wszelkie znaki na niebie i ziemi powiadają, że skończę niczym najgorszy z najgorszych alkoholików. dzisiaj bowiem znowu dostałem butelczynę. całe szczęście, że to bols, bo pewnie nieprędko się za niego wezmę. nie cierpię tej wódki. jakoś bardziej podchodzi mi sobieski, którego mogę pić litrami. jak jeszcze do tego mam sok z czarnej porzeczki i z banana to mi się pucha cieszy. bo co jak co, ale czystej sam nie wypiję. na takim etapie to chyba jeszcze nie jestem. a rzeczoną flaszeczkę dostałem od pani elżuni, która pracowała u nas na zastępstwie jakieś pół roku, ale że zastępowana wróciła na stanowisko z dłuższej niedyspozycji lekarskiej, śmieszna pani musi odejść. swoją drogą będę panią wspominał z nieco durnowatym uśmiechem na twarzy, bo tak pozytywnie walniętej osoby u nas w firmie jeszcze nie było. no chyba, że weźmiemy pod uwagę grzybową, która flirtuje ze mną na korytarzu od ponad roku. no i kto teraz będzie delikatnie mówiąc tak sympatycznie olewać robotę, skoro elżunia odchodzi sio. trudno. jakoś wezmę tę niewdzięczną rolę na siebie…
miniony weekend minął pod znakiem płaszcza i szpady. znaczy knajpy i flaszki. chociaż nie do końca, bo w piątek obaliliśmy w pięć pedałów dużego sobieskiego. znaczy nie do końca obaliliśmy, bo jeno ja, ryś i jego chłop. dzieciaki piły wino, bo jakoś czysta im nie wchodziła. tak jakoś stwierdziliśmy, że musimy się nieco zmaskulinizować. przynajmniej we własne oczy. a że umęskowienie się możliwe jest albo przez oglądanie meczu, albo przez chlanie czystej z kieliszka, wybraliśmy to mniej bolesne rozwiązanie. no i spiliśmy się nieco. ale kulturalnie tak raczej, czyli w efekcie końcowym tacy z nas prawdziwi mężczyźni, jak z ajzis dżi prawdziwa kobieta. ale ponoć ćwiczenie czyni mistrzem, więc już w sobotę wspólnie z dzieciakami plus hobbitem w promocji wybraliśmy się podbić naszą byłą wojewódzką dziurę. dla mnie ofkors wielka atrakcja, bo sam spędzam większość czasu w mysiej dziurze, gdzie przyszło mi pracować, zaś dla hobbita to jeszcze większa atrakcja, bo na co dzień mieszka i spółkuje w drugim największym mieście naszego wspaniałego państwa. tak czy inaczej było całkiem interesująco. szczególnie barman, który tak zbzikował na moim punkcie, że zamiast heinekena nalał mi żywca. no i co miałem zrobić? gdyby to była barmanka płci pięknej, tobym pannie wjechał na ambicje i zażądał nowego kufla z nową podkładką, ale że był to reprezentant płci piękniejszej, to uśmiechnąłem się na wpół nieśmiało i powiedziałem, że wypiję piwo, które mi nalał. niestety, żywiec to jedna wielka i obrzydliwa tragedia. ale stwierdziłem, że nie na takie kompromisy człowiek chodził w swoim życiu, więc wyobraziłem sobie, że to takie soft sado maso w wydaniu knajpianym. niemniej jednak oczki pan barman miał wow…
no i trzy stówy odeszły w zapomnienie. kupiłem nowy akumulator. sześćdziesiąt amperogodzin, dwanaście volt, dwa lata gwarancji. czyli jak w pysk strzelił, jak będę miał trzydzieści jeden lat, akumulator stanie się li tylko moją odpowiedzialnością. pewnie to czas, kiedy będę musiał zacząć się zastanawiać nad zapisaniem się do kolejki oczekujących na rozrusznik serca. ale to już taki wiek. w drodze powrotnej od pana z ulicy bema widziałem w lusterku w oplu calibrze całkiem ciekawego pana, który nie miał na palcu obrączki, a był w moim bodaj wieku. jednak gdy mnie ominął (nie wyprzedził, bo pojechał pasem na wprost, gdy ja skręcałem w lewo, coby nie było, że jestem doopiatym kierowcą) okazało się, że z profilu jakby mniej idealny. ech. ale pewnie kątem oka nie za dobrze widzę przez moje soczewki. tak więc to by było na tyle, jeśli chodzi o fantazje erotyczne mojej szacownej osobowości na kilka ostatnich dni. barman plus kierowca opla. ach i jeszcze ten fajny ktosiek z chodnika przy general electric plus ten pan z wczorajszego magazynu fussballowego na n-24. i to by było tutaj na tyle. było miło. mrrau…










