eR

Archiwum z maj, 2008

In point of view minus cztery on 31 maj 2008 at 15:16

bo będzie jutro. a może nie będzie. może dlatego lepszą opcją jest dzisiaj. co masz powiedzieć, powiedz teraz. nie czekaj aż nadejdzie ten moment, bo może ciebie już tam nie być. będziesz tutaj. albo i tam, ale w innym tam. a jak cię nie będzie, to kto za ciebie to powie? i jeśli nawet napiszesz, jeśli nawet nagrasz na wideo w jakimkolwiek super hiper mega formacie i rozszerzeniu, jeśli wyznaczysz pełnomocnika lub mesendżera, to i tak to na nic. bo nie usłyszysz odpowiedzi. bo nie ujrzysz reakcji. bo nie dostrzeżesz, co w duszy gra. a dusza wypływa w oczach. brązowych. albo zielonych. są i szare. ale i tak jakoś w niebieskich. szczególnie tych wypłowiałych. bo jutro jest dobre, czekając na odsetki. bo jutro jest lepsze, czekając na zmarszczki. bo jutro jest najlepsze, być umrzeć. dzisiaj liczy się całkiem co innego. by żyć pełnią życia, by cieszyć się życiem w pełni, bo wypełniać życie pełnią. bo dzisiaj jest moje. jutro mogę odstąpić komukolwiek…

wczoraj już za mną. ale co za wczoraj. on nagi na środku jeziora. ja nieudolnie wiosłując, wpatruję się w jego ciało. i wiem. mimo że może się boję, to wiem, co chcę mu powiedzieć. że dla kogoś takiego jak on warto zrobić z siebie kretyna, schodząc z gór. i jest mi to obojętne, że prawie zatopiłem wiosło. i mam gdzieś, że moje ciało nie wygląda jak boski dawid michała a. mieć go przy sobie (i bynajmniej nie chodzi tu o rzeczony posąg) chociaż na chwilę, raz na tydzień czy jeszcze rzadziej, to tysiąc razy lepsze niż mieć kogoś innego co dzień. a jak jeszcze w jego oczach dostrzeżesz radość dziecka na wigilię wigilii dnia dziecka, to chciałbyś zatrzymać czas. chcesz wczoraj, chcesz dzisiaj, nie chcesz jutra…

bo jutro to dzień bez niego. bo jutro jest jednym wielkim znakiem zapytania. a mimo wszystko pędzisz przed siebie na rozkaz kalendarza. bo dzisiaj mogłeś mu powiedzieć, a czy jutro nadarzy się okazja? dlatego tak bardzo celebruję wyższość dzisiaj nad jutrem. bo dzisiaj mogłem znowu włożyć szczoteczkę do zębów do jego kubka. jutro już możliwe, że nie miałbym takiej okazji. bo jutro będę się cieszyć dzisiaj. a dzisiaj nie przejmuję się jutrem…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg bryn christopher – the quest

In point of view minus cztery on 30 maj 2008 at 12:01

ja pierdzielę, ale ekszyn. jak już pisałem tu przed kilkoma dniami, byłem u wiedźmy. no i powiedziała mi, że będziemy szukać kasy w firmie, bo nam się gdzieś zgubiła. ale to będzie szukanie tych pieniędzy tylko na papierze, bo fizycznie one są, ale formalnie ich nie ma. ale będą. no i w rzeczy samej na za parę dni zwołujemy radę starszych, coby nam przyklepała małą zmiankę na cztery miliony, bo bez tego nie może iść wniosek na dotację. w sumie kasa jest, ale na papierze jej nie ma, a bez tego umarł w japonkach. po prostu odjechałem. boję się myśleć, co będzie dalej, jak spełnią się jej dalsze przepowiednie. a jak to nastąpi, to chyba więcej do irki nie pójdę! teraz mi tylko pozostaje czekać na dobrą wiadomość od rozwódki i uważać na kości… brr!

preston oszalał. już drugi dyżur odwołał, coby spędzić popołudnie ze mną…

jestem dzieckiem szczęścia. tak mi napisał mój prywatny doktor queen w wersji em. a ja to chyba w ogóle będę miał szczęście, bo wczoraj cały dzień chodziłem w majtkach ubranych tył na przód. no gdybym był zwolennikiem stringów, to pewnie bym zauważył różnicę, ale że to były jednolite boksy bez rozporka, to już to takie oczywiste nie było. znaczy gdybym się bliżej zastanowił, to pewnie skapowałbym się, że coś jest nie tak. ale ja wolałem ślepo wierzyć, że coś mi przez noc urosło i temu tak jakoś ciasno. i tym sympatycznym weekendowym opowiastkiem erotycznym kończę ten oto tydzień, czekając na odebranie wehikułu szos od mechanika, coby zaraz po pracy pomknąć do pana, co to na czacie na seks się umawia… ale niech się umawia. najważniejsze, żeby uprawiał go ze mną. ale jak się zorinetuję, że gra na dwa fronty – nie daj bóg na więcej – to zrealizuję proroctwo irki świrki… ale ponoć nasz związek ma być karmiczny. lelum polelum…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg na własną odpowiedzialność :]

In point of view minus cztery on 28 maj 2008 at 7:03

a dzisiaj tylko takie jedno małe pytanko. a mianowicie: co robi lekarz na dyżurze? ja już wiem. i co tu dużo mówić – strasznie mi się to podobało. no i coby nikt nie miał wątpliwości – narodowy fundusz zdrowia nie stracił na tym ani grosza. w końcu ja też płacę składki, a w przychodni ostatni raz byłem jakieś dwa i pół roku, jak mi się ospa przytrafiła. poza tym dowidzenia izraelscy żołnierze – chwilowo jakoś służba zdrowia zawróciła mi w główce (z wyjątkiem kopaczowej ofkors, ale jakiś wyjątek potwierdzający regułę być musi!)…

In point of view minus cztery on 27 maj 2008 at 12:48

uff jak gorąco. kocham takie lokomotywowe klimaty. jak pot z zakrapianych tłuszczykiem ciałek się leje. akurat tego nie kocham, gdy jadę autobusem, co mi może już wkrótce grozić, gdyż auto chodzi jak moja dziewięćdziesięcioletnia sąsiadka z pierwszego piętra. a że chodzi ona tylko po domu, tak i ja mam stracha ruszać się gdzieś dalej. a już niebawem będę musiał zawieźć prestona na lotnisko, bo odfruwa za mniejszą wodę na jakiś czas. może jeszcze chwilowo nie zna stronek z irlandzkimi czateriami. zresztą ostatnio i ja sobie przypomniałem o tej stronce jakby w odruchu wymiotnym rewanżyzmu pedalskiego. no i sobie tam wszedłem. i jeszcze szybciej wyszedłem. no trudno. niech związek jest sobie otwarty, ale tylko z jednej strony – przynajmniej przeciągu nie będzie. ale jak się samolocik rozhermetyzuje, to niektórzy mogą skończyć jak bohaterowie pewnego popularnego serialu. ale tfu tfu. co ja gadam. przeca arzt wkrótce poleci jednym takim…

wiedźma przepowiedziała mi romans. że mi się kiedyś tam trafi jak ślepej kurze ziarno kochanek. no i wczoraj autentycznie miałem ochotę wyskoczyć z samochodu i porwać jednego pana, co na przejściu dla pieszych czekał jak na zmiłowanie aż się jakiś kierowca uprzejmie zatrzyma. no i kto się zatrzymał? tak. tak. to byłem ja. uprzejmy jak panna dziedziczka. zresztą nawet my z sinhą moccą jeden rocznik byliśmy. tfu. jesteśmy. ale wracając do głównego wątku niniejszego akapitu – zatrzymałem się i puściłem pana. pan chciał mi adekwatnie kulturalnie podziękować, więc ukłonił się nisko i uniżenie. po czym obaj się roześmialiśmy, gdyż znamy się z pedał-budy. imiennik mojego relejszynszipa, eks mojego eskkompana ze świnkowa, a zarazem emerytowany ministrant z mojego kościoła. jak ja kocham takie przypadki. zresztą co tu dużo mówić – ministrant jest super. starszy ode mnie dwa lata, a przystojniejszy o dwie długości. tak. tak. chyba coraz chętniej zgodzę się na wiedźmowe zapowiedzi o romansie…

z dnia na dzień uczę się jak być asertywnym. czytaj: chamskim, wrednym, złośliwym, niedającym sobie dmuchać w kaszę (tudzież gdzieindziej… czy to znaczy, że asertywność znaczy niepasywność?). no i wytrenowałem się w tym powiedziałbym lepiej niż czesia z klanu w polsatowskim cyrku. nie mówię już tutaj o prestonie, którego coraz bardziej do siebie zniechęcam brakiem słodzenia i komplemencenia, ale wożę się po kolei po wszystkich. wczoraj oberwało się samurajom, którzy sa gorsi niż szwadrony śmierci oraz panu, który serwisował mi kompa. bo jaki debil rysuje (maluje?) markerem na obudowie cudzego kompa swastykę z nazwą swojej firmy. no i trafił na kolesia, który ma debilną żydofilię. no i zjebałem (co za brzydkie słowo! preston pewnie by mnie już odpowiednio zestrofował!) patałacha jak psa. ba! gorzej. bo psów to ja za bardzo nawet nie umiem. takie fajne stworzonka. właśnie! dharma jest super szczęśliwa! w sumie każdy jest szczęśliwy, jak się ode mnie uwolni. takie prawo eR’a…

In point of view minus cztery on 25 maj 2008 at 8:12

jak wczoraj jechałem es-jeden do prestona, pędząc 160 kmh (no dobra – tym razem 60 kmh), wymyśliłem sobie wstęp do tej notki. i wszystko byłoby całkiem całkiem, gdybym nie zapomniał, od czego miałem tu w rzeczy samej zacząć. no i niestety nadal sobie przypomnieć nie mogę. ale coby nie prowadzić bloga w słynnym stylu “cześć słoneczka, dzisiaj zacznę blotkę od tego, że nie mam weny tudzież skasowało mi się wszechno, więc nic nie napiszę. a tymczasem zmykam i idę czytać wasze blożki ble, ble, ble…”, muszę jakoś trochę przekoncypować własny zamiar…

sprawa z prestonem. poza tym, że wczoraj miałem chyba… nie no tego tutaj nie napiszę. odrobina prywatności być musi. czyli raz jeszcze. sprawa z prestonem. dzisiaj uprowadziłem z jego mieszkania moją szczoteczkę do zębów. są inne realia i inne uwarunkowania. na razie nie mam pewności, że nas nasz układ dokądkolwiek doprowadzi, tak więc oficjalnie zakomunikowałem sobie, że na tę chwilę nie mam faceta. ale mam kochanka. może to się z czasem zmieni, ale wolę trochę ostrożniej podchodzić do pewnych spraw. również i do tej. chociaż jak jestem przy prestonie, to wszystkie moje mocne postanowienia poprawy obracają się w zgliszcza. chociaż wczoraj kilka razy wyzłośliwiłem się i okazałem mega wredniakiem, przyrównując mojego loveboya ku jego zgrozie i wielkiemu zaskoczeniu do fioletowodupego makaka…

wczoraj cały dzień spędziliśmy w ostrawie. najpierw potyczki z hołowczycem, który nie chciał przemawiać z dżipiesa. potem oszustwo popełnione na panu parkingowym, który nie miał wydać 965 korun i tym samym oszwabiony został przez dwóch polaczkuff na całą dniówkę. potem spacer po ogrodzie zoologicznym i nieudana próba wrzucenia prestona lwu na pożarcie (ostatecznie niesiony moją przysłowiową naturą a-asertywności i total-empatii zdecydowałem, że będę miał z niego wiele więcej pożytku osobiście. z prestona. nie z lwa ofkors…). w międzyczasie kompletne obnażenie się z własnej a-inteligencji, gdy stwierdziłem, że ostrawskie flamingi są sztuczne, a gdy się poruszyły niesiony prądem własnego dogmatu o partykularnej nieomylności stwierdziłem, że to z całą pewnością niezły mechanizm. nie muszę tu chyba dalej pisać, jak wielką polewkę miał sunnyboy (pewnie większą niż moje sławetne schodzenie z gór) z mojej skromnej osobliwości. południe zapełniły nam obrzydliwie sztuczne lody na uliczkach ostrau i ludzie, którzy kątem oka spozierali, jak dwóch starych facetów zlizuje sobie nawzajem kolorowe gałki. no i wbrew wszelkim pozytywnym z reguły opiniom o tolerancji czeskiej narodności dla różnych mniejszości zostaliśmy obdarzeni z-byka-spojrzeniem przez pewnego dwulatka, który niezbyt przyjaźnie się zapatrywał, jak dwóch starych facetów, o czym mowa już wyżej chyba zresztą była, chlapie się fontannową wodą, a następnie patrząc sobie głęboko w oczy pałaszuje na wzór ujrzanego wcześniej w zoologicznej zagrodzie levharta kubełek resztek kurczaków bot-in-kejefsi. i pominąwszy zakupy w czeskiej ikei, ce-und-a a hypernovie wróciliśmy po całym dniu na polską stronę granicy, gdzie oddaliśmy się… no dobra. oglądaliśmy film. z przerwą na reklamę ofkors…

co było najdziwniejsze w minionej sobocie? dla mnie fakt, że pierwszy raz w życiu olałem ojrovizjon. dzięki temu wygrał boski dima bilan. ale i tak mnie to rybka. znaczy wodnik. rybka to ja… a co z prestonem? hmm… irena stwierdziła, że w naturze facetów są skoki w bok i mam to olać. bo nikt lepszy mi się nie trafi. może to i w tym cały sęk, że nikogo lepszego nie ma i nie będzie. zresztą jak spełni się to co ona mówi, to masakra. na dowód tego, że jest to coś, odkąd zacząłem spędzać noce u prestona, na jego balkonie dwa gołębie uwiły sobie gniazdo. a kilka dni temu w gnieździe pojawiło się jajko. no i oczywistą oczywistością jest w erpe to, że rodzicielstwo do czegoś przeca zobowiązuje…

poza tym z drugiej strony pierwszy raz od dawien dawna czuję, że żyję. i to właśnie dzięki niemu…

In point of view minus cztery on 22 maj 2008 at 15:49

teraz już rozumiem orgazm wiejskiej podczas sprzątania. po prostu jak ją irytuje mężczyzna współzamieszkujący jej mieszkanie, a formalnie zwany mężem, ta oddaje się bezmiernie zlewowi, mopowi i podłodze. w sumie tak między bogiem a prawdą wcale się jej nie dziwię, bo pewnie sam na jej miejscu czerpałbym rozkosz z obcowaniem ze sprzętem gospodarstwa domowego niźli z faworytem. ale to taka tylko dygresja do refleksji, coby zacytować prestona z przedwczorajszego bodaj esemesa. no a skoro jesteśmy już przy temacie obecnie mnie najbardziej frapującym, czyli moim quasi-związku z doktorkiem, to na chwilę obecną jestem jakby nieco względem wiadomego tematu wycofany. traktuję to dosłownie cool. nawet w jednej z jego ostatnich krótkich wiadomości tekstowych pisał, że coś nad jego szpitalem chłodem z mojego miasta powiało. no cóż – zawsze mnie jakoś bardziej kręciła inteligencja moich seksualnych partnerów, a nie to, co mają w spodniach…

generalnie spałem wczoraj jak dziecko, śniąc jak zawsze o mega-pierdołach. w sumie mojej babce też się ostatnio pierdoły śniły, jakoby mnie w łóżku z kuzynem, a jej drugim wnukiem, złapała. sorry babiczko, ale arkadiusz w ogóle mnie nie kręci. nie dość, że dożyłem czasów, kiedy jestem chudszy od niego, to na dodatek robią mu się mega-zakola. oops. życie jest wredne i teraz pewnie przytyję i wyłysieję. jakoś ostatnio bowiem tak na przekór mi się wszystko dzieje. no ale co tam. w końcu jestem wojownikiem. sam przynajmniej kilka lat temu się tak ochrzciłem i część moich czytelników do dziś mówi do mnie warriorku. tak więc walczę. chwilowo o to, by nie zdechła we mnie ślepa wiara w drugiego człowieka, naiwność i dobroduszność. to moje największe zalety. oprócz oprawy oczu ofkors. ponoć wyglądam jak omar shariff. pff, mnie tam zawsze bardziej kręcili ochroniarze ariela sharona…

w sobotę mam się spotkać z prestonem. rano. zaraz po jego pracy. no chyba że w grafiku jest jakiś koleś z czata. może miniemy się na korytarzu. a nuż pokochamy się pierwszowzrokową miłością i połączy nas namiętność i sperma. ech. pomarzyć sobie można… w sumie chyba oleję sprawę z puszczaniem się na prawo i lewo mojego tzw. faceta. lepszy mi się nie trafi. no chyba że na emeryturze jakiś impotent. ale znając moje szczęście pewnie będzie mega pasywem i wzwód nie będzie mu do niczego potrzebny. tak czy inaczej uśmiecham się. i podchodzę do sprawy z nieznanym mi do tej pory optymistycznym podejściem. właściwie przez te lata chyba się już nauczyłem, że faceci mnie olewają i pogrywają z moimi uczuciami. może nawet czerpię z tego jakąś zajebistą przyjemność. a może po prostu odpłacę doktorowi błażejowi z nemocnicy na kraji mesta pięknym za nadobne. na początek w sobotę tuż po pierwszym pocałunku opowiem mu o trzygodzinnym spotkaniu z eksem, który było nie było nawet po trzech latach chętnie by mnie przeleciał. tak. to zemsta jest domeną bogów. nie cierpliwość. jest tylko jeden maleńki problem – jeśli mam być bogiem, to pewnie z racji mojego zajebiaszczego szczęścia przypadnie mi rola hefajstosa. i żadnym pocieszeniem będzie dla mnie fakt, że za żonę będę miał najpiękniejszą wśród bogiń olimpu…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg עידן יניב ודנה אינטרנשיונל – סרט הודי

In point of view minus cztery on 21 maj 2008 at 7:14

nie ma jak zdrowe odżywianie. szczególnie w moim wieku, kiedy to komórki przestają się regenerować, a skóra traci peha pięć i pół szybciej niż słońce peru poparcie narodu. dlatego też od kilku dni zamiast dawki witamin w postaci owoców w jogurcie wypijam świeżo wyciśnięty sok z jabłek. a że dodatkowo sok ten przywołuje mi jedno konkretne wspomnienie, to już całkiem co innego. poza tym po zeszłotygodniowym obżarstwie żyję aktualnie na sałatkach z kapusty pekińskiej, pomidorów i ogórków. w sumie lato już tuż tuż, więc trzeba będzie jakoś tam wyglądać w spodenkach. myjąc okna…

widziałem się wczoraj z księżniczkiem. dostałem ekskluzywne zaproszenie, a jako gratis w bonusie i promocji – spotkanie z królową matką. no i żyję nawet. nie było źle. właściwie chyba lepiej niż mogłem sądzić. pogadaliśmy trochę bez przycinków i złośliwości. no dobra. może dwa razy się wyzłośliwiłem, ale nie byłbym przeca sobą. na szczęście księżna się nie ironizowała tym razem. ygh. irytowała znaczy. ale to jego przejęzyczenie dżek, a zarazem i ja, będziemy wspominać siedząc pod ścianą instytutu geriatrii i chorób nietrzymania moczu. poza tym dostałem dwa kaktusy. ale tym razem prestonowi ani mru mru, bo gdy poprzednik doktorka dowiedział się, od kogo mam opuncję, skutecznie ją unicestwił…

a poza tym jest całkiem okki. w sumie moje życie biegnie jak dotąd. z przerwami na prestona. właściwie z długimi przerwami na prestona. czyli zdarzają się raz na jakiś czas, pozostawiając w międzyczasie miejsce na obowiązki i krótkie przerwy na inne rozrywki. na smoka na ścianę. na odwiezienie kompa do serwisu – po raz wtóry. na walkę ze sprzedawcą mebli, które tak na marginesie wciąż niezłożone. chociaż jest już bliżej niż dalej, gdyż uwzględniono po części moją reklamejszyn. czyli jednym słowem proza życia. chwilami przepleciona poezją doktora. chociaż częściej dramatem debetu na koncie. ot taka warriorowa groteska. choć i tak pewnie po mnie nie zostanie ni jeden tren…

updated: w środę o 13:55
właśnie przed momentem odezwał się dżek. złapał prestona na czacie, jak się chciał umówić na seks. bo do piętnastej ma czas. ten sam adres, ten sam opis dojazdu, ta sama komórka, to samo foto, ten sam mejl. wow. bosko… no i żeby nie było – dżek to cholernie fajny i dobry człowiek. nie mam powodów, by mu nie ufać. poza tym nie mógł znać ulicy, numeru telefonu czy stacji benzynowej, za którą trzeba skręcić w prawo… a prestonowi?? no cóż… idealny dr burke był tylko w grey’s anatomy. i na koniec go wywalili. za homofobię. pewnie mnie też za to samo wywalą…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg regina spektor – the call (new!)

In point of view minus cztery on 19 maj 2008 at 18:27

kupiłem sobie dzisiaj dziennik z moją sis. tfu. z torbą znaczy. taką ekologiczną uszatą z materiału uszytą. całkiem fajna sprawa. tylko cholera jasna w czym będę teraz wyrzucał śmieci, gdy mi foliowych zabraknie? pewnie pora będzie wrócić do wiaderka wyścielonego gazetą. przynajmniej takie wspomnienie nasuwa mi się z lat dzieciństwem upstrzonych. i koncert życzeń. i garnek po gotowanych ziemniakach, którego nienawidziłem myć. ale czego nie robi się dla środowiska. i ofkors nie mam na myśli tutaj tak zwanej branży… tak czy inaczej przerzucam się na proekosystemowe postawy. w sumie coraz bliżej mi, by się zjednać z popiołami i solą ziemi. tej ziemi…

brakuje mi prestona. w sumie widujemy się w zasadzie z równą częstotliwością, co emisja pegazu na dwójce czy jedynce. ale coś za coś. w tym świecie nie ma nic gratis. za wszystko trzeba płacić. mnie przyszło płacić cierpliwością. ale ponoć ta jest domeną bogów, a ja podobno jestem boski. a! że niby zemsta? phi, ja tam lubię interpretować sprawy podług siebie. no i hipek się odzywał. ba! zadzwonił do mnie w przeciągu dwudziestu czterech godzin chyba trzy razy. dzisiaj jego telefon był totalnie bez sensu, bo zadał to samo pytanie co wczoraj. masakra. chyba gu sumionko gryzie. a niech go gryzie, bo ja go bynajmniej nie mam ochoty pogryźć. na razie udaję oburzonego i dotkniętego. inna inność, że jak wszystko, tak i ta zadra we mnie nie tkwi. po prostu przeszło mi. a hipka lubić i tak będę dalej. ech, mr. er… ty to goopia doopa jesteś…

mam się w tym tygodniu spotkać z księżną. że niby przemyślała pewne sprawy i chce się ze mną obaczyć. jak mnie tylko miźnie po kolanie, to oberwie chłopskim jadłem. znaczy sadłem. bo mi się przytyło dwa kilo ostatnio. bleee… potem jeszcze przyskok do wiedźmy ireny, bo nas wiejska umówiła końcem tygodnia. cholera, muszę się jej zapytać czy przyjąć zaproszenie prestona na wakacje. bo w rezultacie moja karta kredytowa może przytyć bardziej niż ewa bem… poza tym tęsknię za moim facetem. cholera. chyba się powtarzam… a żebyście się nie povomitowali z przesłodzenia, to powiem tylko, że nowa karta graficzna za ćwierć tysiąca złotych to chujnia. oops. przekląłem. sorrki. to syf straszny miało być. chyba się wybiorę z paragonem walczyć o swoje prawa. mebelki mnie przećwiczyły i oto jutro nastąpi grejt wymiana. bosh… ale ten blog jest z dnia na dzień coraz bardziej pierdołowaty… make me fell like cristina yang!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg andrzej piaseczny – piętnaście dni

In point of view minus cztery on 18 maj 2008 at 11:30

nasza klasa dokonana. i to za jaką cenę. za cenę dnia z prestonem. bo nie wypadało nie przyjść na współorganizowane przez się spotkanie po dziesięciu latach matury. frekwencja jak na matematyce – 9/22. czyli bez kworum. jeszcze pięć lat temu było nas chyba szesnaścioro. na piętnastolecie dobrze jak nas tyle co w spajsgerls… dzisiaj wiem, że wybór zlotu kosztem wypadu do stolicy czech był jedną wielką pomyłką. ale jednocześnie otworzyły mi się oczy, że tak naprawdę hipek to jeden wielki dupek. może to mocne słowa, bo łączy nas wieloletnie przyjaźń oparta na niesieniu wspólnie sobie pomocy, wsparcia i poparcia, ale jednak cholernie adekwatne do rzeczywistości. otóż po czterech latach, kiedy to powiedziałem mu o tym, że wolę sztywnych panów niż wilgotne panie, usłyszałem o jedno zdanie za dużo. najpierw wmawiał mi, że jakaś laska na parkiecie leci na mnie jak mucha na gówno, co ofkors po pierwsze mnie nie zdziwiło, a po drugie i tak uszło mojej uwadze. a koło drugiej nad ranem stwierdził, że gdyby nie wspólna historia, to już dawno obiłby mnie po mordzie za moje pedalstwo, bo należy mi się jak cholera. w rezultacie niby w jednym momencie ściął mnie jeden procent za daleko i w ciągu trzydziestu minut na spotkaniu mnie już nie było. a godzinny spacer do domu był jednym wielkim przemyśleniem tego, co w moim życiu ważne. i te dwie osoby dostały ode mnie nad ranem esa. plus jedna klasowa kumpela, której nie widziałem dekadę, a której wczoraj bez żadnego problemu pokazałem fotę prestona wraz z komentarzem, że to moja połówka. a dzisiaj mam kaca. moralnego niestety, nie fizycznego. bo oto się okazało, że hipek i moja z nim relacja to chyba jedna wielka iluzja. rzygać się chce…

In point of view minus cztery on 15 maj 2008 at 9:14

w domu mam burdel. ale taki z demobilu lekko, bo ani jednej dziwki. tak, tak. mam poczucie właśnej wartości jakby nie było. a wszystko przez sprzedawcę mebli, który zamówił mi zamiast szafki prawej szafkę lewą. no i doopa zbita, bo nie pasuje do reszty mebli. a połączenie dwóch puzzelków z ogonkami to tylko w pedałświecie się da zrobić. tak więc wysmarowałem trzystronny list reklamacyjny w oparciu o odpowiednie ustawy i zaopatrzon w modlitewnik asertywnego człowieka rozpocząłem batalię o własne prawa. najpierw powoziłem się telefonicznie po sprzedawcy, który wszystkiemu zawinił. potem składając osobiście stosowne papiery poinformowałem koleżankę rzeczonego, że albo rozwiążemy ten błahy problem tutaj albo przed opaską, mieczem i wagą temidy. na koniec wykonałem telefon do właściciela sklepu i też nie dałem się przegadać. i tym o to sposobem moje żądania zostaną spełnione lada (ty)dzień. i pomyśleć, że wszystko to nie byłoby możliwe bez pewnej drobnej medycznej dedykacji wykonanej odbiegającym od stereotypów pismem…

wiejska otrzymała wczoraj oficjalnie nowy przydomek – ćwiartka. skończyła bowiem ćwierć wieku. jak zawsze wpadłem na genialny pomysł związany z prezentem dla niej – naszyjnik z perłą. ale perła była włożona do małży, którą musiała otworzyć. jej spojrzenie, gdy musiała otwierać muszelkę zrobionymi co dopiero tipsami – bezcenne. ale ważniejszy będzie jutrzejszy dzień. otóż wiejska ćwiartka umówiła się z adwokatką od rozwodów. zaraz potem lecimy do ireny, bo się nam pytań trochę namnożyło. przynajmniej wiejskiej. ja na razie skutecznie pod dywan zamiatam wszelkie wątpliwości. na dodatek również jutro przyjeżdżają jej teściowie, ale ćwiartka zaparła się i strajkuje. tak więc faworyt sam musiał zatroszczyć się o noclego dla matulki i papulka w agroturystycznym obejściu. no i zdziwi się, jak będzie musiał sam przygotować im obiad i zagospodarować przybyszom spod stołecznego miasta wolny czas. byle tak dalej ćwiartko!

a jutro preston-day! miał być dopiero next łensdej, ale okazało się, że czasem ktoś może zrezygnować z dyżuru, coby być z kimś drugim. i jak tu nie żywić głębszych uczuć do kogoś takiego? poza tym zaczynają się poważne schody, które wkrótce będziemy musieli razem pokonać. a mianowicie nie przywykłem do rozpieszczania. no i się rzucam. naprzykład ostatnio w taksówce pierwszy zdążyłem wyciągnąć kasę i zapłacić kierowcy rozklekotanego poloneza. niemniej jednak ten rozklekotany polonez i tak będzie mi się zawsze kojarzył z uściskiem Jego dłoni…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg edyta geppert – nocny dyżur

In point of view minus cztery on 12 maj 2008 at 7:28

no i samuraj jest już komunistą. dziewięć lat przeleciało, jak z bicza trzasnął. a pamiętam, jak się urodził. była niedziela. upał jak cholera, a ja ślęczałem nad materiałem do egzaminu z boską profesor zacharko. instrukcja kancleryjna, archiwum i zasady techniki prawodawczej. aż tu nagle telefon, że sis porodziła. ofkors to zamierzchłe czasy i zamierzchła waga, ale wszystko to mimo postępującej sklerozy i przyjaźni z seksownym niemcem o przyjaźnie brzmiącym nazwisku alzheimer pamiętam, jakby wydarzyło się wczoraj. choć z wczoraj mam trochę już inne wspomnienia. tak więc samuraj numero uno w białej albie podążył wczoraj przed ołtarz. mi dane było grać w związku z nieobecnością jego plemnikodawczego ojca rolę ojca wychowawczodawczego. no i nie powiem – czułem się w tej roli jednocześnie dziwnie i wspaniale. niby wiem, że dzieciaki to nie moje powołanie, ale jak każdy człowiek chciałbym przedłużyć swój łańcuch dna. na szczęście wszelkie instynkty pewnego austriackiego ojca rodziny są mi jak najdalsze. no ale moja psychika może być równie zjechana, bo zaczynam myśl od pierwszej komunii świętej, a kończę na zboczonych odjazdach z kazirodztwem w tle. brrr…

uwielbiam podążać do pracy prosto z cudzego łóżka. chociaż ściślej mówiąc – z cudzych ramion. dzisiaj jest taki właśnie dzień. niewyspany, z zaczerwienionymi oczami, wygniecioną koszulą wyjętą z pokrowca na garnitur i niewypastowanymi butami. taki wczorajszo-dzisiejszy er. może zewnętrznie odstraszający, natomiast wewnętrznie… ech… wewnętrznie jest mi coraz cudowniej. zresztą cieszyn jest cudowny nocą. a pocałunki z czeskim cieszynem na horyzoncie jeszcze cudowniejsze. wzgórze zamkowe, baszta, rotunda i my. czyżbym był na genialnej drodze do zakochania się? ofkors bronię się rękami i nogami, bo koniec końców doopa boli. ale z drugiej strony dla takiego człowieka jak preston może całkiem poboleć. i bynajmniej nie mam na myśli rzeczy, o których pomyśli sobie czytający te moje wypociny przeciętny czytacz tego bloga. ech – że drugi raz westchnę sobie. życie umie płatać figle. zresztą nie tylko życie. i zresztą to już mowa o innych figlach…

preston burke. taki sobie genialny doktor z grey’s anatomy. z całą pewnością jednak mój preston to raczej cristina yang. jeśli chodzi o porządek. przynajmniej w skarpetkach. dzisiaj cały poranek starałem się wykazać świętą cierpliwością, łącząc je niczym swatka w pary. i udało się jak na fellow. wieczne poszukiwania, próby dopasowania, a w efekcie końcowym i tak okazało się, że odcień tudzież wzorek jednak nie ten. i cała procedura musiała zacząć się od początku. no i tak właściwie się zastanawiam, dlaczego na pamiątkę nie zakosiłem mu przynajmniej jednej sztuki jego prania. może dlatego, że moja szczoteczka do zębów znalazła miejsce w jego łazience…

In point of view minus cztery on 9 maj 2008 at 16:34

w firmie mega szok. oto bowiem er podpadł paniom maksymalnie, bo wiejska rozgadała, że jestem na najlepszej drodze do uzwiązkowienia. szczególnie bląd asistąs podupadła na humorze, jako że jak donosiły mi moje służby specjalne, odkąd tu przyszła, miała w tyle głowy myśl, coby mnie usidlić. no co ja mogę za to, że baby lecą na mnie jak muchy na gówno? nic. po prostu nic. tak czy inaczej sekretarka pierwszego stwierdziła, że ja i wiejska mamy się ku sobie, więc ta ostatnia winna zostawić w cztery de faworyta i wziąć się za mnie. wiejska jednak jako lojalna przyjaciółka uświadomiła wspomnianą sekretarkę, że mam już kandydatkę do ręki i nici z tego. tak więc sekretarka zrobiła wielkie oczy i powoli zaczęła mnie wnikliwie lustrować. szczególnie gdy ostatnio w sekretariacie właśnie otrzymałem porannego ero-esa od prestona i mi się oczy zaświeciły jak psu kulki. nie wyprowadziłem jej z błędu, że to wielbicielka pisała. tak czy inaczej skandal w korporejszyn murowany jak mur chiński…

jeszcze żaden facet tyle dla mnie nie gotował co preston właśnie. a najśmieszniejsze jest to, że ja doceniłbym paczkę paluszków i płynne procentualia na stole. ale koniec końców poznam przynajmniej kuchnię meksykańską, chińską, włoską i wino australijskie. a jak się skończy sielanka medyczna, to pewnie będzie mnie dwadzieścia kilo więcej niż przed okresem bif-fat-pig. ale czego się nie robi dla dodatkowych trzydzieści sześć sześć w łóżku. poza tym ostatnio to ja zabłysnąłem talentem kulinarnym z internetu. ale myli się ten, kto sądzi, że znalazłem jakąś firmę cateringową. ot po prostu znalazłem jakiś przepis i krok po kroku przygotowałem na kolację ponoć boską zapiekankę z makaronem, bazylią, szynką, boczkiem i pomidorami w jakimś tam ziołowym sosie. no i musiałem przewieźć to do prestona (niestety etap wspólnych kluczy jeszcze daleko przed nami), co udało się niemal w niezmienionej właściwie temperaturze. wszystko w ramach suprajzu ofkors. ech – jak er chce, to potrafi. niestety nie zjedliśmy nawet jednej czwartej z tego, gdyż mieliśmy ochotę na zupełnie inne smaki. asystentki mojego chłopa natomiast stwierdziły, że ma wybitnie utalentowaną dziouchę… no nic. wydało się. baba ze mnie, że hej! wiejska się kryje…

coby wiejskiej nie obrażać tak do końca, to napiszę li tylko, że to jedyna kobieta, jaką znam, która miewa orgazmy podczas mycia okien, naczyń i podłóg. ale chyba to już kiedyś tam pisałem. tak więc nigdy nie oponuję zanadto, gdy oferuje swą pomoc. jutro przybywa też do mnie z odsieczą do skręcania mebelków, które o dziwo przywieźli stosunkowo szybko i punktualnie. w sumie miała być wczoraj, ale się spiłem jak balcerek na wizytację delegacji zagranicznej w swoim bloku. poza tym chyba jestem na najlepszej drodze do zakochania się w jednym panu. a co najlepsze, to jakoś niespecjalnie tłumię w sobie te uczucia. prost!

z bardziej przyziemnych sprawek to rozpiera mnie nie tylko szczęście z uwagi na fakt, że znalazłem cienia dla swojego cienia czy też tego, że wiejska coraz bardziej przekonuje się, że faworyt to dupek większy niż nasz tajny kancelista, ale dlatego, że moja była szefowa w wieku przedczterdziestkowym (mimo że wygląda na góra dwadzieścia osiem) jest pierwszy raz w ciąży. normalnie ucieszyłem się bardziej niż gdyby okazało się, że to ja jestem ojcem. co świadczy jednak chyba o tym, że z moim poczuciem męskości – wbrew temu co w akapitach powyżej – nie jest jeszcze aż tak źle… ach jo! zapomniałbym o jeszcze jednym. panie w księgowości zapytały mnie dzisiaj, czy w moim życiu ktoś aktualnie jest… to aż tak widać??

In point of view minus cztery on 6 maj 2008 at 7:51

pora się udać do lekarza. ofkors coby nie było, nie chodzi mi o pana z poprzedniej notki, ale mojego kochanego wróbelka w ośrodku zdrowia, którego ostatni raz odwiedziłem ponad dwa lata temu w czasie mojej ospy. niestety od jakiegoś czasu ubywa ze mnie energii. jak z balona samurajów. jestem notorycznie śpiący i wypompowany. rano nie mogę powstać z łóżka, a włożenie windowsów do oczu jest dla mnie o wiele bardziej bolesne aniżeli poranna gimnastyka. ani kawa, ani tajger nie pomagają. chyba się już na dobre uodporniłem od używek. ba, nawet kawa z fusami, która stoi tuż obok mnie, nie potrafi postawić mnie na nogi. niestety wróbelek chyba nic mi nie pomoże, bo to raczej niemedyczne dolegliwości. podejrzewam u siebie taki mały burnout. chociaż mały może w moim wykonaniu oznaczać całkiem spory…

dostałem od prestona prezent. taką niewinną sobie książeczkę z dedykacją. dedykację przemilczę, bo była zbyt chyba osobista. książka natomiast nader oczywista, jeśli chodzi o moją skromną osobę. otóż to podręcznik asertywności. mam się nauczyć mówić nie i oduczyć mówić tak. nie wiem czy preston nie stawia przede mną zbyt trudnych zadań, bo odkąd piszę tego bloga (a właściwie odkąd piszę w ogóle bloga), ciąglę miauczę o swojej socjalnej doopiatości. no nic. pierwszy trening to powiedzenie nie wakacyjnym – a właściwie powakacyjnym – planom wręczyciela rzeczonej książeczki. za tę kasę mógłbym sobie sprawić całkiem nowy wóz. a kto wie czy nie letadlo a praszek. tak czy inaczej z uwagi na nowe okoliczności odmówiłem w międzyczasie hobbitowi wzięcie udziału w podboju chorwacji, czym strasznie go zdenerwowałem i zirytowałem. podobnie wiejska – mimo swoich zapewnień o tym, że cieszy się moim tak zwanym szczęściem – w głębi duszy jest raczej niepocieszona, że jest nowy ktoś. w sumie trochę ją rozumiem. moja sis z uwagi na własne zawirowania w sferze uczuć i związków raczej też nie przejawia większej euforii, a radość innych jest też raczej pozorowana. to wszystko wpływa trochę dla mnie demotywująco i sprawia, że i ja nie mogę czerpać garściami z tego, co mam. tyle tylko, że autentycznie poznałem wartościową osobę, której olanie byłoby co najmniej śmiertelnym grzechem…

ostatni rok najchętniej wykreśliłbym z życiorysu. raz a porządnie. zawodowo było bosko, bo jak inaczej określić cztery oferty o pracę, które odrzuciłem w imię ideałów, lojalności i poczucia pewnej wiekopomnej misji. tak więc nie zostałem sekretarzem dwudziestotysięcznej gminy, odegnałem perspektywę rozwoju na stanowisku kierowniczym pod bokiem wojewody, nie zdecydowałem się na karierę urzędniczą w sercu (a właściwie doopie) europy, a na sam koniec dziwiąc się samemu sobie nie przeszedłem do firmy consultingowej za siedem tysiaków w łapę w płucach śląska. w imię wypasienia własnego ce-fau swoją aktualną pozycją zawodową. no i chyba wybrałem najgorzej jak było można. zresztą to tylko kontrakt do końca 2010 roku, więc zleci raz dwa. tym bardziej, że od maja dostanę 300 zeta brutto podwyżki, a w sierpniu w związku z pięcioletnim stażem na umowę o pracę 5% za wysługę lat. ale czemu się tu dziwić, skoro stara rzyć jestem. niemniej jednak zawodowo jest całkiem ok (gdyby tylko tlił się we mnie ten ogień. albo chociaż iskierka…). prywatnie szok. dzisiaj już widać światełko w tunelu. a że jestem człowiekiem, który nad wielkie szczęście przedkłada tysiąc małych szczęść, zaczynam się nim cieszyć. i na koniec w ramach treningu asertywności plus świadomości własnej wartości powiem krótko, a dosadnie – kurwa mać, należy mi się!

In point of view minus cztery on 5 maj 2008 at 11:54

weekend minął. w pracy. i nie w pracy. ale głównie w pracy. choć pierwszy dzień i końcówka ostatniego poza pracą. ba. i to jak. ale może kilka słów wyjaśnienia. notka z pierwszego marca mówiła między innymi coś takiego: “króla mieczy! natychmiast. a może z czasem. zewsząd krzyczy tarot. w związku z tym, że z racji wrodzonego skąpstwa (czwórka pentakli) nie za bardzo uśmiecha mi się podróż do ireny, odkurzyłem własne karty tarota. i w czterech układach kartą wiodącą przyszłości jest król mieczy. mężczyzna pracujący na uczelni, matematyk lub inny ścisłowiec. może to być również prawnik, filozof, dyplomata (fotyga?), chirurg, sędzia (sic!), krytyk (tak fusti, tak…) tudzież jakiś kabarecista (…)” no i się zjawił. mój prywatny dr preston (chociaż kristina yang byłaby bardziej w cenie, bo to moja ulubiona bohaterka grey’s anatomy). ni stąd ni zowąd. starszy nieco ode mnie. w dodatku wodnik czyli znak powietrza, a miecze to nic innego jak właśnie powietrze. no i powalił mnie nieco na ziemię. i nie tylko na ziemię. wyglądem, intelektem, uśmiechem i dojrzałością. a od wczoraj oficjalnie jesteśmy together. to tak gwoli wyjaśnienia coby jasność była. a do czego to doprowadzi? na chwilę obecną się nie zastanawiam. chociaż miło było usłyszeć, że jest się czyimś sensem życia…

remont postępuje. wykładzina położona, biurko i stół skręcone. jeszcze tylko pora czekać na resztę mebli i lampę. i po sprawie. przynajmniej na jakiś czas. potem będzie można wyprowadzić się z pokoju, gdzie przechowuję swoją kolekcję krawatów porównywalną z kolekcją butów imeldy marcosowej, i na nowo obudzić się w swoim łóżku. chociaż ostatnio najlepiej wychodzi mi budzenie się w innym łóżku…

no i skoro jesteśmy w tym miejscu to może kilka uwag na bieżąco odnośnie komentarzy, bo nie mam sił na odpowiadanie na nie w innym miejscu [nie dość, że spóźniłem się do pracy trzy godziny, to dodatkowo wziąłem etopirynę na przesilenie czterowinne]. i tak, po pierwsze – weekend był szałowy. w rytm muzyki davida bowie, zespołu pieśni i tańca folklorystycznego, czeskiej dody i słowackiej rusałki. dodatkowo labirynt fauna w oryginale i niemy volver almodovara. boże ciało już mam z tyłu głowy… po drugie – zakochany na maksa? nie. ale na dobrej drodze. tyle pozytywnych emocji nie doświadczałem już od wielu miesięcy. ale otwarty jestem na wszystko. świecie drżyj! po trzecie – wróżka mówiła wiele rzeczy. i kilka z nich już za mną. kilka przede mną. króla mieczy w kartach nie widziała, bo zajęła się bardziej plastikową kością, która wtedy się pojawiła. zresztą wkrótce wiejska wybiera się do wiedźmy. tym razem beze mnie. bo to teraz ja rozdaję karty, a nie daję się rozdawać im (ciekawe jak długo…). po czwarte – lekki zapach mięty. i gorzkiej czekolady. przede wszystkim gorzkiej czekolady… po piąte – zakochanie to dłuższy u mnie proces. ale kto wie. nie lubię mówić o takich sprawach publicznie. jeśli ktoś to pierwszy usłyszy (usłyszał), to będzie (był) to ten najbardziej zainteresowany…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg david bowie – velvet goldmine

In point of view minus cztery on 2 maj 2008 at 22:15

się porobiło. zobaczymy tylko, co będzie dalej. a że chciałbym coby było dalej, to inna inność, której nie rozumiem jak dotąd. nie za bardzo jestem w stanie pozbierać myśli. rozczochrane całkiem. choć to ja jestem zazwyczaj bardziej rozczochrany. no ale z drugiej strony to całkiem normalne, że mam więcej włosów niż moje myśli. bo taka jedna myśl mi do głowy weszła i jakoś wyjść nie może. nawet czuję ją na sobie cały czas. dziwny zapach tej myśli. całkiem inny niż mój. ale to przecież normalne, że myśli mogą używać innych parfę niż ja. ale cóż. czasem myśli to myśli. i tylko myśli. a czasem aż myśli.

maj zaczął się wprost bosko. niby deszczyk, ale słońce. niby chłód, a jednak genialnie gorąco. wiosna na całego. niech się święci pierwszy maj. witaj majowa jutrzenko. chociaż długi weekend to praca. jutro kwiaty pod miejscami pamięci. pojutrze wodowanie żagla. pojutrze go south. jeśli cały maj ma wyglądać tak, jak jego pierwsze dwa dni, to ja poproszę same maje pod rząd. co tam, że zbankrutuje na prezentach urodzinowych dla sis, wiejskiej, samurajów i ryszarda. maju trwaj.

wiejska się rozwodzi. zyskała kilku sojuszników. między innymi w osobach swoich rodziców. w maju właśnie. poza tym chcę iść w góry. choć robię z siebie tam kompletnego idiotę. lubię góry. może chwilowo bardziej niż morze. tak jakoś. temporalna refleksja się mi nasunęła. kocham majowy deszcz. i chyba temporalnie jestem szczęśliwy. bardzo nawet. to taka finalna refleksja, coby nie było, że nie było. wow.