Po basenie. Wbrew oczekiwaniom osób trzecich jeszcze nie obcowałem z dnem i wciąż twardo stąpam po ziemi. Chociaż czasem właściwie zastanawiam się po co, skoro za każdym razem potykam się o jakieś kamienie, wystające konary, biegnących przed siebie ludzi i tracę równowagę. Na szczęście jednak mam boczki po zimie, więc nie poobijam sobie swoich kości. Zresztą nawet gdybym sobie je poobijał, to może wreszcie bym zmądrzał i przejrzał na oczy. Na razie stosuję sztuczne wspomaganie – jako domorosły okulista podczas ostatnich zakupów u optyka podniosłem sobie poprzeczkę z minu3 trzy i trzy czwarte na minus cztery zero. Niestety – nawet taka mała sztuczka niewiele pomogła. Ale z drugiej strony czy ja rzeczywiście potrzebuję pomocy? Czy rzeczywiście jej chcę?
Długi weekend to totalna porażka. Po pierwsze pracuję, po drugie pracuję, po trzecie pracuję. Dlaczego? Z prostej przyczyny – pierwszego maja pracuję, drugiego także pracuję, wreszcie trzeciego również. Ale to dobrze. Ostatnio zauważam u siebie coraz bardziej chęć do pracy, do osobistego rozwoju. Pracoholikiem jednak z pewnością nie zostanę, gdyż jeden holizm mi już całkowicie wystarcza. Opiłem się dzisiaj… wody z basenu ofkors. A teraz za zdrowie pań, jak śpiewał niegdyś edward hulewicz… nawet mam coś a propos – jabłkowego redd’sa… taki kobiecy napój procentujący… ciotostfem, blee…
Z tym blogiem to już jest tak, że chociaż początkowo nie miałem motywacji co by pisać, brak weny, zacięcia i w ogóle pomysłu, to dzisiaj, wczoraj czy przedwczoraj jakoś chciałem usiąść przed monitorem i skrobnąć co nieco. Nawet jakoś z rozpędu sprawdzałem czy chociażby jakaś błądząca dusza zostawiła swój ślad – niestety nikomu nie przyszło to do głowy. Może to i lepiej, bo ja goopot nigdy nie komentuję. Zresztą ktoś mi powiedział [jeśli idzie o ścisłość to dwa ktosie...], że lubią mnie czytać. Choćbym pisał o kawie, rąbaniu drewna czy dziurze na szwie w moich boksach… W zasadzie twierdzą, że mogą czytać cokolwiek… byleby nie o gotowaniu kaszy. Zresztą era kaszy minęła, teraz ostał się jeno ryż…
zachary quinto
Moim ostatnim fiu bździu jest serial heroes. Wpatruje się weń niczym moje sąsiadki w marię z przedmieścia. Po pierwsze fabuła, po drugie genialnie zakręcona akcja, po trzecie trzy ciacha z opcją na więcej. Jedno ciacho (właściwie ciasteczko z racji wieku) zamieściłem ostatnio. Dzisiaj wisienka w torcie. Pan, który mnie po prostu powalił na ziemię. A to wszystko dzięki xeonowi… Ale to już tak jest, że nepotyzm kwitnie. Ciacho poleca ciacho… Ale i tak jeśli miałbym się już z kimś puścić, to tylko z michałem żebrowskim. Pod warunkiem, że nie miałby tej strasznej bosmańskiej brody a la janusz rewiński, bo wtedy musiałbym użyć brzytwy, a to mogłoby się skończyć bardzo źle… Bo kto widział geja, który umie się posługiwać narzędziami sprzed ery gilette i… No właśnie – kiedy wymyślą inteligentne gwoździe, które nie będą wymagać użycia młotka…?



.jpg)






