eR

Archiwum z czerwiec, 2008

In point of view minus cztery on 30 czerwiec 2008 at 11:18

hipek nie zmieścił się w żadnym garniturze. a jak już znaleźli jakiś, to był za duży. tak w sam raz na nyskę. no nic – będzie musiał się uzbroić jeszcze w cierpliwość. i albo poczeka na świeże dostawy tkaniny z krajów trzeciego świata, albo pójdzie na ślub swojej siostry w dresie. i pomyśleć, że ten ślub mógł być mój. ech dziewczyna była poskakana za mną. a jej rodzice jeszcze bardziej. jak sobie tak myślę, to właściwie jestem wymarzonym zięcio-synowym. na większości matek robię takie wrażenie, że hej. do dzisiaj matka księżniczki wydzwania do mnie z życzeniami świątecznymi, a na mamie vila też chyba zrobiłem lepsze niż dobre wrażenie. chociaż u hipków to tata hipek był za mną jak nie wiem co…

wiejska przeżywa męża. znaczy młodsza od niego jest, a w dodatku kobietą, więc wszelkie znaki na niebie i ziemi mówią o tym, że ma spore szanse go przeżyć. ale ona go przeżywa na swój sposób. zresztą nic nowego. ona ma faworyta, a ja swój letni romans…

zgodnie z tradcyją winien być tu jakiś trzeci akapit. ale nie mam kompletnie o czym pisać. właściwie dzisiaj to wklepałem kilka czcionek klawiaturą, coby mi statystyki w wordpressie poszły do góry. miałem skrobnąć kilka słów o wypowiedzeniu, o prestonie, o ś.p. gołąbku… ale temperatura jest tak nie do wytrzymania. i ta duchota. a grzybowa dodatkowo ma koncert na igłowej drukarce. nuda!

In point of view minus cztery on 26 czerwiec 2008 at 12:10

dzisiaj jest chyba niezbyt dobry dzień na wylew. tak sobie myślę, bo nie dość, że na chwile zacząłe tracić wzrok, to zaraz potem rozbolała mnie tak głowa, że musiałem pierwszy raz od lat zażyć jakieś paskudztwo kupione w piekarni obok. no a poza tym jestem umówiony dzisiaj na zakupy z hipkiem, któremu ubzdurało się, że jestem jakby ekspertem od garniturów. no nie chwaląc się, mam ten zmysł, który pozwoli mi zawsze dobrać odpowiedni krawat czy koszulę. inna inność, że do moich oczu nie pasuje tylko stanik i podwiązka, ale i tak uzurpuję sobie prawo do bycia wiejskim jacykowem na prowincji. ofkors będę się pewnie trochę woził po kształtach jaśnie pana krzysztofa herbu hipopotam, ale jako czarna owca tej rodziny chyba mam prawo…

w pracy skandal za skandalem. a po środku tego całego miejscowościowego (bo przeca nikt nie nazwie tego zakątku na tej ziemi wsią) łajna ja. moi. ich. czyli ja. dostałem po łbie od wszystkich możliwych najważniejszych z ważnych, wliczając w to i pierwszego. bo ośmieliłem się przedstawić sprawę mniej dyplomatycznie, a tak jak miała się ona od początku do końca. czyli całą prawdę tak mi dopomóż panie na be. ale co tam. wypowiedzenie przynajmniej złożyłem. ech. lajf…

wybrałem się na film. do alternatywnego kina. z kawą i siedzeniami jak w iluzjonie jakimiś. ofkors nie sam, bo z prestonem. na jego zaproszenie coby nie było. jakoś ochłonąłem po licznych predyworcyjnych emocjach, relatywizując sobie to i owo. ale to nieważne. film był cudowny. bo czeski. z boskimi aktorami genialnie obsadzonymi w boskich rolach. a co więcej – z każdą z tych postaci w jakiś sposób mógłbym się identyfikować. tego mi było trzeba. jakiejś lekkości w podejściu do życia, pensji i ludzi, którzy wokół. a najgenialniejsze w swej prostocie – biorąc pod uwagę moje z przeszłości niedawnej doświadczenia – były słowa chińskiego przysłowia, które padły tuż przed napisami: dobrze jest znać prawdę i głośno o niej śpiewać. ale lepiej znać prawdę i śpiewać o śliwkach.

In point of view minus cztery on 20 czerwiec 2008 at 17:07

generalnie mi przechodzi. nie wiem jak inni, ale ja jestem strasznie emocjonalny chłopak. w środę udusiłbym prestona kabelkiem od myszki, teraz co najwyżej włożyłbym mu klawiaturę w dupę. zresztą widzimy się za tydzień, więc moja emocjonalność jeszcze bardziej dozna procesu schłodzenia i kto wie czy nie skończy się to tylko włożeniem mu do tyłka kulki z myszy. a ja gdzieś tam w moich szpargałach takową mysz jeszcze przetrzymuję…

znalazłem na pewnym blogu kilka pytanek. i z braku inwencji twórczej własnej zdecydowałem się trochę pościemniać. ale nie będzie to żaden plagiat, bo byłoby to sprzeczne z moimi zasadami (jak puszczanie się po czaterii), a tylko pewna inspiracja. pytania są cudze, ale odpowiedzi moje. trochę się poodkrywam przed gawiedzią…

1. co ci się ostatnio śniło?
- bosh. seks z cudnym kolesiem z jakiegoś filmu. miał hiv. i w sumie było mi egal, czy i ja tego nie złapię. jemu nie było. i z seksu nici…

2. co myślisz o porannych wzwodach, miewasz je?
- wiem, że w moim wieku to zabrzmi niewiarygodnie, ale jeszcze tak. chociaż seks z takim wzwodem to męczarnia…

3. co nucisz podczas golenia?
- nic. bo ja się nie golę. ani na górze, ani na dole. jestem fetysztą wszelakiego włosia. łącznie ze skórką. z golonki ofkors…

4. co ostatnio przeczytałeś?
- chyba komentarz do kodeksu postępowania administracyjnego i biografię jana kubisza. po prostu potrzebowałem to dzisiaj do mojej radosnej twórczości własnej zawodowej. ot takie bzdety mnie kręcą…

5. co robisz, żeby poprawić sobie humor?
- jak coniektórzy umawiam się na dziki seks. w kole przyjaciół radia maryja mojej parafii ofkors. ot taka czateria-paraferia.pl…

6. co sądzisz o owłosieniu na klatce piersiowej?
- swoim? za małe. cudzym? do tej pory trafiałem niestety na łysoli. jak już trafię na takiego miśka (bez przesady ofkors) to pewnie będzie znak. że to ten na wieki wieków – na kolejne pół roku…

7. co to jest fisting?
- powiedzmy, że w tym przypadku jestem szczęśliwy, że nie zawsze teoria idzie w parze z praktyką…

8. co to jest liczba złożona?
- dzisiaj zaczęły się wakacje – to raz. a dwa – 69 miałem już ładnych parę czasokresów temu…

9. co to jest tag?
- guten tag! bundestag! geburtstag! tak, jestem germanofilem i miałem trzech wujków w wehrmachcie. i temu qwa mać prezydentem nigdy nie zostanę…

10. co to jest wolny związek?
- ja i preston. a co?

11. co to znaczy „być kogoś chłopakiem”?
- być pasywnym?

12. częściej chodzisz do kina czy do kościoła?
- ostatnio w kinie byłem na casino royale. a w kościele na pasterce. czyli jednak czarni wygrywają…

13. czy „zakochałeś” się kiedyś w kimś sławnym?
- camillę parker-bowles ktoś zna?

14. czy 1+1 to zawsze 2, a 2+2 nieodmiennie równa się 4?
- jest jeszcze 2+1. taki zespół, którego pieśń grają na weselach zawsze. a nikt się nie pokapował, że bohaterką rzeczonego utworu jest kobieta, która wychodzi za mąż z rozsądku…

15. czy byłbyś w stanie wyjechać z polski i na stałe osiedlić za granicami naszego kraju?
- i to już. natychmiast. teraz. w berlinie albo hamburgu. albo nowa zelandia. byle jak najdalej od tuska.

16. czy chciałbyś mieć dzieci?
- przed poznaniem samurajów moja odpowiedź byłaby twierdząca…

17. czy chodziłeś do przedszkola?
- jasne. dwa lata. najgorsze dwa lata mojego życia. nie licząc związków…

18. czy jest coś, czego nie lubisz jeść?
- generalnie lubię jeść. ale nie jem. odżywiam się jeno. coby nie zejść całkowicie. acz kto wie, kto wie…

19. czy kiedykolwiek farbowałeś swoje włosy?
- raz w życiu. nawet mam fotę. na różowo. serio!

20. czy kiedykolwiek miałeś myśli samobójcze?
- tylko stojąc przed lustrem, więc to się nie liczy…

21. czy kiedykolwiek miałeś na sobie sukienkę?
- odkąd mogą mnie wsadzić do więzienia, to nie…

22. czy kiedykolwiek robiłeś sobie test na obecność wirusa hiv?
- przeszłość odkreślamy grubą linią. swoją drogą chyba powinienem…

23. czy kiedykolwiek zakochałeś się w dziewczynie?
- właściwie to nie. ale one padają mi do stóp. jak muchy. a ja łapką je. łapką…

24. czy masz rodzeństwo?
- mam młodszą sis. ale to ja jestem z naszej dwójki ten piękniejszy, mądrzejszy i w ogóle i w szczególe. niestety, siostrzyczka moczyła się w wodach płodowych, które ja doszczętnie wydrenowałem z najlepszych genów…

25. czy masz swój wypróbowany sposób na kaca?
- übung macht den meister!!!

26. czy nosisz okulary?
- na ogół windowsy w oczach. okulary wieczorową porą. ale co jak co – cholernie fajna ze mnie w nich dupa. ygh. twarz znaczy…

27. czy podczas uprawiania seksu zdarzyło Ci się westchnąć lub zajęczeć?
- prędzej zasnąć lub nie dojść. ja nie wydaję dźwięków seksualnych. jestem jak pani migająca em jak sraczka w wersji dla niesłyszących…

28. czy sigurów można użyć jako składnika kanapki?
- jeśli macie na myśli ten zespół – to sorry. jak dla mnie to za popularna muzyka niepopularna…

29. czy twoi rodzice wiedzą o tym, że jesteś gejem?
- teraz już pewnie tak…

30. czy zafundowałeś sobie kiedyś bungie-jumping?
- jeszcze nie. za ciężki jestem i obwiązany linami wyglądałbym jak szynka u rzeźnika na haku. mimo wszystko mam litość dla estetów…

31. do jakich trzech głównych rzeczy wykorzystujesz komputer?
- jako podstawkę na kubek z kawą, telefon oraz modem…

32. dokończ: seks to…
- nic, bez czego nie umiałbym przeżyć przez rok…

33. gdyby warunki okazały się sprzyjające, wolałbyś mnie przytulić czy raczej pozwoliłbyś, żebym to ja przytulił ciebie?
- tak bez dwumiesięcznej wymiany mejli? nie ma opcji!

34. gdybym miał zostać twoim facetem, któ-rym-bym-był?
- wciąż nie przegoniłem elisabeth taylor… ani żadnego z moich eksów (w tym i przyszłych eksów).

35. gdybyś miał maszynkę do przenoszenia w miejscu i czasie, gdzie chciałbyś teraz być?
- ósmego marca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku w bielsku o czternastej trzydzieści…

36. gdybyś na bezludną wyspę mógł zabrać tylko jedną płytę, to jaki byłby to album?
- upewniłbym się czy w ogóle mają tam prąd i jakiś odtwarzacz tego typu płyt, coby mi szczęka dolna nie wypadła na piasek…

37. gdzie najbardziej na swoim ciele lubisz czuć bliskość faceta?
- w moim wieku sypia się już w osobnych łóżkach. a jeśli już nawet w jednym, to pod osobnymi kołderkami…

38. gdzie zabrałbyś na pierwszą randkę kogoś, na kim bardzo by ci zależało?
- phi. nie ma goopich. niech teraz ktoś się stara. enough is enaf!

39. gej czy pedał?
- jak kurwa nic – pedał!

40. ile centymetrów ma środkowy palec twojej dłoni, mierzony od środka kostki?
- wbrew podejrzeniom mniej niż mój penis…

41. ile książek przeczytałeś przez ostatnie 12 miesięcy?
- całkiem sporo. przynajmniej jedną na miesiąc. co jak co, ale inteligentna bestyja jestem… jak sie nie może szpanować ciałkiem, to trzeba móżdżkiem…

42. ile masz lat?
- powoli zapoznaję się z tym niemcem. azheimerem…

43. ile razy zakochałeś się w przeciągu ostatnich 12 miesięcy?
- jeden raz za dużo…

44. ile ważysz?
- stanowczo za dużo!

45. jajko na miękko czy na twardo?
- jajka mogą być miękkie…

46. jak często się golisz?
- a tego pytania czasem już nie było??

47. jak trafiłeś na tego bloga?
- pewnie po pedałblogach… od ajsa wszystko się zaczęło. on ma tego tam w cholerę…

48. jak ubrałbyś się na nasze pierwsze spotkanie?
- założyłbym skarpety do sandałów jak jeden taki marcinek kiedyś. i kaszkiet. uciekłem po kwadransie…

49. jak wyglądają Twoje dłonie?
- chciałbym je mieć większe. i nie tylko nie (tak brzmi ten zaimek??)

50. jak wyglądał nos twojego ostatniego faceta?
- buhahaha! tomaszek wie!

51. jak wysoki jesteś?
- hobbitowi goopio by było być ze mną aktywnym…

52. jak wysoki powinien być twój partner?
- doświadczyłem wszelkich proporcji. ale nie lubie stawać na palcach do całowania. czuję się jak w jeziorze łabędzim wtedy…

53. jaka była twoja ulubiona zabawa w dzieciństwie?
- ależ ja cały czas jestem dzieckiem. dzieckiem szczęścia…

54. jaką lekturę w liceum przeczytałeś w całości?
- czuka i heka…

55. jaki bohater filmowy najlepiej oddaje twoją osobowość?
- pies pluto. albo sąsiedzi. fajtłapa ze mnie nieziemska…

56. jaki jest twój ulubiony bohater kreskówek?
- rákosníček

57. jaki jest twój ulubiony kolor?
- czerń. bo wyszczupla…

58. jaki jest twój znak zodiaku?
- nawspanialszy ofkors. rybki…

59. jaki kolor i długość włosów najbardziej lubisz?
- te pytania nie są już takie zabawne. coraz bardziej mi się nudzi, wstawiając te goopie literki. jeśli chodzi o panów – żadnych szymonów wydrów i perfektów. plizz… łysi też nie są fajni!

60. jaki masz kolor oczu?
- w dowodzie piwny. w oczodołach brązowy. muszę pamiętać o zmianie za 3 lata…

61. jakie cechy u innych wyprowadzają cię z równowagi?
- pierdołowatość!

62. jakie jest twoje ulubione męskie imię?
- kazimierz.

63. jakie lody najbardziej lubisz?
- na ciele? w ustach? czy może w pucharku? bo się pogubiłem…

64. jakie metody stosujesz, kiedy chcesz odreagować stres?
- procentualia ofkors…

65. jakie są trzy największe przyjemności twojego życia?
- decybele, kej-pi-ejcze i promille…

66. jakiej muzyki słuchasz na kolanach?
- sakralnej w czasie podniesienia…?

67. jakim zdrobnieniem nazywała cię mama, gdy byłeś mały?
- na szczęście mama mi tylko imionkowała. temu chyba nie mam zespołu nadzdrobniania i cium-słodzenia…

68. kiedy ostatnio byłeś w parku albo w lesie?
- całkiem niedawno. i całkiem szybko tam znowu będę…

69. kiedy ostatnio rozmawiałeś z ojcem?
- na dwanaście godzin przed jego śmiercią. jako ostatni z rodziny. już piętnaście lat prawie temu. a co?

70. kiedy po raz ostatni trzymałeś za rękę faceta?
- dzisiaj, witając się z dyrektorek ośrodka kultury. zawsze przytrzymuje jakąś chwilkę…

71. kogo ze zmarłych ludzi chciałbyś wskrzesić, by podać mu rękę?
- co za durne pytanie. autora rzeźby wenus z milo pewnie…

72. kto ostatnio pogłaskał cię po udzie?
- nikt.

73. kto to jest ‘prawdziwy mężczyzna’?
- z całą pewnością nie ja. może ajsi?

74. mleko na zimno czy na gorąco?
- prosto z cycka!

75. co dokładnie chodzi w określeniu ‘dźwięk stereofoniczny’?
- wyjdę na debila, gdy powiem, że kompletnie nie interesuje mnie ten temat. niby wiem, że ojciec mnie zrobił, ale jakoś nigdy nie myslałem, jaką techniką…

76. o czym marzysz?
- by być kanclerzem niemiec…

77. o której zazwyczaj kładziesz się spać?
- raczej pytanie powinno brzmieć: po której…

78. o której zazwyczaj zasypiasz?
- musiałbym zerknąć do pamiętnika. co noc skrzętnie notuję…

79. od którego momentu znajomości można powiedzieć, że to już jest ‘związek’?
- buhahaha… no comments…

80. ogórek kiszony czy konserwowy?
- szklarniowy! świeży! w całości. ze skórką. choć amerykanie ponoć wolą bez. i żydzi też…

81. palisz?
- powinienem zacząć. kalorie ofkors…

82. pies czy kot?
- świnka morska.

83. pijesz kawę?
- czy piję? ja ją żłopię…

84. por czy seler?
- zielona pietruszka. taki herb ofkors.

85. preferujesz lans na parkietach modnych klubów?
- jasne. co tydzień. katosy, krakoff, wafka. no i czateria ofkors!

86. ser żółty czy ser biały?
- jak ktoś nie wie, to niech wypier**** z tego bloga!

87. skarpetki białe czy czarne?
- do sandałów??

88. slipki czy bokserki?
- sypiam nago, a co?

89. sypiasz nago czy w pidżamce?
- no przeca mówię… grr…

90. tradycyjny pogrzeb czy kremacja?
- kremacja. za ciężki jestem…

91. w jakim wieku pierwszy raz się całowałeś?
- w sumie wcześnie zaczynałem. kiedyś nawet mi się śniło, jak się całowałem z zaje*istą doopą. a jak się obudziłem, to cały róg kołdry był dziwnie mokry…

92. w jakim wieku po raz pierwszy się zakochałeś w chłopaku?
- niestety w xxi dopiero…

93. w jakim wieku powinien być twój partner?
- cha im w de. czy młodszy, czy starszy – tak samo ma nasrane w głowie. bóg zapłać…

94. w którym miejscu zrobiłbyś sobie tatuaż?
- na lewej łydce.

95. wanna czy prysznic?
- cokolwiek. byleby nie śmierdzieć…

96. witamina ce z pomarańczy czy z grejpfrutów?
- z apteki…

97. wyjazd na ryby czy na grzyby?
- na doopy…

98. z czym kojarzy ci się określenie „przegięty”?
- nie wiem czemu, ale niekoniecznie ze mną ani z nikim z kim sypiałem…

99. z ilu skrzynek e-mail regularnie korzystasz?
- z dwóch. ale mam jeszcze trzynaście…

100. za którym razem zdałeś egzamin na prawo jazdy?
- za ostatnim. dobry jestem, no nie?

tak jakoś zachciało mi się wywiadu udzielać. kiedyś już udzieliłem. ale gazeta ma jeno niecałe dwa tysiące egzemplarzy. poza tym trzeba wyjść naprzeciw nowym technologiom. dzisiaj już wyszedłem naprzecim szkolnej gawiedzi. trzy panie powiedziały wow! miały po szesnaście lat. więc niech będzie im wybaczone. goopie są i hormony im szaleją. za to samczym wow bym nie pogardził. ygh.

In point of view minus cztery on 18 czerwiec 2008 at 20:42

jeszcze tylko parę dni i rozwód sfinalizowany. nie, nie. wiejska wciąż nie dojrzała do tej wiekopomnej decyzji. ba! co więcej – wybiera się z faworytem na tydzień nad morze. pewnie ratować małżeństwo jedzie. no dobra, to taka pożegnalna wyprawa. przynajmniej tak twierdzi. inna inność, że nie jedzie z nim sama. jadą wielką paczką – łącznie z jej byłym, co chyba najbardziej zmotywowało jej małżonka, by podjął trud pokonania z własną żoną całej polski. biedny. nawet się nie spodziewa, co go czeka. tym bardziej, że pozew już przygotowany ręką jakiejś tam prawniczki. całe szczęście, że ja nie mam takich problemów. z prawnikami znaczy. wystarczy jedno spotkanie w cztery oczy i po sprawie. i to chyba najważniejszy powód, dlaczego nie popieram związków partnerskich…

preston też się nie spodziewa, że już wkrótce będzie musiał opuścić warrior’s anatomy. i to z hukiem. na razie milczę, ale przy najbliższej okazji otrzyma, co mu się należy. może sobie nic nie obiecaliśmy. może nie przyrzekaliśmy sobie wierności i uczciwości póki śmierć nas kosą nie przetnie wpół. ale kłamstwa nie zdzierżę. że niby źle się czuje. że niby pracuje. a w najlepsze gada ze mną na czacie i zaprasza mnie na seks. po prostu dno! że niby jestem szpiegiem? że niby to nie fair? może. ale niech no tylko temida zważy nasze przewinienia… a wszystko dzięki – a jak – dżeksowi. bo się chłopak w pracy nudzi i okupuje czaterię kurwierię. a że fota na wielbłądzie z rzadka się zdarza, to nietrudne dodać jedno i drugie, by załapać, że to niby moja big love. okki. sam sobie jestem winien, bo już od jakiegoś czasu o tym wiedziałem. a niech się kurwi. byleby mi kłamstwem oczu nie mydlił. bo nic mnie tak nie brzydzi jak kłamstwo właśnie…

wiedźma mówiła: rozstaniesz się z nim. kiedy? z kart wychodzi czwórka. więc albo za cztery miesiące. albo w kwietniu. czyżby miała się mylić? może… ale moment! od wizyty u niej jak w pysk strzelił minęły cztery tygodnie… teraz tylko pozostaje czekanie na najgorszą część jej proroctwa. ale może lepiej od razu odpukać. w niemalowane. może być moje czoło…

In point of view minus cztery on 17 czerwiec 2008 at 12:47

powinienem zostać wróżką. bo nasi odpadli w euro. że niby to było oczywiste? w takim razie cała reszta powinna pofatygować się do psychiatry. tudzież dostać jakieś zacne miejsce we władzach kościelnych, bo tam wiara w cuda jakoś bardziej usprawiedliwiona. w cywilu raczej trudno będzie się usprawiedliwić ze szkodliwych społecznie twierdzeń, jakoby nasi mieli szansę na finał. prędzej ja zostanę prima baleriną w teatrze bolszoj. tyle tylko, że ja w tutu to widok równie podniecający i zachwycający co nasza jedenastka na boisku. no może z wyjątkiem boruca, ale to już inna inność… wczorajszy mecz sobie z lekka darowałem, bo wiara w przegraną niemców z austriakami połączona z triumfem nad kroacją, była równie sensowna i uzasadniona, co msza w intencji o poczęcie przeze mnie i prestona. w tej konstelacji ofkors. bo że w innej to całkiem możliwe – jak zwycięstwo polski. nad bhutanem…

sprawy z prestonem chwilowo mają się jak się mają. nie będę się nad tym rozwodził, bo nie ma nad czym. w sumie jest super. ale wynik meczu jest do przewidzenia. tyle tylko że czas jakby nieregulaminowy. poza tym wpadł do mnie na chwilę, przywitał się z kaczką (nie, nie! nie uprowadziłem prezydenta ani on nie uprowadził ze szpitala własności prywatno-publicznej do sikania – to taka gumowa kaczuszka wannowa…), wypiliśmy szampana i takie tam tere-fere. poza tym pierwszy raz w życiu dostałem od faceta kwiatki. goździki. normalnie upadłem. i pomyśleć, że nie za bardzo chciałem się z nim spotkać. a dzisiaj nawet do pracy mnie odwiózł. całe szczęście, że nie musimy się kłócić, kto dzieciaki do przedszkola rzuci. na razie tylko jest wojna o żelazko. że sobie go zauzurpowałem…


oops. zapomniałbym. przeca mamy dzieciaka…

ale żeby nie popaść w melancholijną nutkę pedalstwa pospolitego, trzeba jakieś męskiejsze tematy poruszyć. tak więc odebrałem od mechanika samochód (oto prawdziwy powód dzisiejszej trzydziestokilometrowej podwózki ze strony doktorka, którą ofkors mega oprotestowałem). chodzi bosko. jak się okazało padło całe zawieszenie, amortyzatory i inne części, których nazw nie pomnę (dla uspokojenia nastroju i goopkowatego uśmiechu na twarzach coniektórych pt. czytelników nadmienię, że równie podobnie nie znam nazw kosmetyków poza szczotką, pastą, kubkiem, ciepłą wodą ani też tytułów więcej niż trzech piosenek madonny…). no i pół tysiąca nie moje. shit happens… ale koniec końców odzyskałem przedłużenie mojej wątpliwej jakości męskości. a właściwie jej pięciometrowe przedłużenie. teraz tylko pora zastanowić się nad ewentualną jej wymianą. dżipek mi po główce chodzi. tym razem tej wyższej kondygnacji ofkors. trzeba tylko sobie hierarchię wartości i celów ustanowić. ale jak to powtarzała pewna pani w reklamie telewizyjnej – man muss prioritäten setzen…

poza tym popinkalam sobie na nowej operce. a wszyscy użytkownicy ie (buhaha) czy mozilli (blee) są u mnie na cenzurowanym. jacyś podejrzani tacy…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg tegan and sara – call it off

In point of view minus cztery on 13 czerwiec 2008 at 19:40

erfolg. szafka przywieziona i zamontowana. czyli było nie było pierwszy etap remontu został zakończony. czuję pewne rozczarowanie, jako że życie na walizkach ma swoje uroki. przez dwa miesiące (sic!) siedziałem sobie w drugim pokoju, w którym normalerweise mam taką prywatną garderobę, i oglądałem telewizję, korzystając z anteny pokojowej. teraz nie zostaje mi nic innego, jak przenieść się do apartamentu o standardzie półtorej gwiazdki. no nic – nic nie może wiecznie trwać, jak śpiewała diva. nawet mój mini remont. ale wiedźma mówiła, że mi ten remont nie przyniesie zadowolenia. no i trapiłem się całymi tygodniami, po co właściwie to robię. aż odkryłem eurekę! ja goopia pinda zapytałem irenę nie o to, czy będę heppi z nowego pokoju, tylko czy uszczęśliwi mnie remont. no ale jako potencjalny fetyszysta seksu w gipsowym pyle (nie polecam!) mogłem mieć właśnie to na myśli…shit. noga mi ścierpła.

ponoć jednego pisklaka nie ma. dowiedziałem się wczoraj podczas mojego trzeciego pobytu na szpitalnej dyżurce. w sumie pan doktor jakiś podejrzany jest – niby taki medyk wielki prawie jak paracelsus i jego ojciec wilhelm bombast z hohenheimu zarazem, a nie umiał pisklaka uratować. w dodatku to pewnie ten, który geny odziedziczył po mnie (totalne zakręcenie i brak instynktu samozachowawczego), jak ośmielił się zauważyć mój były in spe. no ale czego spodziewać się po lekarzu, który szuka portfela z krokodylej skóry. nie wiem jak wy, ale ja w takich momentach chętnie bym prestona obsadził w jakimś nowym reality show w roli stefanii harper i urządził taki powrót do edenu, że pogubiłby swoje klapki z wielbłądziej skórki…

oto właśnie mija tydzień, jak niczym landfürst zarządzam swoją ziemią. doglądam pól, które jak w bajce niczym chusteczki, poddanych i dobytku. przyjmuję audiencje i sam udzielam gospodarskich wizyt. uśmiecham się i macham. sam zarządzam swoim czasem pracy i jednocześnie znajduję upodobanie w zarządzaniu czasem cudzym. po prostu dziel i rządź. ale niestety w poniedziałek gejm-ołwer, bo pierwszy wraca. ale to tak samo jak z gejoffskimi związkami – niewarto planować, bo i tak nic nie może przecież wiecznie trwać, jak śpiewała diva…

a tymczasem wciąż przeżywam wczorajszy mecz. i odkrywam w sobie uczucia patriotyzmu, których do tej pory jakoś nie miałem okazji odkryć. chociaż zawsze byłem anty-angol. stąd moja miłość do języka helli von sinnen i helgego schneidera. ech… a camilla parker-bowles może mnie cmoknąć!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg blonde redhead – 23

In point of view minus cztery on 11 czerwiec 2008 at 11:19

preston wrócił. z mega pudłem prezentów dla mnie. aż mnie zatkało. odebrałem doktorka z lotniska, odwiozłem domu i pojechałem do siebie. z tym że to ostatnie to dopiero rankiem dzisiejszego dnia. poza tym w międzyczasie zostaliśmy rodzicami. no to już wydarzenie, które w jakiś tam sposób połączyło nas na wieki. no ale czego można chcieć innego od pary gejuff, jeśli nie zacieśnienie więzów przez jaja i ptaki…


to się nam zdarzyło zaraz po pierwszej wspólnej nocy. no dobra… drugiej.


ale natura uwielbia sprawiać niespodzianki…


no i proszę, nawet nianię franię sobie zatrudniliśmy…


a oto nasza pociecha (na prawo od skorupki)… cały preston!
tak w ogóle, to byłem przy “porodzie” :P

a poza tym to chyba jest mi dobrze. i ten, dzięki komu tak jest, już to wie…

In point of view minus cztery on 10 czerwiec 2008 at 12:01

o! czajnik mi się zepsuł! znaczy był już zepsuty od miesięcy (jak wszystko, co za 14,99 bot in tesco). ale teraz to jakby na serio. a miałem ochotę na kawę. z kubka z marylin monroe. znaczy z darlene conley, ale bardziej stylistycznie pasował wersik z marylin. kawę mam gratis. dostałem w świecie książki. fusy mk cafe. tak prawdziwie po budowlańsku. nie ma jak poczuć się misterem testosteronem. raz za czas. bo w dzisiejszej zielonej koszuli wyglądam jak żarówa w kreacji z żywieckiej targowicy. a to pewnie tylko jakiś auchanowski otkitir. za to krawat pewnie trzy razy od koszuli droższy. jak i pasek od spodni. nie mówiąc o wzajemnych relacjach skarpetek i butów, czy boksów i… no może w tym miejscu urwę ten szaleńczo interesujący wątek.

wczoraj spotkałem się z mister ciumem. jak zawsze wesoły, przesadnie czuły i kipiący zdrobnieniami. czyli cały cium. zresztą i pod koniec spotkania dostałem smsy z ciumkami, uściskami i buziakami. w jednym esie więcej tego tamtego niż we wszystkich esach od prestona razem wziętych. a pomyśleć, że on ma faceta. a nawet dwóch. jednego, z którym mieszka i drugiego, z którym… tak czy inaczej fajny z niego chłop (w wieku prestona swoją drogą, czyli sam miód). trochę pogadaliśmy, wypiliśmy piwo. właściwie piwo piłem ja, bo on soczek – i to jest podstawowe kryterium dyskwalifikujące w przedbiegach. już pewnie wolałbym faceta impotenta niż abstynenta. ale powiedzmy, że w branży akcenty rozkładane są nie zawsze stereotypowo…

dzisiaj wielki dzień. poza tym, że ważę trzy kilo więcej niż przed tygodniem (kapnąłem się, bo mi zmarszczki na twarzy jakoś wypłowiały, a w boksach wyglądałem jak przerośnięta szynka), bo oto bowiem dzisiaj przylatuje kandydat do ręki. zamówiłem sobie kolesia z gayromeo.com. znaczy chciał przylecieć, to go odbiorę. no dobra, żartuję. preston wraca z zagranicznych wojaży. ciekawe czy powodowane były one chęcią odwiedzin u jakiejś tam swojej miłości z piaskownicy płci pięknej, czy może też czaterią interią w wersji com lub eu. dżołk ofkors. coby nie było. no cieszę się z jego powrotu równie mocno, jak blake carrington, gdy ujrzał w sądzie alexis. no dobra – kolejny żart. moja radość jest co najmniej tak wielka, jak w dynastii, gdy fallon uszła kosmitom. a tak poważnie, to już się nie mogę doczekać dwudziestej pierwszej z minutami. a irlandczycy niech głosują przeciw traktatowi. co tam! wtopiliśmy z niemcami, to niech i unia ma za swoje. a jeśli już przy temacie euro jesteśmy, to w czwartek zwyciężą biało-czerwoni. czerwono-biało-czerwoni ofkors…

In point of view minus cztery on 7 czerwiec 2008 at 19:28

weźmy na przykład moje biurko (znaczy tymczasowe biurko, bo wciąż u mnie z remontem jak ze ślubem jarka i szczypińskiej). stoją na nim następujące rzeczy: monitor, mazaki do opisywania płytek, lampa, płyn do soczewic, podróbka aqua di gio, puszka po redd’sie (jabłkowym tym razem), komórka, pilot do defaude, mysz do lapitopi, klawiatura i mysz do kompa, szklanka z wczorajszym wermutem, szklanka po bolsie z przedwczoraj i inna szklanka z dzisiejszą wlewką oraz komórka, na którą właśnie przyszedł es od prestona. w sumie miałem być aktualnie na jakiejś wiślańskiej dziczy, ale zarazek ma szkołę, a wiejska walczy ze sraczką. no cóż… lajf!

wczoraj sobie zrobiłem wypad na miasto. w sumie szkoda było zachodu, bo wypiłem jedno piwo (w domu pewnie rozerwałbym się przedniej), ale co tam! ile można pić samemu?! toć to przeca alkoholizm! dlatego też w celu odmłodzenia się pojechałem na koncert maryli rodowicz. w sumie niech żyje bal! ale to już było. i nie wróci więcej. na szczęście małgośka to madre od nyczek, ale super babka. no i spędzenie czasu z dżeksami i pochą. do tego spotkana przypadkowo całkiem księżna. i pomyśleć, że byłem z nią w łóżku, jako i dżeks był. to nas łączy po wsze czasy… wesołe jest życie staruszka!

a dzisiaj dzień strażaka. znaczy po florianie już całkiem dawno, ale zawody strażackie dopiero dzisiaj się odbyły. no i ja na nie wpadłem. tuż po fryzjerze. dzisiaj koleś mnie olał całkowicie. i nie był to ani pissing, który w niektórych kręgach panów na fellow wywołuje mega erekcję, ani tym bardziej promocja nowych perfum w trendy. po prostu obciął mnie jak jakąś offcę beatę. bóg zapłać imienniku prestona! właśnie sobie przypomniałem, że dżinsy mi wiszą. nie tylko na dupie, ale na sznurku. bo tak się złożyło, że pranie zrobiłem. w sumie jestem stary kawaler, a nie? o! księżna pisze na gadulcu. wow! nie ma jak być słomianym wdowcem…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg the magic numbers – love’s a game

In point of view minus cztery on 5 czerwiec 2008 at 20:16

mam w łazience zajebiście dużego pająka. takiego wielkości niczego sobie męskiego penisa. no dobra, trochę mniejszego. ale ja i tak jestem dumny. znaczy z pająka, coby nie było, że z czegoś innego. dałem mu na imię kazek, coby prestona uczcić z drugiego imienia. tak, tak – durne ma imię. prawie jak henryk. chociaż z drugiej strony jonathan rhys meyers jest niczego sobie. jako henryk ofkors. no i karol brandon też. jako henryk cavill. tyle tylko, że na odwrót niż jonathan. bosh! starzeję się! wracam namiętnie do seriali. chirurgów skończyłem, więc dzisiaj pochłonąłem cztery odcinki tudorów. boscy panowie. boskie panie. i głos króla! czy ja czasem nie jestem fetyszystą głosów? ale durny fetysz…

w pracy toczę sobie wojenkę. z moją byłą szefową, której aktualnie szefem jestem ja. zaczęła pinda lafirynda mnie rozliczać z czasu pracy. no halo! to ja mam nienormowany czas pracy, a nie ona. to ja nie mam umowy o pracę , a ona karnie musi wpisywać się na listę obecności. ale skoro chciała walczyć, to chętnie podniosę rękawicę, zerkając spod swojej zajebiście seksownej czarnej brewki na jej początki błogosławieństwa. niech no tylko zacznie słabnąć i przybierać w staniku, to chętnie przejmę wszelkie jej obowiązki. a zaczynam na ostro od wtorku, kiedy to pierwszy wyjedzie na cztery dni, a ja przejmę jego obowiązki. już czuję ten jej wzrok na sobie, kiedy zakomunikuję szalonej pracoholiczce, coby urlop powoli zaczęła wybierać z poprzednich dwóch lat. okej, włączyło mi się chamstwo, wredota i złośliwość, ale nikt nie będzie mnie (mną?) poniewierać publicznie za pieniądze podatników z powodu dziesięciu minut nieobecności w firmie. sorry, ale mr. er uczy się asertywności… (tutaj publiczność pęka ze śmiechu i bije brawo scenarzyście za jego ułańską fantazję w konstruowaniu żartów i gagów).

a pierwszym obiektem laboratoryjnym, na którym testuję swoje nowe podejście do życia jest doktorek. pojechał sobie w świat do jakiejś dziewuszki, która się w nim bujnęła i sobie wyobraża (prawie jak ja). gdybym był człowiekiem zdolnym do głębszych uczuć (a nie tylko łyków…) jak na przykład zazdrość, to pewnie wkurzałbym się niemiłosiernie. a że naprawdę lata mi to koło dupy, czy ktoś z kimś sypia, czy nie, to po prostu olewam biznes (vide ostatnie zdanie drugiego akapitu!). ale i tak pewnie się złamię wieczornie i napiszę mu jakieś milsze słowo. w sumie komu jak komu, ale jemu zawsze… poza tym w końcu muszę go jeszcze odebrać z tego lotniska, odwieźć do domu i jakąś kolację przygotować. na szczęście to dopiero za tydzień, więc mam jeszcze trochę czasu na kupno winiarowskiego pomysłu na trzy kropki…

oszalałem. na punkcie. sera żółtego. dzisiaj pochłonąłem trzydzieści deko prosto z folii samoprzylepnej. no takiej przezroczystej, co się ją tragicznie odrywa, skleja się masakrycznie i w ogóle nieekologiczna jest maksymalnie. do tego pomidory, ogórek (w plasterkach coby nie było!) i oliwki. zapiłem to potem jakimiś procentualiami i obejrzałem ostatni odcinek niemieckiej telenoweli ‘pukając do jakichś tam miłości bram’. leciał serial na jedynce o piętnastej, a jego akcja toczyła się na lotnisku. głupie to było jak mój blog, ale jakoś polubiłem ten film. tym bardziej, że występowali tam znajomi z gute zeiten schlechte zeiten & verbotene liebe… a! no i szaleję na allegro. właśnie kupiłem sobie trzy figurki mojej sister. ot takie małpy (tym razem nie w czerwonym niestety, a w kamieniu) z zatkaną buzią, zasłoniętymi oczkami i przytkanymi uszkami. wypisz wymaluj moja następczyni w maminym brzuchu… ach! no i jeszcze jedno. skoro jesteśmy przy mojej brzydszej połówce rodzeństwa (było nas dwoje – ja i ona), to całkiem przypadkiem natknąłem się na nią ostatnio w sklepie. i wszystko byłoby cacy, gdyby nie fakt, że tuż obok szwendał się preston…

cholera… nie ma go dopiero dwa dni, a ja już wariuję z tęsknoty…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg taken by trees – only yesterday

In point of view minus cztery on 2 czerwiec 2008 at 11:23

sezon na pedały rozpoczęty. i to bez pomocy fellow. to straszne! po roku przeprosiłem się z rowerem i wspólnie wyjechaliśmy na trasę. w uszkach pogrywało empeczy, a w głowie kotłowały się myśli o nadjeżdżającym tirze, jak to już było cztery lata temu. no bo jak miałem usłyszeć jego klakson, skoro bratałem się wtedy z boskim hatzigiannisem… a tymczasem bratam się z tygrysem. takim bratem z zespołem downa czerwonego byka. ponoć równie energetyczny typek. a szafki jak nie było, tak nie ma. pewnie ktoś na górze testuje moje nerwy, które jakby ostatnio wzmocnieniu uległy. w przeciwieństwie do innych dziwnych rzeczy, które zaczęły się pojawiać tu i ówdzie. no nic, w końcu wiedźma stwierdziła, że przede mną długie el cztery. a z wróżbitkami się nie dyskutuje…

różne myśli mi kręcą się po głowie. im dalej tym mniej. im bliżej tym więcej. po kiego człowiek myśli? mógłby mieć instynkt i zaspokajać swoje podstawowe potrzeby, a tak myśli. a czasem nie myśli. ale potem i tak myśli. i się zastanawia. i się wkurza niemiłosiernie, gdy nagle mechaniczka (sic!) mówi mu, że jego samochód to jedna wielkie tragedia. i popada w zawieszenie. znaczy zawieszenie samochodu popada w mega tragiczny stan. ale od czego ma się grey’s anatomy? boska muzyka, a finał niewiadomo dlaczego wyciska łzy… bez skojarzeń – w czwartym sezonie prestona nie ma, meredith schodzi się z derekiem, callie całuję erykę, cristina odkrywa w sobie ludzką stronę, szef wraca loretty divine, na moment zjawia się boska addison, a o’malley dostaje drugą szansę na zdanie egzaminu… że zdradziłem sporo szczegółów? phi. to tylko serial. wystarczą wielkie znaki zapytania we własnym życiu. chociaż ja i tak uwielbiam je zamieniać w wykrzykniki…

dostałem misia. na dzień dziecka. i książkę. również na dzień dziecka. sam dałem misia. na dzień dziecka. i książkę. też na dzień dziecka. a jednak nie czuję się dzieckiem. przynajmniej na co dzień. jednak gdy do głosu dochodzą uczucia, staję się bezbronny jak dziecko. ale nie to dziecko, co strzałami w ally mcbeal celowało. calista. boska kobieta. a rob lowe. ech. piękny mężczyzna. serialowo się zrobiło. jeszcze mam kilka rzeczy do obejrzenia. nudzi mi się czasem, więc oglądam pierdoły. bo między bogiem a prawdą historia z modą na suckes to jedna wielka ściema. coby się tylko nie okazało, że i inne rzeczy to jedna wielka brednia. a że ja po prostu nie umiem kłamać, to tak chyba nie będzie. a może będzie. a może nie…

napieralski został szefem sojuszu lewicy demokratycznej. tusek odwiedził podkarpacie w czasie, gdy bawił tam mąż marii kaczyńskiej. w macedonii wygrali konserwatyści, a metzgerowa z heskiego landtagu nie chce kandydować w wyborach za rok do niemieckiego parlamentu. hilary clinton ku mojej rozpaczy przegrywa z durnym obamą, ehuda olmerta wzywa inny barak, a zarazem też ehud, do dymisji, a pierwsza żona prezydenta francji obgaduje drugą żonę, która już żoną nie jest. tak, tak… grzeje mi. i siedzę na przeciągu. i udaję, że pracuję. a jednocześnie pracuję. a mimo wszystko w głowie mam nie tylko prestona. zresztą chwilowo chyba podpadłem, bo dostałem esa, że go zaniedbuję mobilnie. no cóż… taki mój urok. po prostu ja zapominam, że mam komórkę. i nie tylko o tym…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg holidays on ice – here comes your ride