eR

Archiwum z lipiec, 2007

ODDAŁEM PSA

In point of view minus cztery on 29 lipiec 2007 at 12:24

Za pięć godzin mam być zwarty i gotowy. Jak z pierwszego zdania wynika, w żadnym razie nie chodzi tu o seks. Samo bowiem słowo zwarty kłóciłoby się wprost z istotą stosunków męsko-męskich na znacznie głębszym poziomie. O siódmej mam być na dworcu głównym, coby wsiąść do pociągu byle jakiego i udać się z całą pedalską paczką na północ. Niby się już spakowałem – dziesięć podkoszulek, trzy pary krótkich spodni, dwie pary długich plus dżinsy na tyłku, skarpety, sweter, kurtka przeciwdeszczowa (w końcu jadę na wakacje ja, więc ci na górze profilaktycznie próbują wszystkiego bym tylko się nie pokazał na piasku nago…) oraz dziewięć par bokserek (w końcu wszystko się może zdarzyć… jestem od jakiegoś czasu free again… a to zobowiązuje…). Ale niespecjalnie przejmuję się tym wyjazdem. Nie zrobiłem jeszcze żadnych zakupów na drogę, nie ubrałem się od rana (wciąż siedzę nago), a tym bardziej nie mam pojęcia jaką książkę wziąć ze sobą. Napełniłem w sumie tylko empeczy durną muzyką – to profilaktycznie coby nikt nie wpadł na żaden pomysł, by mi zgarnąć moje małe urządzenie (i nie mówię tu o molestowaniu podbrzusza).

Kierunek świnoujście. W drodze chwilowy postój na stacji w krzyżu. Mam cholerny sentyment do tej miejscowości, choć byłem tam może z dwa razy. Raz przy nadziei, drugi raz już bez. Dzisiaj jestem o wiele bardziej dojrzały. Chłodno traktuję życie, jeszcze chłodniej siebie i swoje uczucia. Wtedy było inaczej. Zero dojrzałości – dzisiaj nieco więcej wbrew temu co sądzi jeden z moich tzw. byłych. Chociaż wkładanie go do jednego worka z tymi wszystkimi eksami to nie tylko niesprawiedliwość, ale i zwyczajne chamstwo…

A, jeszcze jedno. Oddałem dh. Odwiozłem ją z całym ekwipunkiem. Miski, książeczka zdrowia, dwa kocyki, zabawki, szczotka do dywanów, którą skubana ukradła z łazienki, przekąski, szczotka do sierści, lekarstwa na zapalenie uszu i spojówek. Odwiozłem ze świadomością, że nigdy już jej nie zobaczę. Jutro ma przyjść nowa potencjalna właścicielka, a zadaniem wiejskiej będzie ocena, czy dziewczyna spełnia wymogi na rodzinę zastępczą dla biszkoptowej paskudy. I pewnie przyjdzie. Lecz zdziwi się, gdy się dowie, że na pięćdziesiąt procent nie dostanie mojego psa. Bo kurwa mać, ale tęsknię za tą mordką i kłakami w całym mieszkaniu. A jak to piszę, to mam mokre oczy. Na sześćdziesiąt procent, a może i nawet na siedemdziesiąt dh. tfu moja dh. jeszcze nieraz zgryzie mi buty za dwieście zeta… No bo jak można oddać kogoś, kto cię kocha i kogo ty kochasz… Kurwa mać.

maanam – smycz

FUFU

In point of view minus cztery on 27 lipiec 2007 at 22:33

Zaczął się urlop. Najpierw obmacał mnie zajebisty koleś – tomasz. Ale nie ten od królika, tylko mój fryzjer. Zrobił mi odlotowy fryz, jakiego nie powstydziłby się nawet sam guildo horn (o ile ktokolwiek oprócz mnie wie, kim jest ten jegomość). Potem wpadłem na moment do big sklepu i kupiłem sobie wielki ręcznik na plażę (no bo jadę sobie nad morze! no halo!) oraz trzy tiszerty. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ręcznik kosztował mnie dwa razy tyle, co wszystkie podkoszulki razem. Że niby pojebany jestem, bo kupiłem zajebiście drogi ręcznik? Nie wydałem na niego nawet czterdziestu zeta. Potem jeszcze tylko największa podłość w życiu (czytaj oddanie dh. na pastwę losu) i można spokojnie jechać na urlop…

Od poniedziałku będę się kąpać w zimnym powietrzy i kroplach deszczu świnoujskich plaż. Wspólnie z całą bandą gejów… W sumie nie zdziwiłbym się nawet, gdyby okazało się, że po paru godzinach w pociągu z tym całym towarzystwem będę miał ich już na tyle dosyć, że wyciągnę książkę, włożę empeczy do uszu i totalnie wyalienuję się niczym fotyga na planecie marki ziemia. Ech, w ogóle nie przejmuję się tym całym wyjazdem – w doopie mam pakowanie, prasowanie, dobieranie ciuchów do koloru tuszu do oczu, a już najmniej przejmuję się jedzeniem na drogę. Ech… Lubię jeździć pociągiem, słuchać muzyki i wtopić się w dobrą literaturę. A tu? Grozi mi uprocentawianie się, przebywanie w gejoffskich klimatach i podziwianie gwiazd przez szyby pędzącej ciuchci. Bosh, przecież to spełnienie marzeń…

Wróciłem. Wracam do formy. Ciągle mi się podoba żebrowski. Cały czas mam durny gust muzyczny. Tak jak poprzednio kręcą mnie absurdy życia codziennego i odjazdy życia niecodziennego. Witaj blogu! Powróciłem. Na dobre…

IBISZ SHOW

In point of view minus cztery on 26 lipiec 2007 at 7:36

Każdy chyba wie, że będąc w związku, głównie nastawia się nie na siebie, ale na drugą osobę. Nieważne wówczas stają się własne potrzeby, cele, aspiracje. Poniekąd na drugi plan schodzi nawet poczucie własnej autonomii. Liczy się tylko to co dzieje się pomiędzy dwiema osobami, a ważniejsze niż odbicie w lustrze staje się odbicie w oczach osoby, z którą jesteśmy. I to nie tylko w związkach gejowskich, ale wszystkich relacjach międzyludzkich – normalnych męsko-żeńskich (i tych nienormalnych też), damsko-lesbijskich czy właśnie męsko-pedalskich. To pewna oczywista oczywistość, z którą się nie dyskutuje. Chcąc być z kimś musimy (nie)stety schować myślenie tylko o sobie i przede wszystkim o sobie głęboko do barku – najlepiej za butelki z alkoholem, a jeśli ktoś nie pije to za zapasowe rolki papieru toaletowego. Dlaczego tam? Otóż z prostej przyczyny – te dwie rzeczy powinny być w domu w każdym momencie, bo nikt nigdy nie zna dnia ani godziny, kiedy będą potrzebne…

Dzisiaj na nowo odkrywam siebie. Wiem, że mam cholerne ambicje i potrzeby rozwoju własnego ja. Jestem głodny sukcesu zawodowego, rozwoju intelektualnego oraz zwyczajnego zaspokojenia własnej próżności. Mam chyba spore plany – studia, doktorat, kariera zawodowa, polityczna… Oczywiście to tylko plany, które zostaną tylko planami w większej może części – niemniej jednak w pewnej mierze może uda się je zrealizować. Może to głupio zabrzmi, ale jak tak bardziej pobyć sam na sam ze sobą w głowie, pokoju i sercu, to człowiek odnajduje niesamowite rzeczy. Zwyczajnie brak czasem czasu na włuchanie się w to, co prędkością bicia herc-pompki przetacza się przez zwoje mózgowe i każdy milimetr sześcienny własnego ciała. Jeśli jednak już znajdzie się chociażby krótka chwila, by przeanalizować skład własnego dna (jakby dwuznacznie to nie zabrzmiało), to można i ducha czasem wyzionąć. Nie wiem jak to jest, ale czytając gejoffskie blogi (ale i nie tylko), to można wywnioskować, że wszyscy jak jeden mąż przywiązują niezwykłą uwagę do tego, co podpowiada im serce. Piszemy o uczuciach, doznanej krzywdzie, cierpieniu, skończonej miłości, urazach, obrazach et caetera. Pomijamy jednak sprawy nie tyle może ważniejsze, co równie ważne – a mianowicie nasz rozum. Nie mówię, że mamy przedkładać logiczne myślenie nad mokre i ciasne majtki ani broń boshe na odwrót, ale zapominamy, że te dwa sposoby myślenia powinny znajdować się w pewnej równowadze.

Dostałem propozycję, którą niektórzy mogliby określić mianem nie do odrzucenia. Druga w tym roku oferta awansu zawodowego, społecznego, a co za tym idzie i finansowego. Wielki dowód zaufania w moje kompetencje, doświadczenie i potencjał. Jednocześnie to szansa, jaka nie zdarza się na co dzień, ba – nawet być może jedyna taka szansa w całym życiu. Trudny wybór. Cholernie trudna decyzja. Jestem z nią sam. Ofkors istnieje jeszcze jedna niewielka nadzieja, że wszystko rozejdzie się po kościach (robię też wiele, by tak się stało), chociaż z drugiej strony istnieje też jedna niewielka nadzieja, że się ziści to, co kilka miesięcy temu mogło być li tylko marzeniem średniego szczebla urzędnika. Wiem, że sobie poradzę, chociaż zapłacę za to sporą cenę. Wiem, że będę rozczarowany, jeśli propozycja (a właściwie dopiero jej nieśmiała zapowiedź) nie zostanie mi przedstawiona wprost – zresztą mam już wyjście awaryjne. Tylko zastanawiająca jest cena – serce na jakiś czas musi służyć tylko celom podtrzymywania organizmu przy życiu, realizacji potrzeb ujętych w piramidzie maslowa właściwie przy fundamentach. Cena jest wysoka, ale nie do końca wygórowana. W perspektywie czasu to szansa mojego życia. Chyba, że znowu wystarczą procenty i papier toaletowy z labradorem na opakowaniu…

JEDYNE CO POSIADAM TO IMIĘ

In point of view minus cztery on 24 lipiec 2007 at 9:10

Kiedyś dawno dawno temu żył sobie na świecie szary człowiek, którym nikt nigdy sobie nie zaprzątał głowy i właściwie nikt na niego nie zwracał uwagi. Nie żeby był mały jak calineczka czy inny ogrodowy krasnolud spod niemieckiej granicy, bo można by powiedzieć, że było na odwrót. Chodziło raczej o to, że sam nie chciał się rzucać w oczy. Grzeszył na prawo i lewo nieśmiałością, wycofaniem i skrywaniem własnych oczu za burą grzywą. Do czasu. Do czasu aż się zakochał. W sumie głupio to wyszło, bo nudziło mu się kiedyś i wszedł tak dla zjebów na czat na wirtualnej polsce – bo na interię wchodzić nie chciał, bo przecież tam same gwiazdki bywają. I natknął się na pewną osobę, która rozpaliła jego zmysły, sprawiła, że pierwszy raz podał swój numer telefonu, a nawet zdradził prawdziwe imię (bo przeca każdy od razu się domyśli kim jest bohater tej oto historyjki, pfff…). Do tego stopnia się wkręcił, że przesiadywał na kompie i po osiem, a czasem i nawet dziesięć godzin, rozmawiając z tą osobą. Pojawiła się z czasem pewna osobliwa nić, która w miarę przegrzewania się światłowodów północ-południe nabrała rozmiaru co najmniej sznurka na majtki sąsiadki z naprzeciwka (ma wielkie majtki, więc i sznurek winien być solidny… korzystając z okazji serdeczne pozdrowienia dla pani be i jej kur, z którymi namiętnie prowadzi dzień w dzień konwersacje…). I wszystko byłoby pięknie, kto wie czy nie skończyłoby się i zawarciem jakiegoś związku małżeńskiego za pośrednictwem któregoś z wirtualnych kościołów lub kasyn internetowych. Pewnie by i tak było, gdyby nie jakaś dziwna pedalska maniera wysyłania fotek. Czar prysł zaraz po kliknięciu małpy. A ja poczułem się jak ostatni potwór, przy którym bazyliszek to piękność porównywalna z kasią cichopek coby trochę pobuszować w klimatach mojego byłego… Od tamtego czasu sporo się zmieniło – wyglądam wreszcie jak człowiek, a nie grubszy brat ryszarda kalisza i w sumie mam niezły potencjał, by rewelacyjnie sobie radzić na parkiecie gejoffskiego klubu. Niestety o ile łatwo zmienić swój wizerunek, to z charakterem już tak prosto nie jest. Niestety. Przy otwieraniu się na innych ludzi, pokonywaniu nieśmiałości i nabywaniu wiary w siebie zmiana rozmiaru z iks-iks-el na em to bułka z masłem… Ech, lajf…

Dobra. Ostatni raz ponarzekam sobie na los opuszczonego kochanka. A co? Nie wolno mi? A doopa… Bo wolno! Mam prawie trzydziestkę na karku i powoli zaczynam zdawać sobie sprawę, że muszę całe swoje życie zaczynać od nowa. Znowu randki, tysiące pomyłek, setki pisanych mejli (dobrze, że na czat nie wchodzę, bo przynajmniej mam czas na zjedzenie śniadanio-obiado-kolacji…), dziesiątki propozycji spotkań i kilka tychże zrealizowanych propozycji. Potem z czasem się do kogoś przekonam, zaczniemy pisać mejle, sporo gadać na giegie, by na drugiej randce wskoczyć do łóżka. Cud jeśli po trzech tygodniach nie rzuci we mnie hasłem sorry, ale skończył się hajt… Z drugiej strony chciałbym być bezsercną suką, która ma w dupie nie tylko wszelkie możliwe penisy (by nie powiedzieć kutasy), a przy okazji i ich właścicieli. Zajebiście by było, gdybym się nastawił na hedonistyczną orgię seksualnego egoizmu, poprzestając na opcji – wszystkie penisy w dupie (chociaż wtedy dupa to by było określenie trochę na wyrost…). Więc może chociaż opcja coby mieć w dupie wszystkich. Bez penisów… Tak. Tak zrobimy. Ale wtedy coniektórzy mogą pomyśleć, że jestem aktywną bezsercną suką. I tak źle, i tak niedobrze… Więc na razie nastawiam się na odwrotną opcję – wszyscy w dupie mają mnie! – znowu sugestia mojej zajebistej aktywności seksualnej. Ale to też tylko połowiczny sukces. Niestety mam wadę – mnie nie sposób nie lubić… Czy ja aby nie jestem za skromny??

Dochodzę do wniosku, że niektórzy powinni sobie zmienić imię. Irytuje to mnie, że ktoś ma tak samo na imię jak ja. A już najbardziej, gdy jest to aktualny obiekt westchnień niegdysiejszego mojego obiektu… Nie lubię swoich imienników. Sam fakt ich istnienia jest bowiem jawnym zaprzeczeniem mojej wyjątkowości. Ech, goopi chłopczyku, wmawiaj to sobie dalej…

BEISSE MICH

In point of view minus cztery on 21 lipiec 2007 at 12:03

Nieziemska burza. Kocham burze. Chyba nawet bardziej niż inne zjawiska atmosferyczne. No może poza tęczą, ale właściwie ta została zaanektowana przez jakieś durne środowiska pedalskie w celach propagandowych. Tak więc została mi tylko burza. Minionej nocy pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się, że obudziłem się w świetle błyskawic i muzyce grzmotów. Pewnie już to pisałem, ale napiszę po raz kolejny – zeus musiał mieć niezły seks wczorajszej nocy ku uciesze prometeusza, który chyba też odczuwał w skałach kaukazu orgazm z wyszarpywanej wątroby. Dzielę ich hobby – boski orgazm i alkoholizm prowadzący do marskości…

Tak. Markos się zakochał. Tym razem nie we mnie, więc jestem spokojny. O siebie i o niego. Rozstanie posłużyło nam obu – on zaczął dostrzegać na nowo świat wokół, który wydaje się mu chyba coraz mnie zły, a ja z kolei powoli otwieram oczy, by poznać na nowo świat, który mnie otacza. Jednocześnie znaleźliśmy własną drogę do siebie. Już nie jako kochankowie w różnych zodiakalnych konstelacjach, ale jako zwyczajni przyjaciele. Możecie wierzyć lub nie, ale nie każdy pedalski związek kończy się wzajemnym obrażaniem się na siebie, obrażaniem siebie wzajemnie i obrabianiem dupy przy innych – po prostu wolimy obrabiać teraz dupy innym (i bynajmniej nie w sensie obgadywania). Seks pozamałżeński? Pilnujemy się, by nie przekroczyć pewnych granic, chociaż iskrzy czasem i wióry lecą… Jak dotąd jednak rządzi duża głowa, a mała tylko co chwila się podnosi, obrywając jednak raz po raz z liścia… Gdyby tylko co innego można tak z liścia, ech…

Za tydzień wielki wyjazd nad polskie morze – morze, którego nie widziałem jakieś dwadzieścia dwa lata. Kierunek na świnoujście z bandą sześciu innych pedałów, z których żaden jakoś mnie nie inspiruje do wznoszenia się ku gumce od bokserek. Tak czy inaczej umówiłem pewno spotkanie. Ale czy dojdzie do skutku…? – zobaczymy. Już dwa razy smok wawelski był nam nieprzychylny, może tym razem posejdon nam będzie sprzyjał… Chciałem przy okazji także spotkać się z moim pierwszym tzw. facetem, ale jakoś on się do tego nie zapalił, choć wysunąłem jakiś czas temu propozycję. Hmm… właściwie to dzięki niemu jestem obecny w tym pedalskim padole łez i rozpusty, więc pewnie się boi, cobym go przy okazji nie zabił za wyrządzone krzywdy moralne i nieodwaracalne szkody na umyśle i innej – wertykalnie pzeciwnej przeciwnej – części ciała. Notabene nigdy nic między nami nie było, ale i tak trzymało mnie jakieś dziwne uczucie chyba z piętnaście miesięcy. Powiecie – człowiek młody, to goopio zakochany i z zakochania goopi… ale cholera miałem wtedy prawie dwadzieścia sześć lat…

rosenstolz mit hella von sinnen – ja, ich will!

MÓJ PROFIL NA PEDAŁ-ALLEGRO

In point of view minus cztery on 20 lipiec 2007 at 9:57

Do koszul noszonych i cztery dni pod rząd w trakcie upałów oraz do konsumowanych wprost z puszki sardynek w pomidorach możemy dopisać dzisiaj jeszcze skarpetki do sandałów. Po prostu bóstwo. Całe szczęście, że pan z naprzeciwka nie jest homo, bo miałby powodzenie może tylko trochę większe niż ja, a kto wie czy nawet nie mniejsze – a to by już była tragedia czystej krwi. Z drugiej strony nawet nie narzekam, że pies z kulawą nogą nawet nie odwiedza mojego profilu na fellow. Bo i po co? Zresztą co można napisać człowiekowi, który reklamuje się w taki oto sposób:

- po pierwsze z zasady wykluczam jakiekolwiek spontaniczne spotkanie po wymianie jednego-dwóch mejli (sorry, ale nawet na rozmowę kwalifikacyjną zapraszają telefonicznie)

- po drugie profile bez fotek wcale nie są dla mnie w niczym gorsze niż te z fotkami, a w szczególności już takimi, które pokazują wszystko byle tylko nie oczy nos i usta (sorry, ale nawet dobre porno to plejada przede wszystkim w miarę uśmiechniętych aktorów z dziwnym błyskiem w oku, a dopiero potem różnych pomniejszych części ciała)

- po trzecie nie ukrywam pod hasłem nagich fotek (sorry, ale każdy szanujący się i mający pewne ambicje początkujący aktor nie wystapi u progu swojej kariery w pornosie, coby mu tego później przy nominacjach do oskarów nie wyciągnęli, chociaż w epoce photoshopa wszystko możliwe… nawet ja mogę wyglądać dobrze na fotkach :P )

- po czwarte naprawdę [sic!] nie umawiam się na seks ot tak po prostu byle odhaczyć kolejne mięso w pamiętniku (sorry, ale dla mnie seks jest czymś magicznym, co stanowi ukoronowanie znajomości, a jednocześnie spaja na zawsze… i szczerze mówiąc nie wiem, czy takiego spojenia życzyłbym sobie z każdym…)

- po piąte nie czuję jakiejś wielkiej solidarności z tym wszystkim, co uosabiają sobą działacze gejowscy, nie mam poczucia dumy z tego, że wodzę oczami nie za spódniczkami mini, ale owłosionymi łydkami panów w szortach, czy wreszcie nie czuję się ograniczany w swoich prawach w moim kraju – to nie oznacza jednak, że robię z siebie wyrzutka, kogoś kto stoi ponad tym wszystkim czy kreuję się na jakiegoś wyjątkowego ktosia, który ma gdzieś wszystkich mu podobnych – dlatego też mam swoich gejoffskich znajomych, pedał-budy, do których co jakiś czas zaglądam (chociaż w darkroomie nigdy jeszcze nie byłem) i szereg innych zachowań, które mnie pozwalają zaliczyć w poczet tego, co z dumą, a jednocześnie właściwą mi przekorą nazywam pedalstwem…

- a po szóste – nie jestem aż tak wielkim gburem, jakby mogło wynikać z pięciu punktów powyżej…

To był wpis pisany na siłę. Nie chce mi się w lecie wytężać komórek. Zresztą po co?

justin timberlake – lovestoned

HAPPY BIRTHDAY & LOVESTONED

In point of view minus cztery on 17 lipiec 2007 at 13:06
camilla parker-bowles

Kilka słów uzupełnienia – moja ulubienica (szczerze mówiąc zawsze bardziej wolałem naturalną camillę niż megasztuczną dajanę) skończyła sześćdziesiąt lat. Sam chciałbym być w podobnej formie w tym wieku, co księżna kornwalii. Swoją drogą miłość camilli i czarlsa to podręcznikowy wzór do naśladowania – mimo barier, coraz bardziej piętrzących się trudności dopięli swego i są razem. Może kiedyś i mi będzie dane…

Dwa reddsy (czerwony i zielony, żółtego nie cierpię) zrobiły swoje. Jestem w genialnym humorze, siedzę przy kompie nago i gram w mahjongga. Nie interesują mnie netowe znajomości, nie obchodzą mnie znajomości w realu. Nawet mój pies mnie nie obchodzi. Wiejska baba znalazła już zresztą dh. rodzinę zastępczą. Muszę zrewidować swój lajf. Nieco więcej zabawy w ce-fau – nowe miejsce zamieszkania (może), nowe studia (dziennikarstwo!), nowy facet (tomasz morus się kłania – polecam tudorów z boskim jonathanem rhysem-meyersem tak na marginesie), a może i nowy ja… Tak. Nowy er. Hmm… tyle, że to ostatnie to totalna bzdura…

Siedzę przed kompem, bąbelki buzują, słucham na przemian zdzisławy sośnickiej, dżastina timberlejka i garbage. I się uśmiecham. Bo może gdzieś dostrzegłem sens życia. Podzielić się with you swoim spostrzeżeniem? Nie? I tak się podzielę… Człowiek pławi się dopiero wtedy w szczęściu, gdy szczęście dopadnie osoby mu najbliższe. Generalnie w dupie ma, czy dzieje się jemu dobrze. Najważniejsze, żeby nie było źle tym, których kocha…

garbage – tell me where it hurts

4 U @

In point of view minus cztery on 16 lipiec 2007 at 6:30

Poranny rytuał załatwiony – kawa wypita, jogurt zjedzony, onet przeczytany. Teraz wystarczy zająć się robotą. Chociaż przy tym upale to prawie niemożliwe – tym bardziej, że okno od wschodu i do jedenastej nie ma mowy bym cokolwiek zobaczył na ekranie monitora bez spuszczonej rolety. Ale właściwie na co ja narzekam? Kiedyś uskarżałem się wszem i wobec, że muszę kwitnąć na tym tragicznym poddaszu w sąsiedztwie rodziny os, a teraz mi nie pasuje pokój na piętrze samych urzędowych szych. No halo… Pewnie nawet gdyby mnie usadowiono w klimatyzowanym apartamencie z piękną łazienką i full wypasioną kuchnią, tobym narzekał na brak przedpokoju albo wannę zamiast prysznica (tudzież na odwrót).

Wczoraj siedziałem sobie nad rzeką. Nie sam. Z psem i eksem. Wczoraj też spędziliśmy noc w różnych mieszkaniach (niestety ja i dh. w tym samym… Rozwód stał się ciałem. Odpowiednio wcześniej przypieczętowany ofkors… Jednak łączy nas jakaś dziwna więź (niestety, również mnie i dh.). Nie wiedzieć czemu nie potrafimy być razem, a jeszcze bardziej bez siebie. Jednak życie idzie do przodu i pora otworzyć nowy rozdział. Z tym, że każdy następny jest (nie)prostą kontynuacją poprzedniego, tak więc przeszłość zawsze będzie gdzieś z tyłu głowy. Ważne tylko, by nie pozwolić jej zdominować tego, co nadejdzie… Niemniej jednak każdy, kto będzie kiedyś chciał mnie bardziej poznać, będzie musiał przyjąć mnie z dobrodziejstwem inwentarza. Że niby mnie i jego do łóżka? Hmm… W sumie spełniłyby się jego marzenia…

martijn ten velden – i wish you would

NIE DOTYKAĆ

In point of view minus cztery on 11 lipiec 2007 at 6:08

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Od kilku dni jestem totalnie senny, apatyczny, a jedyna energia jaka przeze mnie przepływa to gorąca woda podczas porannego prysznica. Potem jadę do pracy, siadam przed monitorem, popijam kawę, od której robi mi się niedobrze, jem jogurt z jakimś świństwem i udaję, że żyję. Może wynika to z prostej przyczyny, że od jakiegoś czasu nie widzę w swoim życiu sensu… Straciłem całkowicie z oczu cel, do którego mógłbym zmierzać. Co gorsze – nie zanosi się na to, bym w niedługim czasie takowy mógłbym dostrzec na nowo. Na chwilę obecną moje życie jest jałowe, bo jakże inaczej zdefiniować stan, w którym jedynym moim dążeniem jest zaczerpnięcie powietrza… Związki gejowskie to farsa. Niby jesteś z kimś, a tak naprawdę jesteś sam. Bo możesz być z nim tylko w cztery oczy (no chyba, że nosisz wspomagacze na oczach jak ja…). Nie możesz pokazać światu, rodzinie, znajomym, że jest ktoś, dla kogo chciałbyś umrzeć, dla kogo mógłbyś żyć…

Przez pewien okres miałem coś takiego, jak profil na pewnym portalu, który pomaga takim zboczeńcom jak ja znaleźć sobie tzw. drugą połowę. Właściwie źródło tego profilu nie stanowiła chęć poznania kogokolwiek, ale było to coś bardziej skomplikowanego, o czym w tym miejscu pisać nie będę. Z czasem stał się on genialną zabawą, dzięki której poznałem kilka osób. Jednakże jak w każdym takim przypadku musiałem i tym razem zastosować wielkie sito, by oddzielić to co dobre od tego co lepsze. Właściwie jak za każdym podejściem z profilem (a w moim życiu było tego trochę) nie spodziewałem się, że cokolwiek zostanie. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że jedna znajomość ma całkowicie sens. Ale może tylko dlatego, że ten ktoś z góry nie zakładał, że może mnie kiedykolwiek mieć – wręcz przeciwnie od razu zakomunikował, że kogoś ma i szuka tylko znajomych. Mister klon to chyba właściwie jedyna korzyść z posiadania anonsu na pedał-allegro. Innych bowiem nie dostrzegam. Wczoraj uczyniłem zresztą pierwszy krok ku temu, by ten profil skasować – nie chcę tego robić pod wpływem emocji czy wewnętrznego przeświadczenia, że to nie dla mnie, że jestem kimś lepszym czy podobnego pieprzenia 3po3. Nie – wręcz przeciwnie. Chcę to zrobić w pełni świadomie, przemyśliwszy sprawę, rozważywszy wszlekie aspekty tego wirtualnego wystawiania się na widok publiczny niczym panienki w hamburgu za żelazną bramą. Nie jestem gotów na związek. Właściwie w ogóle nie wiem czy kiedykolwiek będę. Nie mam ochoty bawić się na nowo w całe te podchody, słodzenie, uśmiechanie się, flirtowanie czy kokietowanie – ech, ach, och by docelowo było uch. Po prostu nie mam ochoty – z zastrzeżeniem, że dotyczy to chwili obecnej. Nie będę się bowiem zarzekać, że nigdy nic mi do głowy (tudzież główki) nie strzeli. Niemniej jednak dzisiaj tak czuję. A właściwie wiem, że nic nie czuję. Stałem się bezkształtną uczuciową masą. Jak glina. Tyle, że co niektórzy z takiej gliny mogą ulepić wiele…

Mój pies zwariował. A przy okazji zwariowałem ja. Zgryzła mi najlepsze buty za dwieście zeta. To też w chwili obecnej do garnituru mogę sobie założyć co najwyżej japonki. Nie mam siły do tego sierściucha i poważnie zastanawiam się do oddania jej do rodziny zastępczej, gdzie będą mieć dla niej czas i uśmiech, a nie tylko komendy w stylu dh. na miejsce. I wcale nie (z)robię tego z egoizmu czy wygody, ale właściwie wielkiej sympatii do tej biszkoptowej paskudy. Ten mądry bądź co bądź pies zasługuje na dobrego pana, a nie takiego popaprańca jak ja. Obcowanie ze mną grozi bowiem niewyobrażalnymi skutkami. I najśmieszniejsze jest to, że nie dotyczy to tylko psów…

GDZIE JEST DZIŚ?

In point of view minus cztery on 10 lipiec 2007 at 9:34

Ten blogger mnie tak wpienia, że jeszcze chwila, a trzasnę laptopem tego co przede siedzi… Zresztą zasłużył sobie na to idealnie, bo przez pół godziny nie miałem nic lepszego do roobty jak poprawiać napisane przez niego pismo. Pisze koleś do radnego sejmiku, a tytułuje go w oficjalnym dokumencie – cytuję: councillor of voivodship sejmik. Dlaczego? Bo dostał od niego anglojęzyczną wizytówkę. Na domiar złego w polu adresowym wpisał jego numer telefonu. No halo! Kogo oni tu zatrudniają, się pytam. Wystarczyło, że nie było mnie tutaj jeden dzień, a koleś wysłał do funduszu ochrony środowiska dokumenty pod umowę na niską emisję bez pisma przewodniego! Matko, przeca oni nas tam uznają za skończonych debili i dyletantów. A najlepsze jest to, że jako osoba kontaktowa we wniosku wpisana jest moja ‘persona grata’. Ech… Zwariować można. A już myślałem, że bardziej się nie da. A da!

Związki są jak kawa – najpierw tylko sucha miazga, która zalana gorącą wodą zmienia się we wspaniały napój o boskim aromacie rozgrzewającym nie tylko dłonie i usta, ale i duszę. Z czasem jednak staje się coraz bardziej chłodna i nieznośna, ale i tak można ją wypić. Kiedy jednak już nieco odstanie, człowiek zaczyna rozglądać się za czystym kubkiem, by zalać nową. Tak jest również z ludzkimi relacjami opartymi o miłość. Najpierw dwoje ludzi krąży wokół siebie, by odkryć wzajemne pożądanie i uczucia, których nikt nigdy nie był świadom. Potem jest poczucie ciepła, bezpieczeństwa, radości. Upajanie się zapachem, smakiem i bliskością. Powoli jednak wszystko słabnie – namiętność przeobraża się w rutynę, gorąc ciał w chłód serc, a wzajemne zespolenie w unikanie jakiegokolwiek dotyku. Spoglądasz na tego kogoś z coraz większego dystansu. Obchodzisz go coraz większym łukiem. Spoglądasz na niego coraz rzadziej. Coraz częściej słyszysz, a nie słuchasz. Z czasem pojawia się strach, by nie zniszczyć tego, co pozostało. Uda się, nie uda się… Udało się. Wszystko będzie lepiej, chociaż nie będzie już dobrze… Jesteś minimalistą. Wystarczy ci to. Cieszysz się. Jak dziecko. Bez przesady jednak…

Wszystkie drogi świata prowadzą do serca wojownika. Zanurza się on bez wahania w rzece namiętności, która przepływa przez jego życie. Wojownik wie, że wolno mu wybrać to, czego pragnie. Podejmuje więc decyzje z odwagą, bezinteresownością, a czasem – z odrobiną szaleństwa. Akceptuje swoje pasje i raduje się nimi z całego serca. Przekonał się, że wcale nie trzeba wyrzekać się podbojów – stanowią one nieodzowną część życia i napawają radością tych, którzy biorą w nich udział. Jednak nigdy nie traci z oczu rzeczy nieprzemijalnych ani silnych więzi z ludźmi, zacieśniających się z biegiem czasu.
Wojownik potrafi odróżnić to, co ulotne od tego, co wieczne.

Po raz pierwszy w życiu powiedziałem komuś, co czuję. Co naprawdę czuję. Pokazałem to całym sobą. Po raz pierwszy powiedziałem komuś, że czuję się źle. Naprawdę źle. Jest ze mną źle. Czy aby czas teraźniejszy jest właściwą formą w tym przypadku? Czy może zastosować passe compose? Może future simple? A może po prostu zostawić to za sobą…? Otworzyć nowy rozdział…? Na razie udała mi się jedna sztuka – zamknąłem ten poprzedni. Nigdy nie wracam do przeczytanych treści. Noszę je w pamięci, wyciągam z nich lekcje, czasem niezbyt dokładnie zacytuję… Teraźniejszość to miejsce, w której spotyka się ból tego co było z radością tego co nieznane. To miejsce, gdzie uśmiech dnia minionego trafia na troskę o dzień jutrzejszy. Nie ma dzisiaj. Jest wczoraj i jutro… Jest miłość i nadzieja. W to wierzę…

BĘDĄ MNIE OCENIAĆ

In point of view minus cztery on 9 lipiec 2007 at 9:57

Kiedyś za czasów, gdy byłem prawie tak popularny jak krystyna giżowska, napisałem na blogu, że lubię się lansować. Fajna fryzura, fajne ciuchy i wywijanie tyłkiem w rytm najnowszych przebojów mandaryny. Jednak te czasy są równie zamierzchłą przeszłością, co kariera byłej żony najgłupszego wokalisty naszego kraju. A nawet chyba bardziej. Potwierdzeniem tego był weekend w krakowie, wspólny z hobbitem i królikiem (który powiedział mi przy piwie, że mam oczy jak królik – myślałem, że umrę ze śmiechu, bo królik nie wie, że mówimy na niego królik…) wypad do pedałbudy i totalny brak zainteresowania tym co sie dzieje wokół – tak aktywny, jak i pasywny. Ani na mnie nikt nie zwrócił specjalnej uwagi, ani ja nie zwróciłem uwagi na nikogo. Po prostu to nie mój świat, to nie moja bajka…

Właściwie miałem się rozpisać dzisiaj bardziej, ale właśnie się dowiedziałem, że za kwadrans mam okresową ocenę kwalifikacyjną u bezpośredniej przełożonej, więc to znak, że dzisiaj nic więcej być tu nie powinno. W sumie dawno weny nie miałem i mieć nie będę, wyjąwszy dzień dzisiejszy. Niemniej jednak siła wyższa… I tak napisałem komuś mejla dłuższego niż cały ten blog, więc gdzieś tam dałem upust swojej tfurczości.

W ogóle zanikł mi popęd seksualny. Ostatnio trwało to jakieś pół roku…

Tytułem uzupełnienia jeszcze – szefowa mi powiedziała, że ta ocena to formalność, bo przecież chyba by ją naczelny zamordował, gdyby mi dała mniej niż sto procent. Ech, nie ma jak fakt bycia nadwornym lizusem pana bid dablju. W ogóle deszcz przestał padać i wyszło słońce. Nie mam nic przeciw, ale wolę zdecydowanie gdy leje. Poza tym dostałem jedenaście esów do mojego nowego kolegi. Jeżeli ja tyle dostaję na raz, to serdecznie współczuję jego facetowi. Tamten musi dostawać dziesięć razy tyle. Ech, muszę mu coś odpisać, ale sam nie wiem co… Jeszcze jedno przemyślenie po wczorajszym totalnym zrobieniu z siebie mazgaja – nie chcę za bardzo wiedzieć ani się zastanawiać, co może przynieść przyszłość. To nie na moje nerwy. Ach… jeszcze jedno przemyślenie. Gdy jest się nieszczęśliwym, bloga pisać o wiele łatwiej. Powiedziałem, że jestem nieszczęśliwy? Nie – nic takiego nie powiedziałem. Powiedziałem tylko, że jakoś łatwo mi pisać bloga…

CRACOVIA – A.D. 2007, 7/8 JULIUS

In point of view minus cztery on 8 lipiec 2007 at 13:27

Trudno być rozumianym przez innych, skoro nie daje się nawet ku temu im szansy. Taka refleksja nasunęła mi się podczas spaceru ulicami krakowa. Może piąta rano, puste drogi, którymi od czasu do czasu przejechała taksówka wioząca kolejne gwiazdy z powrotem do domu, chwiejnym krokiem przechadzający się chodnikami piesi i słońce nieśmiało spoglądające na to wszystko sponad wisły. To piękne miasto. Ma swój cichy urok i wysublimowany smak. To azyl, do którego można się udać, mając wszystkiego i wszystkich dość. Ale nie chciałbym tam zamieszkać na dłużej. Coś, co mamy powszednieje nam, obojętnieje i nie wywołuje jakichkolwiek pozytywnych wibracji. Staje się powoli nudne i oklepane jak tabliczka mnożenia – z której strony by tego nie podejść, wynik i tak zawsze będzie taki sam. Że to alegoria pedalskiego świata? Ofkors. Zamierzona.

MRUCZĘ

In point of view minus cztery on 6 lipiec 2007 at 16:40

Lubię takie noce jak wczorajsza. Cisza, deszcz i ja. Lubię słuchać, jak krople deszczu rozbijają się niczym bogate dzieci samochodami o parapet. Milczą głośniki, telefon spokojnie odpoczywa od świata, a ja nagi leżę w łóżku okryty tylko myślami. Myślami, które niczym koty w marcu wylegają na bezkresne pola w poszukiwaniu swojej szansy*. Zamkniętymi oczami widzę, jak cienie przesuwają się po suficie, szukając choćby małego strumienia światła, który mogłyby okiełznać. Gwiazdy pochowane po kątach boją się nawet spojrzeć w oczy nim nie uczyni tego mój przyjaciel księżyc. Ale i on obrażony na mnie za wszystko co było i jest, nie chce wyjść mi na spotkanie. Sam, ale nie samotny; poważny, ale nie smutny; zamyślony, ale nie odkrywczy; nagi, ale nie bezbronny; na progu drugiego świata, ale wciąż stąpający twardo po ziemi. Trwam. Żyję. Szukam sensu życia, nie chcąc go nie odnaleźć. Uda się. Kiedyś.

__________
*) z wyjątkiem kota pewnego ktosia tutaj zalinkowanego…

myslovitz – uciekinier

TINKY-WINKY, DIPSY, LA-LA, PO…

In point of view minus cztery on 4 lipiec 2007 at 12:39

Dzisiaj zwariowałem. Kręci mi się w głowię, gadam do siebie, a wszyscy wokół zaczynają mi latać koło big de. Nigdy tak nie miałem, ale od dzisiaj to chyba normalny stan. Po prostu odlatuję. Fru fru fru… Przejeżdżam palcem po wargach, robiąc dziwne miny, nadymam usta i policzki. Że niby pracuję w poważnej firmie? Ech… Nevermind… Masakra, jak tak dalej pójdzie, to będziecie mnie odwiedzać w rybniku (to taka południowa mutacja podwarszawskich tworek). Mamma mia zielona pietruszka – jestem jak na dragach… Ciekawe co mi do kawy dodali… Lubię to uczucie. Podoba mi się. W ogóle mam dzisiaj na sobie… Nie… To nie cytat z moich rozmów na kamerii interii ble ble ble… Mam krawat za zeta osiemdziesiąt kupiony w tesco. Dzisiaj niebieski, wczoraj lila, jutro róż… Burżuj ze mnie. No ale jak się ma pół kwintala krawatów, to tak później jest… Poza tym gdzie jest ta goopia kasjerka??? Chcę odebrać moją delegację…

PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

In point of view minus cztery on 2 lipiec 2007 at 18:06

Dobra, zejdźmy z obłoków na ziemię – koniec wróżb i horoskopów, najwyższy czas dotknąć globu i stawić czoła życiu. Tym bardziej, że tam w górze zanosi się na burzę. Coś się zdaje, że ktoś znowu wkurzył ostro zeusa, a ten raz po raz miota gromami. I to ma być lipiec? – niby lato w pełni, ale jak tak dalej pójdzie, to jedyne słońce jakie zobaczę, to siebie w lustrze – ha ha ha… Nie, aż taki narcystyczny łokietek to ja nie jestem, ale z uwagi na zmęczenie i najedzenie brakło mi lepszych porównań. No cóż, to jest jak z seksem – jeśli dawno go nie uprawiałeś, to początki będą stosunkowo trudne i nieśmiałe; i tak jeśli dawno nie pisałeś bloga albo go traktowałeś jak dopust boży, to nabranie większej wprawy też przyjdzie nieco opornie. No ale seks to jedno, a blog drugie. Chyba właściwie tak jest w moim przypadku, że jeśli mam seks w programie, to leję na bloga, a jeśli seks jest równie prawdopodobny jak okładka cosmopolitan z zofią merle, to się przerzucam na bloga. Zapowiada się więc długa z nim przygoda. Z blogiem ofkors – bez podtekstów. Dlaczego? Proste – seks jest dla mnie dopuszczalny tylko w stałym związku. Przygody, wytryski, orgazmy bez głębszych przeżyć (nie mylić z penetracją) to nic dla mnie. Punkt. Dogmat. A z tym się nie dyskutuje…

Spotkałem się dzisiaj z nowym znajomym przypadkowo poznanym na internecie. Normalnie zgroza… Bo jak inaczej określić sytuację, kiedy ma się do czynienie z klonem własnego ja. Koleś prawie tyle lat co ja, ten sam zawód, to samo podejście do życia, prawie taka sama przeszłość, ta sama orientacja… Masakra! Że niby potencjalny kandydat na partnera? Nigdy w życiu. I to z kilku powodów. Tak samo z jego strony (tkwi w jednym związku na progu kolejnego), jak i z mojej (chce odpocząć, wziąć większy oddech, ma całe pedalstwo gdzieś – nie w doopie ofkors, bo to by było lekkie przegięcie…). Poza tym gdybym miał być z kimś, kto jest taki sam jak ja, tobym chyba dostał do głowy. Ze mną samemu trudno wytrzymać. Poza tym to by było jak wyższe poziomy masturbacji… Ech, lajf…

basia stępniak-wilk – dyrygentka

CZARY MARY

In point of view minus cztery on 1 lipiec 2007 at 15:20

Słońce w rybach – to mężczyzna intuicyjny i uczuciowy, potrzebujący wiary w siebie, a jednocześnie pragnący miłości, poczucia harmonii, przy tym chce być użyteczny potrzebny swojej rodzinie. Słowa kluczowe to otwartość, uczuciowość, inspiracja, intuicja, przeczucia, wyobraźnia, spekulacja, idealizm, samowyrzeczenie, zdolność do zmian, niepokój, brak realizmu, uleganie wpływom, dramatyzowanie.

Księżyc w raku – sprawia, że osoba urodzona pod innym znakiem przyjmuje dominujące cechy właśnie znaku raka, które mogą być jeszcze bardziej wyraziste niż u osób urodzonych w znaku raka. Jednostka taka charakteryzuje się przewagą cech dotyczących wrażliwości, potrzebuje czułości, ochrony, zrozumienia i poczucia bezpieczeństwa, co czasem prowadzi do infantylizmu, zmienności nastrojów. Słowa kluczowe to nadwrażliwość, szlachetność, czułość, nieokiełznana wyobraźnia, marzycielstwo, pasywność [sic!], łagodność.

Merkury w baranie – osoba ta ma entuzjastyczne nastawienie do życia, jest pełna ducha walki, lecz czasami brakuje jej wytrwałości. Przywiązuje się do różnych pomysłów, zagłębia się w nie, po czym niespodziewanie traci nimi zainteresowanie. To człowiek dociekliwy, potrafiący zajmować się wieloma rzeczami naraz, lecz rzadko mu się zdarza zrobić coś porządnie i dokładnie, ponieważ trudno skupia się na jednej sprawie. Słowa kluczowe to ciekawość, duch walki, idealizm, brak koncentracji i rozkojarzenie intelektualne, emocjonalność.

Wenus w wodniku – właściciel tej planety w tym znaku pomimo swych niekonformistycznych i bezceremonialnych zachowań jest bardzo wrażliwy, potrzebuje czułości i serdeczności. To osoba mocno przywiązana do swego partnera, choć pokazuje to dość nietypowo – choć potrafi być wierna ekochanej osobie, naturalne jest jednocześnie obdarzanie uczuciem innych. Związki takiej osoby są zawsze tolerancyjne, otwarte, pełne wyrozumiałości i poczucia solidarności. Słowa-klucze to: impulsywność w miłości, dynamiczne, elastyczne uczucia, przyjazne nastawienie, wyrozumiałość, emocjonalna niestabilność.

Mars w rybach – człowiek życzliwy, o głębokiej wrażliwości i intuicji, która kieruje każdym jego krokiem, podejmuje czasami trudne wyzwania i udaje mu się realizować nawet najskrytsze marzenia. Z drugiej strony – bywa przewrażliwiony, reaguje w sposób niekontrolowany, gwałtowny. Słowa kluczowe to: idealizm, nierealistyczne pomysły, poszukiwanie absolutu, ogromne zasoby energetyczne, przewrażliwienie, porywczość, wybuchowość.

Jowisz w raku – ta konfiguracja ujawnia osobę wrażliwą, delikatną, zmysłową z dużą wyobraźnią i silną potrzebą poczucia bezpieczeństwa. Obdarzona jest wdziękiem, sprytem, a przy tym subtelnym darem przekonywania, dlatego często udaje się jej uzyskać od innych, czego pragnie. Słowa-klucze: wrażliwość, takt, skłonność do iluzji, lenistwo.

Saturn w pannie – koncentruje się na rutynie dnia codziennego, bywa obdarzony analitycznym umysłem, zamknięty w sobie. Osoba ta działa efektywnie, systematycznie i w sposób dobrze zorganizowany – czasem wyrachowany. Słowa kluczowe to: precyzja, logiczny i analityczny umysł, introwertyzm, wyrachowanie.

Uran w skorpionie – człowiek taki jest agresywnym i prowokacyjnym nonkonformistą, lubi eksperymentować, odznacza się ciekawością, pomysłowością i refleksem, które wzmacniane są wyjątkową jasnością umysłu. Uwielbia się porywać na rzeczy niemożliwe, pociąga go wszystko, co dziwne, niezwykłe czy zakazane. Słowa-klucze: intuicja, silna potrzeba niezależności, agresywny charakter.

Neptun w strzelcu – w takiej konfiguracji osobowość rozwija się drogą duchową lub przez znaczące poszerzenie swego pola działania i przestrzeni życiowej. Słowa kluczowe to: ekspansja, wspaniałomyślność, uduchowienie, idealizm, marzycielstwo, utopijne pomysły.

Pluton w wadze – w tej konfiguracji wybory są sprawą życia lub śmierci, a sprawiedliwość kwestią przetrwania. “Wybrać” dla tego człowieka to rozwiązać jakąś sytuację i zlikwidować problem. Jego jasny umysł szczegółowe rozważenie wszystkiego w celu osiągnięcia równowagi i poznania prawdy są tak wielkie, że może się okazać nieustępliwy, a nawet nieugięty. Słowa-klucze to: sprawiedliwość, krytycyzm, perfekcjonizm, stanowczość.

Węzeł północny w pannie – węzeł południowy w rybach – człowiek ten jest pogrążony i zaślepiony emocjami, nie jest w stanie ich kontrolować – kierują one jego działaniami i wyborami. To osoba nadwrażliwa, potrzebująca głębokiej, uczuciowej więzi z kochanymi przez siebie ludźmi. Zalety to wnikliwy umysł, perfekcyjność, precyzja, analityczny umysł. Wady to przewrażliwienie, żucie złudzeniami, fatalizm.

Punkt szczęścia w skorpionie – osoba taka dąży do sublimacji swoich instynktów, popędów, pragnień, zmysłów i przyjemności. W seksie jest bardzo zachłanna, pragnie cielesnego i duchowego zespolenia z partnerem, nawet gdyby miało to znaczyć całkowite utożsamienie się z nim [sic!].

Dość tego! Najpierw tarot, teraz horoskop wykreślałem… Jeszcze otworzę audiotele i zacznę ludziom mówić, jacy są i dokąd zmierzają… Cholera… Dziwne, ale wszystko to co wyżej się – jakby to powiedzieć – zgadza… Co prawda są jeszcze domy i aspekty, ale tu wyszły jeszcze większe tajemnice… Zajmijmy się czymś pożytecznym… Może podłogę umyjmy, bo dh. kropi. Cieczkę goopia ma… Faceta się jej chce… Masakra… A mówią, że jaki pies taki właściciel… Ygh… Nie, nie, nie… Idę pod prysznic. Zimny!