miło się rozstać nawet nie za pośrednictwem krótkiej wiadomości tekstowej. powiedziałbym bosko. ale nie powiem. powiem – było minęło. billy umarł. biedna ally. tak czy inaczej jutro jadę na śluńsk. mam się spotkać z szalonym profesorem, który seksualnie wykorzystuje młodego poetę. piszemy sobie durne mejle od blisko prawie roku, a do tej pory się nie widzieliśmy. raz menda mi przysłała do firmy kartkę z życzeniami na swoje urodziny. no i oto się potwierdziła oczywista oczywistość – że nosiciele mojego imienia mają zdrowo pod czerepem. ale to już inna inność…

dzisiaj nazwałem pierwszego kim dzong ilem. no dobra – broniąc jego honoru, czci i innych przymiotów jego ludzkiej godności, stwierdziłem, że w żadnym razie nie jest to wiejski ukochany przywódca. chociaż można by go tak nazwać. tym samym naraziłem się po raz kolejny owczarstwu polnemu na krytykę. bosko! czy ja aby nie nadużywam tego przysłówka? pewnie tak. bosko i alkohol. tego nadużywam. plus cierpliwość mojej wsiowej zyty i wiejskiej baby. ale one mnie kochają po wsze czasy, więc mogę… poza tym wyszukałem sobie fajną school of szprache von szekspir. ale oto na liście lektorów jest znany mi pan z fellow. znaczy może niezbyt znany, ale ma tam tę samą fotkę. kochane pedały. bosh. może ja powinienem sobie swoje sexy photo wstawić na w-wuwuwu, gdzie pierwsze wu oznaczo wieś? a może gazetowe ryciny na felka i inne tego typu homo-atrakcje? jak szaleć to szaleć. a nie żyć szarym życiem na pół gwizdka i grafiku…

wychodząc do pracy natknąłem się przed drzwiami na kota. mały drań był. ciekawe czy jutro będzie. mam dla niego przekąskę. odłożyłem sobie od ust podczas obiadu. nazwałem go sjergiej. nie wiem czemu. ba! nawet nie wiem, czy to ona czy on. podoba mi się. jest taki jak ja. szary. dachowiec. miauczy i mruczy, jak się go podrapie za uchem. no dobra, nie drapałem go jeszcze. ale ja mruczę. i wiję się. ale przeca nie miało być o moich bóg wie jakich odgłosach seksualnopodobnych. ale o kotku. cudowna istota. pewnie ma pchły. ale co tam – jak idziesz z kolesiem w tango, to też z reguły nie zastanawiasz się, czy ma hiv. ot tak mi się skojarzyło. dziwnie, bo dziwnie. ale to cały ja. męska inkarnacja ally mcbeal. w dodatku w polskiej wersji. sex in the village!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg kim wilde – cambodia

In point of view minus cztery on 18 sierpień 2008 at 18:01

stało się. wpłaciłem siedem dych i oficjalnie ubiegam się o status studenta. krakowie mięsko nadchodzi! strzeż się. dobra. trochę żartów na początek coby się nieco rozluźnić. przynajmniej palce. coby lepiej śmigały po klawiaturze. znaczy miękko niczym mój głos. delikatnie niczym mój charakter. i wpadająco w oko niczym moje nadgarstki. bosko. nadużywam słowo bosko? jak miss aj summa summarum. bosh. to kolejne moje nadużycie. producent pralek powinien mi odpalić co nieco za to, że tak chętnie promuję jego wyroby. chociaż doma mam całkiem innej firmy dobytek. bodaj amicę czy ardo. amigę miałem lata temu, ale oddałem na przemiał. bo nie miałem miejsca na utrzymywanie tego dobytku. ba! atari też oddałem. miałem je dłużej niż własne dziewictwo. to chyba nieco straszne…

walnąłem się dzisiaj w łokieć. niby nic, ale jednak cały dzień mi dokuczał. masakra. tak oto dzisiaj doświadczyłem istnienie swojego łokcia. prawego zresztą. niby lewy też mam, ale dzisiaj milczał. jak dżon kejdż w ostatnim obejrzanym przeze mnie odcinku ally mcbeal. z wielką chęcią napełniłbym tyleż samo szklanek wody, co rzeczony. niestety u mnie każda szklanka z innej parafii. a to jedną odziedziczyłem po dawnej babcinej kolekcji, inną cafe frappe zasponsorowało, inną kokakola, a jeszcze kolejną producent szejków. i bynajmniej nie mam na myśli jakiegoś jurnego emira z bóg, tfu, allah-wie-jakiego-kraju. no właśnie. mając na myśli allahowe kraje – poszukuję jakiegoś chętnego na podróż do egiptu w drugiej połowie września. o ile ofkors dostanę urlop, bo z tym to różnie może być… i nie tylko z niemojej winy…

o radości! iskro bogów! jak mi się chce cieszyć. ofkors, jako przykład beztroskiego byłego młodzieńca, nie mam problemów ze znalezieniem powodów do znalezienia uśmiechu na twarzy w lustrze. czasem wystarczy goopi uśmiech wiejskiej, czasem beznadziejny przejaw mojego charakteru. ale nie o tym. to tak tylko a propos. właściwie na marginesie. na przykład w chwili obecnej gotuję zupę. znaczy zupa to totalne dida scalia, bo pierwszorzędne znaczenie ma wkładka zupowa, czyli mięsko. nie – żadnego ajsa nie gotuję. kurczaka tylko. coby go jutro zjeść. a przy okazji marchewkę, seler plus kapustę włoską. i jako produkt uboczny zostaje zupa. akuratnie wpadłem na pomysł, że mógłbym się rzeczoną (chyba powtarzam się summa summarum) zupą z potrzebującymi podzielić… jest kto chętny?

ipod-earphones-stock-thumb.jpg sin with sebastian – shut up (and sleep with me)

In point of view minus cztery on 14 sierpień 2008 at 8:08

już byłem na długim weekendzie. już się widziałem oczyma mojej chorej wyobraźni, jak leżę w hamaku otoczony przez cały harem moich nałożniców, wahlowany przez eunuszki na bromie. już miałem w zasięgu ręki i wzroku schłodzony maksymalnie drink. w tle grała najprzedniejsza muzyka, a nad głową latały ptaszki niczym w disnejowskiej wersji królewny śnieżki. już. ale doopa zbita. dowiedziałem się właśnie przed momentem, że spędzę jutrzejszy dzień na biskupiej mszy. zamiast woni kwiatów i olejków eterycznych, co najwyżej poczuję zapach kadzideł i prochu strzelniczego. bo ta msza to właśnie ku czci święta polskiej armii, która za parę miesięcy będzie zawodowa. mam tylko cichą nadzieję, że w naszej prowincjonalnej kompanii reprezentacyjnej będą co najmniej takie egzemplarze, jak pod grobem nieznanego żołnierza. młode armatnie mięsko. ale znając moje szczęście, o którym w powyższych wersetach, będzie tam pewnie tylko sekcja starych, wąsatych baleronów…

skoro w zapomnienie in spe odejść ma mój długi weekend, to trzeba się jakoś wyżyć. na początek zażądałem dodatkowego dnia wolnego i na bezczelnego podpisałem się na świątecznej liście. bez skrupułów wezmę delegację i rozliczę ją na maksymalną dietę. bo da ka-en, chyba jakaś elemantarne poczucie uczciwości wymagałoby, cobym się o takich genialnych planach na mój czas wolny dowiadywał zdeczka wcześniej. ale nie! przecież jak ktoś jest stanu wolnego i do tego w wieku prawie starokawalerskim, nie ma nic innego lepszego do roboty! bosko! dobra. wyżyłem się i uzewnętrzniłem swoje frustracje. i zgodnie z moim charakterem całe powietrze z balonika uszło raz dwa. powkurzam się przez moment i już mi lepiej. to chyba jak z popędem seksualnym niektórych znanych mi samców. jeden wytrysk i cały romantyzm, potęga uczuć i endorfinki czmychają, gdzie pieprz rośnie. ja wolę w ten sposób dawać upust moim negatywnym emocjom. nie wytryskiem. bo to za słabe słowo. ale erupcją. gniewu, złości i tupania nogą. już mi lepiej. i w ten oto sposób oszczędzam na psychologu…

co do wyrostka czy innych dolegliwości – przyzwyczajam się do bólu. niczym wielki houdini. on też – jak dowiedziałem się przedwczoraj z discovery – lekceważył swój ból. ofkors nie duszy (jak mają to w zwyczaju coniektórzy panowie z wielce szanownej branży – znaczy nie lekceważą, ale się nim delektują), lecz ciała. ale wracając do houdiniego – zmarł on na wyrostek robaczkowy. taką też diagnozę ogłosiła mi wiejska. znaczy nie śmierć, tylko zapalenie wyrostka. inna inność, że chwilowo objawy są zgoła inne. ale co tam – złego diabli nie biorą… pocieszam się tak oto. zresztą w końcu zaczynam drugą młodość lada dzień! niech no tylko dostanę indeks i legitymację. wow!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg rosenstolz – beiße mich

In point of view minus cztery on 12 sierpień 2008 at 20:52

właśnie oglądam sobie tefauendwadzieściacztery i słucham jurka, piterowej i olejniczaka. i jak ich słucham, to mam powoli dość. a najbardziej tej durnej baby, która w rządzie jest ministrem do spraw kontaktów z pochankową i marciniakiem w rzeczonej na wstępie stacji telewizyjnej. to tak tylko tyle, bo mnie sama barwa głosu tej kobiety wkurza, a że jestem ekspertem w sprawach kobiecych głosów, to przecież nie żaden sekret. choćby boskie tembry kobiet z grey’s anatomy, ally mcbeal czy skins. ba! nawet w lostach dostaję orgazmu słysząć sun tudzież emily de ravin. ale ministerki od korupcji znieść nie mogę. prędzej zasnąłbym, gdyby mi bajki senyszyn – tfu, przepraszam! profesor sensyszyn (buhahaha!) – bajki opowiadała, niż gdybym musiał tej baby słuchać. swoją drogą jeszcze ślezińska-katarasińska bardziej mnie wpienia swą mową i uczynkiem, ale przecież na wieczór nie będziemy aż tak bardzo politykować…

miałem przejść do dalszej części wpisu, ale jak słyszę, co to babsko opowiada, to mnie zaczyna czyścić. że niby francuski kurdupel cacy, a polski mikrus be! no zacznie mnie zaraz nosić. bo chyba po raz pierwszy od początku obecnej kadencji jestem dumny z tego prezydenta, którego mamy, a niekoniecznie z premiera, który swoje kalkulacje w sprawie tarczy opiera na sondażach. ale to chyba przypadłość byłego członka platformy obywatelskiej, który na własne oczy przez dwa lata miał okazję obserwować, co to naprawdę za partia. bo jeśli przed zjazdem koła dostaję telefon, na kogo mam głosowąc, a kogo mam wyciąć, to halo! rzygać się chce! no ale może to dzisiaj tylko takie złudzenie mam, że jestem gruzinem. i choć mały dymitr nawet przystojny jest, to mimo wszystko nie wszystko złoto, co się świeci. choćby nie wiem jak otwierali buzinki…

a spoza politycznych kwestii – zrobiłem dzisiaj sobie zdjęcia. paszportowe i legitymacyjne. wyszedłem jak bebok. najpierw miałem pretensje do pani, która pstrykała zdjątka, ale potem zerknąłem w lustro. jeśli mam mieć pretensje do kogokolwiek, to tylko do madre natura. i wcale nie robiłem ich, coby się pooglądać na celuloidzie. ale żeby się odmłodzić. jak? wracając na studia. od października znów będę zacnym żakiem. dzisiaj mój szacowny pracodawca dał mi zielone światło, a przy okazji sypnął grosikami. bosh! chyba się nawet cieszę…

In point of view minus cztery on 9 sierpień 2008 at 20:16

ostatnie dni upływają mi pod znakiem eksów. najpierw księżna, potem vil. choć szczerze w hierarchii ważności jest na odwrót. najpierw vil, potem księżna. inna inność, że oby dwóch winien wyprzedzać preston. ale ten oprócz panów z czaterii interii bardziej zapatrzon w swoje konto i pracę jest. niech mu więc będzie. ofkors mieć lekarza pod ręką w moim obecnym stanie to swoisty dopust boży. niemniej jednak wolałbym coby zamiast na receptach skupiał się bubek na mnie. chociaż w chwili obecnej nieco na to leję. nie, nie… żaden piss. ani pis. po prostu odpuszczam sobie wszelakie głębsze refleksje. i te płytsze również. ale wracając do wstępu – ostatni tydzień to jedna wielka eksowa pora. księżna w podwójnej dawce. i mini-vilijada. kilka refleksji – księżna uznała, że jednak jestem jej eksem (a właściwie niedoszłym byłym – choć zawsze dochodziłem…). a jak się spotykaliśmy w dwa tysiące i piątym roku uparcie twierdziła, że nie jesteśmy w związku. teraz nagle zaczęła puszczać niedwuznaczne sygnały. ble! dzisiaj markos. uśmiechnąłem się w serduchu do tego łysego chudzielca. lubię go. a nawet bardziej. czuję, że łączy nas maksymalnie sporo. a jak utył nieco (siedemdziesiąt trzy kilo przy metr osiemdziesiąt sześć), to jeszcze bardziej mi się podoba. choć swoją drogą nie ma jak piękny niebieskooki pan spod stolicy. niech no mi tylko nie załatwi autografu cpb! fochnę się na amen!

co łączy mnie z wiejską? pewnie żubruffka. oboje lubimy tego typu drinki. wspaniała kobieta z mojej wiejskiej. uwielbiam kobiety. dzisiaj spędziłem całe dopołudnie z moją sis i matką chrzestną. czułem się cudownie. to może dlatego, że w obliczu czegoś tam, uwielbiam spędzać czas z ludźmi. no bez przesady ofkors. ale to akurat księżnej się tyczy, która upodobała sobie spędzanie czasu ze mną. ale niestety przy imć niej jestem totalnym impotentem. jak przy każdym eksie. ciekawe jak zareaguję przy kolejnym spotkaniu z prestonem, który mi jest oszczędzon od ponad trzech tygodni. swoją drogą pokazałem zdjęcia z zamglonej szyndzielni i słonecznej czantorii markosowi. stwierdził, że pan tuż obok mnie nieco do mnie pasuje. phi! też mi objawienie! niczym na drodze do e-mouse…

zarosłem. i to wszędzie. i na górze, i na dole. bosh. pamiętam, jak mając nieco ponad siedem lat wytknąłem pani gertrudzie pe, że przed i dano przecinek. nie wiedziałem jednak, że jeżeli i się powtarza, to tak ma być. ona też nie wiedziała. i byłem totalnie skonfudowany. aż do czwartej klasy, kiedy to kepci nam to wyjaśniła. oops. to była piąta klasa. ale co tam – lata dziewięćdziesiąte już hen za nami. aktualnie mamy ostatnią dekadę. moją? nie wiem. możliwe. we will see. tak czy inaczej ostatnio wpadł mi w domostwo moje szerszeń. bosh! gdyby państwo widzieli moją z nim walkę! uśmielibyście się przednio! ale załatwiłem drania. słownikiem niemiecko-niemieckim. na amen. a właściwie na vater-unser!. ale ruszała się bestia jeszcze. miałem nasrane w gaciach. znaczy nie dosłownie, bo nie lubię tychże klimatów. ale w przenośni jak najbardziej. tak czy inaczej moja męska duma uratowana. pokonałem łotra. tak więc stefek burczymucha ze mnie żaden. nie ma jak wlać sobie w serce nieco radości i ukojenia. poza tym chyba czegoś (czyt. kogoś) mi brak. no właśnie! czy mówiłem (znaczy pisałem) już kiedyś, że kocham ce-pe-be?

ipod-earphones-stock-thumb.jpg przemysław branny – ten, który nie poznał”

In point of view minus cztery on 8 sierpień 2008 at 17:35

wojna w osetii. wojna w pracy. bitwa rozstrzygnięta na moją korzyść. była szefowa musi schować główkę pod biurko. byłem bezwzględny. szkoda, że nie umiem tak zagrać w życiu prywatnym. a może umiem. tylko że wpojono we mnie tak zwane dobre wychowanie. to takie nieżyciowe. a powinno być życiowe. jak trędowata w janu serce. boska stankówna. tak czy inaczej jej imienniczka skapitulowała. nawet zapytała, czy chcę przeglądać korespondencję. jasne, że chcę! ale czy będę w stanie? we will see. test leży na stole. za całe trzydzieści dwa polskie nowe. nawet preston się zaniepokoił biedaczek. ale co tam – już wkrótce się okaże. może być zabawnie. i ciekawie. szczególnie tutaj…

tak jak sobie obiecałem, przez cały boży tydzień nie wypiłem ani procenta. żadnego promila nawet nie było. jak na sierpień – miesiąc trzeźwości przystało. ale weekend to weekend. trzeba odreagować. wszelką farmakologię i abstynencję. tak coby z wprawy nie wyjść. swoją drogą mijający tydzień nazwę tygodniem eksów. dwa bodaj dni temu księżna pani, jutro vil. się dzieje. a z prestonem nie widziałem się od trzech tygodni. co za związek! ygh. znaczy związek w cudzym słowiu ofkors…

mam małe pytanko – jeśli komuś obiecałem przez giegie flamastry (tudzież kredki), to proszę o jakąś info. bo obdarowałem tym oto prezentem rysia. a on zaskoczony był, bo mu – jego zdaniem – nic takiego nie obiecałem. shit happens. komu to spromisowałem? poza tym kupiłem sobie dziś w cubusie dżiny. za całe pół stówy. 32-34. trochę za luźne w pasie, ale leżą tyłkowo. ja to mam szczęście do zakupów. do chłopów mniejsze. ale co tam. lepiej na tyłku mieć fajne portki niż… czy ja się robię wulgarny?

ipod-earphones-stock-thumb.jpg harry belafonte – banana boat song

In point of view minus cztery on 3 sierpień 2008 at 15:18

miałem jechać na rower, ale sąsiadka zaanektowała mój klucz od piwnicy. bo niby jej się zgubił. no i akuratnie nie ma jej w domu. pewnie ma jakieś posiedzenie koła przyjaciół radia rmf.fm. i teraz nijak nie mogę się dostać do moich pedałów. to jakby takiej przeciętnej ciotce zablokować wszystkie adresy w przeglądarce, zawierające wyrażenie gay. ja na to odporny jestem, bo podobną blokadkę mam w pracy. ale co niektórzy mogliby zakwitnąć kwieciem paproci w noc świętojańską. i każdą inną również. tak więc siedzę sobie w domu robiąc wszystko i nic. mając na sobie prawie nic. a w sobie całkiem nic. znaczy nawet soczewek nie włożyłem w oczy matołki. a co wyście myśleli? że się będę żalił na nieobecność presa? co to to nie. nawet mi to odpowiada. ja nie szukam kontaktu, delikatnie chłodząc dogorywającą temperaturę krótkich wiadomości tekstowych. a że on z charakteru jak ja – na starym testamencie się zatrzymał, gdzie oko za oko jak nic stoi – również nie pstrzy esów jakimiś buziaczkami cipeczkami. alleluja!

z tą allelują to chyba nie za bardzo mi dzisiaj po drodze. bo w parafii odpust mają. słyszałem, bo dzieciaki tuż pod oknem z korkowców strzelały. całe szczęście na osiedlu spokojnej starości, gdzie sąsiedzi kurami sobie do mieszkań rzucają, nie rozniosło się jeszcze, że wolę koguty. więc na chwilę obecną cegły w okno jeszcze nie zaliczyłem. zresztą ostatnio jakoś specjalnie zaliczania nie mam w planach, choć moi znajomi całkiem się zaniepokoili moim kolejnym delikatnie mówiąc olewczym stosunkiem do stosunków wszelakich i wszetecznych. nawet księżniczka struta w rozmowie brzmiała, gdy sprostowałem ją, gdy użyła boskiego słowa mąż. niestety, ale po rozwodzie mojej sis jakoś niespecjalnie mnie ciągnie do mężów. ale słowo ciągnie chyba w takim układzie jakoś niespecjalnie brzmi. dodatkowo, że na wstępie ukazał się fragment z odpustem w tle. sacrum profanum normalnie!

wątróbka mi się odezwała. nie. no aż taki pijany jeszcze nie byłem, coby z potrawami rozmawiać, jak mój ś.p. dziadek erwin, który jednak upodobał sobie najbardziej zupę fasolową. nawet całował się z nią niegdyś. z zupą. nie z babcią. bo ta nie była rewelacyjną żoną. jak przychodził w takim stanie to zazwyczaj mógł liczyć na odcisk nie jej ust, a jej klapka na policzku. ale miałem fajnych grandparentsów. nawet łezka w oku się pojawiła… ale zbaczam z tematu. w tym akapicie ma iść mianowicie o moją wątróbkę. a chyba właściwie to, co po niej pozostało. muszę przeszukać sieć pod kątem reklamy ze świętej pamięci hanką bielicką. reklamowała coś na tę część ciała. nie pytam lepiej żadnych medyków, bo od razu zaczną marudzić, że to wina mojego alkoholowego rozpasania. jeszcze zaczną coś o braku libido mówić. a co gorsza postraszą brakiem wzwodu! straszne! ale coby zbyt daleko nie odbiec od tego jakże ważkiego dla mnie tematu, odkryłem dzisiaj, że moje jak dotąd czcze gadanie o wieku, nie do końca było takie czcze. fakty są takie – odzywają mi się wnętrzności. nie powiem, byłbym całkiem szczęśliwy, gdyby to były głosy brzucha delikatnie smaganego skrzydełkami motylków. albo choćby niepozornymi ruchami larw, które zaraz wydostaną się ze swoich kokonów, coby zacząć uczyć się fruwać. jednak znając moje szczęście, chyba powoli zaczyna chodzić o nieco inne robaczki. takie, które to z ludzi wychodzą, a po ich występie tylko paznokcie i włosy zostają. całe szczęście kazałem się w testamencie na popiół spalić. taniej i lżej… ale znowu broję na marginesie, bo nie o tym chciałem stukać. mam małe pytanko mianowicie: czy wątroba aby jest po lewej stronie?

ipod-earphones-stock-thumb.jpg mgmt – time to pretend

In point of view minus cztery on 1 sierpień 2008 at 22:35

kilka słów na temat krów. tak kiedyś zacząłem bodaj już jeden wpis. na tym albo innym z setki moich blogów. generalnie jestem w sieci już od blisko trzech lat. i pewnie byłbym stalej, gdyby nie mój związek kiedyś tam, gdy wymógł na mnie likwidację mojego pisania. i właśnie ta przerwa nieco mnie zmieniła. dzisiaj jestem, bo jestem. wtedy byłem, bo byłem w tym sercem i ciałem. i duszą. i tego chyba żałuję. że przestałem być. i mam za złe. poniekąd. bo lubiłem tutaj być. dzisiaj tylko urwane zdania. jakby wyrwane z kontekstu. jakby poszatkowane maszynką do mielenia mięsa, którą wręczyliśmy dziś odchodzącej na rentę koleżance z pracy. niby ja, ale jakby w kawałkach. czytaj między wierszami, a wiele się dowiesz. zdjęcie zdjęciem. link linkiem. ja jestem w spacjach. ja jestem w literach. jestem w słowach. cały sobą. cały ale w kawałkach. pokawałkowany muzycznie. mentalnie. emocjonalnie…

dzisiaj krótka imprezka. u rysia. z jego panem małżem i dzieciakami. starszy czajld po raz pierwszy wystąpił w zaroście. normalnie zmiotło mnie z nóg. czy ja mówiłem, że nic na mnie tak nie działa, jak męskie owłosienie. ofkors nie było takie jak ma mumin, ale sprawiło, że po raz pierwszy dostrzegłem w nim faceta, a nie dopatrywałem się w sobie, czy aby nie tkwi we mnie pedofilski potencjał. uff. jestem normalny. jeśli gej może się tak określić… no i mimochodem wróciłem do jota. gdzieś w mojej tam głowie wciąż tkwi. może nie wciąż, ale bez wciąż. stale. nie chcę pozbywać się tego elementu swej jaźni. dobrze mi z nim. prawie tak samo, jak było dobrze mi z emanacją tego wspomnienia. prawie… a doktorek? napisałem mu esa, że idę pić. odpisał, że prowadzę rozrywkowe życie. pff. chamstwo! chamstwo! chamstwo! niech więc zmodyfikuje swój grafik tak, cobym mógł wyskoczyć z nim. ale nie zależy mi na tym. już. odpowiedziałem lakonicznie – miałem do wyboru nudzić się albo wyjść. a że inteligentni ludzie nie mogą się nudzić, wybrałem wyjście. nie odpisał. ani słowa. niech mu więc grafik na drogę błogosławi. faceci są durni. wiem to najlepiej, bo sam nic jestem. zresztą ja grafikową qwą nie będę. game over.

wiejska nie jest córką swojego ojca. madre ma zero, padre takowoż. i obie jej sisters podobnie. ona ma be. ekszyn. masakra. a wszystko przeze mnie, bom się nieco zastanowił czy z dwóch zerek może wyjść literka be jak bękart. może. ale tylko w tej drugiej opcji po jak. się podziało. fajne ma ci ona życie ta berbel… a ja narzekam na swoje. znaczy nie narzekam. ale poniekąd doszukuję się, coby tu zrobić, żeby odstawić jakąś mega-ciotodramę. nie mam pomysłu. szarak ze mnie. coraz bardziej pewien, że jestem na dobrej ścieżce. coraz bardziej pewien podejmowanych decyzji. coraz bardziej zagubiony w rytmie bicia serca. nie cierpię weekendów. minionych weekendów… cieszę się na te nadchodzące. shit happens…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg girls aloud – sound of the underground