eR

Archive for luty 2008

In point of view minus cztery on 28 luty 2008 at 19:32

gdyby nie to, że mamy rok przestępny, to luty byłby już dzisiaj właściwie historią. niemniej jednak łaskawy świat dał nam jeden dzień jutro gratis. ot taki bonusik od losu. i tak właśnie zastanawiam się, co z tym przecudnej urody dniem począć. w rzeczy samej wstanę rano, wejdę pod prysznic, wyprasuję koszulę, ubiorę jakieś seksowne boksy… i tyle mnie w nich ktokolwiek widział. no może jeszcze wieczorem się w nich obejrzę, gdy akurat mi się sennie zrobi. zresztą jutro i tak coś czuję, że będzie pier*olnięty dzień pod wezwaniem dobroniegi. o du fröhliche, nawet nie wiedziałem, że takie imię istnieje. pewnie temu, że biedaczka ma imieniny co cztery lata. ale za to znaczenie tego przecudnej urody imienia pozostawia sporo do myślenia – ta, która dostarcza przyjemnosci, rozkoszy

siedząc nad papierami, popijam sok bananowy zmieszany z nektarem z czarnej porzeczki. przy okazji chrupię seler naciowy, zagryzając go rzodkiewkami. aż mi w boczki pójdzie. a jak pójdzie, to znowu będzie płacz i zgrzytanie zębów. na razie tylko mam ogoloną twarz. wyglądam jak niemowlę ubrużdżone znakami upływającego czasu. tak w ogóle to dzisiaj śniły mi się krzesła. a właściwie układałem je razem z hipkiem na moje i wiejskiej wesele. ale pewnie tak już to bywa, gdy zewsząd cżłowiek jest ciągle naciskany coby się wreszcie ustatkował i założył rodzinę. niestety genetycznie nie jestem do tego predysponowany – tak w wersji hetero (co oczywiste z uwagi na zgięty w kształcie hebrajskich literek nadgarstek i pozy czajnikopodobne), jak i homo (co równie oczywiste, patrząc na drzewo genealogicznej mojej szacownej familiady zarówno po mieczu, jak i kądzieli). zresztą sennik mówi jasno – krzesło to bogactwo, wesele to śmierć. wow, ależ optymizmem powiało…

detws3.jpg

ja to w ogóle niezły polny zapierdalacz jestem. umiem tak kadzić, słodzić i prawić tak odjechane komplementy, że bogusław kaczyński się kryje. ofkors kobietom, bo panowie jakoś mnie onieśmielają. nie będę tu pisać o swojej miłosnej korespondencji, bo niestety w chwili obecnej pedałów w moim życiu jest równie wiele, co przy hulajnodze. ale jakoś chyba znowu się koncentruję raczej na sprawach związanych z pracą i tym co mi w duszy gra. ostatnio zacząłem medytować. i mimo że wiem, jak durnie to brzmi, to zawsze to lepsze niż oglądanie sally spectry. no i wielkimi krokami zbliża się najgłupszy dzień w roku, który na szczęście tym razem dzień później niż zazwyczaj. a plany na ten dzień – jeśli się ziszczą – są tak zajebiście imprezowe, że chyba już bym wolał zasiąść na publiczności w wielkiej grze…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg amy mcdonald – this is the life

In point of view minus cztery on 26 luty 2008 at 8:51

czy jako gej muszę się zachwycać wszystkim co gejoffskie? czy jako europejczyk muszę kochać się w brukseli? czy jako polak muszę piać z zachwytu nad katyniem? czy jako facet muszę uwielbiać męskie śpiewanie? czy jako człowiek muszę znosić ludzką głupotę? odpowiedź jest jedna. nie. wczoraj pozwoliłem sobie na chwilę konwersacji z księżniczką. zaczął mi podsyłać linki do różnych dziwnych rzeczy. najpierw parodie reklam, których nie znoszę. potem podrobiony playback do em jak sraczka, gdzie pyrkosz mówi do miłośniczki kleju do protez, że coś tam by jej zrobił swoim wackiem. durnota maksymalna. więc napisałem mu, że to nie moje poczucie h. ale nie dawał za wygraną i koniec końców podesłał mi nowy teledysk do pieśni boskiej steczkowskiej utrzymany w klimacie gejoffskim. no i pozwoliłem sobie pochwalić pieśniarkę, którą niemiłosiernie uwielbiam wbrew milionom oraz warsztat realizacyjny samego klipu, ubolewając jednak nad schematyczną i stereotypową ckliwą gejlawstory. a jak usłyszałem, że kalam własne gniazdo, że ktoś próbuje robić coś dla środowiska, że uważam się za kogoś niezwykłego, a tak naprawdę czy chcę czy nie jestem częścią tego pedał-świata. no i się zaczęło. mniejsza o większość, bo nawet nie chce mi się pisać o tym pierdoleniu, które miałem zaszczyt przeczytać. dowiedziałem się przy okazji, że jestem rozżalony i przemawie ze mnie gorycz, bo ostatni eks mnie olał i nie chciał ze mną być. tja. do dzisiaj rozdrapuję sobie skórę i sypię solą krwawiące rany, trzymam jego zdjęcie w lodówce obok dodowego i wbijam szpilki w świnio-miśka, którego od niego dostałem. i kto to mówi? koleś, który przeleciał pół bebecity, a najdłuższy jego układ był ze mną i trwał trzy miesiące. wow. aż sobie zaszczekam z radości. a ja najzwyczajniej na świecie mam z pewnymi ludźmi tak, że uwielbiam być przeciw, nawet gdy jestem za. tak dla sportu. i tak na widok księżniczki od razu miałbym ochotę przegnać z londynu elżbietę, choć nie jest tajemnicą, że uwielbiam camillę parker-bowles…

wczoraj jednym niepozornym lewym łokietkiem wylałem półlitrowy kubek gorącej i pachnącej kawy tchibo exclusive na stertę dokumentów. to była kara za burdello na biurku. dzięki temu małemu wypadkowi zmotywowałem się do wielkiego posprzątania mojego małego świata. już nie tego pedalskiego, ale biurowego. ile ja tam ciekawych rzeczy znalazłem… kilka zapomnianych zwrotek, trzy zatyczki do długopisów, zdjęcie wiejskiej w stroju śląska cieszyńskiego, zaginiony kalkulator i swoją drugą połówkę. nie, no z tą drugą połówką to przesadziłem. ale chciałem tak troche poczarować, coby spełniła się moja zwyczajowa samospełniająca się przepowiednia. czy ja aby nie nadużywam powtarzania wyrazów w ramach jednego zdania, akapitu, tekstu? pewnie tak. ale ja się ciągle powtarzam. opowiadam raz po raz tę samę historię. jako szokujący megahipnotyzujący njus obwieszczam coś, o czym już trzy razy mówiłem. i takie tam. ech… ale to cały ja. wszechwiedzący i wszechpotężny po trzykroć wielki super-extra-gej będący zwykłym pedałem. coby zacytować arystokrację. zresztą jeden eks nie powinien się wpierdalać w drugiego eksa. szczególnie gdy się jest tym bardziej miałkim byłym. a zresztą co tam. zabawmy się w to voo-doo. od dzisiaj pozbawiam księżnej miana mojego eksa. niech sobie jest epizodem łonowym. o!

red_riding_hood.jpg

ostatnio sobie trochę czytam, eksperymentuję z muzyką, pałam niechęcią do alkoholu i tańczę na moim niepasującym do wystroju wnętrza dywanie. gadam do siebie i przeżywam, że koleżanka kuzynki dała mi czterdziechę. piszę z fajnym kolesiem, który udaje takiego i owego, a na drugim moim profilu umawia się ze mną na czworokąty i pierdzieli o męskich zajebistych brzuszkach (wow, biedny nie wie, że brzuch to mój największy kompleks – najmniejszym jest penis). inny koleś jest znowu wow pod innym względem. też przystojny i ciekawy, ale szuka klina, którym mógłby innego klina jakoś tam. niemniej jednak jakiejś rozrywki nam trzeba. a że ja ogólnie ostatnio jestem bardziej chwiejny niż ojciec założyciel fellow, to raz chcę kogoś, a dwa razy znowu nie. a teraz? teraz w sumie powinienem zacząć pracować, więc kulturalnie się oddalę. ale już plecami do arystokrejszyn…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg basia stępniak-wilk – wiośnie nie!

In point of view minus cztery on 24 luty 2008 at 0:34

ogień. ogniu krocz za mną. w oczach każdego człowieka tli się mała, niepozorna, nikomu nic nie mówiąca iskierka. do czasu nic nie mówiąca. bo gdy kiedyś zaglądniesz komuś w oczy, to ją ujrzysz. a gdy to się już stanie, to możliwe, że się w niej zatracisz. by potem spłonąć. jak się to dzieje, że najpierw płonie namiętność, by miłość w rezultacie mogła się spalić… wypaliło się. nie ma. a jeszcze chwilę przedtem było. ogień uczucia nas ogrzewa. a właściwie to my się w nim ogrzewamy. delikatnie posuwamy się naprzód. wreszcie coraz odważniej, by koniec końców sparzyć opuszki palców. ale i tak ciągle chcemy iść ku światłu. podążać za nim. bo gdzie będzie nam lepiej niż tam, gdzie ciepło rozpala nasze ciała, dusze i serca. wszystko wspólnie. bo gdy tylko pojedynczo, to coś jest nie tak. czegoś brakuje. a człowiek nie znosi deficytów. to zachłanna istota. chce więcej. chcę więcej.

ogien.jpg

woda. szczotka, pasta, kubek ciepła woda. początek znajomości to woda. nic innego jak jej lanie. spotykamy się przypadkiem przy barze. w ręku drink. bo jak co, będzie można zwalić na stan upojenia. bo jak co, będzie można odważniej. dla kurażu. spotykamy się w sieci. jeden mejl. drugi mejl. załapaliśmy wspólne fale. leje się woda. toniemy w garści komplementów. nie utopmy się w nich. może kawa? może piwo? znowu woda. ty i ja. ja i on. razem. może kilka kropel. na początku alkohol. potem ślina. spoceni aż się z nas leje. wreszcie doszedłem. doszedłeś. zmyjmy z siebie ten płyn. nie. po co? zaśnijmy. umyjemy się nad ranem. wieczorem z nas nic już nie ma. kilka kropel łez. mokre oczy. wilgotne ręce. dlaczego? dlaczego tak musi być? bo? ale zmywamy z siebie te doświadczenia, bo o to z nurtem życia może pojawić się coś nowego. ktoś nowy. bo życie płynie i szkoda czasu na przeszlość. przed nami jeszcze kilka chwil. zachłyśnijmy się nimi. czy to źle? bynajmniej.

woda.jpg

powietrze. o2. mam konto na tym portalu. kilka wiadomości z graficznym załącznikiem. jotpeg? a proszę. w jedną i drugą stronę. mknie po kablach tych, które w powietrzu się unoszą. po falach radiowych, które między ptakami mkną. wstrzymujesz oddech. widzisz mnie. ja wstrzymuję oddech. spoglądam na ciebie. tych, których widziałem przed chwilą mogę spokojnie wykopać z pamięci w przestworza. bo oto ujrzałem ciebie. niech mnie ktoś uszczypnie, bo widzę księcia z bajki. chwytam za telefon, trzymając go w górze. dzwonię i słyszę twój głos. szept, który rozgania ciszę. mknę do ciebie, unosząc się ponad drogą. nie mogę się doczekać. delikatny uścisk dłoni na powitanie. mógłbym cię podnieść, trzymając w ramionach. pragnę. czuję spełnienie, widząc cię gdy nie opadasz, a wręcz przeciwnie – zmierzasz ku górze. przyglądam się, obejmuję, wdmuchuję ci niczym powietrze odrobinę siebie. i ty potem nie pozostajesz dłużny. ale ileż można pielęgnować ciągle ten sam rytuał. wciąż ten sam azot, tlen, argon, neon, hel, metan, krypton, wodór etc. to samo ce-o-dwa. to samo de-en-a. bo dlaczego się ograniczać. spróbujmy się wyszumieć. niczym wicher, huragan, tornado. pomknijmy aż się za nami zakurzy. nie obracając się w tył. zostawmy za sobą cudzy oddech na plecach. ten szept, szelest ciała, świst jego oddechu, a nawet chrapliwy sen. bo to nie ważne. szukaj wiatru w polu. to koniec. było minęło. gone with the wind.

powietrze.jpg

ziemia. ja nie mam nic, ty nie masz nic. ziemia obiecana. już był w ogródku. już witał się z gąską. a tu bęc. leży. nie rusza się. gleba. gdzie jesteś panie mój piękny? dlaczego chowasz się za horyzontem? a miało być tak pięknie. miałem być ja. miałeś być ty. mieliśmy być my. uczynić sobie ziemię poddaną. pamiętasz gdy razem zetknęły się nasze ciała w pozycji horyzontalnej? pamiętasz ten las? pamiętasz tę drogę, którą pokonywałem raz po raz? którą wspólnie pokonywaliśmy? dzisiaj to już tylko przeszłość. zakopaliśmy topór wojenny. głęboko. twardo stąpamy po ziemi. choć droga miała być wspólna, dziś jest równoległa i nigdy się nie zetnie. niech nas ziemia pochłonie. bo wszystko z nią zrównaliśmy. zrównamy.

ziemia5.jpg

miłość. piąty żywioł. tak było w kapitanie planecie. miłość to człowiek. człowiek to kciuk. rodzisz się z zaciśniętymi piąstkami. ogień, woda, powietrze i ziemia domem ci. światem ci. usamodzielniasz się. czynisz każdy z czterech pozostałych palców sobie poddanymi. a kończysz i tak im poddany. gaśniesz w oczach. łzy nad tobą wylewają. tracisz dech w płucach. pochłania cię ziemia. obyś tylko miał miłość. wtedy wiesz, że nie straciłeś wszystkiego.

love.jpg

…obyś miał.

In point of view minus cztery on 22 luty 2008 at 20:44

po czternastu godzinach w domu. ledwie żywy, ledwie martwy. ubóstwiam takie takie stany. gdzieś zawieszony pomiędzy czymś nowym a starym. justynie steczkowskiej ktoś dorobił gejoffski teledysk. wiejska opublikowała swoją foto na nowym blogu. a ja? a ja jestem niedokonany. i skonany zarazem. świecie mój! wermuta czas. najlepiej tak jak ja. na czczo. najlepiej tak jak ja. sam na sam. najlepiej tak jak ja. byleby się uśmiech na łepetynie durnowatej pojawił. ale moment. mam przecież woreczek kiszonych ogórków w kuchni. to może być genialny pomysł na śniadanie. bo kruffki zostały w tzw. gabinecie…

tomorrow…? tomorrow never dies. ponoć. yesterday zawsze. ale i tak wszyscy o tym śpiewają. bo przyszłość jest niewiadomo jak będzie. a przesżłość była wiadomo gdzie, kiedy i jak. tym bardziej przyglądająć się wczorajszej gazecie można mieć wątpliwości czy ja to jeszcze ja. czy może to ktoś inny. wracam do domu. nie oglądam się poza to, co minąłem. wszystko jakby na wpół żywe. na wpół obmarłe. pamiętacie blog facetta?

gay_couple_salvador.jpg

trzy lata będą jak założyłem pierwszego bloga na onecie. trzy lata będą jak mnie olał. po raz drugi zresztą. trzy durne lata jak jestem w tym durnym świecie. na wpół stopy, na wpół pięty. masz te trzy literki przed nazwiskiem. będziesz miał dwie. i dwie kropki gratis. bo tak wszystko ku temu zmierza. świat zwariował. a ja razem z nim. kręć się świecie mój. a ja razem z nim…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg nightwish – wishmaster

In point of view minus cztery on 19 luty 2008 at 8:27

jakby to powiedziała moja świętej pamięci babcia, pokidałem się jogurtem. śliwkowym w dodatku. i to na najlepszy krawat. czyli generalnie konsekwencje dziurawej brody są niewielkie – wystarczyło tylko zmienić śliniaczek. inna inność, że nie za bardzo mi pasuje do koszuli, ale co tam. w sumie moja była szefowa łazi w białych rajstopach, więc ja mogę mieć bordowy krawat do prześcieradłowej koszuli. w sumie żadnej laski na to nie wyrwę, ale jakoś niespecjalnie nad tym boleję. a jeśli już mowa o laskach, to ku mojemu strapieniu moja balbina – moja nowa asystentka, która przyszła na miejsce szprota, wykazuje jakieś tam zainteresowanie moją osobą. mam tylko nadzieję, że nie skończy się to jak z architektką, która w okolicy trzech króli ‘05 przyszła do mnie do domu, coby się oświadczyć. ech.

zresztą dzisiejszy dzień zaczął się nie tylko upaćkaniem activią, ale i przesłodzeniem kawy. wsypuję sobie do kubka dwie łyżeczki cukru, potem dwie łyżeczki kawy, a na koniec kolejne dwie łyżeczki cukru. normalnie jak jakiś sandwichowy seks – tyle tylko, że w takim wydaniu specjalnym w sam raz dla mnie. i piję teraz ten lepiący się burakami napój, mając w świadomości, że ma tyle samo kalorii co coca-cola, której nie cierpię. albo krówki, które mam pod biurkiem, a które czasem jak nikt nie widzi podjadam. tak samo jak ta blondyna z roswell, co w grey’s anatomy gra izzie. ona też zawsze je, jak nikt nie widzi, bo się łudzi, że nie przytyje. tyle tylko, że ona potem to w seksie spali. ja najwyżej mogę sobie ognisko urządzić…

malemodel11.jpg

a teraz rubryka pt. “z życia wiejskiej”. skasowała pipa-ripa bloga, więc pewnie trudniej będzie dotrzeć do tego, co w jej duszy gra. ale nie o tym. otóż wiejska ma nogę w gipsie. od razu spieszę z wyjaśnieniami, że sama sobie to zawdzięcza, bo z cztery godziny wcześniej ględziła mi w – tu padnie wielkie słowo – gabinecie, że najchętniej mogłaby zniknąć z tego świata, a jeśli już nie, to mogłaby być cała w gipsie. ech. czy ona nie wie, że jak gadamy sobie tak od serca, to zawsze ściągamy coś na siebie? tak jak ostatnio na basenie stwierdziłem, że muszę mieć romans. choćby jednodniowy. a jeśli nie, to mógłbym go mieć z księżną. no i co? zjawił się w przeciągu dwóch tygodni bajt, a potem księżna zaczęła się przystawiać i obmacywać po niedoskonałościach mojej męskiej urody. dlatego wniosek może być tylko jeden. nigdy więcej gadania z wiejską takich bzdur. bo samospełniająca się przepowiednia w naszym towarzystwie zyskuje całkiem wymowne znaczenie…

ach. zapomniałbym o jednym. faworyt aka mąż wiejskiej stwierdził, gdy poprosiła go, coby ją zawiózł do szpitala z tą nogą, że nie marzył o niczym innym, jak tylko by spędzić wieczór z nią na urazówce. miły mąż. też takiego chcę. zresztą lepiej nic nie mówię, bo jeszcze się spełni…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg pulp – disco 2000

In point of view minus cztery on 16 luty 2008 at 19:29

wiedźma irena jasno powiedziała: w efekcie końcowym i tak będziesz sam. więc po co zabiegać i po co się starać? lepiej tylko dobrze wyglądać i łamać serca. bezwzględnie. dobrym ludziom wystarczy je tylko ścisnąć, tak aby krew tylko zaczęła szybciej płynąć. niedobrym można bezwzględnie wbić sztylet w plecy. i niech tak będzie. a tak między nami dotyka to i tak tych biednych panów z fellow, z którymi sobie korespondencję przesyłam. jeden mejlik tam, drugi tutaj i od razu im się podobam. bo niby taki dojrzały, nie szukający seksu, przy okazji inteligentny, dowcipny i zdystansowany do siebie. i oni wszyscy najpierw próbują być również tacy, a koniec końców chcą się jak najszybciej spotkać. że niby co? podziękował za współpracę. olał i zapomniał. tak. tak będzie najbezboleśniej i tak będzie najlepiej. bo po co inaczej? to i tak tylko panowie z fellow. ze świata, z którego jeszcze nie powstał żaden poważny związek. internetowy pierdolnik zbłąkanych dusz. płonne twe nadzieje. chyba że jesteś tam, by zamoczyć. tudzież dać zamoczyć. ale ponoć i to trudne. w każdym bądź razie mam na ten temat jakieś tam naocznych świadków relacje…

może jestem wredny i złośliwy. może jestem nieprzystępny niczym pastwisko dla krów otoczone zewsząd elektrycznym pastuchem. może chropowaty i śliski zarazem. tak, że zaboli, gdy się o mnie otrzesz. tak, że spadnie, gdy na mnie to narzucisz. full of sprzeczności. może. zresztą nigdy nikomu nie ułatwiałem. przede wszystkim sobie. zawsze podnoszę poprzeczkę zamiast ją obniżać. zawsze chcę więcej i więcej. więcej i więcej daję. nigdy nie gram kogoś, kim nie jestem. choć wolę nie ranić językiem cudzych uczuć. nie zazdroszczę, zawiści nie znam i nie czuję. a jednak – zdarza się, że jestem winien wszystkiemu. że ktoś ciągle się o coś obraża. że milczy, a ja mam zgadywać dlaczego. że wszystko zaczynamy od początku zamiast tam, gdzie skończyliśmy. że to. że tamto. że gówno prawda. może nie potrafię być inny. ale nie mam zamiaru udawać kogoś innego. nie za cenę siebie samego.

l3ef90e13818f356347bb23jx21.jpg

jestem może walnięty, ale dla mnie brak seksu nie jest powodem do depresji i smutku. co więcej – w doły popadam rzadko, a jeśli już to góra na pięć minut. na pewno nigdy z powodu facetów. biorę się za siebie i coś robię z sobą. tak było z andrzejem, tak było z michałami dwoma, tak było z markiem. trochę łez, że się rozpieprzyło, że na marne poszły tamte dni, tygodnie i miesiące. ale i tak jestem silniejszy. po andrzeju zmieniłem powłokę, po michałach rozpierdzieliłem skorupę uczuć, po marku umiem powiedzieć nie. za to wszystko im dzięki takie, że do końca świata bym peanów na ich cześć nie skończył wypowiadać. po prostu ja to ja! kochaj albo rzuć…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg william shatner – common people

In point of view minus cztery on 14 luty 2008 at 17:58

miałem dzisiaj nie pisać. ale napiszę. bo odjebałem, coby zacytować eksia. właśnie napisał do mnie mój były były z propozycją cobyśmy się dzisiaj zobaczyli. normalnie dostałem ataku dzikiego śmiechu przechodzącego w kołatanie ciała szklistego w oku zaprawione parowaniem małżowiny usznej z łysieniem łokci włącznie. niektórzy mają pomysły. nie dość, że wywaliłem dziada kalwaryjskiego z domu, jak mi łapy w boksy włożył, a on nadal nie odpuszcza. na dodatek chce się wprosić na świętego walentego. pogięło pana równo. ale takie rzeczy to tylko w moim życiu się dzieją. to pewnie klątwa, bo kiedyś na basenie nieopatrznie powiedziałem wiejskiej, że w tym roku coś musi zacząć się u mnie dziać. mówisz masz – rzekł pan na be. no i męcz się teraz człowieku…

dzisiaj ponoć świętego walentego. choć mi od urodzenia, a przynajmniej czasu, kiedy nabyłem umiejętności świadomego przyglądania się światu, dzisiejszy dzień kojarzy się z urodzinami babci. ma dwie kosy właśnie, jak się u nas mówi. tak więc delikatnie mówiąc, jakoś niespecjalnie erekcyjnie przechodzę przez mijający dzień. zresztą chyba tylko w ubiegłym roku udało mi się spędzić tzw. valentine’s day w związku. przedtem i potem było tylko singlowanie. i co gorsza chyba doceniam ten stan. przynajmniej nie muszę się wysilać na jakieś kolacje, prezenty i uśmieszki. i pomyśleć, że bajt pewnie miałby jakieś oczekiwania. brr! zgiń, przepadnij siło nieczysta!

serducho.jpg

jakie jest najbeznadziejniejsze małżeństwo na świecie? odpowiedź jest prosta – wiejska i faworyt. powiem tak – w środku tygodnia babs miała usuwane torbiele z jajnika (swoją drogą lekarz przegapił jeszcze dwa, więc musi iść na powtórny zabieg za jedynie cztery stówy), a w piątek poprosiła małża, coby zawiózł ją do kraka na egzamin. no ale piękny ją olał, przyjeżdżając godzinę później niż byli umówieni. ale to nie wszystko – w sobotę łaskawie zgodził się z nią pojechać na kolejne trzy egzaminy. podkreślam pojechać. bo prowadzić auto musiała wiejska, bo dla jej ślubnego sto kilometrów to za dużo. pal licho, że miała laser między nogami trzy dni wcześniej – on sobie wygodnie spał obok, a pedałami przebierała ona. jeśli tak kiedykolwiek miałyby wyglądać moje walentynki, to ja również poproszę laser między nogi. albo nie! laserem potraktuję takiego walentego…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg the knife – pass this on

In point of view minus cztery on 12 luty 2008 at 10:45

dzisiaj jest piękny dzień. rano mimo ledwie czterech godzin snu wstałem bez większych problemów. za to z jednym wielkim – ale akurat w moim wieku to było nie było powód do radości. tym bardziej, że opróżnienie pęcherza raz dwa sprawę załatwia. no ale dosyć o mojej fizjologii, bo nie o tym miało być. eksiu rozstał się ze swoim mężczyzną. po raz osiemdziesiąty drugi albo trzeci. ale pierwszy w mojej obecności. wow. ale się działo. takich rozmów to ja nawet nie prowadzę z ludźmi, których wybitnie nie lubię, a co dopiero kocham [sic!]. a panowie skakali sobie do gardeł że aż wyświetlacze ich komórek pewnie traciły kolory. a wszystko to przeze mnie. wow. były rozstał się ze swoim już byłym z powodu poprzedniego byłego. bosko! a wróżka mi powiedziała, że rozbiję cudzy związek, ale nic z tego miał nie będę. shit!

wczoraj lekko mi się poświrowało. najpierw zaczęły boleć mnie szczęki, jak gdybym oralnie zadowalał cały noc przydrożny hydrant. potem nawaliły mi oczy – zaczęły widzieć jakby pod wodą. ale pewnie z tego taki morał, że nie należy soczewek wkładać nie dość że do jednej komorki, to w dodatku do zeszłodniowego płynu. lepsze takie tłumaczenie niż wiejskiej zyty, która wpadła na pomysł, że mogę mieć początki zaćmy. bosko! jeszcze przed trzydziestką, a już zaczynam się sypać. kobiety mnie kiedyś wykończą. bo że faceci, to już dawno wiem…

84536532_57512be995_o.jpg

generalnie wczoraj dokonałem podsumowania byłych i niegdysiejszych randek. w sumie zeszłorocznych tylko, ale było ich zaledwie sześć (bo sobie dwóch nagle do-przypomniałem). pierwszy był cium. pan hobbitowego wzrostu, no może wyższy. wrażliwy na każdą mrówkę, którą przydeptywał. seksoholik i pracoholik (szkoda, że nie podzielam żadnej z jego pasji). spotkałem się z nim zaraz po rozstaniu z eksiem z jednego tylko powodu – miał faceta i nie szukał na seks. niegdyś pasywny, dzisiaj aktywny. o ile ofkors nie zaszła w międzyczasie jakaś wielka zmiana. potem spotkałem jego kolegę – psychologa juniora, który mimo że była na trzecim roku psychologii, to już się tak tytułował. wow. ja jestem po liceum ekonomicznym, a nigdy bym nie wpadł na pomysł, cobym się ekonomistą mianował. fajny partner do rozmów, fajny partner do patrzenia, ale do wspólnego życia – dziękuję. tym bardziej, że zaproponował mi roczny kontrakt, bo zimą wyjeżdża na zawsze do szwecji. wow! to było to! chcę faceta z datą wyznaczającą zdatność do spożycia. buosko! inna inność, że chciał mnie namówić na penpalostwo, ale delikatnie dałem mu do zrozumienia, że mejle, w których ja coś tam piszę, a które on odczytuje jako uwielbienie dla jego osoby to nie dla mnie. więc wcisnąłem środkowym palcem spację. o! następny w kolejce był pan doktor. no i wszystko by było cudownie, gdyby mi się na pierwszym spotkaniu prawie nie rozpłakał i nie zdał relacji ze swojej terapii u psychoterapety. wiem. chamski jestem, bo każdy może mieć swoje problemy. ale chciałbym chociaż raz w życiu mieć je większe niż docelowy partner. no co! czy zawsze muszę mieć wszystko mniejsze? no i dalej przydarzył się mr. brown. choć powinienem go określać mianem brown-down. tragedia! jednym słowem i całym zdaniem. bo chyba tylko tyle do mnie mówił. pojedyncze wyrazy i pojedyncze zdania. a i tak najlepsze było pytanie – co mi jeszcze ciekawego powiesz? – aż się zblokowałem i przestałem mówić cokolwiek. trudno w to uwierzyć, ale to fakt. po prostu powiedziałem mu, że nie lubię seksu z facetami i preferuję platoniczne związki. no i się oddalił. uff! prawnik wyraził tylko połowiczne zainteresowanie moją osobą na podstawie jakichś tam rozmów, ale gdy dowiedział się, że jakoś niespecjalnie dbam o muskularną sylwetkę, nie widział sensu kontynuowania znajomości. inna inność, że jakoś nie specjalnie nad tym bolałem. natomiast dizzy mimo obopólnej znajomości scenariusza krecika oraz podziwu dla helli von sinnen był tylko epizodem w kawiarnianym randkowaniu. ot taka retrospektywa na dzisiaj. niech no tylko przyjdzie mi ochota podsumować byłych…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg ace of base – beautiful life

In point of view minus cztery on 9 luty 2008 at 21:53

jestem chamidło jakich mało. olałem dzisiaj system totalnie. a najbardziej gadułowe dwa gie. mógłbym napisać to co grześ miał na koszulce na focie, którą kiedyś tam jeszcze, kiedy byłem niewinny niczym stokrotka, mi na mejla przesłał. ofkors musiałbym co nieco sparafrazować, bo adekwatna by do końca nie była. tak czy inaczej nie mam dzisiaj najmniejszej ochoty na utrzymywanie bliższych relacji z jakimikolwiek osobnikami pedalskiej natury. po prostu. właśnie w tym momencie na mój pedalski numer dobija się pan, którego poznałem kiedyś tam na necie i obiecałem, że się z nim spotkam. ale mi się odwidziało i nie mam na to spotkanie aktualnego widzimisię. lecz co niektórzy nie umieją czytać między wierszami i między przerwami w esach czy wybieranych numerach. jeśli przerwa jest dłuższa niż trzy dni no to halo. a właściwie halo nie ma. czy każdemu muszę pisać, że sorry winnetou, ale nie ma szans. ygh. drugi na tapecie jest księżniczek. powoli zaczyna mnie mega irytować. nie dość, że naruszył moją cielesną nietykalność, to na dodatek obraził wiejską. poza tym w weekend niech sobie poszuka innego jegomościa. a jak kiedyś się chwalił, na jego giegie jest ponad ćwierć tysiąca kontaktów… no i napisałem księżniczce esa, że jestem u dżeków, choć tam mnie nie ma. i tak jeszcze zostanę zdegradowany z from hero to zero. przypomina mi się w tym miejscu, że jakieś trzy lata temu kiedy dopiero co przespał się z dżeksem, to akuratnie pieśń sary kondom from zero to hero leciała na jakimś badziewiarskim radio planeta i princepolo stwierdził, że to właśnie dzięki niemu i jego małemu przyjacielowi dżeks z zera awansował na bohatera. wow!

tak się ostatnio zastanawiam, czy w ogóle mnie da się lubić. przede wszystkim trzeba bez dwóch zdań mieć mnóstwo cierpliwości i dobrej woli, by ze mną wytrzymać. jestem mało konkretny, owijam w bawełnę, raczej sporo gadam, o seksie z nieznajomymi prawie w ogóle, nie mam obciachu jeśli idzie o gadanie o swoich orgazmach ze znajomymi (znaczy gdy z nimi o tym gadam, a nie przeżywam coby nie było) oraz coraz częściej olewam ludzi… znaczy próbuję z tym walczyć, ale idzie jak po grudzie. no i nie chce mi się odpisywać na mejle i esemesy, a rozmów z zastrzeżonych numerów z zasady nie odbieram. po prostu jakoś tak wychodzi. no, ale najgorsze jest to, że olewactwo to nie pochodzi z faktu, że mam panie i panów w de, ale po prostu żyję swoim tempem i trybem. a potem jeden z drugim uznaje, że się obrażam, fochuje albo mam ich wherever. whatever…

beautiful_pref5.jpg

właśnie zadzwonił do mnie ze swojej komórki mały samuraj. pięciolatek, a posiada swój numer. wyszczekany w dodatku jest bardziej niż wiejska i dżek razem wzięci. mam mu ściągnąć piratów z karaibów dwa, bo przegapił. no to kurczę muszę się za to wziąć. a to ważniejsze niż spotkanie z panem bi z mojej dzielnicy czy z księżną panią herbu słoneczko…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg mcfly – don’t stop me now

In point of view minus cztery on 7 luty 2008 at 8:16

no to wiejska poszalała. nie dość, że poszliśmy na te durnowate tańczenie, gdzie walc angielski i disco-samba wydawały mi się o niebo trudniejsze niż zatańczenie najbardziej znanej palcówki nożnej w jeziorze łabędzim, to na dodatek musiała dodatkowo błysnąć w ośrodku zdrowia. ot tak sobie pękły jej dwa torbiele na jajniku. sześć pozostałych jednak mocno się trzyma niczym chińczyki w weselu. ale i tak rekord empatii i asertywności (też tak chcę!) pobił faworyt. znaczy jej tzw. ślubny. nie dość, że kazał się odwieźć do pracy i ulepić sobie na obiad pierogi, to na dodatek stwierdził, że wiejska pewnie nie dbała o siebie i poroniła – właściwie to miał o to do niej największe pretensje. jednym słowem cap jakich mało. zresztą irka świrka powiedziała, że to prostak i burok jakich mało. na szczęście wiejska jest już prawie zdecydowana na odejście. jeszcze tylko sesja i będzie się działo. a jeśli nie, to sam osobiście zasadzę jej kopa w jej szanowną czwartą literkę w alfabecie łacińskim…

czy ktoś mi może powiedzieć, czy taylor już umarła? oglądałem dwa dni temu dwa odcinki mns, ale wczoraj przegapiłem. za to w klanie pojawił się wątek homoseksualny. pewna katowicka urocza aktorka oskarżyła knorra, że tego tamtego z jakimś informatykiem. bosh… sposób mówienia o tym tamtym jest boski. potem oglądałem zmienników, gdzie kasia całowała się z jackiem, a wszyscy dookoła myśleli, że jacek całuje mariana. jeszcze bardziej boskie prowadzenie boskiego wątku gejoffskiego. tyle tylko, że zmienników kręcili ponad dwadzieścia lat temu, a klan może dwadzieścia dni temu. i mimo że nie jestem ortodoksyjnym gejem spod tęczowej flagi i kolibra na tyłku, to jednak mnie masakrycznie dotknęło, że sposób mówienia o “tych” sprawach jest bardziej niż boski. bosko! to tyle prywatnych spostrzeżeń w tym akapicie. a co do raportu o stanie profilu na fellow, to mogę powiedzieć tylko tyle, że z bajtem są ciche dni. on się nie odzywa, ja też nie dążę do konwersacji. zresztą ostatnio i tak chodzę spać o dwudziestej drugiej, bo jakoś mniej niewyspany wtedy jestem…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg drugstore & thom yorke – el president

In point of view minus cztery on 4 luty 2008 at 9:47

pierwszy raz od niepamiętnych czasów odwiedziłem pedałbudę. ale coby nie było, że od razu rzucam się na głęboką wodę, wybrałem się do zbowidu. czyli knajpy dla starszych gejów. znaczy do krakowskiego seven. ofkors wcześniej wspólnie z hobbitem wypiliśmy w dwójkę pół litra, a i na miejscu nie pozostaliśmy obojętni na kartę napojów. ja jako dyżurny szaj-gaj kompletnie nie zwracałem uwagi na panów w pobliżu, choć kilka cookies się zdarzyło na parkiecie. inna sprawa, że kolega hobbita wyraził pewne mną zainteresowanie, ale po historii z bajtem jakoś niespecjalnie mi się chciało zwracać na niego uwagę. zresztą zwracanie uwagi w siódemce nie zawsze wychodzi na zdrowie, bo jak się okazało w sobotę, urządzali tam szalony striptiz w wykonaniu pana przypominającego swym wyglądem małpę majkela dżeksona. zresztą myślę sobie poza tym, że użycie przez rozbierającego w gejoffskiej knajpie do swojego show kobiety było z lekka przegięciem. tyle że w drugą stronę niż normalnie w takich miejscach. po prostu skandal! no i inna inność, że w klanie panowie są często bardziej rozebrani niż rzeczony osobnik…

wyjazd do kraka dobrze mi zrobił. drugi raz spałem się z hobbitem. ofkors w tym sensie, że na jednym łóżku. dodatkowo wzięliśmy ze sobą czildreny, ale jak to zawsze z nimi bywa ciągle się gramolili i utyskiwali na wszystko. po prostu skandal numer dwa. ale jako jedna z najbardziej cierpliwych osób na tym padole ludzkich łez, znosiłem to wszystko bez szemrania przeciwko któremukolwiek z nich. zresztą ten weekend nie tylko dla mnie był nad wyraz udany, bo i eksiu po raz osiemdziesiąty pierwszy wrócił do swojego mistera be. no bo misterem a byłem ja. znaczy er, ale dla celów literackich musiałem trochę nagiąć szarą rzeczywistość. teraz tylko muszę zacząć przyjmować zakłady, kiedy będzie powrót osiemdziesiąt dwa. tak jak przed blisko dwu laty coniektórzy zakładali się o to, jak długo będę z eksiem ja…

16741520.jpg

jeszcze dwa słowa o najnowszej przeszłości niedokonanej próby uzwiązkowienia się. tak sobie właśnie wczoraj rozmyślałem, że jednak singlowanie jest ciekawym elementem ludzkiego życia. zero tłumaczenia się, zero usprawiedliwiania, zero ściemniania. po prostu tylko ja i moje widzimisię jak mam spędzać wolny czas. na chwilę obecną to optymalna i jedynie możliwa możliwość. no chyba że… ale z drugiej strony muszę się jakoś tam przyzwyczaić do nju body. bo ostatnio jakoś niespecjalnie mi to wyszło. w sumie obce ciało jest chyba lepsze jak jest takie swoje. ale to inna inność. poza tym to musiałem pogonić byłego byłego, bo mnie wkurwił na maksa. nie dość, że dogadał po chamsku barbarze, że niby ma spore amortyzatory, że może szybka na wadze pęknąć, że fotel ma za ciasny, to jeszcze koniec końców stwierdził, że nie ma do siebie dystansu i nie umie się z siebie śmiać. patałach. w dodatku nie umie się całować. w sumie już zapomniałem jak to kiedyś tam było, ale mi ostatnio przypomniał. jak można całować się z językiem bez języka?

ipod-earphones-stock-thumb.jpg myslovitz feat. m. grechuta – kraków

In point of view minus cztery on 1 luty 2008 at 8:11

no to zrobiłem z siebie mega szmatę. na papierze ofkors. znaczy w aeroprzestrzeni, bo powiedziałem bajtowi, że się puściłem z byłym byłym, choć tak naprawdę to wywaliłem go z domu, jak zaczął się do mnie przystawiać. chociaż nie do końca jak zaczął, bo i ja trochę w tym swojej winy miałem. ale jak mi już włożył łapki tam, gdzie nie był powinien, to wskazałem palcem na dźwierza, coby moje dziadka erwina zacytować. i z miną zbitego psa opuścił moją rezydencję. były były ofkors, nie dziadek erwin. no i tę sytuację wykorzystałem, dostatecznie ją jeszcze ubarwiając, coby powiedzieć bajtowi, że na maksa poleciałem na byłego byłego. potem nabrawszy odwagi w sumie dodałem jeszcze, że zaznaczając na fellowowym profilu randkowym opcję związany lekko przegiął, bo ze mną wcześniej nic nie ustalił, a czasy kiedy ja się rozpływałem w cudzych oczach i cudzym uśmiechu niczym szczypińska na widok przucha jarka już dawno odeszły sio. tak więc trening mojej asertywności względem bajta zdany na solidne cztery. ale za to wczoraj pałą za pałą powinienem oberwać, bo się dałem namówić paniusi z ikei na kartę kredytową. ale widząc średnioletnią kobicinę za stolikiem w punkcie ratalnym, pomyślałem, że pewnie prowizję za to mieć będzie. no i się zlitowałem. tak samo jak prawie podczas rozmowy zlitowałem się nad bajtem, mówiąc, że na tę chwilę nic nie mogę obiecać. ale raz dwa trzy zorientowałem się, że to jakaś iskra nadziei, więc coby go ostudzić uzupełniłem wypowiedź o stwierdzenie, że nie wiem na tę chwilę, czy kiedykolwiek będę mógł obiecać, że mogę coś obiecać… no i z tego właśnie jestem już taki dumny. poza tym wiedźma powiedziała, że jest wokół mnie sporo plastikowych kości. już mi się wydaje, że to jest to, a tu psińco. a zabawek to ja nie chcę…

beautiful_diego_lema5_21.jpg

ja to doopa wołowa jestem. dlaczego? z prostego powodu – kompletnie nie kontroluję swoich finansów, którymi zarządzam z pozycji siedzącej przed monitorem. wejdę sobie na neta i zaczynam wysyłać przelewy. a to na jakąś durną aukcję na allegro. to znowu do elektrowni, bo straszą mnie odcięciem prądu. potem jeszcze jakieś kredyty trzeba pospłacać. no i w pewnym momencie patrzę, a tu przelewy z lukasa kam bek. yyy… o co loko? zmieniły się numery kont? a może ja coś pomyrdałem. więc dzwonię do pania heleny z puntu obsługi klajenta i żądam wyjaśnień, bo zaraz mi napiszą monit, że mam oddać razem z odsetkami. jakież było moje zdziwienie, gdy wspomniana panna helena oznajmiła mi słodkim głosem, że ja to wszystko już w grudniu spłaciłem, więc miłosiernie mi oni to na konto zwrócili. no i jakież było moje kolejne zdziwienie, gdy wczoraj w skrzynce na listy znalazłem list z kredyt banku, że muszę natychmiast się stawić po odbiór nadpłaty za spłacony przed czasem kredyt studencki. no cholera by człowieka wzięła, że te patałachy każą mi osobiście pół miasta przemierzać po jakieś sto parę zeta. no ale to kredyt bank. tam przecież wszystko jest tak w cudzym słowie cudowne, że aż się chce piątej erpe… no i teraz tak sobie myślę, że najwyższa pora zastanowić się nad kolejnymi inwestycjami. tym razem może własne em? z zaznaczeniem rodzaju nijakiego, a nie męskiego. czytajcie końcówki!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg t-raperzy feat. within temptation – erodisco