gdyby nie to, że mamy rok przestępny, to luty byłby już dzisiaj właściwie historią. niemniej jednak łaskawy świat dał nam jeden dzień jutro gratis. ot taki bonusik od losu. i tak właśnie zastanawiam się, co z tym przecudnej urody dniem począć. w rzeczy samej wstanę rano, wejdę pod prysznic, wyprasuję koszulę, ubiorę jakieś seksowne boksy… i tyle mnie w nich ktokolwiek widział. no może jeszcze wieczorem się w nich obejrzę, gdy akurat mi się sennie zrobi. zresztą jutro i tak coś czuję, że będzie pier*olnięty dzień pod wezwaniem dobroniegi. o du fröhliche, nawet nie wiedziałem, że takie imię istnieje. pewnie temu, że biedaczka ma imieniny co cztery lata. ale za to znaczenie tego przecudnej urody imienia pozostawia sporo do myślenia – ta, która dostarcza przyjemnosci, rozkoszy…
siedząc nad papierami, popijam sok bananowy zmieszany z nektarem z czarnej porzeczki. przy okazji chrupię seler naciowy, zagryzając go rzodkiewkami. aż mi w boczki pójdzie. a jak pójdzie, to znowu będzie płacz i zgrzytanie zębów. na razie tylko mam ogoloną twarz. wyglądam jak niemowlę ubrużdżone znakami upływającego czasu. tak w ogóle to dzisiaj śniły mi się krzesła. a właściwie układałem je razem z hipkiem na moje i wiejskiej wesele. ale pewnie tak już to bywa, gdy zewsząd cżłowiek jest ciągle naciskany coby się wreszcie ustatkował i założył rodzinę. niestety genetycznie nie jestem do tego predysponowany – tak w wersji hetero (co oczywiste z uwagi na zgięty w kształcie hebrajskich literek nadgarstek i pozy czajnikopodobne), jak i homo (co równie oczywiste, patrząc na drzewo genealogicznej mojej szacownej familiady zarówno po mieczu, jak i kądzieli). zresztą sennik mówi jasno – krzesło to bogactwo, wesele to śmierć. wow, ależ optymizmem powiało…
ja to w ogóle niezły polny zapierdalacz jestem. umiem tak kadzić, słodzić i prawić tak odjechane komplementy, że bogusław kaczyński się kryje. ofkors kobietom, bo panowie jakoś mnie onieśmielają. nie będę tu pisać o swojej miłosnej korespondencji, bo niestety w chwili obecnej pedałów w moim życiu jest równie wiele, co przy hulajnodze. ale jakoś chyba znowu się koncentruję raczej na sprawach związanych z pracą i tym co mi w duszy gra. ostatnio zacząłem medytować. i mimo że wiem, jak durnie to brzmi, to zawsze to lepsze niż oglądanie sally spectry. no i wielkimi krokami zbliża się najgłupszy dzień w roku, który na szczęście tym razem dzień później niż zazwyczaj. a plany na ten dzień – jeśli się ziszczą – są tak zajebiście imprezowe, że chyba już bym wolał zasiąść na publiczności w wielkiej grze…















