eR

Archiwum z maj, 2007

RANDOM THOUGHTS

In point of view minus cztery on 23 maj 2007 at 8:36

Pamiętam kiedyś, było to bodaj na innej stronie, skrytykowałem nieco pana szymona niemca za pastwienie się nad literaturą polską poprzez obdarowanie jej swoją autobiografią. No cóż – może nie wykazałem się zbytnią inteligencją, bo nie przeczytałem tej wiekopomnej pozycji, ale też nie recenzowałem jej treści czy stylu. Chodziło mi raczej o sam fakt napisania życiorysu prozą. Nie wiem, może się nie znam, ale tak na mój nos pisanie o swoich dokonaniach chyba nie za bardzo uchodzi komuś, kto ma przed sobą pewnie jeszcze dwa razy tyle czasu, by coś namodzić. Zresztą chyba jednak moje argumenty nie były zbytnio trafione, bo jakie czasy tacy autobiografiści. Nie jestem pewien, ale chyba paris hilton napisała coś podobnego – tyle tylko, że nie molestuje nas żadnym tęczowym fruwającym czymś na prawym (bądź lewym) pośladku. Swoją drogą facet ponadtrzydziestoletni powinien chyba mieć inne powody do dumy niż kolibra na tyłku…

Przypadek pana niemca skłania mnie do dokonania pewnej analizy własnych poglądów, jeśli idzie o to co nazywa się potocznie dumą gejoffską, chociaż pewnie znalazłoby się bardziej trafne określenie. Z czego być tu dumnym? Z orientacji seksualnej? Przecież nawet heterycy (może poza członkami młodzieży giertychpolskiej) nie obnoszą się ze swoimi dokonaniami w sferze seksualności. Jeszcze nigdy nie spotkałem nikogo w moim otoczeniu, któryby ze swojej heteroseksualności robił manifest większy niż dwudziestego drugiego lipca. Owszem, chwalą się ilością bzykniętych pań albo swoją piękną dziewczyną, z którą są już ładnych kilka lat. Ale żeby przenosić seksualność na rodzaj wybieranej poezji, kolor tatuażu na dupie czy markę wody toaletowej… Ale ja się nie znam. Bo trochę inaczej postrzegam świat. Nie dzielę ludzi na hetero i homo, a homo na przegiętych i pogiętych. Mam – jakby to powiedzieć – bardziej szerokie horyzonty myślowe niż niejeden pan b. czy n. Ale ja jak powiedziałem się nie znam. Jestem w tym środowisku tylko rzadkim gościem profilowni oraz jednej czy drugiej pedałbudy. A poza tym rzadko sobie uświadamiam, że jestem gejem…

Tysiąc myśli przebiega przez moją głowę, nie pozostawiając miejsca na właściwie krążenie krwi, a nie mówiąc już o jakimkolwiek napływie tlenu. Czasem czuję, że nieźle odlatuję w poziom dla wtajemniczonych, do którego właściwie nie powinienem mieć dostępu. Targają mną sprzeczne uczucia (coby nie powiedzieć ambiwalentne, ale znowu mogę wyjść na mądralę), które rozpanoszyły się właściwie w każdej sferze mojego życia. Nie mam ostatnio pojęcia co czuję ani czego nie czuję. Nie wiem nawet jak odbierać pewne sygnały z zewnątrz, a także nie jestem świadom tego, czy i ja czasem jakichś sygnałów nie wysyłam. Łatwiej mi jak zostaję sam ze sobą, gdyż wtedy totalnie przeżywam catharsis, uwalniając myśli i obrazy, pozostawiając emocje na boku. Niemniej jednak potem i tak wszystko wraca ponownie ze zdwojoną siłą. Wiem, że nic nie wiem – to banał. U mnie jest na odwrót – nie wiem, że cokolwiek wiem…

nina stiller – tshiribim

ALL THESE VISIONS IN MY HEAD

In point of view minus cztery on 21 maj 2007 at 13:06

Dwie notki poniżej miałem wizję. Jeśli powstaną kiedyś jacyś inni hirołsi, gdzie jakiś blogger (podobnie jak malarz-heroinista) będzie swoimi notkami rysować przyszłość, to ja będę jego inspiracją. Fotka jakby z tego świata. Się polała krew…

myslovitz feat. edyta bartosiewicz – chciałbym umrzeć z miłości

W CIĄŻY

In point of view minus cztery on 19 maj 2007 at 9:19

Bez serc, bez ducha… Chyba tak się czuję. Miałem być zasadniczy i konsekwentny, a jestem… jak zawsze… Jeśli mężczyznę ocenia się po stopniu jego twardości, to w sumie jestem nim tylko podczas seksu. A i nie do końca, bo – jak to mówi hipek – nie mam przed oczyma kobiecych cycuszków. Obiecanki cacanki, a goopiemu er’owi radość. Dlaczego zawsze tak jest, że w teorii mam czerwony pasek, a w praktyce doopa zbita? Już sobie nigdy nic nie będę obiecywał, bo tak nie ma to żadnej mocy sprawczej, a własna wiarygodność w oczach też własnych jest niżej niż żuławy wiślane i kopalnia węgla kamiennego gdziekolwiek na śląsku. Trzeba zmienić strategię działania – wywiązywać się z obietnic danych sobie, a olewać te, które daję innym. Wtedy przynajmniej będę zasługiwał po pierwsze na miano prawdziwego faceta, a po drugie nie będę zbyt odstawał od rysu charakterologicznego przeciętnego peda… tfu, geja ofkors.

Nie wiem jak to jest, ale moim nowym hobby – przez przypadek – stało się notoryczne zasypianie na filmach. Już nawet nie chodzi o to, że są to czasem filmy totalnie durne i beznadziejne, ale właściwie są to jakiekolwiek filmy. Kiedyś zdarzało mi się to na przykład na titanicu czy bezsenność [sic!] w seattle, a teraz nawet na horrorach. To jak nic dowód starości. Bo moja babcia też zasypia na wszystkim – oprócz mody na sukces. Hmm… a to mamy wspólne

Mam nowe fiu bździu. Już mi przeszły fanaberie metrykalne, ale że natura nie uznaje czegoś takiego jak puste przestrzenie, pojawiło się nowe schizo – waga. Wiem, że ważę dużo za dużo – przynajmniej jakieś pięć kilogramów. To dobry yorkshire albo dwa tomy encyklopedii. O ile jakoś nie przeszkadzałoby mi posiadanie wiedzy ad a do el wprost z pewuenu, o tyle świadomość, że mógłbym urodzić mopa mnie przeraża…

…ale co tam – ważne, że gosia wymiata

WYRWANE Z KONTEKSTU

In point of view minus cztery on 16 maj 2007 at 19:18

Jest jedna rzecz, która mnie irytuje bardziej niż moje oponki na brzuchu, a mianowicie gdy ktoś łapiąc mnie za słowa (czasem pewnie wypowiadane zbyt naprędce), insynuuje mi twierdzenia, z którymi nijak nie mogę się pogodzić. Jestem bowiem zbyt skomplikowanym wewnętrznie człowiekiem, aby móc tak po prostu próbować tworzyć mój rys psychologiczny. A jeżeli już, to trzeba czasem rozpatrywać pewien całokształt mojej dziwnej osoby, a nie tylko luźne wypowiedzi, które padają w samochodzie na odcinku między dworcem głównym a hotelem prezydent. Na to mojej zgody tutaj być nie może i z całą pewnością nie będzie. Może kiedyś łatwiej było mi si się pogodzić z niesprawiedliwymi sądami wypowiadanymi pod moim adresem, bo istniały ku temu pewne powody, lecz dzisiaj muszę ostro bronić swojego ja. Z prostej przyczyny – bo jestem pozostawiony sam sobie i muszę wziąć całą odpowiedzialność na własne barki, nie mogąc się podzielić nią z nikim innym. Dlatego też może pewne oznaki rozdrażnienia, wyczulenia i pewnej niespokojnej ostrożności. To dzisiejszy ja. Nie nowy ja, chociaż w całkiem nowych okolicznościach. Tak czy inaczej przede mną z całą pewnością nowe doświadczenia, wobec których będę musiał stanąć z podniesioną przyłbicą. Cokolwiek się nie stanie…

Trapi mnie ostatnio pewna niepokojąca myśl, która w branży dość rzadko przemyka komukolwiek przed oczyma. Chodzi mianowicie o żałobę po związku. Może to dziwne, niedzisiejsze i właściwie durne podejście, ale ja mam potrzebę przeżycia takiego stanu. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie dzisiaj ramion innego faceta niż tego, z którym jeszcze przed czterdziestu dniami byłem. Wiem, że to bez sensu, ale czułbym się wtedy jakbym popełnił jedną z największych zbrodni na świecie – zaprzeczenie swoich uczuć, które jeszcze jakby tlą się gdzieś na dnie serca. Fakt faktem, że taki stan nie może trwać w nieskończoność, ale póki co trwa i nic na to nie poradzę choćby nie wiem co. Pewnie, że przyszłość rysuje się na horyzoncie nieźle, ale pewne sprawy wymagają trochę czasu. A przez minione lata nauczyłem się, że z tym żywiołem człowiek nie wygra nigdy, gdyż to on jest panem i władcą i nigdy nie będzie inaczej. W tym miejscu nasuwa mi się jeszcze jedna totalnie aczasowa głupota – cieszę się, że mogę przeżywać taki stan własnej psychiki, bo tym samym wiem, że to co było nie poszło na marne i było bardzo prawdziwe.

W życiu każdego z nas pojawiają się różne osoby – czasem proszone, czasem nie. Niemniej jednak wszystkie one pozostawiają po sobie ślad, który pomaga nam (a przynajmniej mi) w dokonywaniu kolejnych wyborów i obieraniu ścieżek, którymi chcemy kroczyć. Czasem taki ślad jest impulsem do działania, czasem punktem zwrotnym, a jeszcze czasem martwym punktem oznaczającym trwanie w bezruchu i stagnację. Niekiedy jednak pojawiają się ślady, które w nawet najmniejszy sposób nie oddziaływują na to, co robimy, do czego dążymy. Zdarza się to rzadko, ale zdarza się. To osoby, które nie stanowią dla nas żadnej wartości dodanej. Są zwolnione z podatku vat w naszym życiu. Szczerze mówiąc nie chciałbym nigdy w niczyim życiu taką osobą być, bo to chyba najgorsze co może człowieka spotkać – stać się nic nieznaczącym punktem w takim niepisanym cv. Już lepiej być obiektem wielkiej nienawiści, gniewu czy odrazy, bowiem stajemy się zapalnikiem czyichś emocji i uczuć. Możemy o coś walczyć albo z czymś. Możemy zostać zauważeni. I tego bym sobie życzył, abym zawsze był kojarzony z jakimkolwiek ludzkim odruchem, nieważne – pozytywnym czy negatywnym, ale jakimś. Bylebym nigdy nie był powodem dla wzruszenia cudzym ramieniem…

maria mena – just hold me

OSTATNI DZIEŃ ANONIMOWOŚCI

In point of view minus cztery on 15 maj 2007 at 8:20

Czas płynie nieubłaganie. Raz, dwa, trzy… dzisiaj ty. A wczoraj wiejska baba. Skończyła dwadzieścia cztery lata. Kiedy to było, gdy ja świętowałem podobną rocznicę? Policzmy… Dzisiaj mam dwadzieścia osiem, więc jakby nie liczyć cztery lata temu – dwa tysiące trzy. Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Po pierwsze przybyło mi zmarszczek pod oczami (ale to pewnie od ciągłego uśmiechania się), wypadły mi setki tysięcy włosów z głowy i klaty (tego drugiego nie mogę sobie darować, bo chciałbym ich mieć nieco więcej, ale najwięcej to na półdupkach – jednak niestety są bardziej łyse niż głowa józefa o.), wyparowało mi kilka procentów mózgu (ale za to kilka promili przybyło… dziennie ofkors), ubyło mi kilka kilogramów (właściwie kilkadziesiąt, ale kto by się tym tam jakoś specjalnie przejmował)… Człowiek zmienia się z biegiem lat nie do poznania (inna sprawa, że w tym mieście nie byłem ani razu) i staje się całkowicie inną osobą tak fizycznie, jak i – a może przede wszystkim – psychicznie. Życie jako pewna suma całkiem przypadkowych doświadczeń i jeszcze bardziej nieplanowanych emocji wpływa na nas chyba bardziej niż skutki wybuchu w czarnobylu. Przynajmniej w moim przypadku z całą pewnością tak właśnie było i jest. Dzisiaj jestem już całkiem inny niż byłem jeszcze rok temu, a za rok pewnie będę jeszcze bardziej inny niźli dzisiaj. Nie wiem tylko czy na taką zmianę jestem przygotowany… Ale kto powiedział, że życie to bajka i zawsze musi się kończyć jak przygód kilka wróbla ćwirka

Jeśli jesteśmy już przy takich bardziej filozoficznych rozmyślaniach na temat ludzkiej egzystencji i wyciąganiu wniosków z przeszłości na przyszłość, to w sumie powinienem się zamknąć teraz i zamilknąć na wieki. Autorytetem w tej kwestii na pewno nie jestem – ba, nawet zadatków na pomocnika czeladnika w tym zakresie nie mam. Pamiętam (a kto czytał wtedy te brednie, też pewnie sobie przypomina), gdy po raz pierwszy wybrałem się na solarium, spiekłem się bardziej niż tańcząca omenah i nie mogłem trzy dni na tyłku usiedzieć (seksu też unikałem, bo nie za bardzo lubię klimaty w stylu chilli… i nie tylko jeśli o walory podniebienia idzie). Wczoraj postanowiłem wrócić do źródeł i po miesiącach bycia w związku (kiedy człowiek żyje sercem, a nie lustrem) nieco zadbać o siebie, jak na wolnego strzelca (właściwie ryby, ale na potrzeby warsztatu literackiego pozwolę sobie nieco poszabrować w zodiaku) przystało. No i co mi z tego przyszło? Kariera filmowa stoi przede mną otworem! Gdyby tylko ktoś chciał nakręcić rimejk winetu…

Jeśli już mowa o filmie, to właśnie wczoraj obejrzałem sobie pierwszy odcinek tudorów z boskim jonathanem rhysem-meyersem w roli henryka ósmego. Film rewelacyjny. Nie tylko z uwagi na nagie pośladki (też nie miał owłosionych) kolejnego półboga występującego w tym filmie, ale i sam nastrój, atmosferę oraz pomysł; realizatorski. Takie filmy można oglądać bez końca. Ale jak powszechnie wiadomo kończy się w zasadzie wszystko (tutaj powinna być gwiazdka -> *) i dopisek, że z wyjątkiem mody na sukces)…

W każdym bądź razie piękni mężczyźni wczoraj byli wszędzie. Nie tylko na ekranie mojego telewizora, ale i na basenie, na który w ramach prezentu urodzinowego wziąłem wiejską. Basen w podcieszyńskiej wsi (właściwie mieście, ale z tego miasta takie miasto jak ze mnie piękny mężczyzna, więc niech się nikt nie doczepia) raczej mnie już nie zobaczy. Bo zamiasta pływać i zbijać kilogramy, pluskałem się w wodzie, mierząc wzrokiem kolejnego modela dla sekwela michałowego dawida i wymieniająć opinię z towarzyszką niedoli w żabce… No co? Może stary i niedowidzący jestem, ale gust o facetów zawsze miałem dobry. I mam!

karolina goceva – mojot svet

FINLANDIA NA ZDROWIE

In point of view minus cztery on 13 maj 2007 at 8:34

Wczoraj nieźle sobie poimprezowałem – od dwudziestej pierwszej do prawie wpół do pierwszej. Że niby krótko – no krótko za długo, bo organizatorzy bezczelnie przerwali zabawę i… puścili napisy końcowe. Tak się zastanawiam, że wszystko właściwie kończy się napisami końcowymi – nawet nasze życie. No bo czymże innym jest nekrolog w gazetce parafialnej czy klepsydra w koszulce z makro po sto sztuk przybita niedbale pinezkami do drzewa na przystanku… A jeśli nawet komuś takich hec zaoszczędzono, to i tak może się spodziewać złotych liter na pomniku za czternaście tysięcy albo krótkiej informacji w gazecie większego nakładu, jeżeli zginął tajemniczo, a ciała jego nie odnaleziono… Ech, zebrało mi się na poważne gadanie, chociaż właściwie nie ma nad czym deliberować. Tym bardziej, że pogrzebu żadnego nie było, choć co niektórzy twierdzą, że impreza ta sama w sobie jest pogrzebem dobrego smaku, a w gorszym przypadku i całej muzyki. Ja jednak twierdzę, że ci, co tak mówią to mają zdrowo nasrane w głowie. Zresztą niezły byłby to pogrzeb – kilkaset milionów uczestników, kilka milionów notatek prasowych, nie mówiąc o zdjęciach oraz o rekordowych bisach z uroczystości żałobnych powtarzanych z dziwną systematycznością każdego roku od nowa. Ciekawy byłbym, czy podobne rekordy pobiłby pogrzeb którejś z wielkich gwiazd tego świata, które uznawane są za zgodne z duchem i literą dobrego smaku, gustu oraz nie powodują wypieków skrywanego wstydu na twarzy… Założę się, że nie…

No dobra, przyznaję się bez bicia – lubię eurowizję. Oglądam ją z przejęciem od kilku genialnych lat i z roku na rok wyławiam kilka niezłych perełek, które potem tkwią w mojej głowie dłużej niż chociażby największe dokonania pani furtadowej i jej boskiego patrona timbalanda. No sorry, ale ciekawe czy ankietowani familiady potrafiliby zanucić choćby pół minuty ich piosenkę – chociażby maneater. Założę się, że nawet jej nie skojarzą… Tak więc proszę bez zbędnych uwag i złośliwej krytyki – każdy słucha, czego lubi. A że ja uwielbiam dziwnie dziwną muzykę, to już moja sprawa. I z całą pewnością marszów tolerancji ku tej czci urządzać nie będę…

Pierwszą tegoroczną propozycją, której nie pokochałem, a wręcz znienawidziłem jest propozycja bułgarska - po prostu założyłem się, że tak beznadziejna piosenka nie może być w finale… a była (i to w dodatku na samym przedzie). Ale pomińmy może milczeniem fakt, że wiszę komuś flaszkę wódki – jakoś to przeżyję. Tak mogę się szczycić tym, że stanąłem w tym zakładzie po właściwiej stronie uścisku rąk… Tak się zastanawiam, że niektóre piosenki-kandydatki na eurowizji są lepsze niż cała polska tzw. muzyka rozrywkowa. Kiedyś była to magiczna lisa andreas z cypru, dzisiaj jej rolę przejęła gruzinka – sopho khalvashi w piosence visionary dream. Po prostu odjazd. I właśnie dlatego oglądam ten badziewny festiwal. Bo nigdy bym nie poznał niektórych wykonawców, rytmów etc. Zakład…?

Koniec końców eurowizję anno domini dwa tysiące i siedem wygrała pani, którą ostatnio (zaraz po finale) zalinkowałem. Piosenka ta od razu wpadła mi w ucho. Nie sądziłem jednak, że mój gust podzielą miliony europejczyków. Ale pewnie moi znajomi zaraz powiedzą, że to nie ja mam dobry muzyczny smak, ale że reprezentuję typowy jarmarczny gust muzyczny jak miliony wieśniaków z bałkanów. Jednak szczerze mówiąc mam to gdzieś. Już wolę się zachwycać nieznaną lecz dobrze skomponowaną piosenką znad adriatyku niż wciąż taką samą, nudną do wyrzygania i w sumie beznadziejną propozycją z playlisty radia zet tudzież eremef-efem…

Tak więc spędziłem wieczór sobie sam przed telewizorem ze szklaneczką w ręku. Ale z wyboru szklaneczka była bezprocentowa tym razem, gdyż w zeszłym roku musiałem dopiero nad ranem (to pewnie z tych emocji…) sprawdzać, kto zdobył prawo organizacji kolejnych eurowizyjnych igrzysk. Poza tym naszła mnie inna myśl – skoro ktoś inny nie liczy się ze mną, to czy ja powinienem się liczyć z tym kimś innym? Tak czy inaczej do zobaczenia w belgradzie (dla tych nieco mniej mądrych – belgrad a bagdad to dwa różne miasteczka).

verka serduchka – dancing lasha tumbai

CZESKI FILM

In point of view minus cztery on 11 maj 2007 at 14:14

Czego najbardziej nie lubię? Oprócz strasznie wquwiającego płaczu niemowląt sytuacji, kiedy ktoś mnie karmi kłamstwami. Nie żebym był taki etycznie nieskazitelny, ale w takim wypadku włącza mi się zasada oko za oko, ząb za ząb. I sam zaczynam kłamać, oszukiwać i kręcić, nie pozostając nikomu dłużny ani przez chwilę. Co śmieszniejsze, kłamię w sprawach dla mnie mało istotnych, by w efekcie końcowym nie mówić prawdy w kwestiach większej wagi. Nienawidzę kłamców i oszustów. Brzydzę się nimi. A jednocześnie jestem nim sam. Nie umiem mówić ludziom przykrych słów…

Wróciłem wczoraj z wycieczki objazdowej po czeskiej i słowackiej republice. I od razu okazało się, że klawiatura do wywalenia. Jak na złość nie zadziałała po kąpieli w słodzonej (chyba) herbacie. A nowa? Nowa jest jakaś dziwna i beznadziejna. I pewnie dlatego piszę takie pierdoły tutaj.

Wczoraj też oglądałem pierwszą część eurowizji – spektaklu, którego nie odpuszczę sobie nigdy w życiu. I pierwszy raz nie trzymałem kciuków za polakami. Dobrze im tak. Chociaż powinni zostać docenieni, gdyż udała im się sztuka pierwszej klasy – zaprezentowali propozycję najgorszą ze wszystkich. Śpiewali gorzej niż bułgarzy grający na bębnach (przegrałem flaszkę, bo nie uwierzyłem, że to coś może dostać się dalej), wyglądali gorzej niż trans z danii, mieli mniej seksu niż gruba baba z serbii (nota bene najpiękniejsza pieśń wczorajszego wieczoru) i byli w tym wszystkim mniej zabawni niż artur orzech w komentowaniu. Drugą pozycję w tym rankingu bezsprzecznie powinni otrzymać panowie z izraela. Całkowite przeciwieństwo mojego podręcznikowego ideału pana. Ale chyba usprawiedliwia ich to, że w kompanii reprezentacyjnej (ewentualnie w ochronie premiera) z całą pewnością nie służyli

Seks pozamałżeński? Smakuje. Ale czy aby na pewno lubię ten smak…?

marija serifovic – molitva

W SIECI

In point of view minus cztery on 8 maj 2007 at 8:42

Kawa wypita wprost z kubka, który z jednej strony ma fotkę zmarłej ukochanej żony, matki, babki i prababki sally spectry, a z drugiej strony dziadka er’a – czyli mnie. Kiedyś po prostu wiejska baba wpadła na genialny pomysł, co by na kubku uwiecznić właśnie te dwa odbicia. Najgorsze, że pan, który kubek robił zapomniał, że ma być on dla osoby leworęcznej i dlatego jeśli tylko z niego piję muszę patrzeć sobie prosto w oczy. Zastanawiam się jednak, że to nie była chyba zwykła pomyłka, ale przeznaczenie. Ten kubek jest bowiem jak zestaw alkoholika podróżującego – nie musi brać on ze sobą lusterka, by pić z kimś, bo pijąc właśnie z tego kubka i tak patrzy sobie prosto w oczy…

Dzisiaj oddaję dh. Niestety nie na zawsze, ale tylko na trzy dni. Jak zawsze taki wyjazd, gdzie nie ma blond włosów walających się po dywanie, gdzie nie trzeba wstawać o wpół do szóstej żeby wyjść z psem na pole to raj na ziemi. Zero stresu, zero miauczenia, zero hauczenia. Tylko ja… i stare dziadki. Bo niestety to wyjazd z szefami. Ale coś za coś. No i niestety widoki na ewentualnego partnera też żadne. Bo jak by mi ktoś w intymnej sytuacji szepnął do ucha, że mnie miluje, to bym od razu zszedł. I to nie tylko z niego…

W sobotę odwiedziłem od niepamiętnych czasów polską pedał-budę. Spotkałem jednego znajomego, którego szczerze mówiąc raczej nie spodziewałem się spotkać. Ale jak zawsze wypady takie mają mały haczyk – mianowicie jeśli ma się auto, to ma się prawo jazdy, a jeśli ma się prawo jazdy to ma się fuchę na wieki wieków. Amen. Ale to mi nawet niesamowicie odpowiada, bo i tak najbardziej lubię pić sam… W ogóle miałem małą masakrę, bo jakiś koleś (ofkors w wieku konfirmacyjnym) non stop na mnie się gapił. Nawet jak byłem aktywny (sic!) na pedalskim allegro (vide: gaydar/fellow.pl), to zaczepiali mnie tam już nie standardowo dziadki w stylu strażaka40 czy jurka58, ale tegoroczni abiturienci. A jeden dodatkowo uprzyjemnia mi życie strzałkami. Ale nie powiem, by mi to przeszkadzało… Chociaż sam ich i tak nie odpuszczam. Tak czy inaczej z racji wieku jestem totalnie nieatrakcyjny dla staruszków, którym nie dam już poczucia powrotu młodości, a zarazem pochwalenia się wśród swych rówieśników młodą doopą – za to jak najbardziej będę niezłą partią dla młodziaków, bo samodzielny, niezależny finansowo, trochę doświadczony, a przy tym wcale nie pocharatany zmarszczkami… Po prostu tylko się pociąć.

michael bubble – spiderman

KU SAMEMU DNU

In point of view minus cztery on 7 maj 2007 at 6:19

Powrotów nie będzie. Ani do pedalskiego jęczenia na tym blogu, ani do Niego. Koniec raz na zawsze. Pora zmierzyć się z własnym poczuciem konsekwencji, odpowiedzialności i przede wszystkim zwykłej szczerości z samym sobą. Co się skończyło, to się skończyło. Można czasem powrócić do przeczytanej książki, ale i tak oczy będą błądzić po innych, które zalegają półki. I chociaż nie ma czasem czasu by po nie sięgnąć od razu, to jednak kiedyś przyjdzie odpowiednia pora. Tak czy inaczej wczoraj coś zrozumiałem – że nawet przyjaźń wymaga trochę zmiany podejścia. Nie można w czymś tkwić, jednocześnie będąc całkowicie poza tym. A samo udawanie, skrywanie jakichś płomyków nadziei czy nawet nieodparta chęć pokazania, że jest On wciąż bardzo ważny nie może tak naprawdę wystarczyć. Najwyższa pora wziąć odpowiedzialność za samego siebie. Inna sprawa, że łatwiej powiedzieć niż zrobić. Ot cała tajemnica…

Powrotów nie będzie. To cytat z dżeksa. Zawsze mi to mówił, gdy rozstawał się z dżej-zim. A potem… Potem nagle zwyciężała w nim scarlett o’hara. Nadchodził nowy dzień, a z nowym dniem wszystko powracało do stanu sprzed zachodu słońca. Kiedyś powiedział mi mój kumpel świadek jehowy, że wszelkie spory winny ustać wraz z nocą, ale jednak w katolickim sposobie postrzegania świata noc zaognia wszystko jeszcze bardziej. Mam ogromny żal do siebie, że nie umiem się nie przejmować innymi. Że tak i tak najważniejsi są dla mnie inni, a siebie zawsze mam w głębokim poważaniu. W tym miejscu właściciel prawdziwego pedalskiego bloga napisałby, że teraz obrót o sto osiemdziesiąt stopni (mądrzejszy pewnie obróciłby się nawet o pełne trzysta sześćdziesiąt). Ale nie ja. Poza tym cokolwiek bym nie powiedział, to i tak końcem końców uznany zostanę za kłamcę i fałszywą osobę. Bo właśnie tego się wczoraj dowiedziałem.

Żeby jednak uspokoić co niektórych, którzy trafią na tę dziwnie dziwną stronę, powiem, że chłopak żyje. Ale co to za życie, kiedy kawa w kubku osiąga dno, a na drugą trzeba czekać jeszcze ponad sześć godzin. No bo magnez, potas i takie tam inne… Ale jest jeszcze jogurt. Kawowy.

travis – closer

NO MORE REGRETS

In point of view minus cztery on 5 maj 2007 at 6:54

Życie w pojedynkę (choćby nie do końca fizycznie, ale całkowicie emocjonalnie) ma swoje plusy. W każdym bądź razie zaczynam je dostrzegać. Krok po kroku uczę się brać znów odpowiedzialność tylko za siebie. To trudne dla kogoś, kto cały czas myślał o kimś innym i przejmował się, że ten ktoś mógłby się obrazić, oburzyć albo nieźle wkurzyć. Dzisiaj łapię sie na tym, że coraz częściej przestaję o tym myśleć. Bo kiedyś rządziło serce – dzisiaj panem i władcą jest rozum. A ten jeszcze czasem jest trzeźwy…

Chciałbym umrzeć z miłości to było moje marzenie. Dzisiaj powiedziałbym, że chciałbym żyć w samotności. Ale to tak durne spostrzeżenie, że szkoda gadać. Nie mogę się opędzić od ludzi, nie chcę się alienować, gdyż wiem, że ich potrzebuję. Dla miłości poświęciłem sporo, wypierając ze swego życia niektórych współludzi, ograniczając kontakt z co niektórymi jednostkami, wreszcie całkowicie przestawiając swe priorytety w hierarchii przyjaźni i znajomości. Nie żałuję, bo wtedy było to warte takiego poświęcenia. Z drugiej jednak strony wiem, że nigdy już do czegoś podobnego nie dojdzie, bo w rezultacie zostanę sam. Kolejny ktoś, kto miał być zawsze przy mnie, odejdzie i zostanę bez nikogo w zasięgu wzroku, słuchy czy nawet myśli. A nic nie boli chyba bardziej niż bycie samemu. Szczególnie kogoś, kto do bycia na dłuższą metę sam zupełnie się nie nadaje…

regina spektor – better

PO CO TYTUŁ?

In point of view minus cztery on 2 maj 2007 at 21:36

Wieczny Tułacz. Aswerus. Legendarna postać żyda, który miał znieważyć czynnie Chrystusa, idącego z krzyżem na Golgotę. Ukarany został za to wieczną tułaczką po świecie. Najdawniejsza legenda odnosi się do człowieka, który nie mógł stracić życia, ponieważ zgubił śmierć. Błądzi w nieskończoność, oglądając troski i radości innych ludzi, sam skazany na wieczną kontemplację w oczekiwaniu końca świata.

Jak to już jest, że skoro jestem taki fajny, taki książę z bajki prawie, niesamowicie ciekawy i intrygujący facet, to zawsze jest coś, co nie pozwala być ze mną. Nie żalę się, bo nie mam o co. Przeżyłem najpiękniejsze chwile w moim życiu. Kochałem i byłem kochany. Mogłem powiedzieć kocham i usłyszałem kocham. To mi wystarczy. Dzisiaj powiedziałem Mu, że kiedyś tam potargowałem się z Bogiem. Że moim marzeniem było poznać czym jest prawdziwa miłość. Ta wzajemna. Ta spełniona. Targ został ubity. Dostałem to co chciałem, teraz pora za to zapłacić…

Kocham go wciąż. Wierzę, że to był on. Dzisiaj straciłem nadzieję… Moje serce to sto tysięcy kawałków, z których każdy składa się z tysiąca innych. Ale mimo to zawsze będzie bić dla niego. Bo dzięki niemu w ogóle zaczęło…

anna jantar – nic nie może przecież wiecznie trwać