eR

Archive for czerwiec 2007

ZAGRAJMY W ROZBIERANEGO

In point of view minus cztery on 29 czerwiec 2007 at 18:36

Postawiłem sobie dzisiaj tarota. Dawno już właściwie tego nie robiłem, ale dzisiaj jakoś mnie naszło. Może z nudów, może z braku lepszej rozrywki, może z przedawkowania kofeiny… Nie wiem… Te karty mają naprawdę jakąś dziwną moc. Nie to, żebym był drugą wróżką esmeraldą z naszego wiejskiego festynu, ale nieco umiem się w tym poruszać. Po omacku, ale jednak… Dziwna sprawa. Rzeczywiście jestem samotny i jakoś nie do końca umiem się do tego przyzwyczaić. Nie żebym był tym jakoś specjalnie poruszony czy sparaliżowany, ale jakoś odczuwam to na każdym kroku. Podobnie w pracy moją bezpośrednią przełożoną jest silna kobieta, która coraz bardziej staje się zdeterminowana, by swą władzę poszerzać. W moim życiu obecny był blond-kochanek, a nawet więcej niż kochanek. Jednak ten etap jest już na wieki wieków za mną. Co więcej zazdrość była jednym z elementów mojego związku i napsuła nieco krwi tak jemu, jak i mnie… Koniec końców z chwilą wyjaśnienia wszelkich spraw między nami wrócił w moje serce pewien spokój oraz pewność sytuacji – wiem na czym stoję i nie łudzę się, że mogłoby coś być, czego już dawno nie ma…

Karty prawdę ci powiedzą – piszą w pani domu, skandalach czy innych pismach dla pań, które z namiętnością czytam w ubikacji, gdy jestem u mojej sis. Ale że wiedzą tak wiele, nie podejrzewałbym za nic… Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że powiedziały, iż u podstaw mojej dzisiejszej sytuacji stoją takie sprawy jak to, że najważniejsza dla mnie jest pewna stabilizacja i kontynuacja oraz harmonia. Że pielęgnuję poprawne stosunki ze znajomymi, a w pracy sytuacja jednym słowem była przez pewien okres niesamowicie niestabilna, co stawiało pod znakiem zapytania moją dalszą karierę – coby użyć górnolotnego stwierdzenia… No jak mam sobie wytłumaczyć, że w moim otoczeniu była osoba mająca skłonność do depresjie, a sytuacja była delikatnie mówiąć drażliwa. Ja nie umiem tego sobie wytłumaczyć. Ani zrozumieć…

A co mnie czeka w przyszłości? Pewnie hipek by się cieszył, bo karty prawie w każdym astrologicznym domu wróżyły mi finansowe powodzenie oraz zaspokojenie moich próżniaczych ambicji w sferze zawodowej. A że co powiedziały o miłości?? Hmm… w dzisiejszych czasach? O miłości? No plizzz… zapomnijmy… Za to podróże, konto bankowe, kariera – full wypas. No coś za coś…

Jak się ma szczęście w kartach, to bezczelnością by było wymagać go jeszcze w miłości. Punkt.

U ŹRÓDŁA

In point of view minus cztery on 28 czerwiec 2007 at 17:03

Z głośników sączy się myslovitz, z kubka paruje lód, a pokój sam się nie posprząta. Ja, zawieszony w próżni pomiędzy tym co tu, a tym co tam, nie umiem zebrać myśli. Nie umiem wykrzesać z siebie żadnej energii, żadnej pozytywnej wibracji, a wszystko wokół mówi, że przegrałem życie. Na zewnątrz pokazuję, że wszystko mam pod kontrolą, a w środku już nic nie jest tam, gdzie ma być. Ale żeby mógł zapanować porządek, najpierw musi być bałagan. Poza tym ktoś kiedyś powiedział, że najpiękniejszy jest nieład artystyczny…

Moja teoria rzeczywiście powoli się sprawdza – bloga naprawdę najlepiej pisze się w samotności. Kiedy człowiek jest szczęśliwy, a serce bije dla kogoś, kto pojawił się ni z gruszki ni pietruszki, literki nie są za bardzo skłonne do współpracy. Ale kiedy nadchodzi taki dzień, że wszystko zrównuje się z godziną zero, palce same zaczynają nieść po klawiaturze, przeskakując z jednego na drugi z impetem, którego nie powstydziłby się nawet struś pędziwiatr.

Przepraszam się z blogiem na dłuższą chwilę. Może początkowo nie uda mi się znowu epatować świeżością i radością oraz inteligencją przypisywaną mitycznemu wojownikowi światła, jednakowoż podejmę próbę.

Kiedy wojownikowi dzieje się krzywda, to zazwyczaj stroni od ludzi, by nie obarczać ich swoim cierpieniem. Jest to postępowanie dobre i złe zarazem. Pozwolić, aby w sercu powoli goiły się rany – to jedno. Natomiast na całe dnie pogrążać się w smutku, z obawy, by nie obnażyć własnej słabości – to całkiem inna sprawa. W każdym z nas istnieje i anioł i diabeł, a ich głosy są bardzo do siebie podobne. Wobec trudności diabeł przekonuje, że łatwo nas zranić, a anioł prosi, byśmy zastanowili się nad sobą, i czasami musi włożyć swoje słowa w usta obcych ludzi.
Wojownik utrzymuje równowagę pomiędzy samotnością i uzależnieniem od innych.

Dzisiejszy dzień stanowi pewną cezurę pomiędzy tym co było, a tym co będzie. Wierzę, że wszystko kiedyś znów będzie dobrze. Że znów zaświeci słońce. Niemniej jednak przedtem musi trochę pogrzmieć. Lubię burze – pioruny i błyskawice… Podnoszę głowę ku niebu, by popatrzeć im w oczy. Taki ze mnie zuch. Skoro tak, to dlaczego nie mam odwagi spojrzeć w oczy przyszłości? No dlaczego…?

GESUNDHEIT

In point of view minus cztery on 20 czerwiec 2007 at 13:30

Kto mi puszcza strzały z nieznanego numeru? Oto jest pytanie… Po pierwsze od strzałek gorsze jest chyba tylko ich puszczanie z zastrzeżonego telefonu. To takie głębsze przemyślenie na początek wpisu i na koniec dosyć długiego dnia pracy. Powoli ku końcowi zmierza również tydzień, bo już za godzin parę pojadę bratać się z przyjaciółmi madziarami. Tak czy inaczej z deszczu pod rynnę, chociaż właściwiej można to określić, mówić z solarium na rożno. Temperatura bowiem będzie masakryczna, a auto z klimatyzacją ma tyle wspólnego co ja z zawodowym śpiewaniem w balecie…

Kilkanaście tysięcy myśli biega mi dzisiaj po głowie. Nie umiem właściwie nawet ich nawet zdefiniować. Może to wynika, że sam nie wiem czego chcę. Raz chcę jednego, potem drugiego, a jak przyjdzie coś do czego to już w ogóle sam nie wiem, czy w ogóle chcę. To jest jak z seksem – najbardziej podniecające są działania, które prowadzą nas do stymulacji seksualnej. Zaczepianie, spoglądanie spod brwi czy sugerowanie ciałem, że miałoby się na coś ochotę. Potem jeszcze może rzucenie się w czyjeś objęcia, atak obcych ust, pojękiwania. Natomiast sam w sobie orgazm jak dla mnie ma całkowicie drugorzędne znaczenie. Pff… wytrysk… To mogę dać sobie sam, więc w rzeczy samej mnie to kompletnie nie zadowala. Tym samym kandydat ze mnie na jednorazowy seks żaden. No chyba że seks z kimś takim, kto umiałby mi dać te wszystkie emocje i doznania. A jakiś przypadkowy kolega z czata chyba nie miałby na to ani czasu ani ochoty.

Związek? Chętnie. Ale jest z nim jak z wypadem do restauracji. Trzeba się przygotować, odpowiednio ubrać i znaleźć lokal, który będzie wart zachodu. Tymczasem zacznę się stołować w fast-foodach… Że niezdrowo? W dzisiejszych czasach to chyba tylko alkohol jest na zdrowie, a ja ponoć chcę się oduczyć…

CIĄG DALSZY

In point of view minus cztery on 18 czerwiec 2007 at 8:19

Oj radecki, radecki… Psujecie się. Powiedziałby pierwszy sekretarz, gdybym był w partii. Znaczy jestem, ale miałem na myśli tę inną, co to kiedyś była, coby polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatniej. Jestem na diecie. Od jedzenia, od myślenia i od pieprzenia. Znaczy pieprzę trzy po trzy dalej jak roman ofkors – raczej o inne pieprzenie mi chodziło. Dobrze nawet mi z tym. Zacząłem biegać, chociaż ostatnio odpuściłem sobie dwa dni. Niemniej jednak co najmniej dwieście brzuszków robię. W sumie z tym bieganiem to nie do końca jest normalnie, bo w trakcie słucham shazzy. Hmm… to tak samo pokręcone jakby uprawiać seks homoseksualny, gdy w tle lecą kolędy…

Życie mnie przegania. Czuję się jak gdybym był stale w odwrocie. Na ostatniej pozycji. Jak kiedyś na kulturze fizycznej w podstawówce, gdy nie mogłem oblecieć całego boiska bez trzydziestu przystanków po drodze. Inna sprawa, że stało się coś ze mną, dzięki czemu mam to gdzieś. Pewne sprawy wyglądają teraz inaczej, gdy – może jeszcze nie tak całkiem do końca – patrzy się na nie z własnej li tylko perspektywy, przez pryzmat swojego pępka. Może to źle, ale chyba nie chcę inaczej.

Starzeję się. Ostatnio spałem w łóżku z dwoma innymi dorosłymi gejami. I co? Zasnąłem. Ech…

N/C

In point of view minus cztery on 5 czerwiec 2007 at 7:57

Pisanie bloga to chyba już nie moja bajka, bo coraz częściej o nim zapominam, a z drugiej strony nie chcę pamiętać. Moje życie wkroczyło właśnie w fazę, której nie chciałbym nigdy przeżywać. Definitywnie rozpadło się to, co zaczęło się równy rok i dwa dni temu. Zaczęliśmy skakać sobie do oczu, a ja pokazałem się nie od najlepszej strony. Powoli tracimy resztki godności, zapominając się w kłótniach, sporach i dyskusjach. Nie ma miejsca nawet na zwykłe podanie ręki, bo od razu jeden drugiego oskarża, patrzy z byka, o coś podejrzewa. Nie chciałem nigdy, by coś takiego się zdarzyło. Mimo wszystko się zdarzyło. Jest. Dzieje się. Czuję do siebie wielkie obrzydzenie i niechęć…