eR

Archive for wrzesień 2007

NIEBIOSA ROSĘ

In point of view minus cztery on 29 wrzesień 2007 at 18:23

Sobota wieczór, a ja na własne życzenie siedzę sam ze sobą w domu. Z głośników powoli sączy się bette midler popędzana przez duet isobel campbell & marc lanegan, dopijam kawę i delektuję się byciem w domu. Nie będzie mnie tutaj miesiąc. Pewnikiem będę siedział już niedługo przez całe cztery tygodnie w ciasnym pokoju z internetem (o ile on tam w ogóle będzie…) i jak kania dżdżu wypatrywał lotu powrotnego do domu. Dlatego miałem ochotę zostać dzisiaj tu. Nawet za cenę bycia samemu. Lubię swoje towarzystwo i nigdy się nie nudzę. Ale ponoć tak mają ludzie inteligentni (ygh, znowu się puszę). Eks jest na mnie zły, że go olałem. Trudno, jakoś to obaj przeżyjemy. Ja naprawdę starzeję się coraz szybciej – nie bawią mnie pedałbudy, nie bawi mnie kicanie na parkiecie, wolę sarah brightman i jose cura (właśnie miauczą na boku).

Na gadulcu obserwuję nową akcję – wszyscy mają opis coby babci wziąć przed wyobrami dowód. Ja tam wolę zatankować autko i zawieźć babcię jedną z drugą do urny. Znaczy do takiej białoczerwonej ofkors, coby mnie siły nieczyste za jakąś czarownicę wespół z panią kaczyńską (swoją drogą uwielbiam ją!) nie uznały… Tak czy inaczej sprawiłem już sobie na wyjazd karteczkę z prawem do głosowania i będę mógł się poczuć jak w stolicy. Za granicą niestety głosujemy na warszawkę. Ble. Ale co tam – rokicina dostanie mój głos… Pewnie moja ciotka zawału dostanie, że głosowałem na pis, ale na kogo niby mam głosować innego? Sepleniącego premiera nie zdzierżę – już wolę ruską niemkę przy prezydencie. A ponoć taki z niego ruso- i niemcofob. Michnikowskie brednie…

Za niecały tydzień odlot do brukseli… Zna ktoś tam może jakieś fajne pedalskie knajpki?? Kurczę, coś trzeba z sobą tam zrobić – fellow z racji kilometrów skreślony, gie gie ostatnio nawet nie chce mi się załączać, a maneken piss pewnie będzie za kogoś przebrany, a ja fetyszów nie uznaję… Czytam dziennik, rozmawiam przez mejle z dziwnymi facetami, słucham shirley bassey. Czyli jeśliby to tylko przenieść na belgijski grunt, biorąc pod uwagę, że w tamtym królestwie większe polityczne gie niż u nas w kraju i zaraz przed moim nazwiskiem, to będę się czuć tam chyba nawet nieźle… No i pierwszy raz w życiu pofrunę samolotem. Z moim szczęściem powiedzą pewnie o mnie w faktach.

eR: NAJPRAWDOPODOBNIEJ NAJBARDZIEJ POJEBANY GEJ W KRAJU

In point of view minus cztery on 20 wrzesień 2007 at 19:13

PSL mnie rozwalił. Swoim nowym hasłem -‘najprawdopodobniej najlepsza partia w kraju’. Po prostu skonałem ze śmiechu. Ofkors nie z powodu, że to jakieś pierdoły, bo podobnie jak rokitowa lubię tę partię. Ale raczej temu, że po prostu zrobili sobie jaja. W życiu bym ich o to nie podejrzewał… Zresztą kiedyś tam – jakieś trzy lata temu, miałem okazję rozmawiać z pawlakiem w cztery oczy na jakimś tam szkoleniu w ochotniczej straży pożarnej. I okazał się nie dość że cholernie wysoki o stopie co najmniej czterdzieści siedem, to w dodatku błyskotliwy, inteligentny, dowcipny i kontaktowy. Ba, mam nawet jego wizytówkę z ówczesnym numerem telefonu komórkowego. Buhahaha, aż śmiać mi się chce jaki to ja jestem ustosunkowany. Jeśli już o stosunkach mówimy, to kopnął mnie wielki zaszczyt. Odezwał się do mnie na fellow koleś, którego kiedyś widziałem lajf i który mi się spodobał. Problem w tym, że dałem na niego namiary mojemu eksowi i ten zaczął z nim gadać. No i ostatnio jakoś vil zasadził temu komuś kopa w jego wielce szanowne cztery litery i pan toster odezwał się do mnie. Ba, nawet mi buziaka zasadził wirtualnego. No nic, koło zapasowe też ma swoją rolę do spełnienia.

Tak w ogóle to eks będzie chyba na mnie nieco wquwiony, kiedy dowie się, że wypiłem mu prawie pół jego flaszencji żytniej. W sumie ostatnio nie mam co robić. Wypiłem likier bylinny a jemny pod szumną nazwą magister, wypiłem byczą krew, a teraz złapałem smaka na złoty kłos. Z sokiem jabłkowym, który kupiłem na randkę z kreacjonistą. A że posłałem go koniec końców do stu diabłów, to sok został i się marnował. No nie mogłem na to pozwolić. Za to zmarnowały się pierogi, warzywa na patelnie i marchewka mrożona, bo mi lodówka zastrajkowała. Ileż musiałem się nagłowić, co mi tak paskudnie jedzie w kuchni. Najpierw myślałem, że to ja, ale przeca myję się regularnie. W ogóle ostatnio to patrzę na rejony zakryte pod boksami, a tam białe zaschnięte coś. Myślę sobie – moje to czy nie moje… Niestety ani jedno, ani drugie. Rano pobrudziłem się pastą do zębów. To nie miłość, to złudzenie…

Odnośnie pań kilka słów. Lubię rokitową. Nie wiem czemu, ale uwielbiam tę babę. Podobnie jak tańczącą annę ef, czarownicę z pałacu prezydenckiego czy krystynę giżowską. Ale jolki szczypińskiej nie tknę palcem. Bo to wielka miłość mojej byłej wielkiej miłości. A umówiliśmy się, że nie będziemy sobie w paradę wchodzić… Tylko co teraz z tosterem? Najpierw markos miał się z nim spotkać, a teraz futrzak zarywa do mnie… Pff… walić to… Albo jego… No i rihannę. Parasolką jej.

Ta powyżej to krycha giżowska. Jeden koleś chciał mi na allegro wylicytować jej autograf. Był za pięć zeta. Ale spóźnił się łoś jeden… Natomiast mam jej płytę. Z hologramem! Biedny vil’ – musiał nieźle się wstydu najeść, jak mi ją kupował na urodziny. Inna sprawa, że na imieniny dostałem od niego nomen-omen parasolkę. Hmm… czy aby nie czasem na rihannę???

A, zapomniałbym – jeszcze jedna nowość! Idę z wiejską do wróżki. Bosh… współczuję już jej kuli. Nie dość że się cały w niej nie zmieszczę, to na dodatek pewnie pęknie jak szyba samochodowa od moich zmarszczek… I jeszcze jedno – niektórzy mają na swoim rss’ie jedną moją notkę, którą wykasowałem zaraz jak ją opublikowałem. Chodziło tylko o to, że były to totalnie beznadziejne literacko akapity. Całkowicie nieakceptowalne jeśli idzie o formę. Natomiast co do treści nie wyprę się ani słowa… Małyszowa powinna se dać spokój z wyborami. A jak nie, to powinna się nałykać valerin-mitte, a nie porywać się do ratowania kraju i świata. Już jedna baba-jaga szyszkowska nam wystarczy…

Takie małe pe-es jeszcze… Podoba mi się nasz aktualny wojewoda śląski… Bosh, i pomyśleć, że ze względów zawodowych nawet nie powinienem tak myśleć… Ygh.

NABIĆ RIHANNĘ NA PARASOL I NASTĘPNIE GO OTWORZYĆ

In point of view minus cztery on 19 wrzesień 2007 at 8:15

Pójdę pod prąd. Ale broń boże – nie na gazie. Siedzę właśnie w pracy, więc nie mam za bardzo okazji coby cokolwiek łyknąć. Chyba że to etopiryna, którą się żywię ostatnie dni, popijana coraz mocniejszą kawą z półlitrowego kubka. Tak więc siedzę przy firmowym biurku, wgapiony w monitor laptopa i próbuję pisać o digitalizacji zbiorów muzealnych. Niesamowicie interesujący temat. Może nie na taką skalę jak wymiana kotłów centralnego ogrzewania w ramach programu ograniczania niskiej emisji, ale jak ktoś kiedyś powiedział – jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma… O! właśnie siadło mi radio zet. Momencik, bo muszę klawiaturę przetrzeć, bo żem się aż wzruszył… Całe szczęście, że rano nie usłyszałem, jak dwa dni pod rząd, rihanny i jej igrek-igrek, bo miałbym ochotę wychłostać ją tym parasolem po gołej rzyci. Ale po pierwsze byłoby to nieco heteryckie, żeby nie powiedzieć – pedofilskie, a po drugie parasol mam nowy (dostałem od mojego prawdziwego i jedynego w swoim rodzaju eksa na imieniny). Tym samym nie zostało mi nic innego, jak wyłączyć radio i wsłuchać się w stukot damskich obcasów na korytarzu. Bo niestety moja wspaniała w cudzym słowiu szefowa (pozytywnie rąbnięta pracoholiczka) wróciła po dwóch tygodniach do pracy. Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy… Również i jej urlop. Najciekawsze będzie jednak w listopadzie, kiedy to role się nieco odmienią. Taka przez nikogo nieoczekiwana zmiana miejsc. Ale że jest mi na trzecie thomas, to nie uwierzę zanim nie zobaczę… Bęc.

Taka mała ciekawostka. Byłem ostatnio w kancelarii parafialnej zamówić msze na przyszły rok i jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że mamy dwóch nowych wikarych. Aż musiałem pooglądać ich sobie na necie. Wikary numer jeden zwany obciachowo zygmuntem (lat 38) wygląda ciastkowo, wikary numer dwa o bosko brzmiącym imieniu wojciech (lat 27) ma tylko boskie imię… Jaki z tego morał? Prosty – po pierwsze starzeję się, bo zaczynają mi się serio serio podobać starsi faceci, a po drugie chłopa mi na gwałt trzeba, bo się księżmi parafialnymi zachwycam… W ogóle to nasza parafia się totalnie modernizuje. Nowy proboszcz od trzech lat szaleje – najpierw wymienił szopkę noworoczną, potem organistę (i chwała mu za to! szkoda tylko że mgnienie się nie zgłosił…), następnie stworzył stronę internetową – normalnie byłem w głębokim szoku, gdy zamawiałem msze, a jurek klikał sobie myszką w excelu i zaznaczał rezerwacje. Normalnie co najmniej jak wizzair… A teraz dodatkowo za dwieście tysięcy robią kościelne witryny. Tfu, witraże znaczy… Jeszcze chwila, a zrobią podziemny cmentarz… I jak tu nie czuć się dumnym z własnej www.parafii.pl?

Zgodnie z obietnicą nie będę pisał o moich podbojach męsko-męskich, bo raz – nie ma oczym, a dwa – w moim wieku nie chodzi się na randki. Przynajmniej nie powinno się chodzić. W ogóle wczoraj jakiś koleś stwierdził, że jestem boski. Natychmiast dałem mu namiary na swojego okulistę. Jeśli nie pomoże, będzie trzeba psychologa wzywać… Inny natomiast się na mnie obraził, bo zaczynając z nim gadać, nie skasowałem swojego profilu na fellow… A jeszcze jeden chciał ode mnie numer telefonu. To też sprawiłem sobie orange-go i teraz niczym prawdziwy gej wymiatam z dwiema komórkami. Wow! Przypomina mi się dżeks, który kiedy mnie poznał, był totalnie zdziwiony, że nie mam drugiego telefonu. A na moje pytanie, po co mi to, powiedział, że prawdziwy schwul ma dwa numery – oficjalny i nieoficjalny. No i proszę! Jestem od wczoraj mega-super-hiper prawdziwym pedałem… Ech, lajf… A tak na marginesie w naszym homoseksualnym, niesamowicie wrażliwym i delikatnym świecie obowiązuje jedna tylko zasada – what you get is what you see. Zatem nie warto oczekiwać zbyt wiele. Minimalizm? Cholera, to zupełnie nie moja bajka…

Nie wiem czemu, ale pani z obrazka chodzi mi po głowie od paru dobrych miesięcy. I gdybym był heterykiem, to kobieta moich marzeń musiałaby wyglądać właśnie tak. A że jestem gejem, to poprzestanę tylko na stwierdzeniu, że żadna inna kobieta nie zrobiła w ostatniej dekadzie na mnie wrażenia, jak właśnie pani z powyżej. Po prostu nie mogę się jej wyzbyć ze świadomości. Doskonałość. Kropka.

NACIŚNIJ GUZIK

In point of view minus cztery on 17 wrzesień 2007 at 7:07

Miałem teraz nie pisać, ale jak usłyszałem w radiu push the button to od razu pojawiła mi się na twarzy łyżwa. Ta piosenka wzbudza we mnie tak skrajnie pozytywne emocje i odczucia, że od kilku lat jest moim dyżurnym budzikiem w komórce. Po prostu słysząc panie z sugababes chce się żyć, wstać i zatańczyć. Ale akurat taniec pozostawiam innym, bo po pierwsze mógłby spaść deszcz, a po drugie sypiam nago i musiałbym najpierw włożyć bokserki, by nie robić dziwnego wrażenia – w tym na sobie… Tak czy inaczej dostałem ostrego kopa od “ukochanego” radia zet na cały dzisiejszy dzień. Nawet nie przeszkadza mi już mój asystent, który jeszcze się nie nauczył, że rozmawiając ze mną w pierwszej godzinie pracy, burzy ceremoniał poranka. Bo kawa, mejle i blog (plus ostatnio fellow ofkors) to jak u kobiet kredka, pomadka i lusterko (plus czasami podpaska ofkors).

Od dzisiaj koniec ze streszczeniami moich pedalskich podbojów na randkowym serwisie dla przegiętych. Nie, nie, nie! I jeszcze raz stanowcze nie. Doszedłem do wniosku, że pisząc, co się tam dzieje robię z siebie kompletnego idiotę i kretyna. Nawet sam przed sobą, bo przeczytawszy to, co napisałem, aż się przestraszyłem. Bo nigdy nie sądziłem, że potrafię aż tak fałszować miaucząc. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie zrobił z siebie totalnego idioty (na tym ostatnim spotkaniu ofkors – trzeba spiąć to pewną klamrą i do końca wyjaśnić). Jak powiedzieć kolesiowi, że jest burokiem? Jak delikatnie pokazać mu, że audio-wideo nie gra, a co więcej – nawet choćby nie wiem jak wielka antena nie pomogła. Najlepiej zrobić z siebie idiotę. A jak najlepiej zrobić z siebie idiotę przed innym pedałem? Po prostu trzeba powiedzieć o sobie, że jest się totalnie aseksualny i nie szuka się faceta do seksu. No chyba poskutkowało… Tak czy inaczej koniec! Przynajmniej do listopada…

Mam jakiś dziwny dar. Nie wiem skąd, ale wiem, że jest. Doskonale wiem, kiedy ktoś mi coś ściemnia. Gdy okłamuje mnie w błahostkach, gdy oszukuje w sprawach ważnych. I wtedy zaczynam węszyć. Ba, lepiej wiem gdzie szukać, by znaleźć. Tym samym chyba nadaję się do służb specjalnych. Ale mówiąc poważnie, umiem prześwietlić tak człowieka, by wydobyć z jego oczodołów kłamstwo. Niby udaję, że wierzę – bo po co prowokować tłumaczenia, rozmowy itede. Ważne, że ja wiem. Ktoś inny może podejrzewać albo zupełnie się nie domyślać, ale ja i tak wiem. Po co mi ta wiedza? Być może dla poczucia, że jestem traktowany fair. Nawet jeśli nie jestem tak traktowany. Ale wiem. Co innego gdy kłamie ktoś, kto jest przelotem w moim życiu. Wtedy mi na tym nie zależy. Gdy bajki pisze ktoś ważny, wolę wiedzieć. Chociaż chyba najgorsza prawda jest lepsza od najpiękniejszego kłamstwa… Coś w tym jest…

WYBÓR JEST PROSTY: ALBO ON, ALBO NIE ON

In point of view minus cztery on 14 wrzesień 2007 at 20:50

Kręcę się na krześle, oglądam tępo tvn24, smutno mi, bo rokita odszedł z platformy. No cóż. Dla mnie ta partia od kilku dobrych lat nie istnieje. Odkąd wszedłem tam do środka, zobaczyłem tych ludzi, których największym zmartwieniem jest li tylko miejsce na liście wyborczej albo miejsce przy stole prezydialnym w knajpie, gdzie systematycznie odbywały się posiedzenia tej chyba najbardziej obłudnej na świecie organizacji. Na szczęście w dniu wyborów będę daleko za granicą i nie będę musiał od października oglądać tej tragedii i komedii pomyłek zarazem. Nie oznacza to, że nie zagłosuję, bo zagłosuję. Odkąd mogłem, zawsze głosowałem. Najpierw w referendum konstytucyjnym w 1997 roku sprzeciwiłem się ustawie zasadniczej, w wyborach do sejmu kilka miesięcy później poparłem pana na drugim miejscu na liście ruchu odbudowy polski, w 1998 roku głosowałem w wyborach samorządowych na akcję wyborczą solidarność, w 2000 roku opowiedziałem się za marianem krzaklewskim, rok później w wyborach do sejmu głosowałem na akcję wyborczą solidarność prawicy, a w 2002 roku w kolejnych wyborach samorządowych poparłem po-pis i obecnego prezydenta mojego miasta w obu turach, dalej w 2003 roku głosowałem za przystąpieniem do unii europejskiej, a w 2004 roku oddałem głos na jerzego buzka – kandydata platformy do parlamentu europejskiego, by w 2005 roku do sejmu zagłosować na platformę, a w wyborach prezydenckich poprzeć w obu turach obecnego prezydenta lecha kaczyńskiego, następnie rok później w wyborach samorządowych głosowałem na psl oraz nadal na prezydenta mojego miasta. Tak więc świadom swoich wyborów, w pełni uczestniczę w życiu politycznym Polski. A co zrobię 21 października? Na dzień dzisiejszy nie wiem – mam dwie partie do wyboru: psl i pis. Na kogo wypadnie, na tego bęc… Platforma dla mnie dzisiaj umarła. Ba, zdechła. Cisza nad jej grobem…

Piję wino, kręcę się ka krześle, siedzę w samej koszuli w kratkę z reserved bez bokserek. I myślę… Myślę o tym, co jutro. Mam randkę. Czy wiążę z nią nadzieje… Hmmm… Nie wiem… Chciałbym, a boję się? Z drugiej strony wszystko może się zdarzyć. Ale między bogiem a prawdą jestem cholernie stworzony do związku. Nie umiem żyć sam dla siebie. I nie chcę tak żyć. Chciałbym mieć komu złożyć życzenia w boże narodzenia, chciałbym z kimś spędzić sylwestra, chciałbym… Ale czy jutro się uda? Nie wiem. Nie mnie mówić. Jeśli się nie uda, to pewnie nie poddam się i wciąż będę szukać. Ale za cholerę nie chcę być poławiaczem pereł, który szuka, szuka i szuka a znaleźć nie może… Mimo całego dziwnego splotu dziwnych zdarzeń kreacjonista napisał jedną mądrą rzecz – jego zdaniem (z mojej inicjatywy to powiedział) idealny facet powinien spełniać w zakresie wyglądu następujące cechy – wysoki (mam 183 cm), brunet (no jestem), męski (hmmm… ja? pfff…); w zakresie charakteru – szczery (no prawie jestem, choć nie lubię mówić ludziom przykrych rzeczy), optymistyczny (to cały ja!) i otwarty (no również jestem…), natomiast co do zainteresowań to powinny to być ekonomia (jestem technikiem ekonomistą, liczy się??), czechy (hmm.. współpracuję z czechami, mam na koncie trzy projekty unijne o charakterze transgranicznym w ramach programu interreg iii a czechy-polska) oraz ja [czyli on ofkors]… (hmmm, masakra…). A jaka to mądra rzecz? Idealny facet powinien być nieważne jaki. Ważne, że będzie kochać i ważne, że będzie kochany. Osz, normalnie mi się miękko na sercu zrobiło. Za miękko…

Współczuję dzisiaj magdzie pudelek-femme, nelli i janowi rokitom oraz dżeksowi, którego dopadła sraczka. A przy okazji sobie, bo z powodu sraczki muszę siedzieć tu i popijać ciocosan (bo qwa cin&cin’a nie mieli kapitaliści i oligarchowie jedni) zamiast wywijać tyłeczkiem (a właściwie jego brakiem) w sabotage’u… Hmmm powinienem się jeszcze poskarżyć na to, że jestem gruby, stary i mam małego penisa. Ale co tam, są gorsze nieszczęścia na świecie. Zawsze mogłem dzisiaj być donaldem tuskiem.

I jak randka?? Jak sondaże platformy… Oczekiwania wielkie, napięcie w noc wyborczą jeszcze większe, a na koniec okazuje się, że i tak wygrał pis. Niestety samymi sloganami, pięknymi oczami i krawatami nie można wygrać elekcji. Musi być jeszcze to coś. Nie mętne oczy donaldu tusku, ale te cholerne iskry jak choćby w oczach obecnego premiera… A tak na marginesie – czy ja mówiłem, że dla mnie premier kaczyński jest cholernie wiarygodny…?

IDĘ NA RANDKĘ

In point of view minus cztery on 13 wrzesień 2007 at 18:53

Wróciłem od fryzjera. Znaczy od fryzjerki. I mam za swoje. Wyglądam jak donald tusk. Normalnie można się pociąć. Tak między prawdą a prawdą to chyba wolałbym na rokitę być obcięty. Nie no wypluj te słowa – łysieć nie chcę! Wystarczą mi póki co zmarszczki i siwe baki… Ale ja owłosieniem nigdy nie grzeszyłem. A jak już wielokrotnie tu w tym miejscu podkreślałem – nie ma nic lepszego niż owłosiony facet… Ale skoro już mowa o facetach, to po psychologu i doktorku przyszedł czas na kreacjonistę… Ale mam pewne obawy i to całkiem uzasadnione. Bo niby wiele nas nie dzieli z wyjątkiem jednego – ja gadam, on słucha. Jeszcze z tego wyjdzie randka konfesjonalna. Idź i nie grzesz więcej…

Ale jest światełko w tunelu. Obaj interesujemy się polityką. Ciekawe tylko czy on wie, kto to jest halina nowina-konopczyna, izabela jaruga-nowacka, genowefa pigwa czy anna józefina lubieniecka… Bo ja wiem. Ale czego ja nawet nie wiem… W sumie na fellow wpisałem sobie, że lubię angelę merkel i wszyscy mnie podrywali na nią. Ale jak zacząłem im wymieniać peera steinbrucka, ulle schmidt czy ursule von der leyen, to ich wiedza na temat niemieckiej polityki okazywała się ograniczona do wspomnianej kanclerz i jej poprzednika adolfa. No nic… Trzeba cierpliwym być, bo a nuż znajdzie się ktoś, kto ubóstwia tak jak ja krystynę giżowską, hellę von sinnen czy rosenstolz. Chociaż z drugiej strony to chyba nie jest najlepszy pomysł… To ja muszę się zarażać od kogoś jego pasjami w stylu garbage, ewy sonnet czy toma skeritta. A on z kolei musi chłonąć jak gąbka dokonania zdzisławy sośnickiej, reginy spektor czy justyny steczkowskiej. Ważne tylko coby mi michała żebrowskiego w spokoju zostawił. Bo on ci jest mój…

Jeszcze parę słów na temat moich fel(love)owych zdobyczy. Yyyy, sorry ajsi, że tak trochę plagiatuję twojego bloga… Kreacjonista – jeśli już o nim dzisiaj mowa – zabił jaskółkę. Rozbiła mu się normalnie na szybie samochodu. Przejechał drań jeden zwiastun wiosny – tak więc panie i panowie, jeśli tej jesieni wiosny nie będzie, to wiecie do kogo mieć pretensje. Ale nie o tym chciałem. Mianowicie dotychczas spotkałem czterech panów. Pierwszy był człowiek związany – branżysta. Siedzi dokładnie w tym samym co ja i podobnie marnie zarabia. Ale o dziwo jest bardziej przegięty niż ja, a szczerze mówiąc, nie wyobrażałem sobie, żeby w administracji taki ktoś mógł być… Ale kontakt mamy – mejlowo-smsowo-telefoniczny. Potem był pan psycholog. Właściwie psycholog in spe, bo dyplom jak co to gdzieś za dwa lata dostanie. Był wolny jak się z nim umawiałem, jak przyjechał już mu świeciła obrączka jaką noszą ptaki. Tak czy inaczej mejle sobie piszemy… Następny w szeregu był doktorek. Fajny koleś – tak z wyglądu, jak i tego co ma w głowie. Niestety podejście do życia płaczliwe, wycofane i pasywne. Tak więc kontakt urwał się po jednym esie. Ach, bym zapomniał – jeśli chcecie miło skończyć spotkanie, nie mówcie nigdy: mam nadzieję, że uda nam się jeszcze spotkać…, bo nawet się nie spodziewacie, a usłyszycie: a kiedy chciałbyś się umówić? Tak więc teraz po głowie mi chodzi to, jak się skończy moje spotkanie z kreacjonistą pod łukiem triumfalnym… Czy rzeczywiście będzie to zwycięstwo, czy może znajomość spocznie na polach elizejskich…

Proroczo śpiewa dajdo – don’t think of me

CIĄG DALSZY NASTĄPI(Ł)

In point of view minus cztery on 11 wrzesień 2007 at 18:17

Ponoć zaczął się kolejny big brother. No tak – jak się nie ogląda telewizji, to potem słyszy się o tym, czy o owym przypadkiem od innych gejów. Ale ok. Ważne, że kolejny ktoś wpadł na pomysł, jak zrobić kasę na czymś sprawdzonym. To prawie jak u mnie na wsi, gdzie co roku stawia się na ten sam zespół pieśni i tańca rodem spod snopka, kosy i grabi. Pokaż swoją twarz – darł się parę lat temu najgłoopszy czerwonowłosy świata w poprzedniej edycji tego widowiska. Tak i ja pokazuję swoją. Właściwie dopiero ją kształtuję, jak pani magda walach (swoją drogą cudnej urody aktorka) pawła małaszyńskiego (swoją drogą daleko mu do boskiego michała ż.) w serialu tvn twarzą w twarz, który to oglądałem przed chwilą za uprzejmością osloskop-tv. Oczywiście nie fizycznie, bo matka natura była tak wspaniałomyślna, że załatwiła tę sprawę jakieś dwadzieścia osiem lat i parę miesięcy temu wręcz prawie idealnie za mnie. Bardziej mi chodziło o kreowanie swego wizerunku jako totalnie wyzwolonego i prącego naprzód pedała.

Momencik – napisał do mnie pan od kształtowania wizerunku…
Ale o nim w późniejszm akapicie. I później… Blog musi poczekać.

No nic. Wróciłem szybciej niż zniknąłem, bo pan kreacjonista jakoś mnie olał. Półsłówka, półzdania, półkropki… Ale w sumie nie o tym chciałem. Dostałem propozycję pracy. W wielkiej firmie, powiedziałbym największej w regionie i najprężniej się rozwijającej. Branża właściwie ta sama co teraz, ale u prywaciarza i za podwójną kasę. Jak powiedziałem o tym szefowi rano, prawie mi zszedł. Tak czy inaczej trzeba podjąć decyzję. I on wcale mi tego nie ułatwia… Ale co zrobić. Z jednej genialnej propozycji w tym roku wypuściłem w powietrze, druga masakryczna wisi w powietrzu, a trzecia może w to powietrze wysadzić prędzej niż premier wicepremiera… W listopadzie się rozstrzygnie. Pod warunkiem ofkors, że przeżyję lot skyeurope (ponoć upadli…). Tu mi się przypomina historia pani z la bouche, która nagrała swoją pierwszą solową płytę i nadała jej tytuł ready to fly. Dziś biedna nie żyje – zginęła w katastrofie lotniczej.

Zgadnijcie co robię od pięciu minut? Nie zgadlibyście nigdy! Nie, nie masturbuję się, xeonku… W sumie nigdy mi to za dobrze nie wychodziło… Rozmawiam z kreacjonistą… Yaa-taa…

A, jeszcze jedna sensacja: zerknijcie na blog x.meena… Ach, fuckt – zahasłował… No więc pokrótce wygląda to tak, że nasz x.meen ma męża… A ja qwa nie! Świat się skończył… No i jeszcze jedno – odezwał się do mnie księżniczek – mój tzw. ex i niegdysiejszy kochanek zarazem (tak, tak – ten, co mu z łóżka swego czasu spieprzyłem). Chce się zobaczyć… Ja chcę być hetero… Resztę sobie dopowiedz szanowny czytelniku/czytelniczko (to ostatnie również do branżowych było…).

Dzień po wczorajszym wpisie wstałem niewyspany, soczewki ledwo włożyłem w oczy, nawet prawie zasnąłem w wannie. Dość ślęczenie przy komputerze – obiecuję sobie każdego dnia. I jak zawsze, tak i wczoraj skończyło się tylko na obietnicach. Ale po co ja to w ogóle dopisuję – ano po to, by mieć jakąś rozrywkę przy kawie. Normalnie pewnie wszedłbym na pedał-allegro (i pewnie niedługo wejdę), a nienormalnie tam nie wejdę. Bo? Bo tak… Psycholog poszedł się paść. Za to pan od kreowania wizerunku… Bosh znowu śpiewa furtadowa – nikt mnie chyba bardziej nie drażni niż ona. No może rihanna. Tę bym chętnie przełożył przez kolano i jak leci stłukł czymkolwiem. Nawet parasolką mojego ‘boskiego’ asystenta. A tak w ogóle to obiecałem komuś tadżmahal i piramidy… I dopiero dzisiaj się skapowałem, że tak jedno jak i drugie to grobowce…

Poza tym spajder-chrum rulez!

SZCZĘŚCIE = KUCHNIA, KANKAN I HARFA

In point of view minus cztery on 8 wrzesień 2007 at 11:29

I

Postaw przed sobą realne zadanie. Ale musi być to zadanie, o którym możesz od razu na wstępie powiedzieć, że uda ci się je zrealizować. Tak więc jeśli jesteś gejem broń boże nie chciej związku na całe życie, kogoś kto będzie cię trzymać za rękę gdy będziesz umierać ani kogoś kto nie będzie się ślinił na widok michała żebrowskiego. Poza tym będąc gejem nie chciej usidlić mnie, bo ci się to nie uda… Ale za to możesz postawić przed sobą znacznie łatwiejsze zadania, z których osiągnięciem nie powinno być w zasadzie większego problemu, na przykład możesz wyremontować kuchnię, nauczyć się kankana albo pojąć sztukę gry na harfie.

II

Musisz się w pełni skoncentrować na tym zadaniu. Ba, musisz skierować wszelkie myśli na to, że ci się uda i przyniesie ci to satysfakcję. Na pewno tego nie osiągniesz, szukając mężczyzny swego życia w homoseksualnej branży, bo może cię rozproszyć każde kliknięcie na twój profil, każde mrugnięcie innego pana w dyskotece, każdy wydepilowany włos na klatce kogoś pod basenowym prysznicem. Ale jeśli zaczniesz grać na harfie, to będziesz palcami tak delikatnie sunąć po każdej ze strun, że nie jedna kobieta pożałuje, że nie jesteś heterykiem, a twoja najlepsza przyjaciółka lesbijka poprosi cię o zdradzenie tego ekstatycznego sekretu. Jeśli natomiast zaczniesz uczyć się kankana, to bez końca pochłonie cię widok twoich wydepilowanych łydek w kabaretkach, a każda falbana przy podnoszeniu nóg skutecznie zasłoni ci widok przyglądających się mężczyzn. Natomiast, gdy podejmiesz się remontu kuchni, to nie wyjdziesz z niej przez co najmniej dwa kolejne letnie urlopy…

III

Musisz postawić sobie jasne cele. Określić, co chcesz z danego zadania mieć. Jak wiadomo – faceci to najbardziej prosta we wszechświecie konstrukcja psychologiczna, a jednocześnie totalna zagadka, której nie rozwiązał dotąd żadny gej. Może dlatego, że wbrew pozorom sam jest facetem, a jak wiadomo facet to najbardziej prosta w kosmosie konstrukcja psychologiczna. Bo co niby mielibyśmy mieć ze stałego związku? Kilka wytrysków, kilka pocałunków i w cholerę problemów emocjonalno-egzystencjonalno-bógwiejeszczejakich… A tak remont kuchni to nowe tapety bądź kolor na ścianie, nowe meble czy mniej kurzu na lampie. Kankan to przede wszystkim nowe ciuchy, poczucie jedności z podłogą i bosko umięśnione łydki. Ach, i harfa (zapomniałbym o harfie!) – harfa to zjednoczenie się z aniołami, joanną newsom i skaldami. Ygh, ale tam chyba to nie harfistka była. Ale co tam – pasuje do kontekstu…

IV

Informacja zwrotna jest jeszcze ważniejszą sprawą. Jeśli bowiem uzyskamy od razu (albo w niedalekiej przyszłości) efekt naszych działań, to dodatkowo nast to wzmocni. No bo proszę – dwa lata i przy dobrych wiatrach mamy nową kuchnię. Kilka lat wytężonych wysiłków i będziemy mogli w coconie albo innej pedał-budzie na podium zatańczyć kankana, a przy okazji wykopać konkurencję, by wszyscy mogli wpatrywać swoje ślepia właśnie w nas. A po dekadzie pracy można przy ognisku organizowanym przez zbowid i koło przyjaciół radia maryja zagrać najnowszy hit gosi andrzejewicz nie na jakiejś nudnej i oklepanej gitarze, ale wymiatać równo na harfie. A ze związku jaką mamy mieć informację zwrotną? Wytrysk? Zdradę? Umarł król – niech żyje król? Albo hiv… No tak, to by była genialna informacja zwrotna…

V

Poza tym trzeba totalnie się zaangażować. Wyobrażam sobie już te farby, panele, listwy podłogowe walające się po mojej kuchni; bieganie po castoramie (byle nie po dziale ogrodniczym) i wykłócanie się o każdy odcień bieli, beżu i tęczy. Tak samo mogę oczyma wyobraźni ujrzeć się w kankanie. Tu pewnie straciłbym cały tydzień w pasmanterii na dobranie kabaretek na swoje umięśnione łydki (nota bene nie widziałem do tej pory faceta, który by miał tak umięśnione nogi jak ja…), a co za tym idzie kolejny tydzień na ich depilacji (bleee). Ha i harfę mogę sobie wyobrazić – pamiętam jak kupowałem garnitur albo ostatnie okulary… Zakład, że nikt nie chciałby tego wybierać ze mną – ty dwadzieścia cztery godziny na jeden salon optyczny czy sklep z odzieżą dla panów to stanowczo za mało… Więc co dopiero by się działo z takim instrumentem… A związek??? Nie. Zaangażowania w to sobie nie mogę jakoś wyobrazić… Odpada!

VI

Niezwykle istotne w tej koncepcji jest także poczucie posiadania kontroli nad naszym zadaniem. Kuchnię kontroluję, a jak. Jak się wkurzę, to odkręcę gaz. Albo zrobię to co jaś fasola. Kankana też mogę jakoś ujarzmić. Najwyżej kastanietami komuś walnę w oko… Ale czy to aby nie jakiś inny taniec?? Pfff, pasuje do konwencji, więc ukradnę te kastaniety jakiejś annie baranowskiej dwa. A harfę też bym sobie mógł kontrolować. Zresztą stoi cały czas na miejscu, jest prawie tak ciężka jak ja, więc nikt nie mógłby mi jej zwinąć… A faceta? Taaaa… Powodzenia! A jeszcze geja… Jak ktoś wie, jak by to można zrobić, to niech od razu powie. Oddam mu co miesiąc połowę wypłaty. Może mojej nie, ale wiejskiej baby z chęcią…

VII

No i w dodatku trzeba zapomnieć o swoich problemach. To w sumie najłatwiejsze. Jak malujesz kuchnię, to myślisz tylko by nie spaść z drabiny, a w ogóle nie zastanawiasz się, że musisz umyć auto, bo skupiony na tym zadaniu masz świadomość, że musisz umyć całą twarz, na której jest tona farby (co spowodowane jest twoim kompletnym dyletanctwem ściennym). Tańcząc kankana, nie masz w myślach, że nie masz czasu na nic w pracy, bo uważasz, by nie połamać sobie nóg w butach na obcasach. Nawet gdyby twoim jedynym problemem w pracy był nietwarzowe buty kobiety z biura naprzeciw. Bo jak można nosić czarne szpilki do białych rajstop? Ale w tej chwili o tym nie myślisz… No i z harfą też jest identycznie. Bo jak już zaczynasz grać, to nie pamiętasz, że od dawna nie wyszarpałeś żadnego mięsa do łóżka, a twój penis zaczyna przypominać kabanosa. Najważniejsze jest, by nie pociąć palców na ostrych strunach, a przy okazji pokazać kobietom jak marnują się u ciebie geja twoje zwinne palce… A w związku? Nie masz szans! Jak możesz zapomnieć tu o swoich problemach, skoro właśnie tutaj doganiają cię one wszystkie!!!

VIII

Ostatnie to totalne zatracenie się w czasie. Wszystko do zrobienia – w kuchni nawet nie spojrzysz, gdy miną kolejne lata, a remont nawet nie rozpoczęty. Ważne, że zadanie zdefiniowane. Kankan – podobnie, latka lecą, a ty przynajmniej od niepamiętnych czasów umiesz nazwać ten taniec, a kompletnie nie wiesz czym się różni samba od mamby i macarena od kaczuszek. No i harfa – instrument niebiański… A tam czasu nie ma! A w związku?? Tu jest każdy czas! Przeszły równa się eksi, terażniejszy równa się sexy i sex, przyszły to ex. Bo zawsze ktoś był przed tobą, bo zawsze jest dziki orgazm, bo zawsze będziesz byłym…

* * *

Tych osiem wyżej wymienionych akapitów ma zdaniem eksperta od szczęscia pana mihaly’ego csikszentmihalyi’ego (książka u mnie za sprawą pana psychologa) warunkować totalną satysfakcję. Odlot. Flow. Ponadto wszystkie muszą wystąpić jeden za drugim i bezwzględnie razem, by się wzajemnie uzupełniać i integrować. Bez tego nie ma szczęścia. Nie ma przepływu… To po cholerę chcę związku?

Zachorowałem na m-people

WIEJSKA SAFONA

In point of view minus cztery on 6 wrzesień 2007 at 20:19

Dostałem orchideę – kwiat oznaczający dla najbardziej zmysłowej kobiety na świecie. Tak – mogłem się tego domyślać. Wiejska baba już nieźle zaszalała. Nie dość, że wręczyła mi różowy wieszak, to na dodatek podkreśliła to różowym kfiotkiem. Super. I tym samy potwierdza się stwierdzenie, że natura nie lubi luk – kilka dni temu po blisko dwóch latach zgnił mi kaktus od księżniczka (tzw. eksa). I w miejscu kaktusa stoi orchidea. A nad wszystkim jeszcze góruje bluszcz od prawdziwego eksa. Nic tylko patrzeć, aż mój szaro-bury pokój z biszkopotwego stanie roślinkami. No bo co tu innego tak na marginesie może stanąć…

Zniknęły mi ikonki do muzyczek, jakie wklejałem pod postami. Nie ukrywam, że mnie to totalnie zirytowało, ponieważ jestem właściwie estetą i przywiązuję sporą wagę do formy (prawie tak wielką jak do treści). A tu zonk. Nie będę się jednak tym przejmował, ale z całą pewnością nie zamieszczę już tutaj nic. A miałbym tyle w tym zakresie do ujawnienia, bo ostatnio zainspirowałem się mnóstwem róźnych dziwnych rzeczy. Ale jak nie to nie…

Normalnie faceci są walnięci. I to nie tylko geje, bo że ci to normalka. Ale heterycy. Naprzykład małżonek wiejskiej baby. Temu to już totalnie pierdolnęło na łysiejącą główkę. Nie dość, że ma profil na ilove-cośtam, to pisze z jakąś dziewczyną, za którą stoi jego żona (o czym on nie wie). A teraz wyszło na jaw, że wchodzi sobie w pracy na lesbijskiego czata i gada z nimi jako kobieta, a na dodatek wysyła zdjęcia wiejskiej. Czy ktoś coś w ogóle z tego rozumie? Czy tylko to ja jestem taki tępy i nieuczony w piśmie? Tak czy inaczej jutro randka w ciemno. Z doktorkiem. No chyba, że to jakiś skin i mnie zabije… Ale w sumie należałoby mi się oberwać jakąś pałą… Jakąkolwiek!

NA PODBÓJ ŚWIATA

In point of view minus cztery on 4 wrzesień 2007 at 21:34

Po ch*j kasowałem poprzednie blogi… Czuję, że skasowałem się po części całego… To jak z numerem gie gie… Mam dwa – dla pedałów z profilu (584****) i dla przyjaciół i bliskich znajomych (415****) – jeśli jesteś w drugim numerze, to wiedz jedno – jesteś dla mnie ważna/ważny… Ach – jeszcze jedno… Geje mnie olewają coraz bardziej… Dzięki wam za to, bo wiem, że poza wami jest całkiem całkiem fajny świat…

Ktoś powinien zabronić mi siadania do bloga po spożyciu trawki… znaczy wódki z trawką. Bo to niebezpieczne dla mojego samopoczucia dzień później, kiedy czytam co napisałem…

A na piątek umówiłem się z doktorkiem. Zobaczymy, co to będzie, bo na gadulcu jest masakrycznie nudny. Fotki nie widziałem, więc wczuję się we wczesnego kawalca. Swoją drogą mój eks mi powiedział, że wsiąkam powoli w system permanentnego fellow’icza. No nic – pewnie tak jest. A właściwie będzie, bo to drugie spotkanie dopiero. Inna sprawa, że włochacz mnie olał, a dziennikarz dał tego-weekendowego kosza. Byle do października, kiedy to przyjdzie czas na belgię… Ygh… chyba już najwyższa pora, by założyć profil na gayromeo.com, bo co ja przez miesiąc będę robił tam sam?? Na razie jednak zapowiada mi się co najwyżej randka z manneken pis

To tak jakby dida scalia były..

MY FELLOW

In point of view minus cztery on 3 wrzesień 2007 at 15:27

Kilka myśli przeleciało mnie raz po raz, jak niegdyś czynili to moi niegdysiejsi kochankowie, takzwani i prawdziwi eksi (eksowie?). Jednakowoż jedno od drugiego różni się miejscem i sposobem ujścia emocji i innych mniej lub bardziej prawdziwych doznań. A że udawać to ja umiem, to ktoś powinien się wystrzegać, bym mu tego kiedyś w oczy nie powiedział… Ale o czym ja to pieprzę – miało być o myślach…

No nic. Pan psycholog to jednak tryb przypuszczający. Nie lubię tego trybu. W takim przypadku dokonuję konwersji i gładkiego przejścia w tryb oznajmujący z zaprzeczeniem. Tak więc szkoda czasu i energii na gdybanie i zakładanie co by było gdyby. A że międzywiersze to genialne miejsce na różnego rodzaju wyznania, nauczyłem się tam bywać i odczytywać co nieco. Inna sprawa, że umiem chyba to robić na równi z przyrządzaniem trufli w sosie pomidorowym na occie i marmoladzie, więc daję sobie z tym spokój. A z drugiej strony, jeśli ktoś pisze ci w mejlu, że był tam gdzieś ze swoim potencjalnym loverem, by spotkać swojego niedoszłego lovera… Nie, to za trudne dla mnie tępej strzały… Oj stanowczo za trudne…

Innymi przemyśleniami doznawanymi podczas rozmowy na fellow z różnorakimi jegomościami w sumie nie ma się co dzielić, bo ich zwyczajnie nie ma. No bo co mam powiedzieć o panu włochaczu, który ostro romansuje z moim eksem oraz moim fałszywym profilem? Albo pan dziennikarz, który w sumie jest całkiem w porzo i zaczął mi się znowu na nowo podobać, ale spędza na pedalskim allegro więcej czasu niż przeciętna ciotka dziennie w łazience. Jest jeszcze serfer, ale on na śląsku przejściowo, a docelowo w wielkopolsce. Natomiast doktorka ocenimy sobie w nadchodzący piątek na żywo w centrum miasta. Ech… normalnie ten świat jest jakiś nie tego… Jeszcze trochę i zacznę zagrażać ajsowi i jego pozycji w księdze guinessa w rubryce największa ilość nieudanych randek, ygh…

Jeszcze kilka słów. Otóż w październiku znikam z tego kraju na cały miesiąc. To będzie dobry czas. Odsunę się na bok, zagłębię się w siebie, poszperam w zakamarkach duszy. Mam plan poukładać się na nowo, przewartościować swój świat, swoje cele, swoje ja… Wiem, to egoistyczne. Ale raz w życiu mogę (i chcę) być egoistą. Będę dla wszystkich, a tak naprawdę będę dla nikogo. Do listopada mam w d**** wszelkie decyzje co do kontynuacji mojego życia seksualnego. Potem przyjdzie czas na podsumowanie i obranie ostatecznego kierunku. Bo ja już taki jestem – chcę wszystkiego albo nie chcę nic. Półśrodków nie uznaję, sorry…

MOJE WYZNANIE

In point of view minus cztery on 1 wrzesień 2007 at 20:53

Właśnie wróciłem z wiejskich dożynek, gdzie ku chwale ojczyzny musiałem spędzić kilka godzin. Ale co tam, przynajmniej pooglądałem sobie bayer full. Normalny odlot. Ale przynajmniej nikt nie udaje, że mu się podoba, ze jest zachwycony i w ogóle ma muzyczny orgazm, jak wczoraj podczas koncertu norah jones, kiedy pewnie blisko połowa ludzi poszła tam, bo wypadało. Mnie zawsze norah urzekała, ale daję głowę, że pięciu na dziesięciu, którzy ją oglądali robili bardziej to dlatego, że akurat tak wypadało, bo ona cholernie trendy jest. Inna sprawa, że takie wieśniaki jak ja, umieją się bawić przy każdej muzyce. Ale za koncert reginy spektor oddałbym swoje dziewictwo, którego nie mam. Zresztą pan viljar mógłby o tym i z trzy posty napisać…

Jest akcja z panem psychologiem. Normalnie jestem skołowany, bo dał mi coś tam do zrozumienia. Ale że ja w sumie doopa jestem, to to zrozumienie może nie do końca było zrozumieniem. Ale w sumie byłaby akcja, bo pan psycholog mnie niesamowicie kręci. Nie dość, że drażni moje mózgowe zwoje, to na dodatek podczas ostatniego spotkania zabrakło mi miejsca w boksie. Ale jednego nie rozumiem. Bo jak to jest, skoro jeśli coś się zaczyna dziać, to zazwyczaj mógłbym hurtownię otworzyć, albo co najmniej kiosk ruchu. Bo zjawił się jeszcze doktorek (ale on jakiś nudny jest, więc pewnie ginekolog…), pacyfista (przystojne ciacho jedno), a dzisiaj napisał do mnie afrykański włochacz… Bosh… za męskie włosy oddałbym wszystko. Nawet swoje dziewictwo. Ale chyba już o tym gdzieś pisałem…

Czytam książkę o szczęściu. Pan psycholog mi doradził. I chociaż jestem dopiero na trzydziestej stronie, to kilka zdań mnie tak zainspirowało, że yaaa-taaa… Szczęście, zdaniem mihaly’ego csikszentmihalyi’ego, to sytuacja, kiedy mamy przeświadczenie, iż wszystko, co dzieje się w naszym życiu, dzieje się, bo mamy nad tym jakąś tam kontrolę. Że panujemy nad swoim życiem. Że je kształtujemy. Ja tak mam. Czuję się szczęśliwy. Bo wiem, że mam życie w garści. Że nie rozsypuję się. Że walczę. Że chcę żyć. Kocham cię życie…