szczęka mi wczoraj zdrętwiała. nie. to wcale nie oznacza, że znowu jestem szczęśliwym posiadaczem partnera. to oznacza, że człowiek, który nienawidzi wszystkiego co szorstkie (z wyjątkiem buziowego zarostu trzydniowego, którego jestem fetyszystą), szlifował gips papierem ściernym. no i zagryzał dziwnie usta, tak mocno, że aż to poczuł. czyli kolejna notka rozpoczęta raportem z frontu. właściwie jest jak pod ypres. tyle tylko, że zamiast gazu muszardowego, wszędzie tumany kurzu i jeden wielki tuman. czyli ja. bo gdybym wiedział, co wiem dzisiaj, to w życiu bym nie wziął się za tę tragiczną robotę. tak czy inaczej trzeba przeżyć, bo do końca kwietnia trochę czasu zostało, a przede mną jeszcze jeden pokój. całe szczęście, że wiejska mnie od czasu do czasu wspiera swą siłą, bo nikt jak ona nie myje tak rewelacyjnie podłóg. w sumie fajna z niej byłaby małżonka. więc jeśli jakiś heteryk wolnego stanu czyta to i owo, to z wielką radością komunikuję, że po szesnastym maja może okazać się, że wspomniana wiejska uczyniła mały krok dla ludzkości, ale wielki krok dla samej siebie. w stronę wolności…
właśnie siedzę w pracy i się trochę obijam. bo jestem pan na włościach. dzisiaj najważniejszy. wczoraj w sumie objechałem sekretarkę, że nie anonsuje mi gości. ofkors w żartach, ale i na serio. bo doszedłem do wniosku, że kompletnie nie mam w firmie autorytetu. w sumie z większością jestem tu po imieniu i jakoś niespecjalnie do nich przemawia siła mojego stanowiska. inna inność, że i do mnie ona nie przemawia. ale w końcu trzeba podkarmić si-wi, bo konto jakoś niespecjalnie wykazuje tendencję do tycia. poza tym właśnie zalałem sobie kawę. dzisiaj miałem ewidentnie ochotę na budowlankę. czyli kofi z gruntem. kofi. kofi annan. według begerowej był ananem kofanem. ale według mojej historyczki z ogólniaka – coffee annanem. boska helenka. właśnie na samo o niej wspomnienie zakrztusiłem się fusami. dobra ta kawa nawet. taka prawdziwa peerelowska słodycz. pamiętam jako dziecko – a wiele z tego okresu pamiętam, np. koronację augusta mocnego albo ogródek kapuściany królowej bony – jak musiałem ją mielić (bosh, warszawiacy tak to się mówi?) na młynku mejd in ddr. a podpijanie mamie kawy (tak jak ojcu piwa) było najwspanialszą przyjemnością okresu łysiny łonowej. cudowny czas. w sumie dzisiaj jakoś wspomnieniowo jest. otóż wychodzę z sekretariatu i spotykam panią, która od razu pyta czy ja to er. no więc jej mówię, żem er jak nic. no i ona o mojej mamie zaczyna mi mówić. miło się słucha, że miało się tak superrodzicielkę. miód na serce.
grossmutter dostanie zawału serca. bo jak wspomniałem – oddałem jej rękodzieło (czyt. mulinowe bzy lilaki w brzozowej ramie) wiejskiej. a ta z kolei dała je swojemu ojcu, który na ich widok odleciał w przestworza. na dodatek powiedziała mu, że to prezent ode mnie, więc punktnąłem u niego kolejny raz. i jak tu się potem dziwić temu, że u wiejskich rodziców jestem o wiele bardziej popularny niż wiejski faworyt. zresztą ostatnio to jakoś nader popularny jestem. jakiś koleś z felka wyczaił mnie w centrum handlowym i pisze sobie ze mną, a ja go nie widziałem ani piksela. chyba jakoś mi się odechce upubliczniać nieogoloną facjatę. jeszcze chwila i szef może mnie zdybać, bo go uczę obsługi internetu. byłoby ciekawie. może lepiej jednak wypluć te słowa. nie mam aktualnie bowiem natchnienia na szukanie sobie nowego zajęcia. tym bardziej, że kredytów znowu jakichś tam chcę nabrać i byłoby co najmniej to ungunstowne w tym momencie. żyć nie umierać. weekend się zaczyna lada chwila. gips i kropka. w sumie dzisiaj śniła mi się madonna w czerwonej kiecce, którą zanurzali w wielkiej kadzi z cialtą-maltą. ale o tym, że jestem co najmniej mało normalny, to już jest tutaj od jakichś dobrych paru latek…
update
wow. nawet się nie skapowałem, że od roku jestem singlem. obawiam się, że przyzwyczajenie wzięło górę i w zasadzie nie robię nic, by to zmienić. bo mi wygodnie. za wygodnie. ale najgorsze w tym to, że nie mam na chwilę obecną najmniejszej ochoty, coby to zmienić. przynajmniej świadomej ochoty. bo za własną podświadomość nie odpowiadam…