kumulacja. magiczne słowo. któż by jej nie chciał? od wczoraj wiem, że tym kimś byłbym – ba, jestem – ja. zresztą wczorajszy dzień był megaposrany. najpierw w pracy pracy tyle, że szkoda gadać. no ale za coś mi podobno te stóweczki płacą, więc nie będę się nad tym dłużej rozwodzić. potem wiedźma. potem eks numero due. potem bajt. potem eksiu. potem znowu eks dwa. srutututu. tak czy inaczej się działo. albo inaczej: się podziało. ale chronologicznie…
wybraliśmy się z wiejską do wróżki, bo barbara chciała wiedzieć, co z jej merydżem. no i się dowiedziała tyle, co i ja jej mogłem z oczu wyczytać. z jednej strony chciałaby się od tego (właściwie od niego) uwolnić, ale się boi. boi się pustki w domu, jednej pościeli na łóżku, braku samochodu, kłopotów finansowych, ciszy w łazience co wieczór. po prostu ucieka przed samotnością jak każdy z nas. nie wiedzieć czemu chyba z dwojga złego woli cieszyć się nieszczęściem patrząc na prostaka niż delektować się cierpieniem w samotne poranki, południa, popołudnia, wieczory i noce. to właśnie przepowiedziała jej za sześć dych irena. ja mógłbym jej to powiedzieć gratis. ale wróżka ma przynajmniej ten walor, że jest obiektywna. że nie wie pewnych rzeczy, które ja wiem i które na co dzień widzę. zresztą mi powiedziała na jej temat i inne rzeczy. trzy karty pesymistyczne wzięte w nawias kart napawających radością i odwagą. to dobra wróżba…
po dwóch godzinach w czaromarowni wróciliśmy do mnie, bo miał wpaść mój były były. bo aktualny były jest już inny. zresztą i ten aktualny napisał esa, który był wow. i pierwsze co mi przyszło na myśl to, gdy go odczytałem, to pewien cytat z pewnej książki, którą niespecjalnie lubiłem. słowa kierowane do janosika, który bardziej niż za ciupagą za pawimi piórami się rozglądał… ale o czym to miałem? a… o byłym byłym… no wpadł. poprztykał się z wiejską i takie tam. ofkors musiał zaznaczyć swoją obecność bardziej niż pająk za tapczanem, bo gdy odwoziłem babs nach hause, zaparł się i został u mnie. po powrocie zaczęliśmy normalnie gadać bez jakiegoś tam wyzłośliwiania się, co byłą normą normalis w naszych dotychczasowych relacjach pozwiązkowych. no i w sumie zaczęło się dziać coś, czego wróżka nie przewidziała. zaczęliśmy się tego tamtego i to tu to tam… w sumie trwało to dobre pół godziny i chyba mu się podobało. do czasu gdy powiedziałem stop. no i musiał wracać do domu. może bym i poszedł na całość, gdyby nie jedna zasada. kto już kiedyś raz podziękował mi za współpracę w łóżku, nigdy więcej tej współpracy nie dostąpi. a co? to ja jestem king of my ass i będę sobie nią rządził wedle moich reguł…
w międzyczasie kilka esów floresów napisał bajt. nie miałem jednak z uwagi na powyższe jakichkolwiek szans na odpisanie. inna inność, że i wczoraj ochoty też nie miałem. zresztą jeśli ktoś na drugim spotkaniu robi się mega pojechany na twoim punkcie, to coś winno w głowie zaświtać. nie mam ochoty na układy, które będą się zaczynały od big-bang, a skończą się jak zawsze. raz mam kurewską ochotę przeżyć to na odwrót. niech mnie ktoś najpierw znienawidzi, potem niech ma chłodny do mnie stosunek pozastosunkowy, następnie niech będą ciche dni, z których zrodzi się jakaś przyjaźń, na której fundamentach (a właściwie zgliszczach, bo idziemy od końca) zbuduje pożądanie i wielkie uczucie. tak! tak właśnie chcę! bo najzwyczajniej w świecie nie wierzę pedałom…
a co wiedźma mi powiedziała? właściwie chyba nie to, co chciałem od niej usłyszeć. i mimo że byłem totalnie wkurzony, wychodząc od niej, to jednak jestem zadowolony. faceci robią sobie ze mnie najzwyczajniej w świecie jaja, to też muszę wsłuchać się sam w siebie. a sam ja brzmię bardzo sceptycznie, jeśli idzie o relejszynszipy. powiedziała jeszcze jedno – mogę się genialnie bawić, ale summa summarum i tak zwrócę się do swego wnętrza. bo serducho musi bić z zadyszką, a zwoje mózgowe nie mogą przestać pracować. wtedy będzie balans. takie moje wewnętrzne i prywatne ego-feng-shui…













