eR

Archiwum z marzec, 2008

In point of view minus cztery on 31 marzec 2008 at 19:02

wszelkie znaki na niebie i ziemi powiadają, że skończę niczym najgorszy z najgorszych alkoholików. dzisiaj bowiem znowu dostałem butelczynę. całe szczęście, że to bols, bo pewnie nieprędko się za niego wezmę. nie cierpię tej wódki. jakoś bardziej podchodzi mi sobieski, którego mogę pić litrami. jak jeszcze do tego mam sok z czarnej porzeczki i z banana to mi się pucha cieszy. bo co jak co, ale czystej sam nie wypiję. na takim etapie to chyba jeszcze nie jestem. a rzeczoną flaszeczkę dostałem od pani elżuni, która pracowała u nas na zastępstwie jakieś pół roku, ale że zastępowana wróciła na stanowisko z dłuższej niedyspozycji lekarskiej, śmieszna pani musi odejść. swoją drogą będę panią wspominał z nieco durnowatym uśmiechem na twarzy, bo tak pozytywnie walniętej osoby u nas w firmie jeszcze nie było. no chyba, że weźmiemy pod uwagę grzybową, która flirtuje ze mną na korytarzu od ponad roku. no i kto teraz będzie delikatnie mówiąc tak sympatycznie olewać robotę, skoro elżunia odchodzi sio. trudno. jakoś wezmę tę niewdzięczną rolę na siebie…

miniony weekend minął pod znakiem płaszcza i szpady. znaczy knajpy i flaszki. chociaż nie do końca, bo w piątek obaliliśmy w pięć pedałów dużego sobieskiego. znaczy nie do końca obaliliśmy, bo jeno ja, ryś i jego chłop. dzieciaki piły wino, bo jakoś czysta im nie wchodziła. tak jakoś stwierdziliśmy, że musimy się nieco zmaskulinizować. przynajmniej we własne oczy. a że umęskowienie się możliwe jest albo przez oglądanie meczu, albo przez chlanie czystej z kieliszka, wybraliśmy to mniej bolesne rozwiązanie. no i spiliśmy się nieco. ale kulturalnie tak raczej, czyli w efekcie końcowym tacy z nas prawdziwi mężczyźni, jak z ajzis dżi prawdziwa kobieta. ale ponoć ćwiczenie czyni mistrzem, więc już w sobotę wspólnie z dzieciakami plus hobbitem w promocji wybraliśmy się podbić naszą byłą wojewódzką dziurę. dla mnie ofkors wielka atrakcja, bo sam spędzam większość czasu w mysiej dziurze, gdzie przyszło mi pracować, zaś dla hobbita to jeszcze większa atrakcja, bo na co dzień mieszka i spółkuje w drugim największym mieście naszego wspaniałego państwa. tak czy inaczej było całkiem interesująco. szczególnie barman, który tak zbzikował na moim punkcie, że zamiast heinekena nalał mi żywca. no i co miałem zrobić? gdyby to była barmanka płci pięknej, tobym pannie wjechał na ambicje i zażądał nowego kufla z nową podkładką, ale że był to reprezentant płci piękniejszej, to uśmiechnąłem się na wpół nieśmiało i powiedziałem, że wypiję piwo, które mi nalał. niestety, żywiec to jedna wielka i obrzydliwa tragedia. ale stwierdziłem, że nie na takie kompromisy człowiek chodził w swoim życiu, więc wyobraziłem sobie, że to takie soft sado maso w wydaniu knajpianym. niemniej jednak oczki pan barman miał wow…

abcde.jpg

no i trzy stówy odeszły w zapomnienie. kupiłem nowy akumulator. sześćdziesiąt amperogodzin, dwanaście volt, dwa lata gwarancji. czyli jak w pysk strzelił, jak będę miał trzydzieści jeden lat, akumulator stanie się li tylko moją odpowiedzialnością. pewnie to czas, kiedy będę musiał zacząć się zastanawiać nad zapisaniem się do kolejki oczekujących na rozrusznik serca. ale to już taki wiek. w drodze powrotnej od pana z ulicy bema widziałem w lusterku w oplu calibrze całkiem ciekawego pana, który nie miał na palcu obrączki, a był w moim bodaj wieku. jednak gdy mnie ominął (nie wyprzedził, bo pojechał pasem na wprost, gdy ja skręcałem w lewo, coby nie było, że jestem doopiatym kierowcą) okazało się, że z profilu jakby mniej idealny. ech. ale pewnie kątem oka nie za dobrze widzę przez moje soczewki. tak więc to by było na tyle, jeśli chodzi o fantazje erotyczne mojej szacownej osobowości na kilka ostatnich dni. barman plus kierowca opla. ach i jeszcze ten fajny ktosiek z chodnika przy general electric plus ten pan z wczorajszego magazynu fussballowego na n-24. i to by było tutaj na tyle. było miło. mrrau…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg måns zelmerlöw – brother oh brother

In point of view minus cztery on 30 marzec 2008 at 18:34

quail uznała, że to jakoby konstruktywny i dość ciekawy pomysł, cobym mógł się podzielić sześcioma mało znanymi faktami z mojego życia. no nagromadziło się tego w ostatnim czasie, bo przeżyłem już tylu światowych i lokalnych przywódców, kilka totalitarnych systemów i parę rzeczypospolitych. ale czy to dobry koncept, abym pisał tu wszem i wobec o jakichś nieznanych faktach z mojego siwi i zanudzał przy okazji publikę, która nie wiedzieć czemu czyta to, co tutaj piszę? wątpię. ale jako że jestem wredna i złośliwa małpa w czerwonym, to co mi tam. ponudzę raz jeszcze…

fakt pierwszy.
lata świetlne temu ubzdurałem sobie, że własną nieatrakcyjność fizyczną można genialnie pokonać wybitnym mózgiem. to też od młodzieńczych lat inwestowałem każdą wolną chwilę w książki i poszerzanie swoich horyzontów. równolegle poszerzałem własne gabaryty. ach jakże kochanym dzieciakiem byłem. nie dość, że taki mądry, taki zdolny, taki bystry, to na dodatek jeszcze pięknie je. no i jadłem, pęczniejąc niczym ziarenka ryżu w woreczku pod presją wzrastającej temperatury i procesu gotowania, tudzież niczym moje boksy na widok niezabrodziałego michała żebrowskiego. ale jednak gdzieś tam miałem rację, bo w rzeczy samej mało kto, kto mnie znał, raczej nie nadużywał względem mojej big personality epitetów czy jakichś tam uwag (ofkors z wyjątkiem mojej pani od wychowania fizycznego, a jednocześnie wychowawczyni, która kiedyś tam, gdy biegłem – a właściwie zdychałem na trzecim okrążeniu boiska – przed chłopakami z mojej klasy porównała mnie do takiej trzęsącej się kupy galarety), bo po prostu z pełnym szacunkiem odnosił się do mojej tzw. mózgownicy. poza tym nigdy nie było, że nie dałem odpisać zadania czy ściągnąć na sprawdzianie. tak więc skutecznie poradziłem sobie z własną totalnie mało atrakcyjną powierzchownością, inwestując we wnętrze. czy się opłaciło? myślę, że tak. zresztą głowa to jedyna sfera, gdzie nie przejawiam większych kompleksów. chociaż bystrością czasem nie grzeszę, prawda maćko – rybko?

fakt drugi.
mam problemy z rozróżnianiem kierunków. ale tylko, gdy ktoś mnie w tym aspekcie zagadnie. sam od siebie to żaden problem, ale jeśli, dajmy przykład, jadę samochodem i siedzący obok mnie jegomość albo jejmość powiedzą mi, że mam skręcić w lewo, to sto procent, że skręcę w prawo. i na odwrót. ponoć gdzieś tam leży to w leworęczności, ale głowy za to nie dam, bo oprócz kompletnej debilności kierunkowej przejawiam także antyzmysł topograficzny. można mi tłumaczyć jak gdzieś tam dojechać, ale tak to nie przynosi żadnego skutku. no i chyba dlatego, gdy pytam o drogę, to i tak nie słucham co ten ktoś ma mi do powiedzenia. zresztą po co, skoro i tak nie zrozumiem przekazu…

fakt trzeci.
jestem osobą mało cierpliwą w stosunku do własnej osoby, a w przeciwieństwie do cudzych osób. generalnie umiem wybaczać wszystkim wszystko. znoszę wszelkie marudzenia i miauczenia, choć czasem wybucham niczym nadepnięta przypadkiem purchawka. natomiast jeśli idzie o mnie, to jakoś mam na odwrót – nie doczytam nigdy instrukcji obsługi do końca, bo szkoda mi czasu, nie umiem się skupić na filmie, bo w mojej głowie od razu kotłuje się tysiące innych myśli, oblałem kilka razy prawko na parkingu, bo tak naprawdę nie chciało mi się czekać na wyjazd na miasto. to jest w ogóle mój wielki problem – nieumiejętność czekania. pamiętam jak w liceum dostałem się na regionalny szczebel olimpiady z niemieckiego, który ofkors zawaliłem. i to z własnej winy. bo na część ustną musiałbym poczekać jakieś dwie godziny, więc powiedziałem oldze (mojej byłej germanistce), że nic nie napisałem na części pisemnej, co było ofkors gie prawdą. ale to cały ja. i mam tak do tej pory…

fakt czwarty.
mam co najmniej pięć różnych charakterów pisma. grafolog uznałby mnie pewnie za kompletnie schizofreniczną osobę, w czym miałby swoją drogą sporo racji. umiem podrabiać cudze podpisy (to taka mała nieistotna umiejętność) pod warunkiem, że widzę jak się podpisuje dana osoba. po prostu muszę widzieć ruchy jej ręki. ta mała umiejętność pozwoliła mi w czasach szkolnych być królem wszelakich usprawiedliwień i zwolnień. tak między innymi zaczęła się moja przyjaźń z hipkiem, któremu pisałem od pierwszej licealnej zwolnienia na w-f (bo podobnie jak ja był dobry w sumo). kiedyś nawet olimpia (taka śmieszna osóbka z ogólniaka) powiedziała w obecności kobiety z ekonomii, która na swoim wąsie zawsze miała majonez z mr. hamburgera, że klasowe usprawiedliwienia można by posegregować na trzy kupki – pierwsza najmniejsza to oryginały, druga średnia to te, które piszemy sobie sami i trzecia największa, która wychodzi spod ręki mojej skromnej osoby. normalnie jej skandaliczne zachowanie (związane z wkopaniem mnie publicznym) musiało się zetknąć z moją gwałtowną reakcją. otóż powiedziałem jej – [tu pada nazwisko panienki], jak cię pierdolnę, to ci wszystkie piegi z mordy pospadają. no niestety, nie byłem i nie jestem wybitnym dyplomatą. a moje emocje z natury rzeczy mnie zawsze wpędzają w większe problemy…

fakt piąty.
jestem bardzo nieśmiały w kontaktach międzyludzkich i w zasadzie dopiero, gdy kogoś poznam bliżej pokazuję własną wredną mordkę. nigdy nie zdarzyło mi się do kogoś zagadać. a w większym towarzystwie, gdzie są osoby, które widzę pierwszy raz w życiu, uchodzę za jakiegoś aroganckiego dupka, który wyżej sra niż dupę ma. bo rzadko zabieram głos. raczej słucham jak świnia grzmotu. poza tym lekko zakompleksiony jestem, co mi zostało z fazy coccolinno (był taki puszysty misiu kiedyś). i poniekąd własnie to nie pozwala mi się rozkręcić. a jeśli jeszcze do tego dodamy zbyt wielką empatię i małą asertywność… brrr, nawet nie chce mi się o tym dalej pisać…

fakt szósty i ostatni.
była kiedyś w moim życiu pewna kobieta, w której chyba nawet się zakochałem. ale jako że to siostra mojego best frienda, wycofałem się, coby jej nie skrzywdzić kiedyś. za kilka miesięcy wychodzi za mąż i chyba pewna część mnie żałuje, że nie za mnie. w ogóle z kobietami dziwna sprawa, bo one jakoś się we mnie zakochują jedna po drugiej. faceci natomiast jakby całkowicie na mnie są odporni. inna inność, że jakoś niespecjalnie mnie to smuci. czyżby?

zgodnie z regułami tej gry powinienem kogoś nominować z własnych linków. może ajsi napisałby setną notkę? albo maćkoś zagadnąłby swój milion złotych rybek. albo ling wyspowiadałby się ze swoich zdrad na czaterii.interii.pl. bo na mgnienie chyba nie bardzo można liczyć…

In point of view minus cztery on 29 marzec 2008 at 16:14

glorija! wreszcie przypomnieli sobie o mnie monterzy drzwi i zjawią się w moich skromnych progach lada dzień. tym samym będę mógł zacząć szumnie przepowiadany przez wróżki maści wszelakiej – incl. me – remont. pierwszy remont od dziesięciu lat. może wreszcie wymiotę pajęczyny, które od pierwszej kadencji kwaśniewskiego bezlitośnie są tkane w ciemnym kącie mojego pokoju. niemniej jednak przez lata nie miałem serca coby wykurzyć pająka brata chwata z mojego domostwa. zresztą zabijanie pająków zwiastuje nieszczęście i pecha. a tego przecież chcielibyśmy za wszelką cenę uniknąć.

za parę minut wybywam na miasto. zalać robala, a przy okazji wcześniej pooglądać jakieś fajne kurtki. może akurat zlookam coś na tyle interesującego, że mnie to zainteresuje. we will see. tym razem jednak nie ryzykuję i jadę busem. wczoraj na przykład, wracając z kameralnej imprezki na dwie pedał-pary i mnie, kątem oka poobserwowałem sobie – coby użyć powiedzenie hobbita – niezłe ciasteczko. siedział w zasięgu ręki, wysiadł przystanek przede mną, dziwnie wzbudził moje zainteresowanie. ale to podobnie jak mona lisa. tyle tylko, że to baba i setki kilometrów ode mnie. ale efekt końcowy ten sam – można popatrzeć, potem powspominać i szybko zapomnieć. swoją drogą wcale nie chciałbym mieć jej w domu. ot tyle…

z2.jpg

księżniczka napisała mi mejla. powinna go zatytułować “w drodze do canossy”. normalnie się tak pokajała przede mną jak hajnrich przed papą grzegorzem. inna inność, że jak skończył grzegorz, a jak cesarz henryk to wie każdy przeciętny uczeń liceum. chwilowo jestem top, ale nagle potem mogę być bottom. bez skojarzeń ofkors. zresztą kończę powoli to pisanie, bo za chwilę dziesiątka przyjedzie, a ja jeszcze bez stylizacji i wdzianka jestem. a w końcu idę się dzisiaj polansować do heteryckiej knajpy na zadupiu województwa…

update
jest kilka minut po dwudziestej drugiej. no może po dwudziestej trzeciej, jeśli weźmiemy pod uwagę, że za godzin parę zegarki skorygujemy z drugiej na trzecią. buźka mi się uśmiecha od ucha do ucha. to pewnie procenty. autobus spóźnił się dziesięć minut, dzięki czemu mogłem przyjechać do domu, nie czekając nań zbytnio długo. poza tym barman w klubokawiarni, w której jakoś tam spędziliśmy czas był mniam mniam. i takie tam. ech… poza tym powietrze było jakieś cudowne. a może to regina spektor w uszach sprawiała, że tak mi się wydawało. a może to travis. albo snow patrol. ech życie. jakże potrafisz być cudowne, jak ci się zechce. jak mi się zechce. tak czy inaczej czuję wiosnę. a gdy już przestawię wszystkie zegary w domu, to dopiero poczuję, że żyję. zima się kończy, wiosna właśnie wraca. a to znak. znak, że i ja się budzę do życia. bo co jak co, ale po prostu chce mi się wsiąść na rower i pojechać, gdzie oczy poniosą. choćby tir mnie strąbił jak niegdyś to bywało. tak po prostu. a tak na marginesie wyczaiłem super kurtkę. ale nie kupiłem jej, bo pani ekspedientka stwierdziła, że kurtka jest nie do sprzedania, jako że klips zabezpieczający przed złodziejami (klientami?) nie chce się odczepić. więc mi jej nie sprzeda… to był znak. znak, że gdzieś indziej czeka na mnie całkiem inna kurtka. wręcz stworzona dla mnie. pewnie w jakimś ciucholandzie w opolu… normalnie czasem mam dość tych znaków…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg klan – co sie stao?

In point of view minus cztery on 27 marzec 2008 at 19:39

kto pamięta z lekcji religii słynną frazę “…za dobre wynagradza, a za złe karze”, ten nie wpakuje sie w żadne większe problemy. a kto zapomina, temu ten z wysoka zaraz o tym przypomni. i tak jest ze mną. a właściwie było. i to dzisiaj. ale może po kolei. sytuacja wyglądała na pozór prozaicznie – otóż przedwczoraj spędziłem w pracy blisko czternaście godzin, wczoraj trzynaście, więc dzisiaj najzwyczajniej w świecie urwałem się trzydzieści minut wcześniej, nikomu o tym nie mówiąc. inna inność, że w chwili ucieczki nie było nikogo służbowo postawionego nade mną na miescu, a byłej szefowej przeca nie będę się spowiadał z niecnych zamiarów. zaplanowałem sobie cały dzisiejszy gigant z wielką pieczołowitością i szczegółowością – prysnąłem wcześniej, coby uniknąć wielkich korków i sprawić sobie jakieś wiosenne wdzianko w formie kurtki, która by pasowała do ancugu, tudzież seksownych dżinsów, które ostatnio zwisają mi z tyłka, jak wicegłównejksięgowej celulit. niemniej jednak zamiary były szczere, bo plusowe temperatury już na progu, a ja nie mam w czym na randki chodzić (i pewnie dlatego nie chodzę…). jakież było moje wielkie zdziwienie, gdy dosłownie sto metrów przed wielkim domem handlowym samochód mój odmówil posłuszeństwa i najzwyczajniej w świecie zgasł. w dodatku na wielkim skrzyżowaniu. ofkors pedał za kierownicą to z natury rzeczy rzecz bardziej komiczna niż kobieta za kółkiem. bo przeca panikuje jak ona, ale mruganie okiem do przystojnych kierowców czy policjantów i tak nic nie da. zresztą trzeba było mnie zobaczyć, bo tak z opowiadania tragifarsa, jaka rozegrała się w centrum byłego miasta wojewódzkiego, nie wygląda aż tak totalnie kretyńsko, jak się miała w rzeczywistości…

niemniej jednak było strasznie. ci wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że stresujące sytuacje w pierwszej fazie mnie totalnie obezwładniają i wprawiają w równie wielką euforię, co pełna pielucha u niemowlaka. ale jak każdy prawdziwy pedał noszę przy sobie komórkę pełną numerów telefonów, które nijak mają się do potrzeb chwili. takie sytuacje uprzytamniają, że zamiast znajomych z zacięciem do malowania na płótnie, rozliczania pitów czy biegłych w zakresie bankowości komercyjnej, trzeba sobie szukać zwyczajnych mechaników, lakierników czy blacharzy. jak moja sister, dla której problem z samochodem równa się dylematowi, do którego z byłych zadzwonić. ja niestety musiałem wybrać numer telefonu hipka, który jak prawdziwy heteryk zna się na rzeczy, a nie na wyborze kurtki, która będzie pasować do aktualnie używanej nuty zapachowej czy błyszczyka do ust. ale stało się coś, czego nie przewidziałbym w najpiękniejszym śnie. zdarzył się cud. a własciwie człowiek…

i jak tu nie wierzyć pieśniarzowi, który śpiewał, że ludzi dobrej woli jest więcej. od dzisiaj zaczynam wierzyć w ludzi i zwyczajną ich dobroć plus bezinteresowność. zatrzymał się bowiem – widząc pewnie totalne zagubienie w wielkim mieście i na wielkiej ulicy starszego chłopca lub młodszego pana z prowincji – pan w wieku trochę starszym aniżeli ja i najzwyczajniej w świecie podholował mnie pod sam dom. nawet nie chciał zapłaty, mimo że po drodze jakiś policjant debil chciał nam wlepić mandat za niewłaściwie holowanie, ale może o tym przemilczę, bo znam policjantów i nawet ich lubię, a w tym akuratnie przypadku musiałbym się po nich trochę powozić. tak czy inaczej wcisnąłem mu zero siedem (ha! co jak co, ale takie rarytasy ja w barku miewam prawie zawsze) dość dobrej i drogiej wódki. nie musiałem, ale tacy ludzie zdarzają się po prostu raz na dekadę. i nawet wystarczy, by odzyskać wiarę we współludzi. po prostu. tak więc dzisiaj mam dzień wiary w drugiego człowieka. a to jak na mnie – totalnego ostatnio izolacjonistę i eremitę – całkiem sporo…

bus.jpg

a co z samochodem? powiem krótko – zamiast kurtki będzie akumulator. wow! ale chyba wolę prowadzić z gołą dupą niż uprawiać walking i busing ubrany w zajebisty dżaket z nju jorkera… czyli chyba aż tak do końca skończony pedał ze mnie nie jest…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg grzegorz turnau – motorek

In point of view minus cztery on 24 marzec 2008 at 11:17

na moc posępnego czerepu, siły przybywaj! bo po podniesieniu rolety i ujrzeniu zwałów śniegu (co w zestawieniu z własnymi zwałkami po prostu daje piorunujące wrażenie) odechciało mi się golić, myć i czesać. w sumie powinienem z sobą zrobić to samo, co demoniczny johnny depp zrobił ze starym ale jakże przystojnym alanem rickmanem w cudownie magicznym filmie ’sweeney todd’. film tak mnie urzekł całym swoim urokiem, klimatem i zakończeniem, że do dzisiaj nie za bardzo mogę się otrząsnąć. już dawno nie oglądałem czegoś tak magicznego i porywającego. swoją drogą, gdybym złapał złotą rybkę, to od razu zamieniłbym wszystkie trzy życzenia na jedno. a mianowicie chciałbym się starzeć z powabem rickmana. chyba pierwszy raz odkryłem w sobie chęć związku z siwym facetem o urodzie i przyciąganiu tego aktora. ale z drugiej strony to chyba znak mr. er, że się starzejemy. jeszcze chwila i będziesz wrzeszczał na dzieciaki grające w piłkę pod twoim oknem. wake up, łosiu!

świąteczny poniedziałek zapowiada się wprost cudownie. wizyta u samurajów. muszę się rozejrzeć za jakimiś ortalionami, bo znając małpki (a właściwie dzieci małpki, bo moja sis w chińskim roku małpy urodzona, co wiele tłumaczy), nie wejdę tam suchą stopą. ale może ich przekupię, bo nic na nich tak nie działa jak dźwięk srebrników. znaczy szelest polskich królów – i to tak najlepiej tych koronowanych, a nie księciów piastowskich. tak czy inaczej muszę rozważyć w sercu i duszy, czy lepiej uszczuplić się w portfelu, czy dać się zmoczyć i poskąpić samurajom grosza zarobionego z waszych podatków, drodzy podatnicy. oto dylemat, który aktualnie trapi aktualnie mą nędzną duszę…

a1.jpg

święta na razie przebiegają bezprocentualnie. generalnie żadnego pe. czyli tak duchowo je przeżywam. o! jest jednak jakieś pe – przeżywanie. nawet z potrzeby serca wybrałem się wczoraj do kościoła na szóstą rano. hmm… pamiętam, że kiedyś był to taki cotygodniowy rytuał. niedziela to obowiązkowo wizyta w świątyni. nic więcej, nic mniej. dzisiaj zdarza mi się to kilka razy w roku, ale tylko wtedy, gdy sam dojdę do wniosku, że tego potrzebuję. właśnie taki moment następuje w święta. coby nie przeleżeć ich jałowo i bezczynnie. żeby poczuć, że to bardzo wyjątkowy czas. bez uczestnictwa w zbędnych – moim zdaniem – ceregielach typu spowiedź i komunia. jakoś niespecjalnie się tam widzę. zresztą, żeby dostać pozwolenie na przyklęknięcie przed księdzem i otworzeniem ust, musiałbym wyjawić swoje grzechy i przewiny. a gdybym je wyjawił, tobym przyzwolenia nie uzyskał. no chyba żebym skłamał, a jako że zwyczajnie kłamać nie umiem, to nie wchodzi w rachubę. tak więc nie w pełni uczestniczyłem w eucharystii i pewnie na koniec mej drogi nie wezmą mnie do kościoła, jak tego młodego kolesia, który zginął w wypadku, a że nie chodził na mszę i żył z kobietą i dziećmi w grzechu, odmówili mu pochówku. inna inność, że raczej nie uważałbym za jakiś szczególny zaszczyt, coby ktoś mógł mi obrobić dupę, gdy mnie już tu nie będzie. tym bardziej, że w urnie pewnie ta dupa byłaby co najmniej już sproszkowana, więc żadna z tego przyjemność… ech naszło mnie na pierdoły. zresztą to dobry znak – wracam do zdrowia.

ipod-earphones-stock-thumb.jpg sugababes – denial

FROHE OSTERN EVERYBODY!

In point of view minus cztery on 22 marzec 2008 at 17:04

In point of view minus cztery on 19 marzec 2008 at 15:53

zwaliło mnie w niedzielę z nóg. choróbsko. i tak oto spędzam ubiegłoroczny urlop, bo z czystego lenistwa i skąpstwa nie chciało mi się pójść do lekarza. po pierwsze jak sobie pomyślę, że musiałbym siedzieć w poczekalni dwie godziny coby się dostać do lekarza na pięć minut, to mi po prostu wszystko dęba stanęło. wszystko futro ofkors. a że pan doktor to raczej obiekt uwielbienia członkiń koła przyjaciół radia maryja mojej parafii, to jakoś niespecjalnie rwę się do niego. po drugie perspektywa straty 20% z comiesięcznej pensyjki również niespecjalnie mi się uśmiechała. ale i tak koniec końców zostanie do wykorzystania dwadzieścia dni za 2007 plus całość wymiaru za bieżący, więc całkiem ciekawa perspektywa, jeśli idzie o spędzenie lata, mi się szykuje. pod warunkiem, że obejdą się beze mnie tak długo. inna inność, że samego dzisiejszego dnia miałem telefon od co najmniej czterech różnych osób, które nie mogą się doczekać mojego wielkiego powrotu. a właściwie lepiej kazać napisać jedno czy drugie pisemko inwalidzie mentalnemu niż samemu siąść do kompa. ech. next tajm wyłączam kom i będę się rozkoszować li tylko programem telewizyjnym i totalnym się odmóżdżaniem, co mi – jak się okazało – wychodzi całkiem całkiem.

co jak co, ale najbardziej kręcą mnie głupie programy. na przykład ezo.tv nadawany przez itv. od rana do wieczora wróżki. ale i tak z całego serca pokochałem zielarkę izabelę frąckiewicz, która sprzedaje tym biednym ludziom przepisy na wyleczenie się z chorób, poprawę cery czu humoru za pośrednictwem smsa. potrafię spędzić przy tym i pół dnia. niestety ezo.tv nie nadaje cały dzień, więc w przerwach na teledyski rodem z telewizji lokalnej przerzucam się na niemiecki astro.tv. tyle, że do niemców praktycznie nikt nie dzwoni, więc wróżek jurgen i jasnowidzka bettina przez większość czasu czytają numery telefonów, pod które należy zadzwonić. ale to może pewnie jakaś nowa teoria numerologiczna jest… teraz – w chwili, gdy piszę ten cudownie zdrowy umysłowo wpis – oglądam mój ulubiony serial pt. “daleko od noszy” z boską skądinąd hanną śleszyńską, której poczucie humoru i urodę osobiście prezentuję. do tego dołóżmy jeszcze tvn24, bo ofkors bez tego programu również przeżyć w łóżku sam bym nie umiał. tak na marginesie podobał mi się najnowszy clip prezia. serio.

ale choroba ma coś w sobie niesamowicie fajnego. od trzech dni praktycznie nie chce mi się jeść. właściwie żyję tylko na jogurtach i serkach homogenizowanych. niewątpliwie z pożytkiem dla całokształtu. coby w świetle słońca się jako tako prezentować. na razie jednak nieźle się prezentuję, łażąc w slipach i wyciągniętej bluzie, którą kiedyś tam nabyłem na wyprzedaży w markowym sklepie. a w ogóle to i tak powinienem się cieszyć tym co mam, bo błażej w klanie to świnkę ma. a co świnia z chłopem może zrobić, to wszyscy przeca wiedzą. a ja jak sobie przypominam prosiaka u siebie hodowałem za czarnobylu. więc efekty są takie, że wof.

frackiewicz.jpg

dzisiaj bez muzyki, bo niczego nie słucham, gdyż popinkalam od czasu do czasu na necie, korzystając ze służbowego lapi-topi, na którym jedyną muzyką są dźwięki systemowe tudzież filmiki youtube (na xtube oczy za bardzo mnie bolą). ale za to pokażę wam moją ulubioną zielarkę. normalnie zdobycie jej zdjęcia było prawie mission impossible. tak czy inaczej jednak dopiero ona i jej głos to miód na skołatane choróbskiem sercem. ta kobieta naprawdę genialnie działa na mięśnie okołoustne. w ogóle to moje dzisiejsze bredzenie ma chyba głównie bardziej do czynienia z deficytem kofeiny, penicyliny i procentów. tak coby niektórych uspokoić…

In point of view minus cztery on 16 marzec 2008 at 0:10

od blisko miesiąca nie jem mięsa. z wyjątkiem tuńczyka w puszce. w kawałkach, bo rozdrobnionego specjalnie nie lubię. staję się jakimś wegetarianinem albo co. w ogóle mnie nie ciągnie jakoś do mięsa. ani takiego, ani tamtego. ale akurat, że do tego drugiego, to mnie jakoś nie dziwi. zdążyłem się przyzwyczaić do swej totalnej pasywności w tym zakresie. gorzej, że zdaje się, że zauważam u siebie początki aseksualizmu. zero zainteresowania płcią aprzeciwną. jakoś takoś. ale co dziwne zauważam u siebie powolne tracenie zainteresowalnia alkoholem. czyżby kolejna choroba na a? tym raze a-alkoholizm? brrr. oby nie. bo będę musiał jakiś inny nałóg sobie znaleźć, a z tym jakoś może być trudno. przecież zero we mnie fantazji, ikry i iskry. tak więc może najwyższa pora zamienić tuńczyka na kawior?

generalnie muszę dopłacić urzędowi skarbowemu trzy tysiące. tak się okazało, gdy zastosowałem powszechnie dostępny program do wypełniania pit. ale jak każdy tego typu instrument, tak i ten okazał się niezbyt udanym w swej konstrukcji. a przynajmniej jego posiadacz, czyli ja. bo ofkors pominąłem w składkach na ubezpieczenie zdrowotne jednego zera, co prawie mnie doprowadziło do zera absolutnego i zejścia z tego najgorszego ze światów. a zdrowie przeca najważniejsze – chwila nieuwagi i konsekwencje do konca życia. albo śmierci. tak więc myśleć głową, a nie myszką. i tak oto potwierdza się stara jak ja prawde, że w momentach kryzysowych metoda ręczna to najlepsze wyjście awaryjne (podłość ludzka nie zna granic!). najważniejsze, żeby złożyć papierki raz dwa i wpłacić państwu na literkę pe jak pe… (obojętnie jakie trzy literki sobie dodamy, to i tak wyjdę albo ja, albo on) jedną (słownie jedną) zetę i po rozliczeniu za ubiegły rok. w przyszłym chyba jedna złotówka nie wystarczy… a i gwoli oświeceniu społecznemu, żeby się tutaj stało (pamiętam kilka lat wstecz, jak ten oto blog – tyle że pod innym adresem – był miejscem, gdzie jego autor wchodził na barykady liter i spacji ze swoimi ideałami. dzisiaj już tylko jeszcze nimi żyje), coby o jednym procencie pamiętać. ja dałem na hospicjum, bo mam względem pewien osobisty dług wdzięczności. a hipek niech bije na kielce ze swoim pożal się boże stowarzyszonkiem. tak mi jakoś podpadł telefonicznie, że od miesiąca nie chce mi się spojrzeć w jego anielskie oczęta. o.

8743816.jpg

trzeci akapit. tak mi się kiedyś tam pomyślało, że idealny wpis winien składać się z trzech bloków. od kilku lat nawet służbowo nie stosuję akapitowego systemu tworzenia pojedynczych sztuk korespondencji na korzyść układu blokowego. pierwszy akapit powinien być głęboki albo emocjonalny. drugi powinien być chaotyczny i taki w sumie bzduropodobny. a trzeci śmieszny. czyli wypisz wymaluj ja. nie do końca poukładany, gadający (piszący) brednie i goopoty, a wszystko podszyte zrozumiałym jeno dla mnie humorem. ale wracając do konstrukcji bloga – po drugim akapicie winna się pojawić jakaś fotka, bo jak powszechnie wiadomo, faceci to wzrokowcy (nawet ja, chociaż nieco popsuty). a na koniec jakaś fajna nuta. ale i tutaj pewności nie mam, bo słoń mi na ucho nadepnął. co potwierdził po raz tysiąc czterysta ósmy eksiu, któremu chciałem zanucić jakąś pieśń, co ją kiedyś tam słyszałem. w ogóle dostałem od niego mnóstwo kadzidełek, pachnidełek, medalion jak miał ten gumiś, co księgę czarów czytał i czerwone wino. teraz to ja mogę przyszłość przewidywać. hop szklanka wina i widzę i trzy dekady naprzód. yyy… znaczy wstecz. bo one już za mną. bu!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg urszula – szał sezonowej mody

In point of view minus cztery on 11 marzec 2008 at 19:08

as_copasgl208.jpg

właśnie skończyłem oglądać drugi sezon dextera. bay harbour butcher skończył pewien etap w swoim życiu, by zaraz kupić pudełko na nowy. jeszcze większa precyzja, jeszcze większa koncentracja, jeszcze większy majstersztyk. a wszystko to cudownie zwieńczone własnym – nieczytelnym z założenia dla innych – podpisem. anonimowo, a z imieniem wygrawerowanym na narzędziu zbrodni. moim narzędziem zbrodni klawiatura komputera. szkiełkiem – ciekłokrystaliczny monitor komputera. a workiem na posiekane spacją części ciała ofiary – klawisz enter. i tak sobie cichaczem odwalam swoją robotę w samotności, pod osłoną nocy albo wręcz przeciwnie – wbrew dniu. z biegiem lat, z biegiem dni przeświadczony o własnej bezkarności. ba. o własnym perfekcjoniźmie (żeby nie powiedzieć perfekcyjnym idealiźmie, który niewiele ma wspólnego z dążeniem do absolutu). ale poniekąd zapominam, że każda sylaba, każde coby, każde porównanie, a nawet każdy akapit rozpoczęty od małej litery to tak naprawdę żelazne dowody zbrodni, które podważą każde alibi. bo co tu dużo mówić – moja leworęczność zdradza mnie w każdym kącie ekranu, a charakter pisma (nawet jeśli o kompowego fonta chodzi) i tak kiedyś mnie zdradzi. nawet gdybym zamieścił parę sfotoszopowanych zdjątek odsłaniających tylko część twarzy, to i tak koniec końców wyjdzie ten sam ja, któremu co niektórzy zarzucają radykalną zmianę nie zawsze na lepsze. i nawet jeślibym zasłonił oczy jednym czy drugim kciukiem, a przy okazji zmieniłbym warriora na żydowskiego mateusza, a węgra na tytuł piosnki romea z mediolanu, to i tak w efekcie koncowym wyjdzie er. cokolwiek nie zrobię, to i tak wciąż ja. czy się komu to podoba czy nie – postać dynamiczna. nie tkwię w pułapce własnej osoby, nie szamoczę się w utkanych z bandaży własnej ciasnoumysłowości więzach, nie stoję w miejscu, kołysząc się jak wańka wstańka. raz na lewo, raz na prawo, byleby nie iść do przodu. to nie mój styl, to nie moja rola, to nie mój świat. ale w głębi, gdzieś, gdzie słońce nie dochodzi nawet podczas ginekologicznego – żeby nie powiedzieć andrologicznego – wziernikowania, to wciąż ja ten sam mały ciałem, średni duchem, wielki radością życia człowiek. tyle tylko, że nie każdy musi to dostrzegać. bo nie skupiam na się uwagi. tyle tylko, że nie każdy może to dostrzefać. bo nie skupia na mnie uwagi. bo gdyby skupiał, toby wiedział, że między palcami przemycam odrobinę siebie. odrobinę własnego uśmiechu i zawadiackiego spojrzenia. wiedziałby również, że między wierszami przemycam więcej niż odrobinę siebie – często pogrywając słowem, ironią, aluzją, symbolem. bo ja to ja. nigdy dosłowny. częściej lubujący się w niedopowiedzeniach i mrugnięciach okiem. to cała tajemnica mnie. bo jeśli ktoś nie ma w sobie tajemnicy, nie jest interesującą osobą. bo na tym świecie jedni wolą się zachwycać nagimi penisami – ja wolę zdjęcia, które pozwalają się zachwycać wyobrażeniami o nagich penisach. więc niech i ja będę takim nieodsłoniętym robiącym wrażenie penisem, który w rezultacie może okazać się penisem dawidowym dłuta anioła michała. a i tak uchodzącym za doskonałość. nie temu, że dostrzegamy, jaki on jest. ale temu, że ktoś go tym dłutem wykonał. i wcale nie mam na myśli tutaj penisa mojego ojca…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg nellie mckay – david

______________

…a dzisiejszy tekst ma dwóch adresatów. jednego i drugiego zaniedbanego. jednego i drugiego z innych przyczyn zaniedbanie to odczuwających. ale nadawca jest jeden – to mogę zapewnić.

In point of view minus cztery on 9 marzec 2008 at 13:15

mój pierwszy mejl w dzień po rozpoczęciu trzydziestego roku życia? z jakiegoś portalu dla wolnych lub niewyżytych dorosłych gejuff o treści: 29 yet and still single? come check out your matches and find the men who want to meet you for your birthday! czyż można rzec więcej? uśmiecham się. still…

dopisano nieco później…
wiejska dała mi w prezencie książkę. ofkors jak to bywa w naszych relacjach z zaznaczonym stosownym akapitem. w książce była kartka na pierwszy rzut oka sprawiająca wrażenie opłatka. ale takie brednie to tylko mi do głowy przychodzą. była to kserokopia pozwu o rozwód. ma go zamiar złożyć końcem marca. wreszcie! wreszcie? shit happens… nie jest ok. jest dziwnie. to samo u mojej sis. nie dość że jej facet zrobił dzieciaka innej lasce, to na dodatek utrzymuje z nią dość aktywne relacje, a ostatnio założył sobie profil na sympatii. i jak mi jeszcze ktoś kiedyś kurwa powie, że profil na fellow ma z nudów, to żywcem ugotuję wzrokiem… ale przecież mamy rok przestępny, więc pewnie jeszcze kilka niespodzianek na mnie czeka…

In point of view minus cztery on 8 marzec 2008 at 18:30

happybirtdaypsychskeleton.jpg

don’t ask!

In point of view minus cztery on 7 marzec 2008 at 21:08

pasywny, ale nie pasyw. co przyniesie jutrzejszy dzień? we will see. jestem zmęczony. fizycznie. nie psychicznie. jest ok. wracam do się. kisses.

ipod-earphones-stock-thumb.jpg dima bilan (feat. timbaland) – believing

In point of view minus cztery on 1 marzec 2008 at 18:25

ktoś gdzieś opublikował moją karykaturę. konsultowałem to z jednym prawnikiem, czy aby nie nadaje się to do oskarżenia o zniesławienie. a przynajmniej naruszenie dóbr osobistych. oto zostałem przedstawiony jako marszcząca czoło pokraka z kwaśną miną i borsuczymi oczami. jedynie krzywy nos w miarę oddaje rzeczywistość, ale i tak jest kuriozalny. wyglądam na tym czymś na blisko pięćdziesiąt lat, a gdybym to jeszcze opublikował na fellow, to od razu zablokowaliby mi profil w związku z naruszeniem regulaminu w punkcie dotyczącym szerzenia treści powszechnie uznanych za obraźliwe i szkodliwe. tragedia. gdybym tylko nie umiał się śmiać z siebie, pewnie już dzisiaj zataczałbym się w konwulsjach szlochu, lamentu i rozpaczy. a jak ogólnie wiadomo, jedynymi konwulsjami, w których się zataczam, to alkoholowe urojenia. ech… tak czy inaczej rzeczona karykatura jest genialnym powodem, coby się dzisiaj upić. szkoda tylko, że żadnego alkoholu pod ręką nie mam…

króla mieczy! natychmiast. a może z czasem. zewsząd krzyczy tarot. w związku z tym, że z racji wrodzonego skąpstwa (czwórka pentakli) nie za bardzo uśmiecha mi się podróż do ireny, odkurzyłem własne karty tarota. i w czterech układach kartą wiodącą przyszłości jest król mieczy. mężczyzna pracujący na uczelni, matematyk lub inny ścisłowiec. może to być również prawnik, filozof, dyplomata (fotyga?), chirurg, sędzia (sic!), krytyk (tak fusti, tak…) tudzież jakiś kabarecista. ech… lepiej rzeczywiście wybiorę się do sklepu po jakieś procenty…

sword.jpg

księżna znowu odjebała. ale tym razem z zimną krwią spuściłem ją z falą gnojówki. co tam, że teraz zarzuca mi, że poniżyłem ją jak jeszcze nikt nigdy jej nie poniżył (pamiętam ten tekst, jak spieprzyłem jej z łóżka dwa i pół roku temu, bo jak mówię, że ma do buzi nie brać, a ona bierze, to trzeba jej pokazać że własne jaja to własne jaja. i że się je ma). ale należało się debilowi. zresztą mimo że postąpiłem jak sqwiel, czuję się dobrze. powiedziałbym nawet, że bardzo dobrze. niektórzy jednak się nie zmieniają. całe szczęscie, że ja nie jestem niektóry. zresztą i tak powszechnie o tym wiadomo. ale chciałem tak nieskromnie tylko o tym przypomnieć…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg the feeling – i thought it was over