Jestem dzisiaj niewyspany, więc mogę marudzić. Tak więc jeśli ktoś mógłby mieć z tym problem, to niech wpadnie na któryś z blogów obok – wtedy szybko tutaj wróci… Wiem, wiem znowu się pysznię, chwalę i stawiam przed wszystkim. Ale to wina pewnego mejla, którego właśnie odczytałem. Napisał do mnie pan psycholog, z którego emanuje taka zdrowa pewność siebie i świadomość własnej wartości. No co? Wciąż jestem ogromnie nim zauroczony i połykam każde wypowiedziane przez niego słowo niczym doświadczona aktorka filmów dla dorosłych w latach osiemdziesiątych przed wybuchem epidemii hiv/aids męskie nasienie. Tak, tak… Wciąż się podniecam tą znajomością jak niesiołowski pisem. Ale do rzeczy. Napisał (nie)miłego mejla – co napisał to niech zostanie już tajemnicą naszej korespondencji – dla mnie milszego, dla niego już nie tak bardzo. Nie będę długo nad tym się rozwodzić, ale cholernie fajnie mi się dziś zrobiło, gdy odczytałem jego wiadomość. Zastrzyk pozytywnej energii na cały dzień… Jest tylko jedno ale – mejle mogą znaczyć wszystko, a przy okazji mogą znaczyć nic. Tak jak słowa zresztą…
Wczoraj poczułem się chory. Zrobiło mi się zimno, słabo i tak niewyraźnie przed oczyma. Ale to wina tego, że siedziałem cały wieczór przed głupim fellow, randkując z jakimiś tam dziwnymi kolesiami. W sumie napisał do mnie starszy – bo przed czterdziestką prawie co – pan doktor (nie mylić z doktorkiem, z którym mam się uwidzieć niebawem), a który płakał, że jest taki nieszczęśliwy, bo chciałby kochać, a nie ma kogo. Inna sprawa, że jedna z fot, jaką tam zamieścił to jego dosyć duży penis. Ale może ja się nie znam – odkąd serce i strzała to znak pedała, to pewnie teraz symbolem tęsknoty za miłością będzie męskie przyrodzenie. Ale w sumie gdyby chciał seksu, zamieściłby penisa w czasie erekcji, więc chyba jednak coś w tym jest. Kolejnym przypadkiem natury klinicznej był siedemnastoletni chłopczyk, który starał się mnie przekonać, iż tak wielka różnica wieku nie ma dla niego znaczenia, że nie jestem taki stary, żebym się nie przejmował. Hmmm… w sumie gdyby był starszy, może szybciej potrafiłby się skapować, że to co mi przeszkadzało to jego młody wiek, a nie moje fobie i obawy, że taki staruch jak ja nie miałby szans u takiego młodego kogucika jak on. Ludzie, weźcie mnie stąd normalnie! No i trzecia osoba – pan w majtkach w dynie… Nie, po prostu jak to piszę, widzę totalną kuriozalność sytuacji gejów, którzy muszą się szukać po omacku, narażając się raz po raz w uderzenie głową w jakiś stalaktyt czy stalagmit, co to wisi lub stoi tam, gdzie słońce nie dochodzi… Ale widzę, że to ja tym razem przesadzam z tymi fallicznymi symbolami, ygh…
Poza tym w pracy jakby do przodu, ale wciąż do tyłu. Cały czas nie mam jeszcze nawet zarysu przemówienia na dożynki wiejskie, które już lada dzień, a szef musi błysnąć. Jakiś mały cytacik z witosa czy inego autorytetu, potem jakieś brednie o chlebie – owocu rąk ludzkich czy wieńcu dożynkowym. Zresztą pisałem już takie herezje w swoim życiu, że chyba to nie będzie już dla mnie żaden większy wyczyn, tym bardziej że piszę to po raz czwarty w swojej karierze wiejskiego gryzipiórka. A na koniec dobra wiadomość – mój asystent po trzech dniach zmienił koszulę. To dobry znak, bo dotychczas czynił to w piątek dopiero. Tym samym finisz tygodniowego maratonu w pracy ku chwale dróg i ścieków wiejskich nie bedzie wcale tak zły, jakby mogło się zdawać jeszcze trzy dni temu. Ale ponoć prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy. Mam tylko cichą nadzieję, że żaden z moich kochanków i byłych kochanków nie napisze kiedyś tam książki o moich jakichś tam wybrykach gdzieś tam, bo będzie kupa śmiechu z tym kończeniem. Z przewagą śmiechu – co by nie było ofkors… A tymczasem wracam do mejla – muszę go przełknąć raz jeszcze…




