eR

Archiwum z sierpień, 2007

YOU’VE GOT A MESSAGE

In point of view minus cztery on 30 sierpień 2007 at 6:52

Jestem dzisiaj niewyspany, więc mogę marudzić. Tak więc jeśli ktoś mógłby mieć z tym problem, to niech wpadnie na któryś z blogów obok – wtedy szybko tutaj wróci… Wiem, wiem znowu się pysznię, chwalę i stawiam przed wszystkim. Ale to wina pewnego mejla, którego właśnie odczytałem. Napisał do mnie pan psycholog, z którego emanuje taka zdrowa pewność siebie i świadomość własnej wartości. No co? Wciąż jestem ogromnie nim zauroczony i połykam każde wypowiedziane przez niego słowo niczym doświadczona aktorka filmów dla dorosłych w latach osiemdziesiątych przed wybuchem epidemii hiv/aids męskie nasienie. Tak, tak… Wciąż się podniecam tą znajomością jak niesiołowski pisem. Ale do rzeczy. Napisał (nie)miłego mejla – co napisał to niech zostanie już tajemnicą naszej korespondencji – dla mnie milszego, dla niego już nie tak bardzo. Nie będę długo nad tym się rozwodzić, ale cholernie fajnie mi się dziś zrobiło, gdy odczytałem jego wiadomość. Zastrzyk pozytywnej energii na cały dzień… Jest tylko jedno ale – mejle mogą znaczyć wszystko, a przy okazji mogą znaczyć nic. Tak jak słowa zresztą…

Wczoraj poczułem się chory. Zrobiło mi się zimno, słabo i tak niewyraźnie przed oczyma. Ale to wina tego, że siedziałem cały wieczór przed głupim fellow, randkując z jakimiś tam dziwnymi kolesiami. W sumie napisał do mnie starszy – bo przed czterdziestką prawie co – pan doktor (nie mylić z doktorkiem, z którym mam się uwidzieć niebawem), a który płakał, że jest taki nieszczęśliwy, bo chciałby kochać, a nie ma kogo. Inna sprawa, że jedna z fot, jaką tam zamieścił to jego dosyć duży penis. Ale może ja się nie znam – odkąd serce i strzała to znak pedała, to pewnie teraz symbolem tęsknoty za miłością będzie męskie przyrodzenie. Ale w sumie gdyby chciał seksu, zamieściłby penisa w czasie erekcji, więc chyba jednak coś w tym jest. Kolejnym przypadkiem natury klinicznej był siedemnastoletni chłopczyk, który starał się mnie przekonać, iż tak wielka różnica wieku nie ma dla niego znaczenia, że nie jestem taki stary, żebym się nie przejmował. Hmmm… w sumie gdyby był starszy, może szybciej potrafiłby się skapować, że to co mi przeszkadzało to jego młody wiek, a nie moje fobie i obawy, że taki staruch jak ja nie miałby szans u takiego młodego kogucika jak on. Ludzie, weźcie mnie stąd normalnie! No i trzecia osoba – pan w majtkach w dynie… Nie, po prostu jak to piszę, widzę totalną kuriozalność sytuacji gejów, którzy muszą się szukać po omacku, narażając się raz po raz w uderzenie głową w jakiś stalaktyt czy stalagmit, co to wisi lub stoi tam, gdzie słońce nie dochodzi… Ale widzę, że to ja tym razem przesadzam z tymi fallicznymi symbolami, ygh…

Poza tym w pracy jakby do przodu, ale wciąż do tyłu. Cały czas nie mam jeszcze nawet zarysu przemówienia na dożynki wiejskie, które już lada dzień, a szef musi błysnąć. Jakiś mały cytacik z witosa czy inego autorytetu, potem jakieś brednie o chlebie – owocu rąk ludzkich czy wieńcu dożynkowym. Zresztą pisałem już takie herezje w swoim życiu, że chyba to nie będzie już dla mnie żaden większy wyczyn, tym bardziej że piszę to po raz czwarty w swojej karierze wiejskiego gryzipiórka. A na koniec dobra wiadomość – mój asystent po trzech dniach zmienił koszulę. To dobry znak, bo dotychczas czynił to w piątek dopiero. Tym samym finisz tygodniowego maratonu w pracy ku chwale dróg i ścieków wiejskich nie bedzie wcale tak zły, jakby mogło się zdawać jeszcze trzy dni temu. Ale ponoć prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy. Mam tylko cichą nadzieję, że żaden z moich kochanków i byłych kochanków nie napisze kiedyś tam książki o moich jakichś tam wybrykach gdzieś tam, bo będzie kupa śmiechu z tym kończeniem. Z przewagą śmiechu – co by nie było ofkors… A tymczasem wracam do mejla – muszę go przełknąć raz jeszcze…

MY FUCKIN’ FREEDOM

In point of view minus cztery on 29 sierpień 2007 at 6:53

Dzisiaj mam dobry humor. Właściwie nie wiem, co jest tego przyczyną – czy fakt, że pan asystent szpanuje już trzeci dzień pod rząd w nowej bordo koszuli, czy może temu, że najadłem się jogurtu z dyni, a może temu, że miałem dzisiaj w nocy super seks. Nie mam pojęcia. Tak czy inaczej mam dobry humor i nie zamierzam go dzisiaj stracić. Poza tym od paru dni uśmiech nie schodzi mi z ust, tak samo jak słowo mówione. Właściwie po weekendzie z priamem myślałem, że przez dobry tydzień nie będzie chciało mi się gadać, a tu proszę – jest wręcz przeciwnie. Najchętniej zagadałbym wszystkich po kolei (tu powinna być gwiazdka, a gdzieś na dole przypis, że nie dotyczy to mojego asystenta, który nie zna umiaru… daj takiemu rękę, a od razu będzie chciał penisa… a fee!), ale mam sporo pracy, więc tego zaszczytu dostąpią tylko wybrani. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie wykorzystał wzmianki o penisie do przeskoczenia na inny temat. Otóż dzisiaj przeczytałem na moim ukochanym pudelku-pe.el, że enriquee iglesias (w polskim tłumaczeniu henryk kościoły) otrzymał propozycję zagrania w reklamie prezerwatyw za okrągły milion zielonych, co wiąże się z faktem, że kiedyś tam w przeszłości miał powiedzieć, iż wiele by dał, by jego mały penis był o wiele większy, bo ma problem ze znalezieniem odpowiedniego rozmiaru prezerwatyw. No cóż, mogę poradzić henremu, żeby śladem mojej skromnej osoby wybrał się do pasmanterii – naparstki są naprawdę super, a jakie mają wypustki… ech…

Fatalne zauroczenie wciąż mnie jakoś tam trzyma. Może powoli już puszcza, aż sam się zacznę puszczać, ale póki co nie puściło. Nie dość że jeden fajny jegomość nie odpisał mi na próby podrywu (no ale jeśli próbuje podrywać w podobny sposób, jak nasi rozwiązują sejm, to naprawdę nie mam do niego o to pretensji), to na dodatek wciąż się zastanawiam, co by było gdyby było, czego – było nie było – nie było. Ech… Tak czy inaczej trzeba powoli zejść z niebios na ziemię i zacząć się umawiać z doktorkiem. Tak, tak ajsi… Nawet i ja mam jakiegoś tam doktorka, ale takiego prawdziwego ze szpatułką do gardła i stetoskopem. Będziemy bawić się w lekarza. Masakra… Najgorsze, jak się okaże, że jest specjalistą w leczeniu hemoroidów – a jeśli ma zboczenie (choćby zawodowe) to mam przeje*ane… Ale w sumie chyba gorzej by było, gdyby był ginekologiem. Wtedy pewnie oprócz seksu nie miałbym z niego żadnego pożytku. Chociaż czy ja wiem… przeca my geje jesteśmy masakrycznie zniewieściali i do ginekologa z naszym hormonalnym rozstrojem jak najbardziej się nadajemy. Tak, tak panowie! Pora spojrzeć prawdzie w oczy! Szczerze mówiąc, znam tylko jednego męskiego pedała, ale kim ten ktoś jest nie powiem, bo się boję o swój stan zdrowia i dopóki dopóty nie zbadam czy mój doktorek jest chirurgiem szczękowym, nie puszczę się. Znaczy pary z gęby – miało być…

Gdzieś tam w głowie cały czas mi krążą tak durnowate myśli, że szkoda gadać. Właściwie nie mam ochoty na jakieś randki, umizgiwanie się, wymianę mejli i nocne rozmowy na akuku. Nawet na pisanie mejli straciłem ochotę, gdy okazało się, że mejle mogą znaczyć wszystko, a przy okazji nie muszą nic. Ale nie o to mi chodziło. Po prostu jakoś zaczynam sobie układać singlowate życie. Tu niezobowiązujący seks, tu niezobowiązujące spotkanie, potem jeszcze niezobowiązujący wyjazd i w ogóle niezobowiązujące do niczego życie. Ale głównie chodzi o odkrycie, którego doznałem może kilkanaście godzin temu – wolność. Tak, poczułem ją jakby na własnej skórze. I co najgorsze chyba, spodobała mi się. Na dzień dzisiejszy wiązać się nie zamierzam. Na dzień jutrzejszy ch** wie…

trespassers william – lie in the sound

PUŚCIĆ OKO

In point of view minus cztery on 27 sierpień 2007 at 19:39

Odwaga jest dobra, lecz wytrwałość lepsza. Coś w tym chyba musi być. Tak przynajmniej sobie to tłumaczę, patrząc na to, co robię. A robię sporo i niesporo zarazem. Mój świat składa się z małych elementów, bez których nie byłby już moim światem. Jedni lubią majestatyczne i okazałe budowle, wspaniałe i niezwykłe krajobrazy, ja z kolei o wiele więcej znajduję w niepozornych i niewielkich przedmiotach, porośniętych trawami łąkach, kamieniach w rzece czy mchu na drzewie. Tak samo mam z facetami – wolę fajnego wieśniaka niż boskiego atletę. Ofkors wieśniaka w moim rozumieniu, a nie wikipedii, coby nie było, że moi eksi to buroki. Przynajmniej nie wszyscy…

Ale dość o facetach, bo inaczej ten blog stanie się nieczytalny. Ale o czym pisać? O niezłym stresie w pracy? Tak popiszmy o pracy, bo o dharmowym ryżu już pisać nie mogę. No właśnie – nie wiem nawet co słychać u mojego byłego psa. Ciekawe czy tęskni za mną? Pewnie nie. Bo jak można tęsknić za kimś kto nas oddał na przewodnika stevie’go wondera? Nie można! Ale wracając do pracy – nie dość, że zepsuło się urządzenie za sto tysięcy zeta, to w dodatku zostałem z tym sam. A wokół tylko mało przystojni robotnicy, posiana trawa i strumyk płynący z wolna. No i najlepsze jest to, że jeśli nie uda się tego naprawić, to pewnie ja zostanę obciążony kosztami. Nie… no tak tragicznie to być nie będzie, ale mimo wszystko czuję się poniekąd za to już odpowiedzialny. Co więcej coraz bardziej. Nie wiem co będzie za dwa miesiące, o ile będzie. Ale jeśli będzie, to będzie. Nie mogę się zresztą już doczekać…

Czy człowiek z dużymi oczami ma powody do zadowolenia? I żeby nie było – nie chodzi o wyłupiaste ani błękitne oczy co niektórych panien na wydaniu… Ale o takie prawdziwe oczy, co się patrzy nimi do lustra (aż mnie zmroziło na samo wspomnienie). Pewnie i ma. Ja w sumie jestem dumny z moich arabskich oczu (niektórzy właśnie tak je określili hmm…), ale czasem zaczynają mnie irytować. Nie dość, że jedna powieka mi nieco opada (nie tylko ona zresztą), powodując wrażenie, że patrzę na wszystkich spode łba, to w dodatku przestali produkować na mnie soczewki kontaktowe. Nie ma już osiem dziewięć – jest tylko osiem siedem, a mnie szlag trafia, kiedy muszę je ubrać, bo gniotą. Jak moje slipki bo wypasionym weekendzie… Tak czy inaczej soczewki zakładam nago, jak tylko wyskoczę z łóżka. To fajne uczucie mieć na sobie tylko soczewki. Ale lepiej bez nich – wtedy wszystko wydaje się inne, oddalone, a na dodatek można sobie i wyobrazić, że większe…

beyoncé – learn to be lonely

COME INTO MY WORLD I’VE GOT TO SHOW

In point of view minus cztery on 26 sierpień 2007 at 16:26

Moje wady? Moje kompleksy? Moja prawda? A proszę bardzo! Oto ona. Jestem osobą cholernie nieśmiałą, która stworzyła sobie pewien w miarę spójny system wartości dostosowanych do wyznawanej ideologii. Są bowiem w moim życiu pewne sprawy, sytuacje czy zachowania, które uznaję za jedynie prawdziwe, właściwe i słuszne. I choćby nie wiem co, nie zmienię tkwiącego we mnie jak szpilki w laleczce voo-doo credo. Ale dobrze mi z tym. Po tym weekendzie stałem się trochę inną osobą. Wiele ujrzałem, jeszcze więcej chcę zobaczyć, jeszcze więcej chcę przeżyć. A czyja to zasługa? Pewnego psycho-dwudziestodwuprawielatka, który pokazał mi, że coś w moim życiu jest nie tak. Pan psycholog niby nieco jeszcze niedokształcony, ale z rewelacyjną smykałką do swojego biznesu – nie tylko stwierdził jakiego mam penisa (o boże, mam nadzieję, że to tylko on ma takie możliwości) czy jaką rolę mam w seksie analnym, ale także odrysował mój pewien profil osobowościowy. Jedyną pociechą jest to, że stwierdził, iż nie jestem do końca przewidywalny. Że zaskakuję ludzi. Że jeszcze czymś mogę zaskoczyć…

Mała wycieczka po blogach. Pedalskie blogi mają to do siebie, że najczęściej oscylują wokół miauczenia o związkach, nieszczęściu i zawiedzionych nadziejach. Wiem, wiem… Pedał szczęśliwie zakochany bloga dobrego nie napisze. Patrzcie na mnie – niegdyś gwiazda tych stron, a dzisiaj wracam niczym violetta villas, barbara krafftówna czy wiesław gołas. Taka jest prawda. Ach, co to były za czasy, gdy nasze pedalskie blogi stanowiły jakąś jedną fajną całość. Znaliśmy się tylko z monitora, gadaliśmy na giegie, docinaliśmy sobie w komentarzach. Dzisiaj zostało z tego nic. Tak czasami żal mi minionego czasu, minionych lat…

Ach, żeby była jasność – ze spotkania, które zakończyło się kilka godzin temu, no może godzinę…, może wyniknąć wcale ciekawa znajomość. Niemniej jednak tylko znajomość. Dlaczego tylko? Może lepiej zapytać dlaczego aż… Tak czy inaczej zawsze pragnąłem prywatnej dr. tracy clark. Czyżbym taką miał na horyzoncie…?

regina spektor – hotel song

OPTYKA

In point of view minus cztery on 24 sierpień 2007 at 9:06

Moje życie przypomina nieco telenowelę – wydarzenia biegną leniwym tempem, zdawałoby się, że aż za wolno, natomiast jak już zdarzy się jakiś zwrot akcji, to wywraca wszystko do góry nogami. I tak właśnie było wczoraj – pan psycholog zdołował mnie swoim mejlem, otruł moją nadzieję (chociażby dopiero taką kiełkującą) i pozbawił złudzeń. Swoją drogą to powinienem mu być niezmiernie wdzięczny, ponieważ delikatnie i zawczasu sprowadził mnie na powrót na ziemię. Dzisiaj mam to już właściwie gdzieś. I to oznacza chyba to, że ta nadzieja związana z nim była pewnie nie tyle może płonna, co niepotrzebna i przedwczesna. Najpierw bowiem należy sytuację obadać, a dopiero później widzieć się na kobiercu ślubnym, w towarzystwie pana księdza (oby tylko nie był nim wódz gejów polskich inczuczuna – znaczy niemiec szymon) albo kierowniczki urzędu stanu cywilnego – szczególnie tej naszej, która na każdy ślub przychodzi w czarnum kostiumie, a że do tego ma kruczoczarne włosy i ciemną karnację, to pary młode mogą czuć się jak na moim greckim pogrzebie – idealnie pasuje bowiem do tamtejszych etatowych płaczek. Ale wracając w główny nurt moich dzisiejszych tutaj rozważań, chciałem napisać, że takie wiadro zimnej wody (na szczęście niezmieszane z pomyjami na tym etapie) było mi potrzebne. Chodzi tutaj bowiem o to, że za często bujam w obłokach, nie dostrzegając spraw dziejących się na poziomie morza. Ale tak mają już idealiści – jeśli kochają to na zabój, jeśli kochają to do końca życia i jeszcze parę godzin po pogrzebie, jeśli kochają to bezwarunkowo. Tak. Tak właśnie mam. I to chyba nie jest zbyt zdrowe podejście do tematu. Na świecie bowiem jest więcej rzeczy, na które należy znaleźć czas, tudzież poświęcić im uwagę niż tylko miłość, emocje, seks. Nie uważam bynajmniej, bym się wykluczał z tego kręgu ludzkich żądz i potrzeb, ale może na chwilę należałoby wziąć sobie urlop. Taki tymczasowy. Bilet w jedną stronę. Wrócę, gdy będę miał chęć. Bo właściwie nic nie wykluczam. Niemniej jednak są chwile w życiu człowieka, kiedy powinien trochę się opanować. Zostało bowiem tyle nieprzeczytanych książek, tyle nieobejrzanych filmów, tyle nieodwiedzonych miejsc (choćby najdalszy kąt własnej duszy), tyle niepoznanych ludzi… Ludzie… Wciąż oni… I jak tu poświęcić się duchowi, a nie materii?

Mój tzw. asystent jest tragiczny! Nie wiem jak żonatemu facetowi uchodzi w okresie największych upałów łazić w tej samej koszuli. Może zrozumiałbym go, gdyby był biednym studentem. Ale nie jest. Ba, pracuje na dwóch etatach, nie ma dzieci, ma prywatny interes, żona nauczycielka i w dodatku języka obcego… Nie, ja pewnych rzeczy po prostu nie ogarniam. A weźmy na przykład moją skromną osobę – totalnie zadłużony z kredytem studenckim, pożyczką zakładową, ratami na wszystko oprócz papieru toaletowego, samotny w wielkim i drogim mieszkaniu, z debetem na trzy wypłaty, z jednym kiepsko płatnym etatem, a stać mnie na więcej niż trzy koszule i dwie pary spodni plus podróbki markowych perfum kupowanych w hipermarkecie oraz proszek do prania. Ale ja jestem tępy, więc może się nie znam…

Zauważyłem, że coraz mniej mówię. Co więcej gadanie mnie męczy. Zawsze tak mam, gdy jestem ja i cztery ściany. Nie chce mi się mówić – inna sprawa, że nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Błyskotliwy jestem tylko na klawiaturze, chociaż pewnie to przytłacza coniektórych. Natomiast w życiu w cztery oczy jestem pospolity jak mniszek i jak mniszek seksualny, zwyczajny jak kiełbasa i jak kiełbasa wysuszony, szary jak zając i jak zając niedogoniony, śpiący jak królewna i jak królewna z drewna… Mógłbym tak mnożyć tę wyliczankę bez końca, aż by ten blog się skończył… Ale jest jedno ale. Mimo to mam cholernie dużo w sobie radości, optymizmu i wiary w to, że nie jest wcale tak źle jak jest. Po prostu trzeba cieszyć się pozytywnymi aspektami sytuacji, a nie skupiać się li tylko na negatywach. No bo czy nie jest tak, że skoro pan priam mnie olał zaraz na początku, to nie zjawi się jakiś inny parys dajmy na to i oleje mnie pod koniec? Tak… nie ma jak optymizm. Dziękujemy ci es-si-dżonson…

AUTOR JEDNEGO HITU

In point of view minus cztery on 23 sierpień 2007 at 11:41

Miało być bez miauczenia – to będzie. Najwyżej małe skomlenie. Jak już nadmieniałem, mam w sobotę się spotkać z priamem. Była wyznaczona godzina, miejsce, miałem pewne plany. Dzisiaj się to trochę posypało. Ofkors spotkanie będzie, ale dwadzieścia cztery minuty później, miejsce zostało to samo, tyle, że plany się pozmieniały. Napisał – przyjeżdżam, żeby cię poznać, ale nic poza tym. Coby nie było… Hmm… Nie przyznam się do tego, ale zostałem sprowadzony maksymalnie na ziemię. Spotkanie będzie bez widoków choćby na szyndzielnię, nie mówiąc o rysach czy gerlachu. Po prostu pora się pogodzić z singlowaniem – nie zawsze można być autorem dwóch hitów… Czas się wziąć za robotę, bo z układami partnerskimi nie wychodzi. A jak mówi hipek – taki ktoś jak ja, powinien czerpać satysfkację tylko i wyłącznie z pracy. Coś w tym jest. Odstawmy uczucia na półkę, skasujmy profil, cieszmy się tym co zostało. Zresztą wszyscy chcą wcześniejszej emerytury – pielęgniarki, lekarze, górnicy, hutnicy, mundurowi (więc może i fetyszyści), parlamentarzyści i urzędnicy. No nic – zaszumiało mi trochę w głowie. A że tym razem bezprocentowo, to się trochę na mnie zemściło… Hmm… no co? Jestem qwa pedałem, więc jak mi się koleś spodobał i z wyglądu i charakteru to nie mogło?

Powiedzmy, że sporo zamieszania w moim życiu robi mój charakter, mój sposób bycia, moje zdystansowanie i pewna rezerwa. Dlatego też ludzie, wyczuwając to, zachowują się bardzo podobnie. Kiedyś z moim eksem robiliśmy mały eksperyment porównawczy – znamy trochę tych ludzi na gadulcu i znamy trochę tych samych. I co się okazało? Rozmawiając z markosem, używali słów niecenzuralnych, opowiadali pikantne szczegóły z życia intymnego, byli bardziej otwarci i naturalni. Ze mną natomiast ci sami ludzie byli nie tacy sami – tworzyła się pewna naturalna (a może nie naturalna) bariera. Nie było tematów tabu, ale właściwie nikt ich nie dotykał, a jeśli już to bardzo ostrożnie, kulturalnie i jakby w lateksowych rękawiczkach. I to chyba cały mój problem… Ja nie umiem być bezpośredni, lekko podchodzić do spraw osobistych, nie umiem zadawać pytań, nie lubię ingerować w cudze życie, a tym bardziej wchodzić w nie z butami. Więc jak tym samym nawiązać bliższą znajomość?? Nie ma bata, trzeba brać nogi za pas i spierdalać stąd raz dwa. Pora znaleźć opakowanie zastępcze – może estetycznie nie tak przyciągające zmysły, acz identycznie funkcjonalne.

ILUDNIOWY ZAROST?

In point of view minus cztery on 22 sierpień 2007 at 11:26

Dostałem pytanie, które brzmi iludniowy zarost lubisz najbardziej? – sam nie wiem, o który zarost chodzi. O twarzowy? Tutaj lubię niedogolenie. Męska twarz ma to do siebie, że w przeciwieństwie do anielskich twarzyczek reprezentantek płci niewiadomo skąd zwanej piękniejszą, sromotnie drapią twoją twarz, powodując czerwonawe zadrapania na mojej twarzy. Takie same zadrapania powoduje twarz mojej głównej księgowej, jak się ze mną całuje na piętnastego maja i twarz aśki od wróbelków (mojej niedoszłej małżonki, która pewnej pięknej soboty w słoneczny styczniowy poranek roku pańskiego dwa tysiące piątego mi się oświadczyła), gdy całowałem ją na dwudziestego pierwszego sierpnia, kiedy to przypadają jej imieniny – właśnie skonstatowałem, że wczoraj nie złożyłem jej życzeń. Ups, co za pech… Ale o czym to miałem pisać? Aaaa… zarost. Jest jeszcze cielesny. No cóż jestem jakimś miałkim i chyba nie za bardzo rozwojowym gejem, skoro jedyne golenie jakie uprawiam to twarzowe właśnie. Niestety – jedna z wad bycia ze mną w układzie seksualnym to wybieranie z ust moich włosów… Buhahahahaha… Chociaż może nie do końca, ale przecież nie będę pisać o swoich doświadczeniach z pola usuwania owłosienia cielesnego. Tak na marginesie uwielbiam owłosione pośladki. Jeśli ktoś takie ma, może być pewien, że nigdy go nie zostawię…

Moi wspaniali znajomi uznali mnie za największego ciapę na świecie. No może poza donaldem tuskiem, ale jednak… Mianowicie umyślili sobie, że najlepiej będzie, gdy mnie wyswatają z kimkolwiek. A najlepiej z pewnym panem, którego dla potrzeb tego wpisu nazwę królikiem. Dlaczego – nie powiem… Niestety nie uznaję uzwiązkowywania się w obrębie najbliższych znajomych z jednego powodu. A mianowicie gdy potem wszystko się wali, walą się i inne znajomości, układy i relacje. A tego sobie w zupełności już nie wyobrażam. Zresztą ostatnio dohodzę do wniosku, że wszystkie relacje ludzkie (zawodowe, rodzinne, koleżeńskie, przyjacielskie, związkowe, seksualne) to pasmo niekończących się kompromisów. Trzeba tylko odpowiednio rozłożyć akcenty, czasem pewne akcenty zamieść pod dywan, czasem otworzyć się na nowe… Ludzkie interakcje to cholernie trudna i dziwna sprawa – żyję na tym świecie już jakiś czas, mam się za nieco doświadczonego (bynajmniej nie we wszystkich aspektach ludzkiego), to wciąż mnie wiele zaskakuje. Najbardziej ja sam…

A, zapomniałbym – na starość goopieję. Umówiłem się z kimś tam na sobotę. I szczerze mówiąc, sam nie wiem po co… Miało być przecież singlowanie, oddanie się w pełni pracy, skupienie się na własnym wnętrzu. Ale spokojnie… To pierwsze spotkanie. Może ostatnie, a może nie. Tylko dlaczego wciąż moim życiem rządzi jedna reguła – młodszy i wyższy… Jedyna pociecha w tym, że możemy sobie się nie spodobać. A wtedy znowu cele wyższe przed mymi oczyma…

Od wczoraj mam mocne postanowienie poprawy – nie napiszę już ani słowa o moim (nie)dawno zakończonym związku. Znaczy nie będę płakał, miauczał czy żalił się jaki to jestem biedny. Biedny ofkors jestem, ale w portfelu. Przede mną jeszcze półtora roku do emerytury, a na funduszu żadnego kapitału. Trza się więc ostro wziąć do roboty, bo w dwa tysiące dziewiątym może się okazać, że nie zostanie mi nawet na chleb, którego zresztą nie jadam… Tak więc chyba stąd to spotkanie. Poza tym eks mi powiedział wczoraj, że nie chce skończyć tak jak ja – cokolwiek miałoby to oznaczać…

NIE TAK

In point of view minus cztery on 20 sierpień 2007 at 20:15

Nie jest źle. Dlaczego? Bo zawsze jest lepiej albo gorzej. Dlatego też nigdy nie jest dobrze. Skoro więc ani nie jest źle ani dobrze, to jak jest? Jest jak jest, a że czasem nie ma, to nie zawsze jest. Bo czasem było albo dopiero będzie. A jak będzie to nikt nie wie. Albo i wie, ale ja nie wiem tego, kto wie. A ja sporo nie wiem, choć czasem sprawiam wrażenie, że wiem więcej niż się wydaje. Ale mniej niż mi się wydaje. A się mądrzę. I wymądrzam. Czasem robię z siebie głupka i udaję, że nic nie wiem, a wiem. A innym zaś razem udaję, że wiem, gdy tak naprawdę nie wiem. Ale nie chcę, by inni wiedzieli, że nie wiem. A że nie wiem, to wiem. Tylko wstydzę się przyznać. Albo i nie przyznaję się celowo, bo lepiej nie prowokować rozmów. Zbędnych rozmów. Albo i niezbędnych. Bo takie rozmowy mogłyby wiele wyjaśnić. Albo i sporo pogmatwać. Więc sprawiam wrażenie, że jestem ślepy, niesłyszący, niemowa. Odstawiam zmysły. Zmysły prysły jak śpiewała anna jurksztowicz. Ta od diamentowego kolczyka. Zmysły prysły. Ach zmysły! Gdzie jesteście? Przywołuję was. Moje życie bez was marnieje w oczach. W uszach. W dłoniach. Dłonie… Męskie dłonie. Mocny uścisk, delikatne muśnięcie skóry, bezpieczne objęcie. Męskie oczy. Ostre spojrzenie, iskra i blask, odbicie jego duszy. Męskie usta. Kłamstwa i prawdy, których nigdy dość. On. Mężczyzna. Marzenie. Moje marzenie. Chcę oślepnąć od jego wzroku. Pragnę się upić jego głosem. Pragnę utopić się w jego ramionach. A jednocześnie chcę twardo stąpać po ziemi – wiedzieć jak się nazywam, wiedzieć dokąd chcę dojść, wiedzieć, że ja to ja. Ja… kim jestem ja? Ja w liczbie pojedynczej w języku polskim nie istnieje. Sporadycznie tylko wplatamy ten zaimek w zdania. Ja używam ja na powiedzenie tak. Tak. Za rzadko mówię tak. Za często mówię nie. Nie. Za często mówię tak. Za rzadko mówię nie. Tak. Odnaleźć prawdę, esencję życia, cel i drogę. Chcę. Wbrew sobie, wbrew innym. Dla siebie, dla innych. By poczuć, jak wiatr smaga ostrym powiewem w twarz. Ważne, że ktoś, kto idzie obok, poda ci szal…

t-raperzy – nie tak

KOLEJNOŚĆ

In point of view minus cztery on 19 sierpień 2007 at 21:34

Yellow – żółty redd’s, cytrusowy, odkrycie tego roku, z początku go nie lubiłem. Żółtego światła na ogół się nie lubi, bo albo nie pozwala jeszcze jechać, albo już jechać. Zaraz stanie się coś, co będzie mogło być brzemienne w skutkach nie tu i teraz, ale i tam i wówczas. Przygotuj się, bo jazda dopiero się zaczęła albo dopiero się zacznie. Lubicie jazdę? Który gej nie lubi. Nienawidzę tej klawiatury i klawisza z symbolem windowsa zamiast litery. Drażni mnie…

Green – zielony redd’s, jabłkowy, prawie jabol, pierwszy i bezwzględny władca. Zielony uosabia nadzieję, kolor wiosny, odradzającego się życia, natury. Zielone światło pozwala nam iść dalej – na przejściu dla pieszych migocze żwawo, mówiąc ‘uważaj, bo zaraz się zmienię i będziesz musiał znowu czekać’. Zielony to irlandia, zielony to dolar, zielony to ufoludek i ogórek. Każdy gej wie, co to ogórek. Zielony pozwala ruszyć z miejsca, ale jednocześnie na cmentarzu rośnie zielona trawka, ale ty i tak ją zobaczysz z innej perspektywy. Zielono mi śpiewała jakaś baba, drąc się w niebogłosy. Nie lubię tej piosenki. Zielony jestem ja w seksie, w podejściu do facetów, ogółem… Nie lubię zielonego koloru – wyglądam w nim nietwarzowo.

Red – czerwony redd’s, malinka. Miałem kiedyś maliny i to całkiem sporo niegdyś. Jedną tu, drugą tam, trzecią tam, gdzie się wstydzę powiedzieć. Stop to też czerwony kolor. Mówi nam – zastanów się, dokąd twoje życie zmierza. Wymyśliłeś? Kiljański nie wymyślił. Biedny. Jestem do niego podobno podobny zdaniem jednego pana z fellow. Czerwień to kolor krwi, a krew to życie. Krew to śmierć. Nie lubię krwi. Nie smakuje mi ona – ani własna, ani cudza…

Jestem gotów… I dharma jest gotowa. Będzie niosła pomoc niewidzącym. Pozostanie ze mną. Na zawsze. W sercu. Jestem bez serca. Jak davy jones. Skrzynia umarlaka? Mają mnie spalić – będzie urna. Chcę. Zdecydowałem się. Losie, obejdź się ze mną łaskawie…

katarzyna nosowska – era retuszera

ZATRZYMAĆ CZAS

In point of view minus cztery on 17 sierpień 2007 at 8:20

Poważne rozmowy są kluczem do poznania drugiego człowieka od jego bardziej mrocznej strony. Każdy bowiem człowiek skrywa w sobie niezwykle wiele tajemnic, których za żadne skarby świata nie chce zdradzić. Trzeba wtedy umiejętnie do niego podejść, aby chociaż część z nich zdołał objawić. Może nie do końca, ale w jakimś stopniu. Otwiera się wtedy bardziej na innych ludzi, zrzuca pewien pancerz i w rezultacie staje się bezbronny wobec tych, którym te sekrety wyjawia. Nie jest to w żadnym razie rzecz naganna, o ile oczywiście wie, że ten komu zaufał, tego zaufania jest godzien. Rzecz jasna, że istnieje drobny procent ryzyka, że osobę, której zawierzył, wybrał źle i nie docenił jej w sposób należyty, ale z drugiej strony istnieje wiele powodów i po temu, że wybór okazał się trafny. Nie można bowiem iść przez życie okazując sceptycyzm, niewiarę i rezerwę wobec wszystkim, których spotykamy. Jeżeli postępujemy w ten sposób, to jedynym człowiekiem, wobec którego popełniamy grzech zarozumialstwa i pychy, jesteśmy my sami. A samemu sobie wybaczyć najtrudniej.

Trudno po zakończonym związku odnaleźć pewną harmonię, swoisty balans pomiędzy tym co było, a jak powinno być. Na to potrzeba wiele czasu. Niestety żaden podręcznik nie powie nam, że t=n, gdzie t oznacza czas, w którym relacje pomiędzy byłymi kochankami mogą zostać uznane za zdrowe, a n określa wartość tego czasu w dniach, miesiącach lub latach. Dlatego też nikt z góry nie może powiedzieć, że żałoba po zakończonym związku będzie trwać miesiąc, rok czy dwa. Nikt też nie może do nikogo mieć pretensji, że ten czy tamten nie chce się w coś raz dwa zaangażować. I na odwrót – nie można komuś mieć za złe, że po miesiącu zaczyna się rozglądać za kimś nowym. Po prostu życie jest krótkie i długie zarazem, a wydarzenia biegną swoim torem, nie bacząc na to co akurat dzieje się w naszej głowie/sercu (niepotrzebne skreślić). Idąc tym tropem, muszę stwierdzić, że podobnie mam z sobą. Poprzedni związek w aspekcie uczuć i emocji zostawiłem za sobą – może niezbyt daleko za sobą, ale jednak. Wygasiłem miłość jak wygasza się znicz olimpijski. Zostały zdjęcia, wspomnienia i przyjaźń. Reszta powinna być już tylko milczeniem. Dzisiaj świat wygląda inaczej – mam więcej możliwości, przestrzeni oraz nieodgadnioną przyszłość przed sobą. Co więcej – niczego nie wykluczam, w sprawie ewentualnego nowego związku jestem na tak, chciałbym ponownie z kimś kiedyś być.

To co człowiek mówi, może czasem nie do końca odzwierciedlać to, co kotłuje się w jego umyśle. W moim przypadku jest tak częściej niż dopuszczają to standardy ludzkie. Zdarza mi się bowiem nagminnie, że ktoś mnie źle rozumie czy poniekąd opatrznie odbiera, to co chcę mu przekazać. I zazwyczaj nie jest to jego wina, ale przyczyny tkwią we mnie. Wynika to z prostego faktu, że ja dosyć często przydaję słowom inny sens aniżeli mają one w języku potocznym. Jeszcze inny sens mają gesty, mina czy spojrzenie. To rodzi całkowicie usprawiedliwiony dysonans w odbiorze mojego przekazu przez osoby trzecie, a przy okazji nie do końca jest zgodne z moimi intencjami. Weźmy na przykład ostatniego mojego mejla do pana psychologa – podesłałem mu pieśń, którą zalinkowałem bodaj dwudziestego pierwszego maja, a on pisze mi, że nie wypowie się co do treści i przesłania załączonego empeczy. Nic, że dla mnie miało to trochę inne znaczenie… A może miało właśnie takie? O panu psychologu nic więcej nie powiem, bo po pierwsze nie ma o czym, po drugie teoria a praktyka to dwie różne sprawy, a po trzecie maria kaczyńska też zrobiła na mnie dziwnie dziwne wrażenie, a nie trąbię o tym na każdym kroku. Zresztą mr maple jest znowu sam, więc i tak nie ma o czym pisać. Poza tym zbliża się bardzo niezbezpieczny dla mnie czas…

guns n’roses – november rain

CENIĆ SIĘ

In point of view minus cztery on 16 sierpień 2007 at 11:53

Może się zdarzyć, że jeden komputer odmówi współpracy, może się zdarzyć pewnie, że i dwa komputery odmówią współpracy, ale żeby dodatkowo współpracy odmówiła komórka, to chyba to się zdarzyć nie może. A się zdarzyło. I to w dodatku mi (mnie – jakby powiedział ktoś bardziej uczony w stylu rysia z klanu). Prawie mnie szlag trafił, gdy się zorientowałem, że mój laptop padł. Oczyma wyobraźni widziałem, jak znikają kilo-, mega-, a nawet gigabajty danych, które gromadziłem przez ponad cztery lata. Płakać mi się zachciało, ale wcześniej właściwie już prawie płakałem, więc nie płakałem.

Tak sobie myślę, że uzwiązkawianie się w chwili obecnej nie ma dla mnie większego sensu. I miał rację hipek, gdy kiedyś na moje pytanie, że skoro mu tak źle z panną hipolą, to dlaczego jej nie zostawi, odpiwedział, iż za stary jest na kolejne randki, podchody i starania się o nową rękę skoro i tak do końca nie wie, czy ta ręka kiedyś mu nie pomacha na pożegnanie. Właściwie z niego jest idealny wiejski filozof – jak coś powie, to po prostu mi ręce opadają. Idąc tym tropem, zacząłem się zastanawiać, czy aby on nie ma racji. Jak to bowiem było kiedyś – spotkałem się z kimś, on chciał mnie pocałować, ja dmuchnąłem mu w nos dmuchawca i była akcja. Albo podjechałem przed północą na umówione miejsce, zobaczyłem, że koleś ma skarpetki do sandałów a la mój nieżyjący dziadek erwin, więc raz dwa zrzuciłem sweter, a po czterdziestu minutach spaceru zrobiło mi się mega zimno i pojechałem do domu. Albo koleś mi spieprzył, bo akurat jego siostra szła drugą stroną ulicy, a gdy zniknęła za rogiem dzwonił, bym na niego zaczekał. No halo! Takim sytuacjom mówię nie, nie, nie…

Awans się zapowiada. Właściwie nie awans, ale rozwiązanie dotychczasowej umowy o pracę, nawiązanie nowego stosunku pracy i wyprowadzka od mistera asystenta. Ten ostatni powód osładza mi sytuację nawet bardziej niż bardzo. Ale poza tym nienormowany czas pracy nie krótszy niż dziesięć godzin plus soboty, więcej obowiązków, więcej kasy, więcej wyjazdów, szansa jedyna na sto lat, genialne perspektywy na przyszłość i kurewsko wypasione ce-fau… Czego gej singiel może chcieć więcej? Niestety nie ma nic za nic – czas wolny, dharma, długie wieczory w domu… To cena. Czy ją zapłacę? Odpowiedź już znam…

In point of view minus cztery on 15 sierpień 2007 at 9:49

dzisiaj jest smutny dzień

FREE LAJK MI – BUHAHA…

In point of view minus cztery on 13 sierpień 2007 at 20:43

Dzisiaj ponoć mam święto. Przynajmniej tak mówili w telewizji. Dzień leworęcznych bowiem nam nastał. Pamiętam jak bodaj w pierwszej klasie szkoły podstawowej wysłali mnie do psychologa, który miał mnie przestawić na prawo. No i udało się. Tyle tylko, że politycznie. Generalnie zbyt często używam słowa generalnie, ale nie o tym chciałem. Chciałem napisac mianowicie o tym, że świat pedalski jest cholernie mały – wszyscy wszystkich znają, wszyscy o wszystkich wypytują i takie tam. Weźmy pierwszy przykład z brzegu – umówiłem się ostatnio na wspólne piwo z homoseksualistami, z którymi bawiłem nad morzem. Przyszedł więc kandydat do mojej ręki z kolesiem, z którym nie tak dawno umówił się ten, który moją rękę kiedyś tam zdobył. No a wczoraj to już całkiem masakryczne odkrycie – koleś, z którym sobie od pewnego czasu sweet mejluję zna pana klona, a co więcej on wie, że pan klon zna mnie. Normalnie kogoś chyba trzasnę kiedyś w tym świecie – gdziekolwiek się nie ruszę to wszędzie każdy każdego zna… Ale co tam – mam ochotę na gorący romans, wielką miłość, beznadziejnie głębokie uczucie, kogoś przy kim się zatracę na amen… Ale równie dobrze mogę prosić o demokratyzację korei północnej…

Dzisiaj poniedziałek trzynastego. Niby taki sobie dzień, więc jeśli tylko nie jest to piątek, to nic strasznego zdarzyć się nie może. Ale nadzieja matką głupich. I po raz kolejny chyba się okazało, że tak do końca nie jestem sierotą. Bo dostałem propozycję nie do odrzucenia. Awans. W miejscu zatrudnienia. Od listopada. Normalnie mentalny orgazm. Próżność przez piętnaście minut eksplodowała. Wolność (w tym również i czasu) po tych piętnastu minutach implodowała. Zobaczymy. Na razie nie chcę o tym nawet myśleć… Później się z tym zmierzę.

Polubiłem żółtego redd’sa. Tak sobie myślę, że w sumie to nie za dobrze się mam. Ale przecież nie jestem tu po to, by narzekać. Po co epatować sobą innych. Bez sensu…

FREE LAJK MI

In point of view minus cztery on 11 sierpień 2007 at 22:53

Słucham sobie rosenstolz, licząc bez celu piksele w monitorze. Wróciłem z picia, ale co to za picie skoro tylko trzy warki strong zmieściłem. Nawet żadnej fazy nie załapałem. Co innego mr. hobbit, który zaczął się tulić przed dworcem do wszystkich po kolei, nie pomijając mnie. W sumie to nawet dobrze, bo chyba bym się pociął, gdyby ominął mnie szerokim łukiem. Generalnie on i jego facet wpadli na genialny pomysł – będą mnie swatać. Hmmm… nawet już sobie upatrzyli pierwszego kandydata do mojej ręki, ale biedni nie wiedzą, że ja z kolei go upatrzyłem sobie na swojego następcę. Jakoś nie za bardzo mi się uśmiecha bowiem perspektywa, że ten, który zajął moje miejsce jednocześnie nosi moje imię. Ale szczerze mówiąc mój eks to ma jednak łeb na karku – przynajmniej w łóżku jak się pomyli mówiąc do niego, to i tak ujdzie mu to płazem…

Dzisiaj właściwie przedostatni dzień urlopu. W poniedziałek powracam do szarej rzeczywistości, totalnie nieatrakcyjnego i nudnego współpracownika, szefa, który obiecał mi dwa lata temu podwyżkę i szefowej, która jest połączeniem moniki z przyjaciół i stukniętej pracoholiczki. Poza tym jest jeszcze sporo rzeczy, na wspomnienie których dostaję większych mdłości niż cała załoga szkoły rodzenia. Po prostu nienawidzę końca urlopu. Ale jak ktoś kiedyś powiedział – prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy. Po pierwsze kurwa taki ze mnie prawdziwy mężczyzna jak z dzika wieprzowina, a po drugie kiedy to ja ostatnio kończyłem…?

Singiel to genialna rola życiowa. Robię co chcę, chodzę gdzie chcę, nie muszę nikogo pytać o jakąkolwiek zgodę czy przed kimkolwiem się z czegokolwiek tłumaczyć. Na przykład za tydzień wyjeżdżam na cały weekend poza miasto – kiedyś bym pewnie sobie na to nie pozwolił albo wymyślałbym sto tysięcy powodów, dla których na ten weekend wybrać się nie mogę. Dzisiaj mam to genialnie gdzieś. Delektuję się swą wolnością i jest mi z tym dobrze. Ale powoli zdaję sobie sprawę z tego, że na dłuższą metę taka wolność tak naprawdę niczemu nie służy. Ale póki co będę się z tą wolnością puszczał na lewo i prawo.

GEJOUJŚCIE #2

In point of view minus cztery on 9 sierpień 2007 at 15:39

Nie wiem czemu, ale ilekroć tylko przywołam w myślach słowo związek mam przed oczyma pewną pannę, która w pierwszym odcinku homofonii emitowanej na jakimś niezwykle popularnym kanale mojej osiedlowej kablówki wykrzykiwała to słowo chyba z dziesięć razy na minutę. Tym samym moje nieco zboczone (bez skojarzeń proszę) podejście do tego zagadnienia ma swoje źródła nie w doświadczeniach życia minionego, ale właśnie w ekspresji pewnej pani z telewizji. No cóż, pewnie tak miało być skoro tak jest. Niemniej jednak mam ochotę na jakieś wielkie szaleństwo. Zakochać się nie zakocham, bo raczej podchodzę do pewnych spraw bardzo chłodno i z potężną rezerwą, ale mógłbym na przykład totalnie zatracić się w namiętności dyktowanej ogoopiałymi z zatłoczenia na skalę ludności bombaju hormonami. Upuścić nieco męskiej energii, poczuć nieogolone policzki na własnej zarośniętej twarzyczce albo po prostu powyciągać z ust pojedyncze cudze włoski (proszę, tylko nie biszkoptowe…). Ech, czy ja pisałem, jak bardzo lubię owłosione pośladki?

Jeszcze może wrócę do minionego urlopu. Świnoujście to śmieszny kurort wielkości wsi, w której przyszło mi pracować. Tyle tylko, że zamiast gór i lasów jest tam piasek i morze. Całe szczęście, że nie ma tam co niektórych współtowarzyszy, którym z dziwnie dziwną łatwością przychodziło całowanie się na plaży pod narzuconymi na głowę gatkami, nie mówiąc już nic na temat buziaków w odżinsowane pupy w pociągu relacji świnkowo-moje miasto podczas postoju gdzieś na śląsku. Szkoda, że w pobliżu nie było żadnego meczu, bo atrakcji mogłoby być stanowczo więcej…

Inferno to fajny klub, który jednak traci całą swą tajemniczość i urok w obliczu decybeli i puszczanej nuty. Potencjał ma niezwykle wielki, ale aż się prosi by zamiast house’owej stylistyki odziać przestrzeń w magiczne pojękiwania panien jones i melua czy boskiej redżiny spektor. Szczecinianie to niezwykle mili ludzie (chociaż nie udało mi się mimo wszelkich wysiłków poznać najcudniejszej ich przedstawicielki w osobie barakudy_k), którzy pomogą każdemu pedałowi w tułaczce po mieście w poszukiwaniu jedynego tam klubu, w którym można by spokojnie cosik złowić. A to pan policjant pośle nas dookoła miasta, to znowu czterdziestokilkulatek ucieknie w obawie przed gwałtem, kierując nas w przeciwną stronę (sorry koleś, ale ciebie nawet po trzech latach celibatu nie dotknąłbym kijem przez szmatę), a tylko miłe dziewuszki chichotając pomogą opalonemu pedałkowi znaleźć bramy piekieł. Tak czy inaczej inferno to ostatni klub, gdzie chciałbym spędzić sobotę – pewnie o wiele lepiej się bawią na wieczorkach zapoznawczych róż różańcowych, gdzie nikt nie podpiera ścian, sącząc oszukanego żywca.

regina spektor

Wbrew początkowym obawom tydzień nad morzem okazał się niezwykle mile spędzonym czasem w jeszcze milszym towarzystwie. Ofkors nie obyło się bez zgrzytów i kłótni oraz durnych dyskusji inspirowanych przeze mnie na mega dziwne tematy. Gdyby tylko mp3 nie zbzikował mi zaraz na początku, wszystko byłoby wręcz bajkowe, a tak musiałem słuchać stukotu kół wagonu, pochrapywania współpasażerów, pośpiewywania kaśki cerekwickiej na koncercie lata z radiem czy pięknych ruskich przyśpiewek boskiej iriny sukrziny w nadmorskiej muszli. Ta ostatnia to kolejna obok krystyny giżowskiej moja muza, której wycie będzie mi towarzyszyć do końca życia… Zapomniałbym jeszcze o jednym – jak już pisałem poprzednio poznałem pana ajsa, który trochę mnie jednak rozczarował. Nie myślałem bowiem, że okaże się fajniejszy niż znałem go z bloga czy giegie. Okazał się…

GEJOUJŚCIE

In point of view minus cztery on 8 sierpień 2007 at 16:56

Wróciłem ze świnoujścia brązowy jak miś uszatek – totalnie wypoczęty, zrelaksowany i gotowy na kolejny rok ciężkiej pracy. Ale co z tego, jak właściwie żadnej doopy tam nie zaliczyłem, mimo że byłem na wakacjach z sześcioma innymi pedałami. Ale to i może dobrze, bo trochę zmieniłem podejście do szeroko rozumianego homoseksualizmu – wbrew panoszącym się na polskiej ziemi opiniom obecność kilku gejów w jednym miejscu wcale nie oznacza od razu wielkiej orgii rodem z produkcji belami. Poza tym pozznałem ajsa (adresu jego blogów nie podaję, bo zajęłyby więcej miejsca niż wszystkie oficjalne tytuły kim dzong ila. Powiem tylko, że ze spotkania byłem bardziej niż zadowolony. Ach, jeszcze jedno! Wciąż mam urlop, więć się nie rozpisuję…