eR

Archive for kwiecień 2008

In point of view minus cztery on 30 kwiecień 2008 at 12:31

chyba powoli odkrywam jakąś totalnie tajemniczą strefę mojego własnego ja, która jak do tej pory była dla mnie całkowicie nieodkrytą tajemnicą. i tak na przykład, jeśli o kimś pomyślę, to dostaję od niego smsa. albo inaczej – gdy usłyszę, że przyszedł sms, to od razu wiem od kogo. ba! ostatnio przeczułem, że przyszedł mi es z konkretną reklamą. zaczynam się siebie bać. inna inność, że mam dosyć symboliczne sny, które byłyby genialnym materiałem badawczym dla akademików. a wiejska na dodatek uzmysławia mi i inne ciemne strony mojej ciemnej strony…

księżna się odezwała. wywołał ją z lasu dżeks przez gadulca. po blisko dwóch miesiącach napisała esa jak gdyby nigdy nic. i ja jak gdyby nigdy nic jej odpisałem. jak gdyby nigdy nic. właśnie dostałem bordowy ręcznik. a mam na sobie bordowe boksy, bordowy krawat i koszulę z bordowym akcentem. inna inność, że potrzebowałem bordowy element do wystroju wnętrza. i jak tu nie mówić, że nie mam zdolności mediumicznych. ofkors, że mam.

a jutro góry. znaczy góra raczej. ponoć. o ile deszcz nie rozpuści stoków. buty już kupiłem. ale niebordowe. i król mieczy… i jak mam nie wierzyć we własne zdolności mediumiczne?

In point of view minus cztery on 26 kwiecień 2008 at 10:45

tak krótko, bo mi się długo nie chce. zjadłem cały kubek prażonej cebuli. niech no tylko teraz ktoś zechce mnie pocałować. nie ma jak środki ochrony roślin. odstraszą wszelką stonkę. malowanie się przedłuża, bo się wilgotno zrobiło i farba zaczęła pryskać. i to sucha. czyli mega wqw. ale chyba bardziej wqwiony byłem, gdy zauważyłem, że mój informer nie włożył mi do kompa odpowiedniej karty graficznej. czyli kolejny wydatek rzędu 200 zeta. ale to dopiero z następnej wypłaty. ze spraw bardziej prozaicznych meble zamówione, wykładzina też plus zakupione w ajkei biurko i stół. czyli się urządzam. najśmieszniejsze będzie, gdy okaże się, że uwiję sobie gniazdko, w którym nie będę długo mieszkał. cały ja. a wczoraj spacer poza miastem, piwo w czechach, piwo w polsce. a nad ranem 160 kmh do domu. coś więcej? nic. idę gruntować…

update
przypomniała mi się super mega podbudowująca historia. siedzę sobie z moim towarzyszem w jakimś tam bohemijskim barze. w pewnym momencie przemawia do mnie mój pęcherz, więc siłą rzeczy powstaję z miejsca, udając się do przybytku szczęścia i odwiecznej radości. wychodząc stamtąd o mały włos nie zabijam drzwiami kolesia przy pisuarze. a on z kolei o mały włos nie zabija mnie, gdy ja wychodzę z baru, dyskretnie okazując mi swoje mną zainteresowanie dłonią. wspomnę tylko, że był może siedem lat ode mnie młodszy. świecie jeszcze jedno takie zdarzenie i normalnie odzyskam wiarę w siebie. no i coby nie było – udałem, że nie widzę. qwa mać. solona moja nieśmiałość…

In point of view minus cztery on 20 kwiecień 2008 at 19:15

kilka słów. dziś nie z placu boju, ale z placu przeboju. i gwiazd. bralem udzial jako pasyw w tancu z gwiazdami. gwiazdeczkami i super nowymi przy okazji też. dałem się namówić hobbitowi na wycieczke do kraka i wypad do ciotonu. oj dawno mnie tam nie było. a jakie zmiany. przede wszystkim barmani sie postarzeli, a klientela barowa cudem odmłodniała. łącznie z zapodawaną muzą. nie jarzyłem nic. ale niestety dziecko vivy ze mnie żadne. ostatnio bardziej fau ha jeden raczej. ale to nie koniec niespodzianek. na miejscu natknąłem się na vila (eksa w sensie, ale z racji ze eksostwo przemija po roku od dzisiaj tylko vila – zresztą relacje są nieco inne już). to było pierwsze wow. drugie wow było natknięcie się na bo. niestety udał, że mnie nie poznaje, a ja jego. ale tak to jest z wirtualnymi znajomościami, które poszły się paść przez osoby trzecie. lajf. tak czy inaczej jedni na fotach wyglądają lepiej (jak ja), inni zaś w rzeczywistości biją foty na łeb na szyję (jak na przykład mr. bo). ale to już inna inność. zresztą domowe przedszkole długo mnie nie zobaczy. bo po co łazić na imprezy skoro muza nie pasi, piwo chrzczone, a panowie w wieku niec starszym niż moi siostrzeńcy…

dzieciaki zwariowały. z nimi wybrać się w cywilizowane rejony cywilizacji krajowej to jedna wielka porażka. bo jak inaczej wytłumaczyć występy w identycznych tiszertach (prawie jak bliźniaki z fosy – błotniak & bagienka), gryzienie się w kolana na dworcu autobusowym w krakowie (na razie tylko kolana, ale co czas przyniesie nie mam pojęcia) czy inne takie, o czym na razie sza, bo obciach. w sumie może sweet. i nawet może śmieszne. ale jednak jakoś takoś zastanawiające. no dobra. na swój sposób to nawet może kjut. tyle tylko, że panowie mają po dwadzieścia parę lat, a nie szesnaście. dżiż, ja naprawdę big-star(a)-pierdoła się robię. pora na jakiś brain-lifting. i nie tylko brain…

update
przed chwilą okazało się, że remont mojego kompa to jedynie wydatek czterystu zeta. przy okazji wymienie dysk. mam tylko nadzieje, że mój informatyk nie nadzieje się na zdjęcia jakieś. tudzież inne ślady mojego pedalskiego jestestwa. ale to pewnie sprawiedliwa kara. idę się poprawiać. bu.

ipod-earphones-stock-thumb.jpg vitas – opera 2

In point of view minus cztery on 15 kwiecień 2008 at 8:43

za godzinę mam przetarg. że niby śmieci mamy wywozić ze wsi. kompletnie nie mam pojęcia, o co chodzi. ale że moim zadaniem tutaj jest głupio się uśmiechać, biegać po necie i odbierać co miesiąć beznadziejnie niską pensję (jako wicepierwszy mam wicepiątą w hierarchii za przeproszeniem pensję, której odnoszenie do zakresu obowiązków jest co najmniej śmieszne). ale przecież nie będę korporacyjnych pierdół tutaj opisywać, bo musiałbym wspomnieć o wypowiedzeniu warunków pracy i płacy jednemu panu, o zjechaniu jednego kolesia przez natowski system obrony, o włamaniu do sklepiku tuż pod oknami komisariatu policji czy o nowym pracowniku płci piękniejszej z obrączką na palcu jawnie sugerującą o zainteresowaniu płcią piękną. z nowości to tylko mogę napisać, że stał się cud. nie. nie odmłodniałem cudownie przez noc. ani też zmarszczki same mi się nie zeszły, nie mówiąc już o celulicie na big es. otóż zamek w samochodzie zaczął działać. i znowu mogę otwierać autko od strony kierowcy, a nie wykonywać wokół niego chocholi taniec deszczu goniąc na drugą stronę, by otworzyć dźwierzy jak mówiła moja wiejska nieżyjąca babcia powietrzu. no i pokój namber łan został wspólnymi siłami moimi, wiejskiej i sis wymalowany na łany pszenicy. chciałem wprawdzie łany żyta, coby tak procentualnie było, ale niestety nie mieli. niech się oma cieszy, że jej czerwonego flamenco ognistego nie strzeliłem. ale to z higieny własnej, bo by pewnie ona mnie w łeb strzeliła. jeszcze tylko przemeblowanie i będę mógł zaatakować własną izbę. ale w tym akurat zakresie posilę się siłami vila. w końcu oferował swoją pomoc. nie ma jak przyjaźń z eksami. chociaż jakoś księżniczki sobie nie wyobrażam jak zapinkala z szafkami. już samo jej wyobrażenie w casto powoduje, że zakupy robię w znacznie droższym lerła merlę…

mam pewne zaległości w korespądans. mam przy tym jednak nadzieję, że je raz dwa nadrobię. w sumie jutro pierwszego nie ma, bo bawi w stolycy, więc będę mógł przysiąść nad papeterią i kałamarzem. w zasadzie powinienem się isem zająć, ale moja nowa blond asistans skarżyła się ostatnio, że ma jakby wolne siły produkcyjne. przy całym szacunku dla jej szczerego uśmiechu, ale nie wypełnię jej wolnych sił, o których wspominała. co najwyżej mogę zadbać o jej grafik. czyli postanowione – balbina dostanie procedury eszetjot. chociaż cały czwartek będę musiał z nią spędzić, bo zapisałem nas na jakąś konferencyję odnośnie zasobów wiejskich. w sumie wolałbym z wiejską tam pojechać, bo przynajmniej moglibyśmy poobgadywać facetów, a tak będę musiał się silić, coby kolejnego babska w sobie nie rozkochać. oj będzie trudno…

dzisiaj księgowość świętuje. nie mam zielonego pojęcia co, bo i tak z racji swoich żywieniowych nawyków jestem tam osobą niepożądaną. seksualnie może i tak, bo streisand uwielbia się do mnie lepić, a pozostałe kochają się do mnie uśmiechać i flirtować ze mną, wykorzystując przy tym swoje trwałe. ale jedzeniowo mają mnie dość, bo za nic w świecie nie chcę próbować ich serniczków, jajek w majonezie (tu pewnie może w innych okolicznościach nie byłbym aż taki wybredny) czy pieczeni ze śliwką w środku. zresztą z tych samych powodów mógłbym zostać uznany za wroga miejscowych kagiewu oraz związku menopauzystek. ale od czego ma się ten swój czarm. od razu wszystkie danuty, krystyny i ireny rozpływają się w superlatywach nade mną. że też józki, janki i romany na to nabrać się nie dadzą. ech. poza tym jeden pan uznał, że jestem narcyzem. coś w tym musi być. dlatego też po big bangu w mieszkaniu nie będzie na ścianie już żadnych moich zdjęć. wystarczą na felku. yo.

didascalia
biust angeli merkel. w ostatnią sobotę w oslo w tamtejszej opery. widziałem foty. bosh. dla tej kobiety przez wielkie ka mógłbym zostać hetero…

In point of view minus cztery on 11 kwiecień 2008 at 12:02

szczęka mi wczoraj zdrętwiała. nie. to wcale nie oznacza, że znowu jestem szczęśliwym posiadaczem partnera. to oznacza, że człowiek, który nienawidzi wszystkiego co szorstkie (z wyjątkiem buziowego zarostu trzydniowego, którego jestem fetyszystą), szlifował gips papierem ściernym. no i zagryzał dziwnie usta, tak mocno, że aż to poczuł. czyli kolejna notka rozpoczęta raportem z frontu. właściwie jest jak pod ypres. tyle tylko, że zamiast gazu muszardowego, wszędzie tumany kurzu i jeden wielki tuman. czyli ja. bo gdybym wiedział, co wiem dzisiaj, to w życiu bym nie wziął się za tę tragiczną robotę. tak czy inaczej trzeba przeżyć, bo do końca kwietnia trochę czasu zostało, a przede mną jeszcze jeden pokój. całe szczęście, że wiejska mnie od czasu do czasu wspiera swą siłą, bo nikt jak ona nie myje tak rewelacyjnie podłóg. w sumie fajna z niej byłaby małżonka. więc jeśli jakiś heteryk wolnego stanu czyta to i owo, to z wielką radością komunikuję, że po szesnastym maja może okazać się, że wspomniana wiejska uczyniła mały krok dla ludzkości, ale wielki krok dla samej siebie. w stronę wolności…

właśnie siedzę w pracy i się trochę obijam. bo jestem pan na włościach. dzisiaj najważniejszy. wczoraj w sumie objechałem sekretarkę, że nie anonsuje mi gości. ofkors w żartach, ale i na serio. bo doszedłem do wniosku, że kompletnie nie mam w firmie autorytetu. w sumie z większością jestem tu po imieniu i jakoś niespecjalnie do nich przemawia siła mojego stanowiska. inna inność, że i do mnie ona nie przemawia. ale w końcu trzeba podkarmić si-wi, bo konto jakoś niespecjalnie wykazuje tendencję do tycia. poza tym właśnie zalałem sobie kawę. dzisiaj miałem ewidentnie ochotę na budowlankę. czyli kofi z gruntem. kofi. kofi annan. według begerowej był ananem kofanem. ale według mojej historyczki z ogólniaka – coffee annanem. boska helenka. właśnie na samo o niej wspomnienie zakrztusiłem się fusami. dobra ta kawa nawet. taka prawdziwa peerelowska słodycz. pamiętam jako dziecko – a wiele z tego okresu pamiętam, np. koronację augusta mocnego albo ogródek kapuściany królowej bony – jak musiałem ją mielić (bosh, warszawiacy tak to się mówi?) na młynku mejd in ddr. a podpijanie mamie kawy (tak jak ojcu piwa) było najwspanialszą przyjemnością okresu łysiny łonowej. cudowny czas. w sumie dzisiaj jakoś wspomnieniowo jest. otóż wychodzę z sekretariatu i spotykam panią, która od razu pyta czy ja to er. no więc jej mówię, żem er jak nic. no i ona o mojej mamie zaczyna mi mówić. miło się słucha, że miało się tak superrodzicielkę. miód na serce.

grossmutter dostanie zawału serca. bo jak wspomniałem – oddałem jej rękodzieło (czyt. mulinowe bzy lilaki w brzozowej ramie) wiejskiej. a ta z kolei dała je swojemu ojcu, który na ich widok odleciał w przestworza. na dodatek powiedziała mu, że to prezent ode mnie, więc punktnąłem u niego kolejny raz. i jak tu się potem dziwić temu, że u wiejskich rodziców jestem o wiele bardziej popularny niż wiejski faworyt. zresztą ostatnio to jakoś nader popularny jestem. jakiś koleś z felka wyczaił mnie w centrum handlowym i pisze sobie ze mną, a ja go nie widziałem ani piksela. chyba jakoś mi się odechce upubliczniać nieogoloną facjatę. jeszcze chwila i szef może mnie zdybać, bo go uczę obsługi internetu. byłoby ciekawie. może lepiej jednak wypluć te słowa. nie mam aktualnie bowiem natchnienia na szukanie sobie nowego zajęcia. tym bardziej, że kredytów znowu jakichś tam chcę nabrać i byłoby co najmniej to ungunstowne w tym momencie. żyć nie umierać. weekend się zaczyna lada chwila. gips i kropka. w sumie dzisiaj śniła mi się madonna w czerwonej kiecce, którą zanurzali w wielkiej kadzi z cialtą-maltą. ale o tym, że jestem co najmniej mało normalny, to już jest tutaj od jakichś dobrych paru latek…

update
wow. nawet się nie skapowałem, że od roku jestem singlem. obawiam się, że przyzwyczajenie wzięło górę i w zasadzie nie robię nic, by to zmienić. bo mi wygodnie. za wygodnie. ale najgorsze w tym to, że nie mam na chwilę obecną najmniejszej ochoty, coby to zmienić. przynajmniej świadomej ochoty. bo za własną podświadomość nie odpowiadam…

In point of view minus cztery on 8 kwiecień 2008 at 7:16

jedni zabawiają się drugim, inni mają ogóreczki tudzież inne opływowe kształty przypominające żywo trzonek od ubijaczki do piany, a ja natomiast mam szpachelkę. do tego gładź szpachlową o konsystencji gęstej śmietany, jak określiła to wiejska. oraz drabinkę. swoją drogą lepsza drabinka niż balkonik. a to z kolei oznacza, że chociaż młodość już nie wieczność, to starość jeszcze nie radość. czyli sama radość. tak czy inaczej remont mojego em (tutaj na myśli mam ofkors moje mieszkanie, a nie byłego partnera coby była jasność) postępuje z niesamowitym impetem. wczoraj spędziłem na ściance siedem godzin, a i tak jeszcze zostało mi do wykończenia trochę tuż pod sufitem. normalnie niewiele potrzeba do szczęścia prawdziwemu mężczyźnie (chociaż z tym prawdziwym to lepiej nie przesadzajmy, bo fikcja literacka ma jednak swoje granice) żeby jego męskie ego poszybowało pod sam sufit. ale o suficie na razie nie piszę, bo nim zajmiemy się dopiero za tydzień. na razie konserwacja powierzchni pionowych, a te poziome – w tym i zwisające – zostawimy sobie na później…

perypetii z samochodem ciąg dalszy. bo nie dość, że kosztowny zabieg wymiany akumulatora mam za sobą, to czeka mnie jeszcze wymiana zamków. jakiś debil próbował się dostać z soboty na niedzielę do środka i rozwalił mi cały zamek od strony kierowcy. dlatego też teraz jak kretyn obchodzę niczym w krakowiaczku samochód dookoła coby się do niego dostać. właściwie ciekawi mnie, co tak naprawdę rzeczony idiota chciał osiągnąć – ukraść mój mało co warty samochód? może zwęszył, że akumulator jest nówka nieśmigana na dwuletniej gwarancji? no chyba że poszukamy kretynizmu we właścicielu samochodu, który nieopatrznie zostawił na tylniej szybie swój lanserski bordowy szaliczek mejd in brasel. chociaż może mejd in czajna, a jedynie bot in brasel. bo jakoś ostatnio okazuje się, że właściwie każdy jeden ciuch, który na sobie nosimy jest z państwa środka. jeszcze chwila, a okaże się, że ja też jestem zrobiony w chinach. no właśnie. ciekawe czy parentsi tam byli trzydzieści lat temu. szkoda, że się ich nigdy nie zapytałem…

za meblami znalazłem kolejny skarb. nie wiem czy dobrze zrobiłem, że dałem go wiejskiej, bo kto wie czy to nie był wielce wartościowy obiekt dziedzictwa narodowego. odsuwam szafę. patrzę. a tam obraz. prawie jak słoneczniki van klompa. znaczy van gogha, bo klomp był od madonny. otóż arcydzieło to przedstawiało wazon pełen bzów lilaków. wyszyty muliną. oprawiony w ramę brzozopodobną. boski obraz. tak boski, że aż od razu zaproponowałem wiejskiej, coby go sobie wzięła. stwierdziła, że da go w prezencie teściowej. kochana synowa z niej… oprócz obrazu znalazłem też swoje zdjęcia. kurde, zapomniałem, że kiedyś byłem sobowtórem ryszarda kalisza… wow.

In point of view minus cztery on 5 kwiecień 2008 at 19:13

mija setna rocznica urodzin herberta von karajana. taki dyrygent to był. inna inność, że wordpress zmienił całkowicie layout. a ja zmieniam mieszkanie. remontu mi się zachciało. dzisiaj dorwałem się do drugiego pokoju, gdzie roboty najwięcej. swój pokoik trzymam na sam koniec, coby stopniowo stopniować napięcie. jeśli ma ono być właśnie w ten sposób stopniowane, to nie bez przesady zasługuję na miano mojego własnego hitchcocka. bo zaczęło się od megamasakrycznego trzęsienia ziemi. a właściwie szafy. a jakie skarby tam znalazłem, to już inna inność. kronika beskidzka z 2003 roku, notatki z informatyki sprzed czternastu lat oraz makatka z tekstem “świeża woda zdrowia doda”. plus story sprzed mojego urodzenia. teraz tylko umieścić to w odpowiednim koszu na śmieci, bo od prima aprilis w naszym boskim prowincjonalnym miasteczku zaczęto segregację śmieci. tak czy inaczej mój wskaźnik męskości znacznie wzrósł, bowiem ja w roboczych ciuchach i ze szpachelką w dłoni to widok jak raz na sto lat. mój testosteron poczuł się dopieszczony. ach, jeszcze jedno – jak już całkiem osiwieję, to niezła dupa ze mnie będzie. dzisiaj stwierdziłem patrząc do lustra. trzydziestko przybywaj więc śmiało!

w połowie maja wiejska ma umówioną wizytę u adwokata. w sprawie rozwodu. ofkors wszyscy dookoła jej to odradzają – i matula jej rodzona, i ojciec kto wie czy prawdziwy, a nawet jej własny mąż nie wierzy w jej zapowiedzi. ale od czego ma się przyjaciół? od czego ma się mnie? ofkors od kładzenia do głowy durnych myśli i bzdurnych rozwiązań. mówię więc jej, trzymając wspomnianą wyżej szpachelkę w lewej ręce (bo jak wiadomo, jestem leworęczny, a jak wiadomo leworęczni to cholernie inteligentne istoty, czego ofkors nie będę w żaden sposób zaprzeczał…), słuchaj jeno, pono nasi biją… yyy… to hymn. a ja jej ojcem nie jestem. ale imię się jakby zgadza. ale do rzeczy – mówię jej, że kiepskie związki mają to do siebie, że ich końcowa faza składa się z trzech podfaz – pierwsza to cierpienie w agonalnym stanie związku, druga to cierpienie przy rozstaniu, a trzecia to cierpienie w samotności. więc po co robić z siebie świętego aleksego i męczyć się nie wiadomo po co, a po śmierci pachnieć kwiatkami, skoro można sobie cierpienie raz dwa skrócić o pierwszą podfazę, stosując eutanazję własnej tzw. relacji partnerskiej. ale cóż – mądry polak po szkodzie. i ja jestem polakiem!

facet mojej sis spakował swoje rzeczy i pod osłoną dnia, kiedy moja rodzona siostra była w pracy, uciekł z domu, zostawiając ją z dwójką dzieci na nieco ponad miesiąc przed komunią starszego samuraja. wynajął sobie mieszkanko, założył profil na sympatii pe-el i stwierdził, że moja sis go ogranicza. a on chce żyć pełnią życia. tak na marginesie w międzyczasie zrobił czajlda innej pani, którego ofkors nie uznał. a że moja sis to wredna maupa w czerwonym, to nie omieszkała powiedzieć tego jego matce. a tchórz jak to tchórz nawrzucał sis od takich tam i jeszcze takich tam. życie. a najgenialniejsze jest to, że wiedźma, u której i sis była, jakieś cztery miesiące temu, to przewidziała. ale bez takich – ja też to przewidziałem. bo doopek będzie zawsze doopkiem. w końcu jestem jakoby członkiem doopowatej branży. a u nas to norma. i jak się okazuje – nie tylko u nas…

In point of view minus cztery on 2 kwiecień 2008 at 19:40

żyję po remoncie. chciałem to tylko zakomunikować wszystkim, którzy mnie niezbyt lubią czytać, ale czynią to mimo wszystko, poświęcając się dla dobra ludzkości wszetecznej. nie cieszcie się więc przedwcześnie, bo przeżyłem roboty fizyczne związane z cialtą-maltą i obróbką tynkarską. nawet się umięśniowiłem trochę, wynosząc setki (tak naprawdę to może czternaście, ale setki brzmi tak jakby lepiej z literackiego punktu widzenia) wiader gruzu. czuję się tak wow. tak męsko prawdziwie. jak jakiś popeye co najmniej. tyle tylko, że szpinaku już dawno nie jadłem, a w sumie miałbym ochotę. ale nie o tym chciałem. właściwie pan, który pomagał przy wprawianiu tych drzwi przez ostatnie trzy dni wydał mi się co najmniej interesujący. ofkors nie dla psa kiełbasa, bo koleś przynajmniej z pięć latek ode mnie młodszy, ale w sumie można było na kolesia oczkiem zarzucić. zresztą trochę podejrzany mi się wydał z kilku powodów. po pierwsze irokezik na głowie (kto to nosi, jak nie podejrzani, na przykład mi we własnej osobie). po drugie diamentowy kolczyk w uszku. prawie taki sam, jak śpiewała anna jurksztowicz za czasów, gdy miałem lat mnie niż wolne kosowo. po trzecie pasek w spodniach był biały nabity ćwiekami raczej cekinowatymi. to też coś znaczy, jeśli dorzucimy do tego, że na ręce i nadgarstku była widoczna bardziej niż w przypadku bi-ej z drużyny a biżuteria. srebrna ofkors. a dzisiaj na palcach pojawiły się dwie obrączki. a i tak wszystko nieważne, bo pan miał przecudnej urody oczęta. normalnie odleciałem. ech… może jeszcze wymienie sobie drzwi w piwnicy?

tak czy inaczej z randki z panem od drzwi nici. bo pracował pod okiem tatusia i wujka bodaj. ech, jak nie urok to sraczka… swoją drogą zacząłem obserwować u siebie nieco zagadkowe objawy, które zdradzają bardziej niż trochę zaawansowany proces starzenia się. chodzi mianowicie o to, że przechadzając się dzisiaj po hipermarkecie, moje oczki wodziły za panami nieco dojrzalszymi niż niegdyś. wręcz młodzikowie mnie nieco odpychają, natomiast panowie w sile wieku są jakby ech-ach-och. tyle tylko, że ci starsi szukają młodszych, a ci młodsi starszych. bosko… wczoraj dla przykładu – a właściwie przedwczoraj – był u moniki olejnik paweł kowal. pisowiec taki. ale jakoś go lubię. dlaczego? bo mi się trochę podoba… matko boska i jezusku malutki, coby fasolę zacytować, er’ku łosiu, ty to stara doopa jesteś…

mam pytanko. co robić w sobotę – jechać do pedałbudy do kraka czy zacząć remont? nie ukrywam, że skłaniam się do malowania… w sensie ścian ofkors. nie siebie. bo mi to już nic nie pomoże. kremy przeciwzmarszczkowe wysiadają, a na operacje plastyczne mnie nie stać. znaczy stać, ale wolę kupić sobie nowe autko. lajf…