Pamiętam kiedyś, było to bodaj na innej stronie, skrytykowałem nieco pana szymona niemca za pastwienie się nad literaturą polską poprzez obdarowanie jej swoją autobiografią. No cóż – może nie wykazałem się zbytnią inteligencją, bo nie przeczytałem tej wiekopomnej pozycji, ale też nie recenzowałem jej treści czy stylu. Chodziło mi raczej o sam fakt napisania życiorysu prozą. Nie wiem, może się nie znam, ale tak na mój nos pisanie o swoich dokonaniach chyba nie za bardzo uchodzi komuś, kto ma przed sobą pewnie jeszcze dwa razy tyle czasu, by coś namodzić. Zresztą chyba jednak moje argumenty nie były zbytnio trafione, bo jakie czasy tacy autobiografiści. Nie jestem pewien, ale chyba paris hilton napisała coś podobnego – tyle tylko, że nie molestuje nas żadnym tęczowym fruwającym czymś na prawym (bądź lewym) pośladku. Swoją drogą facet ponadtrzydziestoletni powinien chyba mieć inne powody do dumy niż kolibra na tyłku…
Przypadek pana niemca skłania mnie do dokonania pewnej analizy własnych poglądów, jeśli idzie o to co nazywa się potocznie dumą gejoffską, chociaż pewnie znalazłoby się bardziej trafne określenie. Z czego być tu dumnym? Z orientacji seksualnej? Przecież nawet heterycy (może poza członkami młodzieży giertychpolskiej) nie obnoszą się ze swoimi dokonaniami w sferze seksualności. Jeszcze nigdy nie spotkałem nikogo w moim otoczeniu, któryby ze swojej heteroseksualności robił manifest większy niż dwudziestego drugiego lipca. Owszem, chwalą się ilością bzykniętych pań albo swoją piękną dziewczyną, z którą są już ładnych kilka lat. Ale żeby przenosić seksualność na rodzaj wybieranej poezji, kolor tatuażu na dupie czy markę wody toaletowej… Ale ja się nie znam. Bo trochę inaczej postrzegam świat. Nie dzielę ludzi na hetero i homo, a homo na przegiętych i pogiętych. Mam – jakby to powiedzieć – bardziej szerokie horyzonty myślowe niż niejeden pan b. czy n. Ale ja jak powiedziałem się nie znam. Jestem w tym środowisku tylko rzadkim gościem profilowni oraz jednej czy drugiej pedałbudy. A poza tym rzadko sobie uświadamiam, że jestem gejem…
Tysiąc myśli przebiega przez moją głowę, nie pozostawiając miejsca na właściwie krążenie krwi, a nie mówiąc już o jakimkolwiek napływie tlenu. Czasem czuję, że nieźle odlatuję w poziom dla wtajemniczonych, do którego właściwie nie powinienem mieć dostępu. Targają mną sprzeczne uczucia (coby nie powiedzieć ambiwalentne, ale znowu mogę wyjść na mądralę), które rozpanoszyły się właściwie w każdej sferze mojego życia. Nie mam ostatnio pojęcia co czuję ani czego nie czuję. Nie wiem nawet jak odbierać pewne sygnały z zewnątrz, a także nie jestem świadom tego, czy i ja czasem jakichś sygnałów nie wysyłam. Łatwiej mi jak zostaję sam ze sobą, gdyż wtedy totalnie przeżywam catharsis, uwalniając myśli i obrazy, pozostawiając emocje na boku. Niemniej jednak potem i tak wszystko wraca ponownie ze zdwojoną siłą. Wiem, że nic nie wiem – to banał. U mnie jest na odwrót – nie wiem, że cokolwiek wiem…










