eR

Archiwum z styczeń, 2008

In point of view minus cztery on 29 styczeń 2008 at 8:07

kumulacja. magiczne słowo. któż by jej nie chciał? od wczoraj wiem, że tym kimś byłbym – ba, jestem – ja. zresztą wczorajszy dzień był megaposrany. najpierw w pracy pracy tyle, że szkoda gadać. no ale za coś mi podobno te stóweczki płacą, więc nie będę się nad tym dłużej rozwodzić. potem wiedźma. potem eks numero due. potem bajt. potem eksiu. potem znowu eks dwa. srutututu. tak czy inaczej się działo. albo inaczej: się podziało. ale chronologicznie…

wybraliśmy się z wiejską do wróżki, bo barbara chciała wiedzieć, co z jej merydżem. no i się dowiedziała tyle, co i ja jej mogłem z oczu wyczytać. z jednej strony chciałaby się od tego (właściwie od niego) uwolnić, ale się boi. boi się pustki w domu, jednej pościeli na łóżku, braku samochodu, kłopotów finansowych, ciszy w łazience co wieczór. po prostu ucieka przed samotnością jak każdy z nas. nie wiedzieć czemu chyba z dwojga złego woli cieszyć się nieszczęściem patrząc na prostaka niż delektować się cierpieniem w samotne poranki, południa, popołudnia, wieczory i noce. to właśnie przepowiedziała jej za sześć dych irena. ja mógłbym jej to powiedzieć gratis. ale wróżka ma przynajmniej ten walor, że jest obiektywna. że nie wie pewnych rzeczy, które ja wiem i które na co dzień widzę. zresztą mi powiedziała na jej temat i inne rzeczy. trzy karty pesymistyczne wzięte w nawias kart napawających radością i odwagą. to dobra wróżba…

po dwóch godzinach w czaromarowni wróciliśmy do mnie, bo miał wpaść mój były były. bo aktualny były jest już inny. zresztą i ten aktualny napisał esa, który był wow. i pierwsze co mi przyszło na myśl to, gdy go odczytałem, to pewien cytat z pewnej książki, którą niespecjalnie lubiłem. słowa kierowane do janosika, który bardziej niż za ciupagą za pawimi piórami się rozglądał… ale o czym to miałem? a… o byłym byłym… no wpadł. poprztykał się z wiejską i takie tam. ofkors musiał zaznaczyć swoją obecność bardziej niż pająk za tapczanem, bo gdy odwoziłem babs nach hause, zaparł się i został u mnie. po powrocie zaczęliśmy normalnie gadać bez jakiegoś tam wyzłośliwiania się, co byłą normą normalis w naszych dotychczasowych relacjach pozwiązkowych. no i w sumie zaczęło się dziać coś, czego wróżka nie przewidziała. zaczęliśmy się tego tamtego i to tu to tam… w sumie trwało to dobre pół godziny i chyba mu się podobało. do czasu gdy powiedziałem stop. no i musiał wracać do domu. może bym i poszedł na całość, gdyby nie jedna zasada. kto już kiedyś raz podziękował mi za współpracę w łóżku, nigdy więcej tej współpracy nie dostąpi. a co? to ja jestem king of my ass i będę sobie nią rządził wedle moich reguł…

w międzyczasie kilka esów floresów napisał bajt. nie miałem jednak z uwagi na powyższe jakichkolwiek szans na odpisanie. inna inność, że i wczoraj ochoty też nie miałem. zresztą jeśli ktoś na drugim spotkaniu robi się mega pojechany na twoim punkcie, to coś winno w głowie zaświtać. nie mam ochoty na układy, które będą się zaczynały od big-bang, a skończą się jak zawsze. raz mam kurewską ochotę przeżyć to na odwrót. niech mnie ktoś najpierw znienawidzi, potem niech ma chłodny do mnie stosunek pozastosunkowy, następnie niech będą ciche dni, z których zrodzi się jakaś przyjaźń, na której fundamentach (a właściwie zgliszczach, bo idziemy od końca) zbuduje pożądanie i wielkie uczucie. tak! tak właśnie chcę! bo najzwyczajniej w świecie nie wierzę pedałom…

beautiful_diego_lema1.jpg

a co wiedźma mi powiedziała? właściwie chyba nie to, co chciałem od niej usłyszeć. i mimo że byłem totalnie wkurzony, wychodząc od niej, to jednak jestem zadowolony. faceci robią sobie ze mnie najzwyczajniej w świecie jaja, to też muszę wsłuchać się sam w siebie. a sam ja brzmię bardzo sceptycznie, jeśli idzie o relejszynszipy. powiedziała jeszcze jedno – mogę się genialnie bawić, ale summa summarum i tak zwrócę się do swego wnętrza. bo serducho musi bić z zadyszką, a zwoje mózgowe nie mogą przestać pracować. wtedy będzie balans. takie moje wewnętrzne i prywatne ego-feng-shui…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg justyna steczkowska – wracam do domu

In point of view minus cztery on 27 styczeń 2008 at 19:59

niektórzy mogą mnie uznać za totalnie walniętego, ale co mi tam. po prostu jutro muszę się uwidzieć z wróżką. zresztą i tak wiejska wyciąga mnie do niej od nowego roku, bo ma kilka wątpliwości odnośnie jej merydżu z burokiem z węgrowa. normalnie ja na jej miejscu patałacha dawno bym olał, a przynajmniej zrealizowałbym niegdysiejszą groźbę mojego chrześniaka, który w wieku trzech lat powiedział do swojej matki, a mojej sis, że utnie jej głowę i nasika do szyi. tak, to powinna zrobić. mam nadzieję, że wiedźma jutro jej dobitnie powie, że ma sobie odpuścić poradnię małżeńską i ślub kościelny, do którego zmusza ją jej tak zwany książę małżonek. w razie czego jestem gotów poświęcić się i nadwyrężyć swoją pożal się boże karierę urzędniczą, coby tylko uratować babs od tkwienia w tym jałowym i totalnie beznadziejnym układzie…

wizytę u ireny wykorzystam również we własnych niecnych celach, bo mam pytań, że ho ho… po pierwsze moja była szefowa uzurpuje sobie mój zakres obowiązków i wchodzi mi w paradę. jeszcze robi to tak bezczelnie, że przychodzi do mnie i niby że chce mnie wspierać, wpiera mi, że tak będzie lepiej. no qwa na pewno! chce wojny, to będzie ją mieć. zresztą chyba wraca we mnie ten najprawdziwszy warrior sprzed 2006 roku. jakże byłbym kontent! ale są i inne sprawy, które musimy wyczytać z hvezd, bo inaczej mogę się wplątać w niezły uczuciowo-seksualny galimatias, a na dodatek skrzywdzić czyjeś uczucia. niby, że w pedałowie to normalka…? phi, doesn’t matter. po prostu pewne sprawy muszę ogarnąć swoim tępym rozumkiem, a asertywności powiedzieć – na potęgę posępnego czerepu, mocy przybywaj!

neckpj8.jpg

jestem po drugiej randce z… powiedzmy z bajtem, coby ukraść określenie tego, który ukradł mój pseudonim artystyczny i używa go w odniesieniu do osób trzecich. nie dość, że zRanił moje uczucia, to na dodatek jeszcze twierdzi, że to nic takiego. ech, nie mógłby tego robić w zaciszu swej izby? płakać mi się chce normalnie… ale już! raz, dwa! świat nie wierzy łzom! zresztą i tak znowu odbiegam od tematu… tak więc jestem po drugiej randewu z bajtem. i było… hmmm… no co tu dużo mówić – rekord elizabeth taylor coraz bardziej zdaje się być zagrożony, choć i tak jeszcze sporo wody upłynie w rzece, z której chciała się rzucać kalamala. poza tym zdaje się, że stałem się totalnie wyzuty ze zdolności okazywania tzw. emocji wyższego niż sympatia wtajemniczenia. po prostu nie jestem w stanie się zakochać i zaangażować tak totalnie i bezwiednie, więc chyba podążę śladami endrju. to dobra droga. bezpieczna i zdaje się, że jedyna właściwa w tym momencie. a co przyniesie czas – we will see

ipod-earphones-stock-thumb.jpg xkrap band – maryja tu, maryja tam

In point of view minus cztery on 23 styczeń 2008 at 8:37

jechałem wczoraj przez morawskie slezsko, lecz nie drogą przez wizowice, więc chyba temu nie napotkałem józka z bagien. co prawda był jarek z tricieżskiej wsi, ale to nie to samo. zresztą jakby się tak uparł, to i o nim można by jakieś pieśni wymyślić, bo to naprawdę ciekawa postać. audialnie a wizualnie. hej! zresztą na szczęście wróciłem z czeskiej krainy cały, ale bez żadnych procentów. inna sprawa, że kupowanie alkoholu w czeskiej republice nie jest już aż tak intratnym interesem, jak było jeszcze parę lat temu. najśmieszniejsze jest to, że na wczorajszym spotkaniu był predseda i śliwowica, a i sam pgr też był. a przynajmniej jego połowa… mamy się spotkać znowu w kvetnu. czyli maju…

wiejska powoli dojrzewa do jednej z ważniejszych decyzji w swoim życiu. zresztą i tak było dwa lata temu, kiedy wychodziła za mąż. teraz powinna się rozwieść. w sumie nie silę się już na słowa w stylu, żeby walczyła o związek, męża i rodzinę, ale cały czas powtarzam, coby zaczęła walczyć o siebie. powinna odejść od jej tzw. małżonka jeszcze w tym roku. nieważne czy formalnie, ale materialnie natychmiast. po prostu życie z dupkiem to żadne życie… i tyle. zresztą natura nie lubi żadnych luk, więc zesłała na mnie mr. snowa. mam się w ten weekend z nim ponownie zobaczyć – tym razem na moim terenie. shit! nie pamiętam jak się randkuje. trzeba by jakiś galop-plan obmyślić, coby się nie okazało, że spędzimy czas przed kompem czy telewizorem. w sumie coraz bardziej się zastanawiam, jak to spotkanie przebiegnie. niby snow jest zainteresowany (chyba bardziej niż powinien) i jakoś tam to okazuje. i zaczynam się gubić w tym wszystkim. w sumie oberwał już werbalnie, jak zaczął mi myszko mówić, bo jak powszechnie wiadomo ja i zdrobnienia to dwa różne światy. poza tym są dwie rzeczy, które mi jakoś tam nie pasują, a przede wszystkim jego znak zodiaku. idę normalnie w ślady mojej sis, której faceci w ponad osiemdziesięciu procentach byli skorpionami. zdaje się, że mam – a przynajmniej będę miał – podobnie…

foster1.jpg

dzisiaj zaczyna się chyba nowa era. bo z podniesionym czołem mogę powiedzieć, że jak w pysk strzelił dziś mija drugi rok, odkąd mogę o sobie mówić, że sypiałem tylko z jednym facetem. dwa lata wstecz był eks namber-tu. potem jakiś czas posucha aż wreszcie eksiu. wow. normalnie w szoku jestem… pora się zacząć rozwijać mister [tu pada nazwisko, jako że uwielbiam mówić do siebie po nazwisku]… mam nadzieję, że z tymi rzeczami jest jak z jazdą na rowerze – dwa pedały, zaciśnięte dłonie, odpowiednia pozycja, a w rezultacie tyłek boli…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg a. szałapak & z. preisner – duet miłosny pchły i słonia

In point of view minus cztery on 21 styczeń 2008 at 12:43

no dostałem ochrzan dzisiaj rano od jednego takiego, co nie dość, że nie odbiera telefonów jak się do niego dzwoni z życzeniami, to w dodatku i zamknął bloga, bo mu się anonimowym zachciało być. no ja prędzej zostanę anonimowym abstynentem niż jemu się uda zachować anonimowość na necie. no to mówię mu, że będzie musiał nową publiczność blogową zgromadzić, coby go zaczęli czytać, a on mi na to, że jemu na publiczności nie zależy. to niech kruca fuks pisze sobie złote myśli w pamiętniku łoś jeden przebrzydły żubrem podszyty. normalnie zirytował mnie tym swoim anonimiwizmem na maksa. właściwie miałbym mu ochotę wąglika przesłać do tej jego leśniczówki albo i wszystkie diakońsko-wikarowskie pępki w promieniu dwudziestu kilometrów tym paskudztwem wysmarować. po prostu zarzucę takim fochem, jakiego i ojciec założyciel fellow nigdy w życiu by u siebie nie wyhodował. pfff…

dobra, ale nie o tym. byłem na tej randce. właściwie, gdy pisałem o niej, miałem intencje coby dzisiaj napisać – na tej tragicznej randce. ale nie napiszę. mam galimatias w głowie. z jednej strony, z drugiej strony i takie tam. w sumie spędziłem z panem informerem osiem godzin. ofkors coby uprzedzić goopoty w głowie i ustach – żadnych roboczych godzin. miła rozmowa, obiad i takie tam. nawet miziu-miziu nie było. no i poznałem panią matkę. ach jo! tak czy inaczej dziwnie to zabrzmi, ale będzie ce-de. hmm… z jednej strony – z drugiej strony i takie tam. zresztą i tak za tydzień idziemy z wiejską do wróżki… tyle tylko krótki szpic on ma być u mnie na weekend przez wróżką! i bądź to chopie mądry…

foster5.jpg

miał być trzeci akapit, ale nie będzie. bo zdurniałem… ale jednak będzie, bo mi się przypomniało, o czym chciałem napisać. byłem w piątek u eksa numer dwa. na szczęście queen-mother nie było. chociaż w sumie przestałem się przy niej już tak stresować. no i zdurniałem w pewnym momencie, jak mnie miziać zaczął i wsadzać swoją stopę mi do nogawek. po prostu odleciałem. na szczęście zostałem na taką okoliczność stosownie przygotowany przez rysia, któremu też do łóżka wskoczył i chyba nawet gorsze rzeczy z nim wyprawiał. potem się mnie jeszcze zapytał, czy go jeszcze kocham. słowo jeszcze było nieco na wyrost. tak czy inaczej mądre chińskie przysłowiem mówi – obyś żył w ciekawych czasach. i takie prawdopodobnie właśnie nadeszły…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg ricky martin – loaded

In point of view minus cztery on 18 styczeń 2008 at 10:15

chyba chodzenie do pracy podczas choroby nie jest fajnym pomysłem. ale miałem do wyboru – albo roztrwonić urlop na siedzenie w domu (w sumie pozostało mi całe dwadzieścia sześć z dni z poprzedniego roku), albo iść do lekarza i roztrwonić wynagrodzenie (bo dostanę dwadzieścia procent mniej z tytułu el cztery, a co za tym idzie trzynastka w przyszłym roku byłaby odpowiednio mniejsza). więc wybrałem zgrywanie macho. no i chodzę. hurckom jak dziod po spyrkach (tak mówiła moja babcia) i ogólnie czuję się rozbity jak jak wojska wroga w helmowym jarze czy jak mu tam było. tak czy inaczej spisuję się dzielnie, co mam nadzieję – jeśli już się zrównam z nocą – zostanie mi to jakoś tam zapamiętane. na razie jednak dzisiaj mam ważne sprawy do załatwienie. po pierwsze zatankować samochód, bo jeżdżę na rezerwie jak moja sis. już chyba siedemnaście razy musiałem pędzić do niej z kanistrem, bo akurat stała pod kościołem, ośrodkiem zdrowia czy sklepem nie mogąc w żaden sposób ruszyć z miejsca. po drugie powinienem kupić słoik ogórków kiszonych i jeszcze czegoś. shit. zapomniałem! ale jeszcze chwila samotności w pracy i na pewno sobie przypomnę. a po trzecie jakieś ciuchy by się przydało wyprasować, bo niedziela będzie dla nas. znaczy tak pisał informer, a co z tego będzie się okaże…

no właśnie, zapomniałem o jednym. dzisiaj mam małe spotkanko z moim tzw. byłym, który twierdził w okresie naszych seksualnych relacji, że razem nie jesteśmy, a gdy ja już jego słowa przyjąłem za obowiązującą wykładnię naszych wzajemnych stosunków (już po rozstaniu), on zaczął się upierać, że jednak jestem jakbyjego byłym. tak więc temu tzw. były, a nie po prostu były. w sumie jakoś trzeba sobie poukładać stosunki z tymi, z którymi łączyły nas stosunki. więc jeszcze tylko pan pierwszy mi został do ułożenia się z nim, ale nie mam jakoś kontaktu z tancerzem, tak więc on będzie wyjątkiem potwierdzającym regułę. w sumie były nienawidzi panicznie tzw. byłego, a takzwany z kolei niezbyt darzy sympatią eksia (choć panowie się wcale nie znają… yyy… nie, no znają się z fellow. nawet chyba ze sobą gadali… o!). no jest jeszcze endrju. ten to nie cierpi ani takzwanego, ani eksia, a oni też jakoś specjalnie za nim nigdy nie przepadali. no i tu mogę być pewien, że w tej konstelacji panowi ci na pewno się nie znają. w sumie proste te wszystkie kombinacje, bo platoniczny, dancer, takzwany i były to jedyni faceci w moim życiu. no i teraz może pojawić się ktoś kolejny. jaki z tego morał? im mniej facetów, tym fajniej napisać taką notkę. bo jakbym miał bujniejsze życie seksualno-emocjonalno-innoanalne to bym się mógł w tym wszystkim pogubić… a tak przynajmniej daty mi się nie mieszają, imiona w miarę wszystkie na em (i w dodatku tylko trzy), nazwiska znam tych panów także, ich adresy też… któy pedał może to o sobie powiedzieć?

eye.jpg

poza tym okres bezkofeinowy wciąż trwa. bezprocentowy raczej trwa. bezfacetowy miejmy nadzieję się kończy, bo mi gardło wysiądzie zaraz i tylko tyle z tego będzie. hmmm… tak sobie myślę, że może nie miałbym tak niskiego głosu, gdybym o moje gardziołko bardziej dbał i dostarczał mu niezbędnych elementów – o choćby naprzykład białka… ale w sumie nie pracuję głosem, a paluchami… no może lepiej nie kontynuuję tego wątku, bo jakoś się tak waginalnie robi. zresztą ostatnio staję się coraz bardziej dwuznaczny i taki niemoralny. nie podoba mi się to. znaczy chyba… aaaa… w niedzielę mam randewu. obstawiam zakłady, czy znowu odwołam? w puli jest moje dziewictwo!

ipod-earphones-stock-thumb.jpg calogero – pomme c

In point of view minus cztery on 16 styczeń 2008 at 8:12

wicedruga powoli sobie zbiera. i chyba spełni się proroctwo wsiowej zyty, że skoczymy sobie do gardeł jak tylko do końca przejmę swoje obowiązki. tak więc na gromnice może zaiskrzyć. na razie cierpliwie znoszę traktowanie mnie jak stażystę od archiwum i pokornie przyjmuję jej decyzje, bo chyba jeszcze nie do końca wyskoczyłem z roli jej podwładnego. najgorsze w tym jest to, że nie jesteśmy na równorzędnych stanowiskach, ale ni stąd ni zowąd zostałem jej przełożonym no i mamy mały problem. dwie wpadki w ciągu dnia to chyba za dużo nawet jak i na moje bezkresne horyzonty cierpliwości, wyrozumiałości i samarytańskiego miłosierdzia. może lepiej pokazać pazurki i trochę nimi zacząć drapać zanim ktoś nas wsadzi do klatki i wywiezie na jakąś wystawę. ech panie mattithyaahu czas wejść do gry…

w sumie dopadła mnie choroba i leczę się jak tylko mogę polopirynami, chlorchinaldinami, sebidinami i witaminami ce. gardło mi nawala jak jakiejś boskiej operowej diwie po trzydziestoletniej karierze na deskach domu ludowego w hałcnowie. mówić prawie nie mogę, oddychać z ledwością, a o wyglądaniu to już lepiej nie wspomnę. zresztą wczoraj ktoś napisał do mnie że nawet fajny ten mój stary ryjek. miłe to było. naprawdę! ale z drugiej strony pojawił się ktoś, z kim spędzam czwarty dzień pod rząd na skajpie. do kogo nawet mówię per muschi i takie tam. tak więc tymczasowo odwiesiłem na haczyk w łazience podrobnych interesantów, skupiając się na informatyku (fajne cookie z niego!). w sumie jakoś mam szczęście do informatyków, bo na fellow2 poznałem za pośrednictwem gieerteka innego pana od komputerów, który ciachowy był w jak najbardziej oczywisty sposób, ale jakoś rozeszło się po kościach mimo mojego jakby tam większego zainteresowania. ale dobry pan w niebiesiech wie co robi, bo śmiesznie by było, gdybyśmy nagle w pewnym momencie naszego bytowania zaczęli wspominać wspólnego tzw. byłego. tak czy inaczej obecnie na fellow-dwa (czyt. nasza-klasa: rubryka ‘znajomi’ dowolnego znajomego geja) liczy się tylko holajniczka. piękna kobieta, absorbująca, a do tego kultowa niczym rosie de palma z almodovara (ale zapewniam – analogia nie ma nic wspólnego z wyglądem)…

pan eks numero due folguje sobie z niektórymi ludźmi na dosyć dziwny sposób. w sumie po dwóch latach zaczęliśmy normalnie rozmawiać. znaczy ja myślałem, że normalnie, a tu nagle słyszę pytanie w stylu jak ci się podobał nasz seks? normalnie zmroziło mnie na całej linii wzdłuż kręgosłupa północ-południe tak, że kolej syberyjska się kryje. kiedyś pewnie zacząłbym doszukiwać się ukrytych intencji, ale dzisiaj już wiem, że to takie ukryte prowokacje, więc nie bardzo dają się nabrać. w sumie pamiętać już tego bardzo nie pamiętam, bo gdybym pamiętał musiałbym ewentualnie porównywać potem z eksiem, a teraz z ewentualną potencjalną sympatią (czyt. potencjalnie z informerem). tak więc odpowiedziałem, że było ok. bo było. i tyle na tę chwilę. poza tym, że odwołałem pewną randewu z uwagi na mistera muschi-mana. no bo jednak nie lubię grywać na kilka frontów jednocześnie…

contemplatinglagonissi.jpg

raport z fellowowych podbojów pseudoerotyczno-quasioralnych złożony. zgodnie z obietnicą zresztą. bo w sumie ja dotrzymuję słowa danego z wyjątkiem sytuacji, gdy umawiam się na randki. tu szczerość, uczciwość i takie tam nie istnieją. po prostu za stary jestem na spotkania na lotnisku albo na piwie z cudzymi gejami. ot co! poza tym jedziemy do zakopanego. wiejska zorganizowała wyjazd, a ja jej go spieprzyłem, bo powiedziałem dżeksowi, że możemy jechać większą paczką. no i ten zaprosił migotkę, w rezultacie czego wiejska nie chce za chiny ludowe i republikę mongolii z nią jechać. no i teraz trzeba będzie się uwijać w pocie czoła, coby panna m. nie jechała… ach, no i rozebrałem choinkę. ale nie do reszty. zresztą tak samo mam z facetami – wolę pooglądać ich sobie w bieliźnie tudzież owiniętych niebieskim ręcznikiem niż w całej okazałości. jest bardziej tajemniczo, podniecająco i jeszcze wszystko do odkrycia przede mną…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg nina simone – ain’t got not… i’ve got life

In point of view minus cztery on 14 styczeń 2008 at 8:30

herbata z cytryną plus jogurt śliwkowy, a na drugie śniadanie polopiryna, witamina ce i chlorchinaldin. oto moje dzisiejsze pożywienie. ale w związku z tym, że aż taki stary nie jestem, to nie będę marudzić o chwytającej mnie chorobie. niestety ksiądz wikary nie bardzo widział to, że aż taki stary nie jestem i zwracał się do mnie niczym do jakiejś babki w chustce per wy. najgorsze że dobrodziej jest dwa lata ode mnie młodszy (sprawdziłem na stronie internetowej parafii!), a wygląda jak mój ojciec. i przyszedł wczoraj z obrazkiem, narobił zamieszania i wziął gałązkę z choinki, bo biedaczysko nawet kropidła ze sobą nie miał. skandal normalnie. w ogóle chyba najgorszy ksiądz, jakiego miałem po kolędzie od tamtego pontyfikatu. masakra. a jego kwestie w stylu “a mieszkacie tu?” (nie, nie mieszkam – tak żech se tylko tu przylazł, coby księdza po kolędzie oglądać – taka perwera po mojemu), “a pracujecie?” czy tekst roku “a urwijcie mi gałązkę z tego smreka…” (wielki góral skoro nie potrafi odróżnić jodły od świerka, co za cap…) po prostu muszą przejść do annałów mojej sieciowej bytności. tak czy inaczej po trzech minutach poszedł bez koperty… ale nie dał za wygraną, bo jakieś pięć minut później posłał ministranta coby mu pożyczyć wspomnianą smrek-gałązkę. pożyczyć! ciekawe kiedy odda…

w ogóle umówiłem się na tzw. randkę z przypadkowo poznanym kolesiem. no i miałem iść wczoraj. ale nie poszedłem, bo jakoś mi się odwidziało. zresztą nie chcę chłopa z mojego miasta – to taki wniosek z minionych dni. no to zapoznałem w sieci pana spod wawy, który na niektórych fotach wygląda dość ciachowo i w sumie nawet niegłupi jest. ale 350 km dla seksu jakoś w jedną stronę pokonywać mi się nie chce. to też zobaczymy co przyniesie nowy dzień… ofkors o moim podbojach postaram się informować na bieżąco. więc zapomnijcie o uwadze i misji specjalnej, bo tutaj będzie o wiele ciekawiej (teraz w nawiasie powinien pojawić się tekst w stylu buhaha)…

46457c5e8f2ddok1.jpg

jogurt śliwkowy siedem zbóż okazał się niesmaczny. nie polecam…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg wodzionka

In point of view minus cztery on 9 styczeń 2008 at 23:31

ale jaja. normalnie takich jaj jeszcze świat nie widział. i wcale nie chodzi mi tu o strusie czy jakiegoś nowo poznanego pana, ale o najzwyczajniejsze jaja… już ponad tydzień nie piję przy kompie – delektuję się kakaem (napojem panowie, napojem…), białą herbatą albo sokiem pomidorowym jak naprzykład dzisiaj. i w sumie jakoś się trzymam. nawet nie chodzi o to, że barek pusty, bo jest pełny, ale testujemy swą wolę i samozaparcie. podobnie jak abstynencją kofeinową. tak więc jeśli chodzi o to pole noworocznych postanowień – jest wcale nieźle… w sumie dzisiaj jestem po basenie tak wymęczony, że szkoda gadać. jeden kieliszek czegoś uprocentowionego, a mógłbym słono za to zapłacić… tak czy inaczej faceci na basenie są dziwni. rozumiem starszych panów czy dzieciaki, ale jeśli koleś ma między dwudziestką a czterdziestką to nieco śmieszne wydaje się uciekać do przebieralni zmieniać kąpielówki. to taka dzisiejsza obserwacja z szatni. jest jeszcze jedna – a mianowicie taka, że faceci powinni bardziej dbać o swoją bieliznę i nieco rozciągnięte majtasy powinny jeszcze dzisiaj wylądować w śmietniku. po prostu tragedia. no nie dziwiłbym się, gdyby to były jakieś slipy z d&g albo nawet atlantica, ale jeśli są to (naj)tańsze slipy z tesco… zresztą lepiej nic nie mówię, bo mi co niektórzy zaraz burżujstwo zarzucą… a, no i bym zapomniał – ja do przebieralni nie chadzam, a ręcznikiem też zwyczaju obwiązywać się nie mam…

jeśli już mowa o basenie, to zakończmy może ten wątek jakąś ciekawszą informacją, która zelektryfikowałaby wszystkie czytające to oczęta. sparzyłem sobie tyłek przy wywijasach w brodziku. a wszystko to wina wiejskiej, która mnie praktycznie przycisnęła dupskiem do podwodnej lampy oświetlającej wodę. czułem tylko jak wszystkie włosięta (tak panowie – mam tam włosy!!) się delikatnie nagrzewają i tylko szum pryszniców basenowych zagłuszył to straszne syczenie… tak czy inaczej dzisiejszy dzień zapisujemy w kalendarzu na plus, jeśli nie liczyć mega-obrazy wiejskiej baby, gdy się kapnęła, że do połowy osób z jej książki telefonicznej wysłałem smsa o treści “całuję” bądź “pozdrawiam”, coby nie dopieszczać niepotrzebnie osób, które na to nie zasługują. potem krótka akcja na jej giegie i wysłanie wszystkim po kolei z listy buziaczkowatych emotek (incl. my tzw. ex)… no i się zaczęło. ach, ech, och… serce me wypełnia smutek… tak czy inaczej żyję. wiejska przebaczyła, rozgrzeszyła, a ja w nagrodę ciągle zachęcam ją do rozwodu, a przynajmniej odejścia od tego tzw. męża. zresztą wiedźma powiedziała, że związek jakiś tam rozbiję. no nie chcę jej po prostu zawieść. niech staruszka ma na starość radość, że widzi jeszcze karty…

aaussie-bum-3.jpg

ciastka basenowe są takie sobie. właściwie dzisiaj był przesyt nieco, to też tym bardziej byłem zły, że nie wziąłem sobie okularów coby móc pod wodą sobie pokukać na panowe majtasy i ich zawartość. w sumie chyba dochodzę do siebie, bo coraz bardziej uciekam myślami w tę gorszą stronę ludzkiej bytności. od ducha ku ciału. ale chyba bardziej się z tego cieszę niż jeszcze kiedyś mogłem przypuszczać. znaczy się nie spróchniałem do końca… a co będzie, to będzie. a ja temu jeszcze trochę pomogę…

poza tym na dobranoc mała próbka z mojej korespondencji z dzisiejszego fellow:

pan_sex: jak chcesz mogę ci dać dupy i będziesz mógł zrobić ze mną co zechcesz…
mattithyaahu: sorry, ale nie kupuję na wyprzedażach…
pan_sex: ale ja naprawdę nieźle ciągnę…
mattithyaahu: spoko, ale odkurzacz to już mam.
pan_sex: ale odkurzaczowi nie możesz się spuścisz w ustach, a mnie jak chcesz to tak!
mattithyaahu: możliwe, ale za to odkurzaczowi mogę wsadzić do tyłu worek, a tobie już nie…
pan_sex: …

ipod-earphones-stock-thumb.jpg sopho khalvashi – my story

In point of view minus cztery on 8 styczeń 2008 at 11:37

właśnie sobie uciąłem godzinną prawie pogadankę z wsiową zytą o żóltych serach, psach i alkoholiźmie, od którego ostatnio stronię jak nigdy przedtem. ofkors rozmowa zeszła na kołacze. ten kto mieszka na mojej prowincji, wie kiedy i z czym to się je, a niekumatym powiem, że to takie ciasto z serem i makiem, które dominuje na południowych weselach. nikt inny jak miss zet chce mnie wyswatać. i ględzi mi o tym od blisko pięciu lat, a ja ciągle się bronię ręcami, nogami i językiem. zresztą – mówię im – po zamążpójściu, tfu… ożenku, byłbym całkiem inną osobą. trzeba tylko przyjrzeć się takiemu hipkowi, który nie tak dawno został tatusiem, by stwierdzić, że po popijawie wraca jak grzeczne dziecko do domu, a następnego dnia przeprasza panią małżonkę i obiecuje solenną poprawę. niby ja mam tak samo – tyle tylko, że nie muszę się do nikogo następnego dnia wdzięczyć… tak więc moje argumenty trafiają na jakiś grunt zrozumienia i akcpetacji wybranej drogi życiowej… aż do następnego razu, kiedy znowu się jej przypomni, że mam na palcu tylko pieprzyk…

tak sobie pomyślałem coby raportować z moich miłosnych podbojów, ale w sumie nie ma z czego. narazie. zresztą profil fellowowy mam dopiero drugi dzień i cieszy się tylko jakimś tam powodzeniem, na jakie zasługują nowi. w sumie temu dałem nawet jakieś fajniejsze foty (ba, najbardziej śmiałe, jakie w życiu miałem…), ale co z tego skoro nawet ojciec założyciel fellow (chyba mnie za to zabije) – niejaki lodowaty żuczek gnojarek – nie dodał mnie do ulubionych. normalnie załamka. ale spokojnie – nie od razu kraków zbudowano. w sumie wczoraj ze śnieżynkiem czytaliśmy artykuł, w którym jakiś mądry pan napisał, że okres potrzebny do odbudowy gotowości do nowego związku to połowa czasu trwania ostatniego. coś w tym jest. ja mam już to za sobą, więc panowie uważajcie – nadchodzę. buhahaha… już słyszę te milknące czaty i takie tam… ale jest i inna inność, bo oto uświadomił mnie ostatniej niedzieli dżeks, że jestem w najbardziej beznadziejnym wieku na pedalskim świecie. bo z jednej strony najlepsze erekcje mam już za sobą, co zdarza się panom w wieku do dwudziestego dajmy na to piątego roku, a z drugiej strony takie najlepsze erekcje mam dopiero przed sobą, gdyż panowie w wieku do dwudziestego dajmy na to piątego roku interesują się panami w połowie trzydziestki. jednym słowem nie ma jak przyjacielska pociecha i wsparcie. ale akurat w tej kwestii nie będę się wypowiadał, bo bym musiał załkać nieco, a nie chcę…

facesbypetitescargotgl3.jpg

wiejska zaczęła blogować. po prostu rozwala mnie czasem swoim totalnie beztroskim podejściem do merydżu. a ja chyba ją też nieco zaskakuję, bo od nowego roku dośc ostentacyjnie doradzam jej odejście od męża. zresztą wiedźma irena mi powiedziała, że rozbiję czyjś związek, ale z tą kobietą nie będę. bosh… zaczynam się bać. w szczególności jakiegoś bruneta, przez którego mogę stracić trochę kasy. w ogóle skoro mowa o brunetach, to marzy mi się taki fajny brunet z ciemnymi oczkami i owłosionymi pośladkami… ale to tylko marzenia. reality show rządzi się jednak swoimi prawami. inna sprawa, że i tak zazwyczaj najbardziej działa na mnie nie tyłek, a uśmiech i błysk w oku… i tak ma być. ba! tak będzie…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg taniec wampirów – na orbicie serc

In point of view minus cztery on 7 styczeń 2008 at 9:54

muszę się pochwalić. a że nieczęsto to robię, to może tym bardziej przyjśc mi to z trudem. ale do rzeczy – od początku roku nie piję kawy. to mega-wyczyn, bo do tej pory dochodziło i do jedenastu kubków dziennie. nie żebym już nigdy sobie nie nalał czarnej trucizny, ale testuję sobie swoje samozaparcie i dyscyplinę, bo będzie mi to potrzebne do kolejnych wyczynów. następna kwestia to porcenty. w zasadzie ostatni kwartał ubiegłęgo roku to była jedna wielka butelkowa balanga. siedziałem sam jak goopia pinda w tej zatęchłej brukselskiej piwnicy i się zaczęło. jedno martini, drugie, wermucik jakiś inny i takie tam. i tak cały październik, potem listopad, aż do grudnia. i pewnej chwili przebudziłem się i stwierdziłem, że koniec. tym bardziej, że genetycznie ciągotki do alkoholu jako potomek wschodniopolskiego rodu mam zakodowane w genach co najmniej jak afroamerykanie (tudzież inni afroobcokrajowcy i afropolanie) wielkie penisy… tak więc tym też muszę się pochwalić, bo od nowego roku mam solenne przykazanie, że nie piję sam. a przynajmniej nie częściej niż raz na miesiąc, coby się usprawiedliwić jak mi przyjdzie ochota. ale najlepsze w tym jest to, że ani kofeina, ani procenty nie zrobiły u mnie tak wielkiego wrażenia, jak wczoraj wizyta u dżeksa i pewne skarby, które mu zakosiłem na momencik. zresztą o tym tutaj pisać nie będę, bo w tym wieku nie wypada.

dzisiaj jestem totalnie niewyspany, bo przegadałem całą prawie noc – znaczy się pół godziny po godzinie duchów poszedłem spać, ale dla mnie to bardzo późno skoro o szóstej trzeba wstać – z eksiem, śnieżynką i pewnym panem, który się do mnie nie odzywał i nagle mu się o mnie przypomniało, kiedy założyłem sobie taki odlotowy profil na fellow, że masakra. no i zaczął mnie podpuszczać, a że ja dupa wołowa jestem, więć się dałem. podpuścić ofkors. co do reszty to może przyjdzie i na to czas. tak więc kolejny krok w stronę rezygnacji z celibatu został zrobiony. znaczy się krzepa wraca, co dodatkowo raduje me serce i duszę. ale to chyba wiąże się z tym, że nikt i nic nie jest w stanie zawrócić mnie z obranego kierunku. mimo że w porównaniu z dwoma laty wstecz jestem już nieco bardziej wymagający kremu przeciwzmarszczkowego, ale jeszcze nie – jakby się niektórzy łudzili – botoksu. poza tym zacząłem produkować znowu hormony i mnie trochę nosi. więc pewnie temu taki banan od ucha do ucha. czyżby wojownicze serce zastępowało tułaczą duszę? oby!

almost-naked-man.jpg

dość przynudzania o moich tam planach, uniesieniach smsowo-mmsowych, nieodebranych rozmowach i olanych oświadczynach. jest nowy rok. jedyna jego wada to taka, że jest pasywny. tfu. znaczy parzysty. a ja wolę jakoś tam nieparzystość. zresztą nie cyferki są najważniejsze, chociaż w gejoffskim świecie po pierwsze trzeba mieć dwadzieścia parę lat i dwadzieścia parę centymentrów. wtedy oni wszyscy leżą u twych stóp. ja dysponując tylko jedną z tych dwudziestek muszę się nieco bardziej postarać, ale to ostatni dzwonek, bo za rok żadnej z tych dwudziestek mieć na pewno nie będę…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg britney spears – toxic

In point of view minus cztery on 4 styczeń 2008 at 10:12

wszystko mnie dzisiaj boli. oczy mnie bolą, kości mnie bolą, włosy mnie bolą, paznokcie mnie bolą, a nawet język mnie boli od nowej szczoteczki do zębów. tylko dupa ani serce mnie nie bolą, co oznacza, że ani się nie puściłem z żadnym super ciachem z dworca pekape, ani się nie zakochałem w jakimś super-mega obiekcie marzeń z pedalskiego allegro. właściwie nawet tymczasowo się stamtąd wypisałem, bo mi się jakoś nagle odechciało tam być. ale pewnie wrócę tam szybciej niż mi choinka zwiędnie. w sumie może trzeba byłoby się zastanowić nad tym, coby coś innego nie zwiędło…

wczoraj spotkałem się z kimś, kogo kiedyś znałem. zero emocji, zero żalu, zero czegokolwiek negatywnego. po prostu takie całkiem miłe kumplowskie spotkanie zabarwione nieco pewnymi złośliwościami. początek jakiejś szczególnej przyjaźni to być może nie jest, choć los czasem jest tak nieprzewidywalny, że szkoda gadać, ale było interesująco. i coby uciąć wszelkie złośliwe komentarze nadal jestem dziewicą wtórną, delektującą się aktualnie białą herbatą. zresztą ja tam na innych gniewać się nie umiem – to raz. a dwa – czasem trzeba sporo czasu, żeby do pewnych wniosków dojrzeć. ale i tak wredny i złośliwy ze mnie pedał…

rece.jpg

gejoffska wersja matki teresy z kalkuty musi odejść w niepamięć. dość uśmiechania się, gdy ktoś wali w ciebie albo w twoich przyjaciół/znajomych gównem. koniec z miłosiernym samarytaninem litującym się nad każdym żuczkiem gnojarkiem, który w tym gównie znajduje satysfakcję i upodobanie. minęły czasy przepraszania wszystkich i wszystkiego za niewłasne błędy i grzechy ludzkości, a jednocześnie schluss-aus-und-vorbei z cierpieniem za miliony. eksiu zapytał mnie wczoraj wobec powyższego, jaki teraz chcę być. a tu nie chodzi o to, jakim być, bo już jestem. cała rzecz w tym, jakim nie być, by nie dać się ciągle upupiać. chociaż właściwie może najwyższy czas, by w innym znaczeniu się dać. i zaśpiewać potem sobie pod nosem, parafrazując słowa shakiry – so i found a reason to shave my legs eggs… a na razie kupiłem sobie za niecałe dwie stówy dla poprawy nastroju perfumy na necie. no i chyba zajebiście sobie ten nastrój poprawiłem, bo wkurzony chodzę, że szastam kasą na lewo i prawo zamiast oszczędzać w trzecim filarze. w końcu za rok z okładem rentka będzie…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg christina aguilera – the right man

In point of view minus cztery on 3 styczeń 2008 at 8:18

nasza-klasa.pl to dziwny portal. w pewnej mierze to totalne fellow, bo wystarczyło zaimportować w nią moją pedalską listę gie-gie, by dowiedzieć się, że adrian to wojtek, grouchy to marcin, a krzysiu-xxl to jakiś tam hubert iksiński. poza tym, o ile panowie na fellow byli jakby bardziej oszczędni w pokazywaniu swoich fotek albo wybierali najlepsze z moich obrazów, to tutaj mamy ich w całej okazałości – bez makijażu, ciemnych okularów czy filtrów photoshopa. na dodatek wiem, z jakiego miasta pochodzą czy do jakich szkół uczęszczali. kiedy to się na nich może zemścić, ale to już inna inność. ja zawsze mówiłem – miej dwa, a najlepiej trzy numery gadulca. jeden dla przyjaciół i wrogów, drugi do kontaktów oficjalnych, a trzeci tylko i wyłącznie dla kontaktów seksualnych. bo nigdy niewiadomo, kto kiedyś to przeciw komuś wykorzysta… ale to tylko tak na marginesie, bo chodziło całkiem o co innego, a mianowicie instytucję tzw. znajomych. taki jeden z drugim zaprosi cię do swoich przyjaciół, a jak spotka na mieście, to udaje, że nie widzi. normalnie tragedia. ostatnio siedzę sobie u fryzjera i wchodzi kolega zbyś z pierwszej de, który ku mojemu wielkiemu wpisał mnie na listę znajomych, choć nie gadaliśmy od końca komunizmu w polsce. więc przygotowany na trzy-cztery zdania do zamienienia, liczyłem na jakieś przywitanie, a pan jak tylko mnie zboaczył – głowa w drugą stronę i dawaj w inny kąt poczekalni, jak gdybyśmy siedzieli w kolejce do testowania na hiv. masakra. tak więc kolejnym postanowieniem na nowy rok jest – nie ilość, a jakość w naszej klasie…

jeśli już tak dzisiaj się kręci wokół tego fellow dla ubogich, to ja już jestem rozdziewiczony. mieliśmy takie mini-spotkanie ze znajomymi ze studiów – trzech chłopa (jeśli przymkniemy oko na mnie) i jedna dzioucha. posiedzieliśmy, pogadaliśmy, pocykaliśmy fotki i poszliśmy do domu. ofkors piwo też było. jedno pewnie z ostatnich albo nielicznych, jakie wypiję w tym roku. po prostu odtruwam się od alkoholu, kofeiny, mbs’ów i chromosomów igrek. generalnie noworoczne postanowienia nie za bardzo można zaliczać do takich, które mają jakiekolwiek znaczenie, ale chętnie się poddam temu testowi. tym bardziej, że pierwszy basen w tym roku mam za sobą. potem jeszcze tylko wyczyszczenie ze wrzodów pewnych ludzkich relacji (ciekawe czy panowie – bo głównie o nich chodzi – będą w stanie pewne rzeczy skapować), a na koniec lekcje tańca, na które wyciąga mnie wiejska. a że nie mam totalnie nic innego do roboty po robocie – to chętnie skorzystam. jakby się jeszcze jakiś nauczyciel hebrajskiego znalazł w okolicy to byłbym przeogromnie wdzięczny i szczęśliwy. a jak się nie znajdzie, to pójdziemy na angielski. albo prawko na walec…

anthonydsc09435_sm.jpg

instrukcja obsługi do innego człowieka to dzieło na miarę literackiej, medycznej, fizycznej, chemicznej i ekonomicznej nagrody nobla. a i pewnie pokojowa by się zdarzyła. tak czy inaczej chętnie bym pewne rzeczy zrozumiał, bo czasem ich nie kapuję. tym bardziej, gdy ktoś tam sprawia, że nie rozumiem ich w ogóle. ale co tam – ja jeszcze z wiosną się rozkręcę. ale pewnie wcześniej eksploduję i komuś wyrządzę ogromną krzywdę. poza tym dzisiaj się będzie działo…

ipod-earphones-stock-thumb.jpg alicia keys – no one

In point of view minus cztery on 2 styczeń 2008 at 10:07

no i pierwszy dzień roku już za mną. spędzony w zasadzie na jednym wielkim olaniu systemu – z wyjątkiem ikspeka. właściwie bogu jestem wdzięczny, że nie obdarzył mnie vistą, która jest równie ergonomiczna co liczydło. pewnie zsiwiał bym jeszcze bardziej na plecach, a na dodatek dostałbym pryszczycy na oczach. to co przeżywam z laptopem wiejskiej i tym ponoć wiekopomnym dziełem panów z majkrosoftu, to chyba jeszcze gorsze niż szukanie męża w żeńskim chórze cerkiewnym. jeden dzień za mną, a zostało ich jeszcze trzysta sześćdziesiąt pięć. to długo i niedługo zarazem. ale nie ma tak źle, jakby mogło się wydawać. na początku ograniczamy używki – kawę i alkohol, a z czasem internet. potem kupujemy krem przeciwzmarszczkowy na noc (na dzień przyjdzie czas za rok). w dalszej kolejności kupujemy karnet na basen, bo czuje że moje kości zaraz zostaną pobłogosławione przez osteoporozę, a kółko ratunkowe stanie się naturalnym wyposażeniem mojej wspaniałej cielesności w postaci boczków wypływających z boksów i stanę się równie atrakcyjny co veronowsko-feldbuschowski blup. z czasem przyjdzie kolej na rozwój psycho-intelektualny, czyli więcej liter niż czcionek. a na koniec większa koncentracja na sprawach zawodowych (to oczywista oczywistość) i sercowych (to życzeniowa życzeniowość). tak czy inaczej lista pewnych zmian – including miejsca blogowania – robi wrażenie. ale największe wrażenie chyba zrobi zmiana podejścia do siebie. pewność siebie i wygłaszanych sądów i opinii (choćby nie były do końca najwyżej kwalifikowane przy najwyższej ich kwalifikowalności) to zadanie na miarę polskiej reprezentacji jazdy figurowej na wrotkach. po prostu zbić mnie z tropu będzie cholernie trudno. ale wiem jedno – ten rok na pewno nie będzie tak udoopiony, jak przedwczorajszy. a moje problemy muszą być co najmniej tak samo ważne, jak cudze.

siedzę sobie w pracy, pisząc ten tekst, a przy okazji ślęcząć nad zarządzeniem (napisałem je w 30 minut), pismem do wojewody (5 minut!) oraz korektą lokalnej pozycji w rejestrze biblioteki narodowej (to wciąż przede mną). olewam dzisiaj gadulca, choć świecę jak sarna w czarnobylskim lesie i czekam pogrzebu. ale to dopiero o czternastej w kościele u innej wiary. w sumie na chwilę obecną mam pewien lekko olewatorski stosunek do religii, bo jakieś parę dni temu usłyszałem, że moja tzw. nominacja jest nie najlepiej postrzegana z uwagi na mój katolicyzm. jak moi pt. czytelnicy mogą łatwo zauważyć moja ortodoksja i zapał jest co najmniej na plus jedenaście w dziesięciostopniowej skali toruńsko-katolickiej. ale co tam – mam w końcu kępkę wyleniałego (czy wyliniałego?) moheru na klatce piersiowej, więc mogę się kojarzyć…

para.jpg

wczoraj pogadałem z wiejską przez telefon. dzieje się u niej źle. mąż kazał jej zamówić egzorcystę, bo to w niej siedzi szatan, a sam poszedł czem prędzej do stajenki – tfu, kościoła znaczy, choć przez cały rok się nie fatygował. zresztą to dziwny koleś – facet znaczy, bo starszy nawet ode mnie (co się czasem również zdarza!). tak więc państwo wiejscy chyba zbliżają się do własnego linka w kundelku (bo na wsi pudla nie uświadczysz) i wojna będzie jak co najmniej na słowacji, o czym mowa w hostelu jeden. potem akcja pewnie stanie się jeszcze bardziej dynamiczna. ale idę o zakład, że wiejska wyjdzie z tego cało – jak w sylwestrowy wieczór, kiedy wywaliła się na śniegu, a małżonek nawet nie podbiegł, by podać jej rękę… następny rozwód w rodzinie to eksiu. znów się pokłócił ze swoim aktualnym. ale nie chciał wiele gadać, więc bliższych szczegółów nie znam. z wyjątkiem tego, że profil z fellow wyparował równie szybko i cicho, co obietnice platformy w zakresie ósmego cudu świata. tak czy inaczej uzwiązkowienie to chyba nie do końca najfajniejsza rzecz na świecie. ale co tam – tak i tak to mój cel na kolejne miesiące tego roku. i co? zdziwko…?

ipod-earphones-stock-thumb.jpg oh laura – release me (the attic remix)

In point of view minus cztery on 1 styczeń 2008 at 0:26

…i wiejska odeszła od męża. eksiu nie odbiera telefonu, a nawet go wyłączył. rozlałem ruskiego szampana, a na dodatek piję go sam. się zaczął – szczęśliwy numerek dwa tysiące i osiem. z jednym dniem gratis w promocji z okazji lutego. jaki będzie? nie mam pojęcia… ale życzyłbym sobie, żeby pod każdym względem był lepszy od tego z siódemką na końcu, który z jednej strony zakończył się wcale nieźle na papierze i zapisach bankowych, a z drugiej strony – to jedna wielka kicha. w takie dni jak dzisiaj człowiek dojrzewa do stwierdzenia, że gonitwa za kasą, prestiżem i stanowiskami jest tak naprawdę gówno warta, jeśli jej efektów nie można dzielić z kimś dla siebie ważnym. całe szczęście, że instytucja przyjaciół i rodziny się stale poszerza. po prostu…

ale po kolei. zwą mnie mattithyaahu. nie jestem ani z nikim spokrewniony, ani skoligacony, kto pisał podobnego bloga. moja tu obecność ma być swoistą cezurą mojej bytności w sieci. ten rok ma być inny pod każdym względem od poprzedniego. trzaskam drzwiami, nie uważając czy będzie kogoś to kosztować palce. nie wiem nawet, czy summa summarum palców nie stracę ja sam. tak musi jednak być. człowiek powinien zapomnieć to co było złe, ale i to co było dobre. bo żywiąc gniew i złość nigdy do przodu nie zajdzie, a i tak będzie popełniać te same błędy. uśmiechając się na myśl o tym, co kiedyś było dobre, nie zyska nic innego jak kilka łez w oczach, które same za siebie powiedzą, że teraz jest gorzej. po prostu musi być granica. i to właśnie jest moje postanowienie noworoczne. ten, kto kiedyś wojował o światło i ten, kto tułał się bez celu musi zniknąć. bo z wojownika-tułacza nie będzie nigdy pożytku. nigdy nie zagrzeje miejsca na ziemi, a i zarazem nigdy światła nie utrzyma.

czas przeciąć tę pępowinę, by rozpocząć coś całkiem nowego. i wierzę, że się uda. ale samemu z całą pewnością nie. to wiem, jak nigdy przedtem. ale nie wiedziałbym tego, gdybym po drodze nie stał się mattithyaahu.

ipod-earphones-stock-thumb.jpg tomboy – it’s ok to be gay