eR

Archiwum z lipiec, 2008

In point of view minus cztery on 31 lipiec 2008 at 20:52

nie ma jak strugać maczo wobec słabszych. upatrujesz sobie takiego i już możesz uchodzić za prawdziwego faceta. tudzież prawdziwą łumen. ja też sobie upatrzyłem. konia polnego. już raz mnie jeden taki wielki pogryzł, na co mam świadka w osobie imć szanownego eksa. to też tym razem ni ryzykowałem i małego gnojka załatwiłem na cacy. chusteczką z pudełka. chusteczką, w którą czasem trąbię oglądając jakieś ciekawsze filmy. no dobra – nie trąbię. ale mógłbym. zresztą właśnie skończyłem oglądać skinsów. pierwsza seria boska. druga romemłana na amen. i gdyby nie szalone łał kasandry i dziwne dźwięki, które zostają w uszach już dawno bym olał ten sezon. ale że prawdziwego chopa poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna, to już inna inność… ale zboczyłem z tematu. miało być o koniku. no więc bestyja zasadziła się na mnie i chciała pożreć, ale ostrzeżony dzisiejszym wyznaniem sekretarki, która ostatnio goniła w negliżu o drugiej po północy, coby dziada z domu wywalić, bo nie pozwalał jej spać – musiałem zareagować. a że z testosteronem u mnie w miarę dobrze, to musiałem błysnąć. niczym flesz z japońskiego jednorazówkowca na celulozę. cały ja!

dzisiaj koniec miesiąca. jutro początek. ależ odkrycie z mojej strony. chociaż rzadko się odkrywam bo śpię nago. jak święty turecki. no właśnie – turcja. w azji leży. a ja niby z xeonem – tfu! prestonem – miałem do tajlandii lecieć. niemniej jednak pora zweryfikować plany. nie stać mnie na takie brawurowe wypady, które musiałyby się wiązać z opóźnieniem decyzji w sprawie wymiany samochodu. a mój staruszek już się prosi, coby go sprezentować siostrze kochanej. no właśnie – siostra. pochwaliła się kilka dni mi temu, że miała faceta na chacie. a to puszczalska jędza jedna. będzie się seksić. w sumie niech jej kołdra lekką będzie. bo akuratnie ja mam lekko skonfudowane podejście do sekszenia się. nie mam partnera. nie mam natchnienia. mam erekcję. czasem znaczy. na żaden priapizm nie cierpię. no chyba że akurat mam wizytę ze stolycy…

mało sypiam ostatnio. nie że mało z kimś sypiam, ale mało w ogóle. z kimś to jakoś niespecjalnie. bo grafiki się mijają. zresztą mam dziwne podejście do sypiania. kładę się o drugiej, wstaję o szóstej. w pracy ziewam, w domu wypoczywam i się relaksuję. o! dwie moje ulubione postaci mignęły na gadule – migotka, która mi ostatnio podsyła foty swojego nagiego interlokutora z wysp brytyjskich. i księżna. ciekawe jakby się asesorek poczuł, gdybym porozsyłał po świecie jego rosołowe zdjątka. albo ja – gdyby on mi podobny numer wyciął. znaczy ja takowych nie mam. teoretyzowałem sobie. zresztą ja zawsze hipotezy lubię. albo żarty. od miesiąca wmawiam wiejskiej, że robimy w firmie związki zawodowe. ale chyba już o tym pisałem. albo w którymś z mejli do mojego rudzkiego imiennika. gubię się już w tym. w sumie już się pogubiłem. zresztą jak zawsze…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg amy winehouse – you know i’m not good

In point of view minus cztery on 30 lipiec 2008 at 18:18

co ma w sobie pięć krakersów? nie co – tylko kto! no ja! ja zjadłem sobie pięć krakersów. na śniadanie, obiad i kolację w jednym. bo się odchudzam. dlaczego? prosta odpowiedź – muminek napisał mi, że budził się koło ciasteczka przez ostatnie dni. a jak wiadomo, słodycze tuczą. a ja tuczą nie jestem. choć mieszkam koło żywca. pora więc się za siebie wziąć. inna inność, że mógłby się za mnie wziąć ktoś inny. ale jak się nie ma ble ble ble… więc odchudzam się. bo ostatnie dni to jedno wielkie żarcie. a to w podróbce sfinksa. to podróbka obiadu przygotowana przeze mnie pod postacią fix-sosu. to znowu pizza na rynku w kraku i kelnerka, której trudno było dodać trzy liczby. a na koniec kiełbasa w horskiej chacie jedzona palcami. no i mega innych słodyczy w ustach, którymi karmił mnie muminek. i jak tu nie przytyć? chociaż ważniejsze pytanie – jak tu nie nabawić się kompleksów na widok jednego z najseksowniejszych ciałek pod nieboskłonem. bosh. dlaczego ja wciąż śnię o weekendzie? obudźcie mnie! pliz!

wpadłem na moment do casto. spotkałem ofulaną księżniczkę, która posuwała tuje. kiedy ją odwiedzę? phi. sorry – phi jest muminka. moje jest pff. więc pff… ostatnio nie za bardzo mam czas nawet dla prestona. nie mam jakoś ochoty się z nim spotkać. chociaż wiem, że mnie to nie minie. mam bowiem u niego talerz na pizzę i dwa pojemniczki na jedzonko – każdy za sześć zeta. dodatkowo wpieniło mnie, że doktorek ma czas dla jakiejś zabujanej w nim laski z celtów, a równo olewa mnie, co najwyżej zapraszając na trzy godzinki do dyżurki. sorry, ale jakoś niespecjalnie czuję potrzebę bycia czyjąś załatajdziurą w grafiku, tudzież erzacem kolesia z czatu, który się nie łączy z jego privem. dziwny jestem. powoli dochodzę do pewnych spraw. powoli. czasem szybciej. szczególnie jak mi się nie chce. no chyba, że nie mogę, ale to już temat na całkiem inną rozprawę. niemniej jednak umiem udawać. niejedna panna mogłaby się ode mnie uczyć…

mam fana. pan sojka z szerokiej zadzwonił dzisiaj do mnie, coby mi podziękować za załatwienie zatoki autobusowej. bo prosił się o to od lat, a dopiero ja sprawiłem, że ziścił się cud. nie ma jak uchodzić za błogosławionego wilydżpipula. to takie typisch gayisch. znaczy pan ptaszek, szeroka i łaj-em-si-ej… jeszcze sobie pióropusz ubiorę i mogę paradować pod wiejską górą czterysta jedenaście metrów nad poziomem morza o wolność, równość i braterstwo… skoro mówimy o morzu – byłem tam last year. cudowna podróż. tak mi się wydawało. przynajmniej do niedawna. ostatnio jednak coraz bardziej dochodzę (sic!) do wniosku, że przynajmniej pod jednym względem była to podróż w rytmie ce-cha. powiem krótko – kelnerka, która pracowała na pół gwizdka i dwa żywce. promenada zaprzepaszczonych okazji. a raczej zaprzepaszczonej. twoje zdruffko ajs. kropka. a raczej dwukropek. i gwiazdka!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg i kissed a girl ipod-earphones-stock-thumb.jpg i kissed a boy

In point of view minus cztery on 28 lipiec 2008 at 17:59

na biurku pusta tubka po lentilkach. leży. i raz obraca się to w prawą stronę, raz w lewą. jak wiatr zawieje. albo jak ja chuchnę. chętnie poczuwam się do roli wiatru. siłą swojego ciała każę kołysać się to gondoli, to krzesełku. siłą czasu i sam jestem poskromion. bo to nie tak, że nie ma nade mną mocy. patrzę na zegarek. bo wiem, że czasu jest coraz mniej. i choć chciałbym go zatrzymać nie da się. choć chciałbym go mocno wtulić w ramiona, to i tak popędzi przed siebie. jakby miał wykupioną miejscówkę w intercity. wagon szósty, miejsce pięćdziesiąte szóste. a ja i tak nie mógłbym go zatrzymać. bo jak? nienawidzę jak on ucieka. a ja choć zostaję w tyle, widząc tylko oddalające się światła, wracam do siebie. coraz starszy. czas nie jest tutaj moim sojusznikiem…

w lodówce niedojedzone kanapki. zimne i chłodne. tak jak i moje łóżko. dziwnie tak nagle tutaj być samemu. zimno, choć nie ma już zimnych stóp. przed oczami, jak za górską mgłą, wrzaski rozbrykanych dzieci. raz i dwa i ich nie ma. lecą do potoku coby nabrać świeżej wody. bo akurat wyczyścili korytko. jakimś środkiem chemicznym. może maścią z witaminą a? niby to było wczoraj, niby jeszcze dziś, a jednak wydaje się, że to już wieki minęły. albo ćwierćwiecze przynajmniej. powiesz – nic nie może wiecznie trwać. nawet na youtube jantarowa żywa nieżywa. a jotpegi jak żywe żywe. żywe wspomnienia. gdzieś w głębi serca. tak na dnie. tam w specjalnym miejscu. jak hitler w berlińskim gabinecie figur woskowym. nie fotografować, nie zbliżać się, nie patrzeć – to ekskluzywne wspomnienia. moje. nasze…

dziwnie się czuję. brzuch? głowa? oko? a może mrugnięcie okiem? wspólnie niewypite piwo – wylane do zlewu lub zostawione na pamiątkę nieudanej randki białego z czerwonym. jeszcze tylko mury klasztorne, jeszcze tylko płatna autostrada, jeszcze tylko pogoń za czerwonym przez zalane ulice. dworcowe pierwsze spojrzenie. ostatni dworcowy pocałunek. nienapisane esemesy. niby discopolowa piosenka – nikt tego nie słucha, ale wszyscy znają słowa. ale moment. to nie disco relax – to radio maryja. ot rura w kiblu wpadła w rezonans. no i mam po łazience. na dobrą godzinę. i dzięki temu kolejka mi uciekła. nam uciekła. więc pedalskim chodem ku dołu. szybko. szybciej. może fotkę? lepiej owcę. i banana. to taki przyjazny kształt…

życie niestety to nie bajka. ani muminki z doliny roztoki, ani przygody bałwanka z czerwonym noskiem. życie to jedna wielka wędrówka. jak jednej kluchy w łowickim stroju. przychodzimy – odchodzimy. mijamy się i spotykamy. kilka słów, kilka zdań, kilka innych ustnych zachowań. a potem pryska. jak bańka mydlana na kraciany przybornik na kosmetyki. zostanie tylko mokry ręcznik. i miarka. no ale, jeśli coś zostało, muszę odesłać. najlepiej pocztą kosmiczną. bo podobno faceci są z marsa. a nie qwa z jakiejś zabitej dechami dziury na podziemny pociąg…

pstryknięcie palcami. jakbym miał posłać na tamten świat trzy pająki, które podstępem weszły do domu otwartym oknem. budzę się. sen się skończył. cudowny sen. o dźwigach żurawiach i trzydziestotysięcznym mieście. pora wracać do szarego życia po środku wielkiej małej wioski, gdzie absurd goni absurd. ale czyż absurdy nie są najpiękniejsze w życiu? no może poza minionym czasem, który skończył się równie szybko, jak cztery noce budzą się świtem. tylko dwa słowa: pipa-pipa! a właściwie nie! dupa-dupa! zbita i owłosiona na dodatek. ech! że sobie westchnę, zastanawiając się, w jaką wpisuję się właściwie teorię…

a poza tym uśmiecham się. od ucha do ucha. choć i tak wiem, że moje niekoniecznie są najpiękniejsze…

In point of view minus cztery on 21 lipiec 2008 at 20:32

dzisiaj mam dziwny nastrój. ot tak jakoś. może po dawce pikseli. albo decybeli. albo jakiejś innej cholery. nie mam pojęcia. może po porannym seksie. a może po wrednym humorze dzisiaj i przynajmniej siedmiu odrzuconych rozmowach przychodzących. naprawdę, nie mam pojęcia. a może po nowej płycie coldplaya, którą przesłuchuję po raz siedemdziesiąty z kolei. a może po urywku klanu, który widziałem w południową porę, będą niespodzianie w domu. a może temu, że na giegie akurat pcha się nieproszony cium. a może temu, że łażę dzisiaj w wypchanych na kolanach dresach i damskiej bluzie dresowej z kapturem. keine ahnung. po prostu mam genialnie dobry humor. mimo, że mnie kłuje w prawym boku, odczuwam dziwny ból w lewej części brzucha, nie mówiąc o dziwnym ucisku w centralnej części czaszki. nie mam pojęcia. ale jest bosko!

nie umiem sypiać przy zamkniętym oknie. przynajmniej w lecie. nie umiem budzić się przy zasłoniętym oknie. o każdej porze roku. nie umiem funkcjonować bez soczewek w prawym oku. zresztą lewe również musi być odpowiednio zaopatrzone. nie potrafię zmusić się do odpisanywania na czas na przychodzące krótkie wiadomości tekstowe. ani na krótką poranną pogawędkę zanim nie wypiję jogurtu kawowego i nie obdarzę swego mózgu informacjami z pudla. nie umiem żyć w ciszy i w ciemności. nie mógłbym być wobec tego ani ślepy, ani niesłyszący. mówić bym nie musiał, bo ostatnio mam z tym problemy. ale co to za życie seksualne bez języka? to chyba tylko księżna wie. chociaż moment – ona go nie używa tylko przy całowaniu. ale chyba o tym już pisałem.

dzisiaj dowiedziałem się od szefa swego, że pora cobym otrzymał służbową komórkę. no to ugotowan na żywo jestem. panie erku, dlaczego nie odebrał pan telefonu w niedzielny poranek, skoro ma pan opłacany przez korporację abonament? bo kurna dość już weekendów ojczyźnie poświęciłem. ależ panie wicepierwszy! skoro zarabie się takie tysiące, trzeba oddawać się etosowi pracy! nie ma pan ni rodziny, ni żony, więc co pan porabia w niedziele? a tak może pan się rozerwać na dniach zaprzyjaźnionej miejscowości w samym środku zaolzia na bohemiu. swoją drogą wiejska zyta ostatnio stwierdziła, że gdybym nie sprawiał wrażenia takiego stanowczego chopa (bo biednej się dostało za brak upoważnień dla mojej czcigodnej osoby do reprezentacji firmy przed instytucjami bankopodobnymi), to pomyślałaby, żem nie tylko odstępca od myśli religijnej, ale i seksualnej. no bo boją się panie w księgowości, że jak się nie ożenię na czas, to stanę się nie do zniesienia jak prezes zetefeśesu. no ale to zasadnicza różnica być pedałem a starym kawalerem. w tym przypadku wyjątkowo na korzyść pederasty…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg mike bailey – wild world

In point of view minus cztery on 19 lipiec 2008 at 20:06

napisał pozdrawiam. w prawie każdym esie to pisze. więc się pytam – czy ja sypiam qwa z papieżem – że mnie będzie z każdej strony pozdrawiać… nie za bardzo jestem tolerancyjny wobec panów w sukienkach. w ogóle jeśli już przy papiestwie jesteśmy, to nie sposób kilku wzmianek wobec mojej religijności poczynić. jak sięgam pamięcią, to byłem niegdyś bardzo praktykujący i wierzący. dopóki nie pojechałem na ziemię lubuską, coby się spotkać z sędzią. czy spałem z nim? nie. skąd. pewnie dlatego to jedyny facet, do którego mógłbym o każdej porze dnia i nocy wrócić. chociaż widziałem go raz. miałem jego penisa w ustach. acz orgazmu nie miałem. i on też nie miał. matrimonium non consummatum. pewnie dlatego wciąż ślinka mi leci. ale czy żałuję? nigdy w życiu. nie żałuję w zasadzie żadnego penisa w moich ustach…

wstrząśnij workiem. a będziesz miał całą podłogę do mycia. i to w kuchni. że mega orgazm? jasne. taki mój prywatny jan niezbędny. wstrząśnij workiem, a uzyskasz skruszony lód. no i wstrząsnąłem i tym sposobme cały lód wylądował na ziemi. i muszę pić ciepłego drinka. mimo że mam mega kacora, bo mi się wczoraj poszalało. z dżeksem, zarazkiem, przedjotką i migotką. i znowu pokazałem swoje wdzięki, bo się nam zachciało w prawda albo wyzwanie grać. a że ja i tak mega szczery jestem, to po brałem wyzwania. stary er a goopi jak sto goopich…


sobota, a ja siedzę w domu. bosko. nie ma jak spotykać się z pracoholikiem. tfu. papieżem znaczy, który urbi et orbi swe błogosławieństwo daje. w sumie mam ochotę posłać pana presa w cztery diabły, ale jednak jakoś nie umiem. nigdy nikomu nie zasadziłem noska mojej szpilki pomiędzy przedziałek pośladkowy. poza tym wciąż się łudzę. tak samo, że jeszcze całe życie przede mną. łudzę się. a tu latka lecą. kurna. właśnie mi się kichnęło. na picie pewnie. pewnie tak. ale też mi nowość – skoro w lipcu nie miałem dnia bez procentów. wiem. wiem. na równi pochyłej jestem. erciu kuleczki kula się na maksa w dół. ale w sumie muszę mieć jakieś wady. w ogóle wczoraj całowałem się z jedną dziewczyną, wylizałem pierś innej, a na zakończenie ujęzykowiłem się z zarazkiem. bosko. a pres myśli, że balowałem gdzieś na mieście. prawdziwy ze mnie facet – skręt, oszust i ściemniacz. orgazm!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg kylie minogue – confide in me

In point of view minus cztery on 15 lipiec 2008 at 18:43

tak sobie pomyślałem, że chciałbym mieć garaż z firankami. inni mają samochody z firankami, a ja chciałbym mieć garaż. na sześć takich mercedesów. bo mi się spodobała konferencja prasowa pana ziobry. ma nową grzywkę. i ja mam nową fryzurę. to nas łączy. mam od dawien dawna króciutkie włoski. tu i ówdzie. tam też. łysości nie znoszę panowie. chyba że w czapeczce. w ogóle podczas remontu straciłem całą moją kolekcję tanich czapek z daszkiem z kerfura. białe się wybrudziły, pomarańczowa w plamki farbowe, a czarna zakurzona. a ja wkurzony, bo muszę teraz dzień w dzień żel na włosy kłaść, bo naturalna układalność mojego skalpu jest skandaliczna. co najmniej jak to, co dzieje się w pracy. ale na szczęście póki co, to tylko ja podpadłem politycznej wierchuszce mojego regionu. zaś moja szefowa w ciągu dwóch dni zaliczyła dwie oficjalne skargi. właśnie w faktach ględzą o komórce. to moja mega durna przypadłość. po prostu komórka jest dla mnie, a nie ja dla niej. uwielbiam komórkę, bo to takie moje sito. patrzę – dzwoni wiejska. więc udaję, że mnie nie ma. patrzę es od prestona. więc po dwunastu hodinach piszę mu, że zapomniałem kom w domu. słyszę – drze się wierka sjerduszka – szef dzwoni. trza odebrać!

profesor nie żyje. dziecko wypadło z auta. angela merkel nazwana kanclerzycą heteryków. a ja komunistą. bosko. nie ma jak wielka wiejska polityka. już czasem nie mogę sluchać tefauenu, przez który z dnia na dzień coraz bardziej nienawidzę tuska. nie mówiąc o ślezińskiej-katarasińskiej. bo zawsze miałem tak, że lubiłem niepopularnych ludzi. najbliższy z brzegu przykład – nasza klasa pe el. zawsze wolałem przebywać z helgami niż boginiami z olimpu. choć sam byłem popularny jak wojciech mann. czyli lubiany, ale symbol seksu niczym żuczek gnoJarek. właśnie. już za tydzień z okładem jot wpadnie na moment. w tym momencie cała publiczność ciepło macha jarkowi!

tak sobie myślę, jak zdefiniować własne poglądy polityczne. bo zdaje się mam problem. platformy nienawidzę, bo poznałem to dno od środka. odbierając tel od poprzednika pierwszego (bosh! jakby pierwszy wiedział, ze kiedyś byłem u liberałów, toby umarł ze zgryzoty i pognał mnie na orne pola), usłyszałem, że mam głosować na tego i tamtego, bo ten i ten to jest be. blee. więc pe-o to dno. pisuarek? lubię marychę. kaczyńską znaczy. ba! nawet natalii-świat lubię i kochankę geja też. nawet zytę, dla której zapisałem się do platfusów. ale państwo policyjne dla mnie jest nie do przyjęcia. poza tym jak się jest pedałem, to się na pis nie głosuje. mimo solidarności z jego szefem branżowej ofkors. sojusz i lewica wszelakiej komunistycznej maści? jak się jest z rodziny kułaczej i przesiąkniętym do kości synem opozycjonisty, to nie uchodzi. poglądy lewicowe społecznie coraz bardziej. gospodarczo do wyrzygania. historycznie nie do przyjęcia. no i nie lubię zapatero. zawsze wolałem hose-mariję. albo markusa mariję z wochenschau. zna ktoś? no to głosuję na chopów. coby się pierwszemu przypodobać. w końcu osobiście się zna pawlaka i kalinowskiego. ale szycha ze mnie. a że obciach przy okazji? w sumie wystarczy zerknąć w mirror i się to wie. czyli żuczek gnojarek jak nic. właściwie miałem mieć tak na imię. ale mama uparła się na er’a. kochana!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg david visan – czardas

In point of view minus cztery on 8 lipiec 2008 at 21:53

właśnie wróciłem z basenu. nie ma jak pływanie po dwudziestej pierwszej, kiedy to mało komu się chce taplać w wodzie. nie wiem jak na innych, ale na mnie basen działa jak na leppera – mega odprężająco i odstresowująco. tym bardziej, że mijające dni to jedna wielka nerwówka. rzecz jasna, że w pracy. bo w życiu prywatno-osobistym kula się jak do tej pory. właśnie pisał presti i nawet buźkę mi posłał, co jest szczytem uczuciowości w jego ustach. w ogóle ostatnio mega-masakra się zdarzyła. generalnie wiem, że nad ranem seks dla mnie to dopust boży. równy co najmniej pielgrzymce w włośnicy do canossy. no i obudził mnie, miląc się i tuląc, a ja w półśnie ofkors się zgodziłem (niestety asertywność u mnie to pięta achillesowa). no i wydawało mi się, że odbieram nowo wybudowane budynki. a tu cholera żadnych nowych. w sumie pres do najnowszych nie należy…

odzyskałem swój stacjonarny komputer. lubie mojego laptopa służbowego tylko z jednego powodu – że w sytuacji gdy muszę oddać swój komp do informera, mogę sobie go poużywać. a jako wyrośnięte dziecko neostrady musze mieć komp non stop pod ręką. bo co bym wieczorami robił, skoro ezo.tv nadaje li tylko do dwudziestej trzeciej. a jeśli już mowa o kablówce, to od dwóch dni żem jej pozbawion. tragedia! tym bardziej, że od dwóch lat za nią nie płacę ni grosza, bo zapomnieli mnie odciąć. ale w tym miesiącu dzień dziecka chyba się skończył. i jak mi ktoś jeszcze powie, że siódemeczka szczęśliwa jest… ugryzę! w ucho! chociaż może lepiej nie. bo ja tam zawsze doświadczam nadorgazm…

byłem u fryzjera. wyglądam jak owca beata z polskiej wersji ulicy sezamkowej. wystrzyżony masakrycznie. ale czego mam spodziewać się po moim fryzjerze, który woli ze mną gadać zamiast mnie obcinać? tak się zastanawiałem, czy aby nie leci jakoś dziwnie na mnie. w sumie ja bym go z łóżka nie wygonił, ale służbowe stosunki powinny być służbowymi. tym bardziej, że za jego usługi płacę dwadzieścia osiem zeta. z innych rzeczy powiem krótko – sypię się. zaczęło mnie strzykać dzisiaj w lewym boku akuratnie jak gadałem z wiejską zytą. i nagle dostałem ataku śmiechu, na co zofija: panie radq co się stało? jak jej powiedziałem, że starość czuję, umarła ze śmiechu i stwierdziła cobym jej z oczu zszedł, bo goopoty gadam. nie ma ja poważanie u podwładnych… ygh.

ipod-earphones-stock-thumb.jpg tarkan – dudu

In point of view minus cztery on 4 lipiec 2008 at 12:41

pierwsze podejście do zdrady prestona zakończyło się może nie tyle katastrofą, co niepowodzeniem. koleś, z którym się umówiłem, okazał się nawet dość fajny i nie wyglądał źle, ale jednak sumionko gryzło cały czas. co ja tu robię? chcę do domu. bosh, co za masakra. takie i inne myśli mi krążyły wokół głowy. potem nadszedł etap porównań. że prestonek jednak przystojniejszy. że zalotnie mruga oczkami, jak się na niego patrzę. że ma najseksowniejszy głos na świecie i śmiesznie kręci tyłkiem, wchodząc po schodach na ostatnie piętro. no i że muszę się schylać coby go pocałować. i tak cały wieczór. a jak mi powiedział, że przez dwa lata spotykał się z lekarzem, to już w ogóle miałem ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie. powtórzę jeszcze raz – koleś spoko, nie wyglądał źle, inteligentny. ale to nie doktorek. czyli poszukiwania partnera do skoku w bok wciąż w toku…

dostałem drzewko bonsai. od jednego z najprzystojniejszych kolesi w mieście. no dobra – kupiłem go sobie sam w prezencie. za całe trzydzieści zetów. ale to nie przeczy w żaden sposób drugiemu zdaniu w tym akapicie. pamiętam, jak miałem kiedyś na felku nicka bonsai, na którego nie wyrwałem ani jednej doopencji. już większe powodzenie miałem, tytułując się “goopkiem leśnym” – skądinąd zabawnym pseudo nadanym mi przez księżną. obecnie zuzurpowałem sobie prawo do nicka doktorka, pod którym bywał na czaterii. no i nie powim – dostałem propozycję od jakiegoś kolesia, który zakłada agencję modeli. pewnie skarpetki mógłbym reklamować. bo mam ponoć seksowne nogi. przynajmniej zdaniem mojego eksa. i plecy też. i to też jego zdaniem. ale jak mawiała moja mama – z tyłu liceum, z przodu muzeum. poza tym wczoraj usłyszałem od mareczka, że jestem gruby i mam pucułowatą twarz. nie ma jak komplementy słyszane z ust niegdysiejszych partnerów seksualnych. bosko!

wyczytałem kansikej, że po dłoniach można odkryć zawartość boksów. że nie po nosie, czole czy ułożeniu tkaniny dżinsowej, ale właśnie po dłoniach. no i już teraz wiem, skąd mój kompleks małych rączek. normalnie można się załamać. ale na szczęście mój wielki big-bauch wszystko zasłoni, więc i tak nie będzie widać. szczególnie po wczorajszej pizzy i dzisiejszej, na którą zaprosił mnie za parę godzin pan lekarz… poza tym tak sobie myślę, że w każdym z dzisiejszych tradycyjnych trzech akapitów (choć ostatnio zaczynam łamać konwenanse) wspominam burke’a. przeca to chyba jakaś mania i uzależnienie… aż strach się bać, co będzie dalej… chociaż jestem w przededniu umówienia się z kolesiem z miasta prestońcia. ciekawe czy się znają? bo jak wywnioskowałem z wczorajszej rozmowy z randkiem, to już wkrótce będzie sąsiadem z księżniczkiem. zdaje się, że w moim dwabecity jakieś nowe soho wyrasta…

In point of view minus cztery on 2 lipiec 2008 at 10:24

od paru dni nachodzi mnie dziwna myśl. że oto z dnia na dzień jestem coraz starszy, a limit pięknych dni, które przede mną, coraz bardziej się kurczy. nie chodzi o to, że życie staruszka jest niewesołe, bo jawnie przeczy temu wiesław michnikowski, śpiewając słynne wersy. bardziej chyba na rzeczy jest to, że mając dwadzieścia parę lat, znacznie więcej uchodzi ci płazem. w sumie świadom jestem tego (bez fałszywej skromności ofkors), że jak na moje latka nie wyglądam aż tak źle (pod warunkiem, że mam na sobie jakieś tekstylia – przynajmniej na klateczce piersiowej i brzuszysku), ale z każdą kartką wyrwaną z kalendarza ucieka mi coraz więcej szans, możliwości czy nawet okazji. a że dodatkowo mam kalendarz miesięczny, to ta ucieczka jest jakby z lekka zawoalowana. dlatego chyba najwyższa pora, coby coś z tym zrobić – każdy by tak powiedział. niemniej jednak jako totalny socjalny pasyw (nie mylić z seksualnym pasywem proszę, bo to dwie różne sprawy!) mam z tym nie lada problem. ale w sumie nie ma takich problemów, z którymi nie umiałbym sobie jakoś poradzić…

problem numer jeden do pewnego czasu nazywał się preston. aż śmiać mi się chce, jak infantylnie podszedłem do całej tej historyjki, która mogłaby z powodzeniem być jednym z epizodów jakiejś niemieckiej telenoweli (bo przeca nie południowoamerykańskiej czy polskiej, gdzie na gejoffskie relacje miejsca absolutnie nie ma). dzisiaj sprawa totalnie zrewidowana. krótko mówiąc, przestałem doktorka traktować jako poważnego aspiranta do mojego serducha. uznaję, że wdałem się w krótkoterminowy romans. właściwie było to oczywiste od pierwszego naszego spotkania, kiedy to właściwie first time in my life poszedłem z kimś zaraz von angang an do łóżka. choć i tak robił trzy podejścia aż mu się udało. niemniej jednak goopi er pomyślał, że może z tego wyjść coś fajnego. coś fajnego to wyszło z gołębiego jajka i już tego nie ma. tu może wyjść tylko coś z rozporka. tak więc reasumując pokrótce, mogę stwierdzić, że znów mam kochanka. jak było w osobie księżnej. no i z lekka zaczynam sobie bimbać z tego układu. fajnie gdzieś razem wyskoczyć, fajnie razem obejrzeć film, fajnie razem gdzieś wskoczyć. ale nic poza tym. no i jakież było jego zdziwienie, gdy ostatnio określiłem go mianem faceta, z którym sypiam… wrażenia na widok jego miny bezcenne.

a żeby było jasne, że to co wyżej całkiem serio, a nie jakieś pseudomaczomenowskie przechwałki i ściemy, to napiszę, że w niedługim czasie mam się spotkać z jakimś kolesiem z pedalskiego e-baya (fellow to allegro, więc tam proszę mnie nie szukać!). w sumie zero założeń, nowe otwarcie, a może otwarty układ. kto wie. w sumie jakoś niespecjalnie chce mi się szukać poważnych relacji. niech się znajdą same. bo co jak co, ale z takowej opcji raczej szybko nie zrezygnuję. tymczasem chyba powinno być party-tajm. póki jeszcze nie muszę za to płacić…

skoro tak się pocę, wylewając swoje żale i smutki nad facetem, z którym sypiam, to może kilka słów o facetach, z którymi sypiałem. ale może według chronologii. pierwsza księżna. kupiła sobie mieszkanko 35 qm za 147 tysięcy peelen. jak ja kocham takie dziwne decyzje. no ale co tam. w końcu ja planuję za dwa lata emigrację na wybrzeże, więc nie będę się nad nim z tego powodu aż tak pastwić. ale nie o tym chciałem. ogólnie jakoś niespecjalnie mam ochotę się z nim widzieć, choć naciska jak push the button. albo bottom. zależy jak kto chce. w przeciwieństwie do eksa. znaczy vila czyli eM’a, z którym po miesiącu w końcu się zobaczę. zanim zniknie z mego miasta, o czym pokątnie dowiedziałem się, używając swej szpiegowskiej siatki. w sumie macki mam wszędzie – wiedziałem, że księżna kupiła em-jeden zanim mi to powiedziała, wiedziałem, że vil rzucił pracę, zanim rozmawialiśmy na ten temat, w końcu wiem, że preston robi mnie w trąbę i nic mi o tym nie mówi. ale ja tę trąbę odetnę i ze słonia będzie świnka. czyli ja. bo zacznę podobnie jak on. ofkors to teoria. jaka będzie praktyka – w następnych odcinkach…

wczoraj kupiłem sobie fikusa. bo tak jakoś miałem ochotę na obcowanie z naturą. poza tym cały czas urządzam swoje apartamenta. fikus – dwanaście zeta, doniczka – dwadzieścia. zdzierstwo normalnie! teraz tylko proszę o modlitwę coby mi liści nie zrzucił bo benjaminy tak mają niestety… ale mam konewko-spryskiwarkę i odżywkę. tyle tylko, że tym sposobem załatwiłem już w ciągu tygodnia lawendę i fiołka, które dostałem od doktorka. chociaż jakby się nad tym tak dogłębniej zastanowić, to może to znak. że wcale nie były to kfiotki od serca, a coby sumionko swoje uspokoić i odsunąć ewentualne moje złe myśli na bok obok. no bo w końcu rzadko się zdarza, że twój koleś mówi ci, że nie znosi ze wszystkich piw na świecie żywca, a na czacie słyszysz od obcego buroka tę samą kwestię. moja perfidia zdaje się, że osiąga apogeum… świecie drżyj!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg taken by trees – no letting go

In point of view minus cztery on 1 lipiec 2008 at 7:22

wczoraj spadł deszcz. no i zalało mi parapet.
dzisiaj piję kawę. posłodzoną cukrem z deszczówką.

wczoraj zapomniałem komórki w domu, choć miałem ją cały czas przy sobie.
dzisiaj napisałem mu już porannego esa.

wczoraj byłem piękny i młody.
a dzisiaj nie było w sklepie soczku jednodniowego z jabłek.

no i teraz pytanie: wczoraj czy dzisiaj…?
ryzyk fizyk. biorę dzisiaj. jutro mogę być jeszcze bardziej cyniczny.

no i dzisiaj odkryłem spod papierów oryginalny kolor mojego biurka.
porządek na biurku – porządek w życiu. ponoć.

o! zofija drze się na korytarzu. może wpadnie na kawę…