eR

Archiwum z październik, 2007

TRZY KOLORY: CZERWONY

In point of view minus cztery on 28 październik 2007 at 19:01

Spytano mnie ostatnio o pasję. Nienawidzę tego pytania, a każdy kto je zadaje winien liczyć się z tysiącem strzał mojej wyobraźni przekłuwających jego pe-ha-pięć-i-pół. Może kiedyś wyjaśnię dlaczego. Zresztą ostatnio kompletnie nie mam pojęcia, dlaczego podejmuję dziwne akcje względem moich eksów. Wobec jednego jestem zamknięty i wycofany, drugiemu piorę prawdą w oczy niczym pewien pan chince spawarką w hostelu jeden, a trzeciego obdarzam swoimi nagimi fotkami. Dziwna sprawa. Dziwny ja. Za tydzień będę w polsce. Nie wiem czy się cieszę. Wiem, że może lepiej byłoby zostrać tutaj. Ale kto wie co się stanie – na obczyźnie stałem się niczym lenin. Rewolucjonistą.

TRZY KOLORY. CZARNY.

In point of view minus cztery on 26 październik 2007 at 20:43

Kochany blogu! Liczę dni. A szczęśliwi ponoć nie liczą godzin i lat. Ale mniejsza z tym. Liczę dni, bo za równy tydzień trzeciego listopada w dzień wylotu-powrotu będziemy ze sobą już dwa lata. Wow. Słucham mozarta. Dokładnie arii królowej nocy. Boskie! Ale nie o tym dzisiaj. Coś za coś. Jestem mistrzem kompromisu. Takim samozwańczym niczym historyczny dymitr. To prawda. Aber die hauptfrage ist ob ich eigentlich damit einverstanden bin. Chyba nie. Hmmm… wermuty litrowe za 2,50 ojro? Wow2. Boskie… ceny znaczy. Podobno mam wrócić do pracy. Podobno. Michalis Hatzigiannis. Wow. Luke MacFederlane. Wow2. Bree Van De Kamp. Wow3. Moi drodzy, november rain spłucze wszystko…

[*]

In point of view minus cztery on 24 październik 2007 at 7:04

Anna Baranowska nie żyje… Smutne.

LISTOPAD NADZIEI

In point of view minus cztery on 22 październik 2007 at 18:19

Jeszcze nigdy w życiu nie stałem w kolejce do urny godzinę. Zawsze myślałem, że dopiero po śmierci będę czekać aż mnie spalą, ale życie okazało się bardziej zaskakujące niż mogłem to w ogóle przewidzieć. Ten cały bałagan w brukselskim konsulacie mnie zirytował tak bardzo, że pokłóciłem się z ochroniarzem, który chciał mnie wywalić poza teren placówki dyplomatycznej. W koncu jednak ugiąłem się pod autorytetem jego pełnomocnictw oraz spojrzenia z jakiejś linijki nad czubkiem mojej głowy i dobrodusznie wyjąłem klapki i ręcznik z plecaka, udowadniając, że mimo totalnego zarostu na twarzy (tylko niestety) nie aspiruję do roli osamy bin ladena i nie zamierzam wysadzić w powietrze konsula generalnego ani z jego fotela podwładnego anny ef, ani tym bardziej z tego świata. Tak więc po pewnych perturbacjach udało mi się wejść do piwnicy pełnej rozwścieczonych czekaniem fanów trzeciej, czwartej i piątej rzeczypospolitej, gdzie jednak największą ochotę na dowalenie komuś odczułem w dwóch momentach. Raz, gdy kobieta z rozwrzeszczanym berbeciem na rękach wdarła się przede mnie i dwa, gdy odsyłano mnie od stolika do stolika, by za czwartym podejściem okazało się, iż osoby z zaświadczeniem z urzędu gminy głosują pod literką em jak dyplomatołki. I wtedy nadeszła chwila prawdy… Okazało się, że mam wielką warszawską listę, która mnie właściwie nie obchodzi. Nie znam tam nikogo poza dwoma przywódcami dwóch wielkich partii i jednego geja na liście partii na trzy pe, a na czele psl-u przedstawiciel pokolenia giegie. Na dodatek jakiś starszy jegomość zwrócił mi uwagę, że w takim miejscu jakim jest ambasada mam nie nosić czapki. Poczułem się w tym dniu wspaniałym kilka razy jak małe dziecko, które jest strofowane przez wszystkich dookoła. Wieczorem apogeum. Raz po raz zjebka za wybory, których dokonałem. Najlepsze, że nikt się nie zapytał na kogo zagłosowałem, a opierał się tylko na moich uprzednich deklaracjach. Zostałem odsądzony od czci i wiary, a przede wszystkim rozumu. Fajnie. A na kogo głosowałem? Tak. Zdziwilibyście się. Ale się nie zdziwicie. Bo nikt się nie dowie – wybory były tajne, więc opierając się o materialny aspekt tej zasady prawa wyborczego nie mogę powiedzieć.

W bordowym szalu mi do twarzy. Z uśmiechem na twarzy zresztą również mi do niej. Jeszcze dwa tygodnie i wracam. Czy się cieszę? Tak i nie. W sumie są pewne okoliczności, dla których chętnie bym nie wracał. Ale listopad ma przynieść ogromną zmianę w moim życiu. Nastawiłem się na tak, ale czy się ziści nie wiem. Co będzie jeśli nie nie chcę nawet myśleć. W sumie wtedy będzie chyba bardzo źle. A choćby na chwilę chciałbym się poczuć, że mam życie w garści, bo na razie w garści ma ono mnie. Poza tym dzisiaj znów nie było ciepłej wody. Ale to dobrze – zimny prysznic sprawia, że od razu chce się nam żyć. Pogoda tu jest boska. Niby jeszcze jedno, ale to dopiero w listopadzie w sumie…

ŻAL MI TYLKO MARZEŃ

In point of view minus cztery on 17 październik 2007 at 22:20

W dniu, w którym opuszczę brukselę, stuknie dwa lata odkąd zacząłem na serio pisać bloga. Trochę wody przez ten czas upłynęło, trochę zmarszczek mi przybyło, trochę się podziało. Ale dlaczego to piszę. Hmmm… bo właściwie dzisiaj powinienem wykasować wszystki dotychczas napisane notki. Nie, nie uciec. Nie mam takich zamiarów. Ale po prostu niczym mazowiecki odkreślić przeszłość wielką grubą niczym ja lat parę temu kreską. Nie zapomnieć, ale wybaczyć. Sobie przede wszystkim. I zastartować od początku. Po prostu czasem każdy z nas ma ochotę, zrobić sobie małe przewietrzenie w życiu. I odkąd jestem tu na belgijskiej ziemi mam sporo czasu, by tak do końca zastanowić się nad wszystkim. I o zgrozo dochodzę do takich wniosków, że skóra mi cierpnie i nie mogę w to uwierzyć. Odkrywam siebie coraz bardziej i coraz bardziej pewne rzeczy mi się podobają, a inne totalnie mnie przerażają. Co najśmieszniejsze delektuję się swoją samotnością – przebywam we własnym towarzystwie bez przyjaciół, bez znajomych. Sztywne stosunki służbowe, kilka niezobowiązujących rozmów ze współmieszkańcami, kliknięcia na akuku. Reszta jest tylko milczeniem. I myśleniem…

Generalnie każdy gej (albo prawie każdy) ma to do siebie, że mniej lub bardziej chce się zakochać. No i chyba nie tylko gej, ale ograniczę się do mojej orientacji w bezczelny sposób olewając heterycką większość. Co więcej ten wpis jest cholernie serio, więc właściwie każdy pobłażliwy ton w komentarzach bezczelnie zlekceważę. W sumie już od dawna nie byłem taki poważny. Po prostu dzisiaj mam ochotę na chwileczkę zapomnienia. Ja jednak od paru dni zrozumiałem, że szczęście można złapać w różnej formie – nie tylko w postaci cudzego penisa, cudzych oczu, cudzego oddechu. Czasem trzeba odpowiedzieć sobie na proste pytanie, czego oczekuję od życia. Czego temu życiu mogę dać od siebie. I wychodzi na to w prostym rachunku, że całkiem dużo – i to w obie strony. Tak więc chcę odkryć inną stronę swego życia. Nie uganiać się za wielką miłością bo słowa z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, ale spróbować po prostu zaczerpnąć powietrza. Tak jakoś. Dlatego też całkiem świadomie i dobrowolnie dziękuję potencjalnym loverom za uwagę, całkiem świadomie odchodzę z tego cudownego poniekąd świata gejów i lesbijek, całkiem świadomie robię w tył zwrot. I nie – drogi j. czy m. – nie przemawia przeze mnie jakaś gorycz, depresja czy dół. Długofalowo podobnych stanów emocjonalnych nie potrafię utrzymywać. Za bardzo kocham życie, za szybko nudzę się smutkiem, by pielęgnować w sobie gorycz czy żal. Po prostu nie mam na to czasu. Inna sprawa, że ostatnio gejowski świat zaczął mi się kojarzyć tylko z wymianą płynów, a ja przecież uczuciowym idealistą jestem. Chcę wszystkiego albo nie chchę nic. A że wszystkiego nikt nie jest na dzień dzisiejszy w stanie mi dać, wybieram nic. Lepiej umrzeć z głodu, niż z przejedzenia. Estetyczniej…

Niech więc dzisiejsza notka będzie taką cezurą. To co było powyżej, było. To co będzie poniżej będzie. Jestem przekonany, że moja decyzja jest na dzień dzisiejszy jedyną właściwą. Jestem poniekąd znany ze swej cholernej konsekwencji, jeśli chodzi o życiowe wybory i nikt mi nie może zarzucić, że jestem jak chorągiewka, a moje decyzje są jak latawce, dmuchawce i wiatr. Nie. Niue jest tak. Inaczej nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Inaczej wciąż siedziałbym z nadwagą i kompleksami. Tak siedzę tylko z kompleksami.

WARRIOR W BRUKSELI – REWOLUCJE

In point of view minus cztery on 16 październik 2007 at 19:47

Mam myśl! Znaczy ja raz po raz mam myśli i potem mam. Za to znaczy się mam. Bo myślenie utrudnia życie. Sprawia, że zamiast działać zastanawiasz się co by było gdyby i takie tam. Ale dzisiaj nie filozofuję. Dosyć. Siedzę na wygnaniu i mam genialnie mnóstwo czasu, by się nad sobą zastanowić. Lubię się nad sobą zastanawiać. Czuję się wtedy jak uczestniczka miss world opowiadająca o pokoju na świecie. Wow, nie? Tak czy inaczej łażę po brukseli a-pie ze słuchawkami w uszach (swoją drogą muszę sobie kupić nowy empecz), podrygując do piosenek dany international i mutyi bueny. W ogóle idę i się śmieję. Bo załadowałem sobie takie dziadostwo na lępetrła, że masakra. Ale właśnie, przecież miałem myśl… Tak w ogóle to psycho ma dzisiaj urodziny. Dostał esa. Jakieś dwa tygodnie temu urodziny obchodził królik, więc tylko zedytowałem, zmieniłem kilka liter i niech się cieszy… Ja się cieszę też. Tak na marginesie poplotkowałem dzisiaj z panią dyrektor. Śmieszne, gdy paniujemy/panujemy sobie z osobami w naszym wieku. To oznaczać może tylko i wyłącznie to, że się starzejemy, poważniejemy i ogólnie oddalamy od czasów, gdy można było zakwakać do telefonu pani kaczce, a panią ogórek wprawić w zakłopotanie pytając o rozmiar ogórka jej małżonka. No cóż, bygones, by zacytować richarda fisha z oglądanego przeze mnie już enty raz serialu o ally prawniczce. Wow. Dziś umarł sędzia boyle. Can you show me your teeth? Tak czy inaczej jest śmiesznie. Również dzisiaj wysłałem trochę pocztówek. Wow. Lubię pisać listy i mejle. Ktoś może byłby chętny zostać moim pen-palem? Tak to się pisze w ogóle?

Miałem napisać coś kontrowersyjnego, chciałem zrobić coś szalonego. I zrobiłem. Napisałem list do szefa… Ciekawe jaką będzie miał minę… Poza tym w brukseli na każdym kroku widać fajne ciacha. Niestety mieszkam w arabsko-afrobelgijskiej dzielnicy, więc nie mam nonstop podobnych widoków, bo niestety ciemnoskórzy faceci – jakby to powiedzieć, by ich nie urazić i nie narazić się na zarzut rasizmu tudzież dyskryminacji… – no oni po prostu nie mają predyspozycji na ciotki. Są zbyt umaczowieni. Ta brylantyna, wyżelowane włosy. Po prostu tacy z nich geje, jak ze mnie hella von sinnen. Ale za to w centrum – bosko! Co trzy minuty można nadziać się na takie mięsko że aż żal pościć w piątek. Ale w związku z tym, ze bardzo poważnie podchodzę do mojego tymczasowego ustosunkowania się do tych spraw, ani mnie to ziębi, ani grzeje… Właściwie miałbym ochotę iść na basen. Wczoraj dostałem namiary na trzy takie obiekty, a tymczasowy szef zaproponował nawet, że pójdzie ze mną. Wow. Poza tym cierpię na nadmiar brzucha. Ale jak ktoś powiedział – włosy zakrywają wszystko. Bosko. Lubię owłosione brzuchy, pośladki i inne tego typu hece. Na szczęście tymczasowy szef jest glacogłowy. Tym lepiej. Hormony nie narobią mi obciachu…

army of lovers – sexual revolution

WARRIOR W BRUKSELI – HAMULEC BEZPIECZEŃSTWA

In point of view minus cztery on 15 październik 2007 at 13:46

Słyszysz dzwony? Ja słyszę. Biją. Nie, nie mnie… I hope przynajmniej. Biją w podobny sposób jak johnowi cage’owi z boskiej ally mcbeal. Jeśli bowiem czujesz się na tyle silny, by czegoś dokonać, co sobie zaplanowałeś, to je usłyszysz. Ja słyszę.

Jedna znaleziona owca warta więcej niż dziewięćdziesiąt dziewięc niezagubionych. Czy aby? Tak czy inaczej wczoraj zakończyłem swoje pedalskie poszukiwania. Że znalazłem? Nie, nie… Chociaż jeden znajomek powiedział mi, że profil na fellow kasuje się tylko i wyłącznie wtedy, gdy nasze poszukiwania zakończą się sukcesem. A jak wiadomo sukces jest tylko i wyłącznie wtedy możliwy, kiedy dążymy do jego osiągnięcia. I tu właśnie ze mną był problem… Po prostu tak naprawdę nie chciałem znaleźć. Może to zabrzmi głupio, ale dawno nie byłem nie w związku. I chyba teraz zaczynam chcieć poza nim pozostać. Po prostu jakoś i nie po prostu. Ale coby było, to napiszę krótko – otóż siedziałem na tej pedałowni od kwietnia i nie poznałem tam nikogo, kto mógłby się wtrynić w moje życie. Po prostu nikogo… Że niby psychologa? Pewnie był najbliżej, ale nie chciał, więc nie będę go przecież zmuszać. Dzisiaj wiem, że dobrze zrobił, bo pewnie byłby tylko interrexem. Czy wykluczam uzwiązkowienie się? Nigdy w życiu. Po prostu tymczasowo się poddaję. Nie mam sił na szukanie, ani na tkwienie w tamtym miejscu. Po prostu. Jeśli ktoś twierdzi, że tam wrócę i takie tam, to pewnie może ma rację, ale w tym punkcie mojego życia musiałem postąpić, jak postąpiłem… Inaczej robiłbym coś bez przekonania, a jedyną rzeczą, którą mogę tak wykonywać jest moja praca…

Właściwie zaczyna mi się tu podobać. Jestem między podobnymi mi osobami. Banda europejskich nierobów – mejle, mesendżery, lancze i pierdoły. Żyć nie umierać. Tęsknię za swoją pracą – przygotowałem jedną małą opinię prawną, która otwiera mi drogę do awansu. Że naciągana? Nic to… Czy chcę? Cholernie. Czy się uda? Równie dobrze ktoś mógłby mnie zapytać o szanse powodzenia dla negocjacji załogi fabryki szpulek do nici na przedmieściach ułan-bator z dyrekcją zakładu w sprawie wody mineralnej i koloru fartuchów… Nie wiem. Nie mam pojęcia. Cholera. Ale tak czy inaczej wiem, że chcę. A że kosztem mojego pedałowania? No cóż – przesiądę się z roweru do bryczki. Wio koniku. Ihaaa!

WARRIOR W BRUKSELI – PICCOLO CORO DELL’ANTONIANO

In point of view minus cztery on 12 październik 2007 at 21:35

Strejndż. Bruksela jest wery strejndż. Ceny są totalnie strejndż. Weźmy jogurt. Kosztuje 1,50 ojro. Sorry… loro miało być. Ojro to niemcy. Kocham niemcy – dla mnie to kwintensencja europy. A co ja mam zamiast europy? Jakieś frankofońskie za przeproszeniem zadoopie. Litości. Czy ci ludzie nie znają normalnego języka? Nie mówię już o polskim, ale chociażby o pięknej mowie goethego, schillera i herr flicka. Czy ja tak wiele wymagam? Nie! Jestem minimalistą. Na przykład w związkach wymagam niewiele. Lojalności i jakiegoś tam oddania. Nawet nie miłości. Nawet nie radości bycia ze mną. Zresztą będąc ze mną można odczuwać li tylko refleksję. I’m troubled. Było minęło i takie tam. Ale nie o tym miało być. A… już wiem o czym. O loro. Zresztą przypomina mi się z dzieciństwa taki dziwny zespół cekino-doro. Znaczy pisze sie to chyba inaczej, ale ja nie jestem specjalistą do spraw pedalskich języków, za jakie sprawiedliwie uchodzą włoski i francuski. Nienawidzę francuskiego języka. Musiałem się go uczyć wbrew sobie cztery lata. Madame bluszcz, pożal się boże pocahontas. Albo renee… Kocham renee. Ale bardziej wolę calistę. Albo dżordżię. Ma klasę kobieta. Tylko to imię. Gruzja – sopho kalvashi… Oj, właśnie ktoś na gie napisał. Momento… Może mnie przez chwilę nie być…

Już jestem. To tylko pan żyleta. Myślałem, że to mój nowy cel podrywu, ale poszedł się położyć, biedak… Aaaa… ciągle nie skończyłem o cenach. A więc… Ach, zdania się nie zaczyna od “a więc”, więc inaczej. Tak więc kupiłem dziś wermuta za dwa ojro. Znaczy loro. I sprajta za qwa jeden pięćdziesiąt – i to półtoralitrowego. No halo… rąbnijcie mnie… Zresztą w sumie drażni i nie drażni mnie ten kraj. Jakbym jeszcze tu jakiś basen zlookał, byłoby okki. W sumie przyzwyczajam się, ale tęsknię. Tęsknie za tanim żółtym serem, wredną panią kioskarką, niemiłą sklepikarką, marudzącym eksem, kochającą siostrą, zwariowaną szefową, wiecznie obwiniającą się o wszystko wiejską i moim łóżkiem, które biedne musiało znosić masę mojego i kogo-innego d.n.a. Po prostu nie nadaję się na emigranta. Jestem patriotą. Nawet debatę dziś obejrzałem. Lubię jarka, pewnie na niego zagłosuję… Bo tuska nie cierpię…

A jutro mam randkę z pissingiem. Z mannekenem. Wow! A mariele ventre nie żyje. Aż mi się przykro zrobiło…

WARRIOR W BRUKSELI – PART ONE

In point of view minus cztery on 7 październik 2007 at 9:21

Unia Europejska jest jednak boska! Polityka równych szans, o której w swojej pracy napisałem się więcej niż smsów do moich wszystkich facetów razem wziąetych, jest jednak rzeczywistością. I to polityka w każdym kierunku ofkors. Czuję się w ogóle jak bohater smaku życia – tyle tylko że zamiast w fajnym mieszkanku żyję sobie w piwnicy zwanej przez co niektórych norą. W sumie coś w tym może być, bo garaż, który wynajmuję sąsiadowi spełnia chyba wyższe standardy bezpieczeństwa niż mój pokój. Przede wszystkim miesięcznie kosztuje trzy dychym, a moje tutaj lokum dwa tysiące. No i garaż jest równo z linią horyzontów, a moim głównym widokiem są łydki ludzi wysiadających z autobusu. Tak, tak – dodatkowa atrakcja mojego tutaj pobytu, to zatrzymujące się cztery razy na godzinę autobusy, rozmowy w językach dla mnie totalnie obcych pań i panów, ich krzyki i kłótnie oraz zepsute żaluzje w oknie. Tak więc, jeśli chciałbym wpuścić trochę słońca w swoje cztery kąty – musiałbym podnieść całkowicie ten metal, który wyżej jakoś szumnie na wyrost nazwałem, a jeśli zależy mi na mojej tzw. prywatności, to mam światło. Generalnie atrakcji jest tutaj więcej, ale może powoli…

W ogóle zaczęło się od tego, że miałem jechcać na lotnisko z wiejską babą. Tuż piętnaście minut przed godziną wu, napisał esa do mnie jej mąż z pytaniem, czy aby by mi nie przeszkadzało, że pojedzie z nami. Co miałem robić? W sumie żałuję teraz, że sobie nie pozwoliłem na mały teścik i nie napisałem, że owszem przeszkadzałoby. Ale po co niszczyć małżeńską idyllę wiejskim? Po co prowokować zbędną i niczym nieuzasadnioną zazdrość? Choć jakby się nad tym zastanowić to nie pierwszy taki przypadek… Inna sprawa, że zazdrość dla mnie jest tak samo absurdalnym uczuciem jak nienawiść. Oczywiście nieuzasadniona i chora zazdrość, która może wynikać albo z faktu, że ma się samemu coś na sumieniu, albo z faktu, że nie ufa się swojemu partnerowi. A wtedy tylko krok do szlus-aus-und-forbaj… Tak czy inaczej dla mnie dwa ostatnie przykazania są święte. Proste: cudze – nie rusz. I wszyscy, którzy mnie znają o tym doskonale wiedzą. A jeśli już nie mogą się powołać na znajomość mojej osoby, to niech lepiej się zastanowią czy znają i ufają swojemu partnerowi, bo jeśli nie, to niech lepiej już teraz dadzą sobie na wstrzymanie, oszczędzając problemów sobie i jemu/jej w niedalekiej przyszłości. Tam gdzie kończy się zaufanie, kończy się partnerstwo, relacja i związek. Nie mówiąc już w ogóle o miłości…

Leciałem po raz pierwszy samolotem. Chyba więcej adrenaliny miewam, wyprzedzając inne samochody swoim własnym. Zresztą chyba nawet seks jest już fajniejszy. Jedno co mi utknęło w pamięci, to boski celnik na lotnisku i mniamowy steward na pokładzie. A na imię mu było miroslav. Słowak…

Siedzę więc sobie w mojej norce po cichu i delektuję się internetem, który mam dopiero od wczoraj. Między innymi dzięki mnie. A dlaczego? Bo tylko polak wiec jak należy sklecić dwa przerwane kable zusammen do kupy bez użycia wtyczek, a samej tylko plasteliny tudzież taśmy klejącej. Nie zrobi bowiem tego ani anglik (23-letni charlie), ani niemiec (23-chybaletni moritz), ani tym bardziej dwudziestokilkuletnia francuzka, której imienia nie pamiętam (no cóż… kobieta… not my type.). Tak czy inaczej mamy internet – jak długo nie mam zielonego pojęcia… Ale nie mam kluczy i siedzę w domu. W poniedziałek mam mieć. Wow! Wtedy dopiero wybiorę się na randkę z mannekenem. Kochany, pewnie czeka. A tymczasem delektuję się spleśniałym serem, przeterminowanymi płatkami fitness i kwaśnym mlekiem, które miało być fresh, kupionymi w tureckim sklepie za rogiem. Sałatkę rybno-ryżową musiałem wywalić zaraz po otwarciu. No i kawą ofkors – najdroższą na świecie, bo dziesięć ojro za 250 dag. Ale tego bym sobie nie mógł odmówić, nawet gdyby miało mnie to kosztować nawet moje dziewictwo…

Łansmor… Gdy szedłem sobie z lotniska na dworzec, z dworca do metra i z metra do mojej nory in spe, która leży w cudownej dzielnicy w centrum, doszedłem do wniosku, że jeśli mieszkać, to tylko tutaj. Dlaczego spytacie? Zagęszczenie ciastek jest tutaj szesnaście razy większe niż w każdej jednej cukierni świata. Mniam.

ACH JO

In point of view minus cztery on 1 październik 2007 at 11:45

Świat oszalał, a ja razem z nim. Mam zmieścić się w dwudziestu pięciu kilogramach, w tym pięć mam mieć w ręce. I teraz co z sobą wziąć? Które spodnie, jaką bieliznę, ile skarpetek… Muszę kupić dżinsy i nowe buty. Ale jakie? Ciemnoniebieskie czy jasne? A buty wygodne czy do sneackersa? Shit. Nienawidzę pakowania. Na miesiąc jeszcze nigdy nie wyjeżdżałem i pewnie zapomnę połowy rzeczy. Może płynu do soczewek, może okularów, a może i pieniędzy. Szajse. Czy ma ktoś może gotową listę podróżną, bo czuję że się pogubię. Przeszukałem cały net i nic. Nie ma kompletnie żadnej strony na temat przygotowania do podróży. Za to całe mnóstwo jakichś pierdół i wcale nikomu niepotrzebnych informacji o podobnych przypadkach jak ja. Zero recept na uskutecznianie pakowania się. I to jest problem. Poważny.

Jeszcze cztery noce na swoim tapczanie. Potem trzydzieści nocy sio. Czuję się już jak mickiewicz na emigracji. Pewnie pana tadeusza ani nie napiszę, ani tym bardziej nie przelecę (ach ten żebrowski!). Poza tym miesiąc abstynencji seksualnej dobrze mi zrobi. Myślę w każdym razie, że tak będzie. Ponoć mam się zmienić na wygnaniu. Może jakaś mała płcio-operacyjka albo kuracja botoksem. Tak! Botoks zamiast mózgu, to jest wyjście. Skoro innym się z tym powodzi, może powinienem spróbować…

Radość o poranku. Nie ma jak wstać, otworzyć okiennice i słońcu popatrzyć w oczy. Nie ma jak schnell-kuracja hormonalna zaraz skoro świt. Taki big zastrzyk emocji na cały dzień. Aż chce się żyć, uśmiechać i oddychać. Ten rok jest dziwny, ale nie ma jak chirurgiczne cięcie – dokładne, subtelne i bezbolesne. Czasem tylko blizna zostanie. Na duszy. Więc nie widać. Życie to jedno wielkie przeciskanie się przez tłum przypadkowych i mniej przypadkowych ludzi. Czasami kogoś można trącić łokciem, kogoś zdeptać czy szturchnąć. Inna sprawa, że trzeba być przygotowanym na to, że ktoś nas tym łokciem trąci, ktoś nas zdepta czy szturchnie. Trzeba być gotowym i odpornym. To złe? I tak, i nie. Ale… Jest właśnie jakieś ale. Można przyjąć na siebie ciosy, ale nie można w żadnym wypadku być powodem, by ktoś inny obrywał za nas. Na takie zasady w tłumie się nie zgadzam. Wtedy lepiej zmienić pozycję. Mieć problemy to zupełnie coś innego niż być problemem. A więc skyeurope bejbis! Si ja, jor warrior-brukselka.