eR

Archive for kwiecień 2007

ZACHARY

In point of view minus cztery on 30 kwiecień 2007 at 19:48

Po basenie. Wbrew oczekiwaniom osób trzecich jeszcze nie obcowałem z dnem i wciąż twardo stąpam po ziemi. Chociaż czasem właściwie zastanawiam się po co, skoro za każdym razem potykam się o jakieś kamienie, wystające konary, biegnących przed siebie ludzi i tracę równowagę. Na szczęście jednak mam boczki po zimie, więc nie poobijam sobie swoich kości. Zresztą nawet gdybym sobie je poobijał, to może wreszcie bym zmądrzał i przejrzał na oczy. Na razie stosuję sztuczne wspomaganie – jako domorosły okulista podczas ostatnich zakupów u optyka podniosłem sobie poprzeczkę z minu3 trzy i trzy czwarte na minus cztery zero. Niestety – nawet taka mała sztuczka niewiele pomogła. Ale z drugiej strony czy ja rzeczywiście potrzebuję pomocy? Czy rzeczywiście jej chcę?

Długi weekend to totalna porażka. Po pierwsze pracuję, po drugie pracuję, po trzecie pracuję. Dlaczego? Z prostej przyczyny – pierwszego maja pracuję, drugiego także pracuję, wreszcie trzeciego również. Ale to dobrze. Ostatnio zauważam u siebie coraz bardziej chęć do pracy, do osobistego rozwoju. Pracoholikiem jednak z pewnością nie zostanę, gdyż jeden holizm mi już całkowicie wystarcza. Opiłem się dzisiaj… wody z basenu ofkors. A teraz za zdrowie pań, jak śpiewał niegdyś edward hulewicz… nawet mam coś a propos – jabłkowego redd’sa… taki kobiecy napój procentujący… ciotostfem, blee…

Z tym blogiem to już jest tak, że chociaż początkowo nie miałem motywacji co by pisać, brak weny, zacięcia i w ogóle pomysłu, to dzisiaj, wczoraj czy przedwczoraj jakoś chciałem usiąść przed monitorem i skrobnąć co nieco. Nawet jakoś z rozpędu sprawdzałem czy chociażby jakaś błądząca dusza zostawiła swój ślad – niestety nikomu nie przyszło to do głowy. Może to i lepiej, bo ja goopot nigdy nie komentuję. Zresztą ktoś mi powiedział [jeśli idzie o ścisłość to dwa ktosie...], że lubią mnie czytać. Choćbym pisał o kawie, rąbaniu drewna czy dziurze na szwie w moich boksach… W zasadzie twierdzą, że mogą czytać cokolwiek… byleby nie o gotowaniu kaszy. Zresztą era kaszy minęła, teraz ostał się jeno ryż…

zachary quinto

Moim ostatnim fiu bździu jest serial heroes. Wpatruje się weń niczym moje sąsiadki w marię z przedmieścia. Po pierwsze fabuła, po drugie genialnie zakręcona akcja, po trzecie trzy ciacha z opcją na więcej. Jedno ciacho (właściwie ciasteczko z racji wieku) zamieściłem ostatnio. Dzisiaj wisienka w torcie. Pan, który mnie po prostu powalił na ziemię. A to wszystko dzięki xeonowi… Ale to już tak jest, że nepotyzm kwitnie. Ciacho poleca ciacho… Ale i tak jeśli miałbym się już z kimś puścić, to tylko z michałem żebrowskim. Pod warunkiem, że nie miałby tej strasznej bosmańskiej brody a la janusz rewiński, bo wtedy musiałbym użyć brzytwy, a to mogłoby się skończyć bardzo źle… Bo kto widział geja, który umie się posługiwać narzędziami sprzed ery gilette i… No właśnie – kiedy wymyślą inteligentne gwoździe, które nie będą wymagać użycia młotka…?

feist – secret heart

SZYBSZY OD CZASU

In point of view minus cztery on 29 kwiecień 2007 at 18:34

Jeżeli ktoś myślał, że skoro między dwojgiem ludzi jest uczucie (i to wielkie), to nie ma żadnych przeszkód, żeby nie mogli być razem, to się mylił. I to na całej linii. Obiecałem sobie, że nie będę publicznie prał brudów swojego życia uczuciowego – i z pewnością tego nie zrobię. Ale muszę (i mogę) zasygnalizować tak między wierszami, że nawet wielkie uczucie nie gwarantuje udanego związku. Wiele różnych spraw, emocji i tego co tkwi w nas samych nie pozwala nam totalnie się na siebie otworzyć. I co tu dużo mówić – mogło być jak w niebie, jest jak na ziemi. Czyli totalnie źle. Co jednak nie znaczy, że gorzej by być nie mogło. Tak czy inaczej mimo że coś dobiegło końca, tak naprawdę jest zawieszeniem między the a end. Nie można się od siebie uwolnić, nie można pozbyć się myśli o sobie, nie można się wreszcie otworzyć na powiedzenie sobie prosto w oczy przy porannym goleniu, że to definitywnie koniec. Że już nigdy nie będzie tak jak było. A nawet nie będzie tak w połowie. To wszystko po prostu może zabić. Zabić, a jednocześnie na nowo odrodzić. Tyle, że potrzeba czasu.

Kiedyś uświadomiłem sobie jedno, a mianowicie to, że pokorę trzeba wykazać wobec jednego. Wobec czasu. On nienawidzi, gdy się go popędza albo gdy wręcz przeciwnie – chce się go zatrzymać tylko dla siebie. Od doktora fausta powszechnie wiadomo, że chwilo trwaj wiecznie to najbardziej zdradliwe marzenie na świecie i każdy, kto chociaż przez minutę pomyśli, że złapał pana boga za nogę to diametralnie może się mylić. A jeśli nie będzie to już jakaś kwestia mylnego myślenia, to przynajmniej może kiedyś pożałować, że coś takiego mu wpadło do głowy. Czas to bowiem niepokorny byt, która gra na zwłokę tylko jednemu. Śmierci. A pana boga za nogi radzę nie łapać. Jemu należy do nóg paść. To taka tylko niewielka i subtelna różnica.

Wiem, że jestem zdany na siebie. Nie mam wśród swoich znajomych nikogo z kim chciałbym podzielić się swoimi odczuciami. Parę osób po przeciwnej stronie światłowodu wie coś tak tylko z grubsza. Nie chcę grać zranionego i nieszczęśliwego pedałka, który użala się nad swoim losem. Jestem cholernie świadomy tego, że to nie koniec. Że to pewnie mały przystanek na drodze mojego życia. Przystanek, na którym wysiadł on. Miał inny autobus. Ja jadę swoim dalej. Tyle, że z jego perspektywy cała ta sytuacja wyglądała pewnie inaczej. Że to ja wysiadłem, a on jedzie wciąż swoim. To cholernie skomplikowane. Ale jedno wiem na pewno, że w dalszej drodze chyba nie spotkam już takiego jak on. Nawet nie za bardzo mam ochotę podnieść wzrok. On zawsze będzie częścią mojego życia.

the cloud room – hey now now

POWINIEN SIĘ MNĄ ZAJĄĆ PROKURATOR

In point of view minus cztery on 27 kwiecień 2007 at 8:15

Przegrałem i teraz będzie doopa boleć. Oj będzie… Ale nie o tym. Mam dziwnie dobry humor, choć wszystko powinno przemawiać za tym, żebym tego humoru nie miał. Ale jakoś mi nie wychodzi. Bo po pierwsze jestem niewyspany, a ja z powodu niewyspania nigdy złego humoru nie miałem. Zresztą nie rozumiem ludzi, którzy wstają rano i pierwsze co widzą to swoją kwaśną minę w lustrze. Bez sensu. Ja stosuję filozofię mojej sis, która pierwsze co robi w łazience, to posyła swojemu odbiciu buziaka, a odbicie odwdzięcza się tym samym. To genialny pomysł na rozpoczęcie dnia bez negatywnych konsekwencji dla otoczenia. Czasem mnie trafia, gdy ktoś zaraz skoro świt wkurza innych swoim niezadowoleniem, bo trzeba wstać. Tak czy inaczej ja jestem genialnym wstawaczem i nigdy jeszcze lewą nogą nie wstałem. Może to temu, że jestem leworęczny. Cholera mnie tam wie. Ale ja dziwny jestem… Po drugie świeci słońce, a ja lubię słońce. Zresztą wtedy czuję że żyję. Zresztą cały czas czuję i pewnie będę jeszcze nieraż czuł. Zresztą vide zdanie pierwsze. Aż mi skóra ścierpła…

Wczoraj uruchomiłem gie gie na komórce. Za radą pewnego pana, któremu cholernie do twarzy w zimowej czapeczce. Zresztą bez niej jest podobnie. Właściwie trochę muszę zluzować w wychwalaniu jego walorów, bowiem jego partner jest o mnie nieco zazdrosny… Właściwie nie wiem o co panu chodzi, gdyż powszechnie wiadomo, że ja od facetów raczej stronię. A co się tyczy cudzych, to już w ogóle… Maturzysta mnie wciąż podrywa. Znaczy nie wciąż, ale lubię trochę poprzesadzać. Zresztą nie jest aż taki zły, nawet powiedziałbym, że bardzo przystojny. Inna sprawa, że coraz częściej podobają mi się chłopcy w tym wieku. Na starość zostanę takim kransalem hałabałą, który był maskotką domowego przedszkola… Teraz to mi dopiero skóra ścierpła…

Widział ktoś heroes? Jeśli nie, to raz dwa…

O mały włos adres tego bloga wpadłby w niepowołane ręce. Na szczęście dla siebie i dla tej osoby zwanej na potrzeby niniejszego pisania trzecią wykazałem się ogromnym refleksem i nie pozwoliłem, by tajemnica ta stała się własnością publiczną. Zresztą podoba mi się blog, w którym liczba komentarzy to zero absolutne. Obiecałem komuś, że szesnastego maja zdradzę mu być może ten adres, ale chyba to nie najlepszy pomysł… Tak czy inaczej doopa zbita.

justyna steczkowska – to nie miłość (to tylko złudzenie)

WESTCHNIENIE

In point of view minus cztery on 25 kwiecień 2007 at 7:31

Tak sobie myślę, że ludziom, którzy nie za bardzo przywiązują wagę do uczuć swoich oraz innych jest w życiu lepiej. Gdybym złapał sobie złotą rybkę, tobym na pewno ją poprosił, żeby zamieniła mnie w chodzącą skałę. Pancerza ubierać bym nie chciał, bo kiedyś już go nosiłem i wiem, że łatwo go zrzucić. Znaczy może nie łatwo, ile można to zrobić. Ale gdybym był skałą, to już taka sztuka byłaby o wiele trudniejsza. Ludzie obijaliby się o mnie, jak statki gdzieś w osiemnastym wieku w krajach, do których nie trafił sienkiewiczowski latarnik. Inna sprawa, że takiemu latarnikowi też fajnie. Bo połączył dwie niepołączalne rzeczy – samotność i pana tadeusza. Samotność jest cholernie łatwym sposobem na życie, gdyż nie wymaga od naz zaangażowania ani przejawiania nią zainteresowania, a jedyną konsekwencją są samotne noce i zgorzknienie. To chyba niezła cena za spokój i żal za. Natomiast pan tadeusz to marzenie. Moje marzenie. Mój ideał. Michał Żebrowski. Najbardziej boski aktor w tym cholernym polskim grajdołku. Dla niego mógłbym zostać nawet zosią…

Czasem nieźle przystanąć na chwilę i trochę się zastanowić, co jest tak naprawdę w życiu ważne. Dla mnie liczy się przede wszystkim drugi człowiek. Kompletnie nie umiem postępować w sposób, który mógłby skrzywdzić kogokolwiek, a jeśli już coś takiego zrobię, to potem cholernie mi głupio i kajam się nie gorzej niż henryk w canossie przed papieżem chyba grzegorzem. Jedynie worka na ziemniaki mi brak, ale z drugiej strony co burak miałby do szukania w takim worku. Zadano mi ostatnio pytanie czy jestem szczęśliwy? Nie umiem na nie odpowiedzieć z jednego powodu. Dla mnie jedno wielkie szczęście nie istnieje, gdyż nie ma czegoś takiego jak jego globalny wymiar. Ja bowiem czuję małe szczęścia. A to, że ktoś mi przysłał smsa, to znowu, że ktoś pamiętał, co powiedziałem tydzień temu. Innym razem, że udało mi się dostać kasę na kolejny chodnik na wsi, a zaraz potem szaleję, bo w radiu leci piosenka, której nie słyszałem latami… To wszystko sprawia, że jestem szczęśliwy mimo wszystko…

Moje największe marzenie już się spełniło. Chciałem kochać z wzajemnością. I za to temu tam, co spogląda na mnie dzień w dzień z wysoka dziękuję…

michał żebrowski & anna maria jopek – tęsknota

BYĆ JAK PARIS

In point of view minus cztery on 24 kwiecień 2007 at 8:25

Czajnik mi się spalił, nowego nie chcą mi kupić, więc chodzę po prośbie do wiejskiej baby, co by litr wody dziennie wyżebrać. Zresztą nie o takie rzeczy w życiu żebrałem. O uczucie też. Dwa razy. I za każdym razem odprawiono mnie z kwitkiem. Może to i lepiej, bo dzięki temu jestem coraz bardziej świadomy własnej wartości. Staję się egoistą. Bo jeśli nikt nie docenia tego, że oferuję mu serce na tacy, to sorry, ale już tego nigdy więcej nie zrobię. W sumie kto by takie tłuste serce chciał. Pewnie nawet królowa z królewny śnieżki wzgardziłaby nim, gdyby zamiast sarniego przyniósł myśliwy jej moje…

Wracam do formy. Łażę na basen, dbam o siebie, walczę z nadwagą (bo ciągle mi do siedemdziesięciu siedmiu brakuje…). Chcę się znowu poczuć atrakcyjny. Już nie dla kogoś, ale dla siebie. Tak po prostu. Jest mi to potrzebne. Odświeżam stare znajomości, zacząłem znowu czytać. Czyli chyba tak do końca nie jest ze mną źle. Ale wiem jedno, że jeżeli zdecyduję się w najbliższym czasie na jakiś związek, to trzy razy wcześniej się zastanowię. Ale to już po trzydziestce – gdy już będę na pedalskiej rencie. Na razie mam zamiar zaznać trochę życia. Popuszczać się jak paris hilton. A co, należy mi się…

dolores o’riordan – ordinary day

I DON’T KNOW WHERE LIFE’S GOING

In point of view minus cztery on 23 kwiecień 2007 at 9:28

Podwędziłem ze stolika dla interesantów trzy cukierki. Cukierek porzeczkowy, który przypomina mi jak bardzo nie lubię soku porzeczkowego, a jeszcze bardziej samych porzeczek. Po prostu kojarzą mi się niesamowicie z obieraniem tego pieroństwa z krzaczka co by babcia mogła sok zrobić. Masakra. Całe moje dzieciństwo wyznaczały porzeczki, agrest i truskawki. Normalnie pochlastać się to mało… Drugi cukierek to miętowy. Ponoć orzeźwiający. Przypomina mi, pastę do zębów i gumę do żucia. Dwa nierozerwalnie dla mnie ważne aspekty higieny o jamę ustną. Drugi to cukierek jabłkowy. Malusi i tyciusi, który przypomina mi… Nie, no tego to już na pewno nie powiem…

Te trzy cukierki to doskonała alegoria mojego życia. Na chwilę obecną znajduję się na etapie cukierka porzeczkowego. Czyli doopa zbita. Ale już niebawem będzie cukierek miętowy – orzeźwienie. Jest on dla mnie niezbędny co bym mógł móc spróbować cukierka jabłkowego. Czyli odlot. Dlaczego? Bo mi się cholernie kojarzy z żubrówką…

Z ostatniej chwili. Mój profil na pedalskim pchlim targu najprawdopodobniej dobija ostatnich godzin. Jacy ci ludzie są pochlastani. Szczególnie moje domowe przedszkole. Jeden mi powiedział, że jestem podobny do kiljańskiego. Nie wiem czy nie powinienem go wyzwać na pojedynek. Najlepiej na torebki… Bo cholera w disnejlendzie to potwarz straszliwa, gdy cię porównują do starego faceta. To jakby młody mężczyzna powiedział jakiejś tam wolnej kobiecie w niezbyt podeszłym wieku, że mu przypomina np. szaron stołn. No halo! Przy wielkim szacunku dla tej pani, ale jednak ona pewnie po czwartym liftingu. Na górnych i dolnych wargach ofkors…

french affair – you’re sexy

A CZY P?

In point of view minus cztery on 22 kwiecień 2007 at 20:43

Dzisiaj czuję się samotny. I właściwie jestem. Mam rodzinę, przyjaciół, znajomych i wrogów, a mimo to nie mam nikogo. To jest najtrudniejsze w życiu każdego pedała, że tak naprawdę do końca jest zdany sam na siebie. I wszyscy mają go w dupie. No chyba, że jest pasywny, to wtedy on ma ich wszystkich właśnie tam…

CO Z OCZU

In point of view minus cztery on 18 kwiecień 2007 at 6:37

Całe moje dotychczasowe życie stanęło na głowie. Zmieniło się prawie wszystko. Ot tak, od pstryknięcia palcami lewej dłoni. Albo i prawej – w zależności od upodobań. Może to i dobrze, bo stagnacja na dłuższą metę jest nie do wytrzymania. Inna sprawa, że od zaklinania rzeczywistości jeszcze nic nigdy się nie zmieniło… Siedzę nad kubkiem kawy i nie używając palca wskazującego u lewej dłoni, próbuję okiełznać klawiaturę, co udaje się li tylko z mizernym skutkiem. Szybkość mojego pisania doznała na tym sporego uszczerbku. Szkoda, że w podobny sposób nie można regulować całkowicie czego innego…

Wszystko się sypie. Związek mi się posypał. Potem żel mi się posypał z włosów, bo kupiłem jakąś tandetę. A teraz sypie się piasek. W dodatku z moich oczu. Włożyłem soczewki, a one za cholere nie chcą tam siedzieć. Chce mi się spać. Uszły ze mnie wszystki siły. Postarzałem się trochę ostatnio, co uwydatnia niewątpliwie moja wspaniała cyfrówka. Zmarszczek pod oczami mam więcej niż kwaśniewska między nogami przed liftingiem… W sumie ludzie leją na to, co się stało. Może dwie trzy osoby zapytały się, jak się czuję. I co czuję… A inne poprzestały na zdawkowym komentarzu i przeszły do następnego rozdziału jak gdyby się nic nie stało… A stało się trochę. Zresztą wciąż się dzieje… Przynajmniej czuję, że istnieję.

DO WZIĘCIA

In point of view minus cztery on 16 kwiecień 2007 at 6:14

Ale jaja. Założyłem sobie już jako wolny człowiek profil na gaydarze. I po poprostu mam niezły odlot. Piszą do mnie już nie czterdziestoletni namiętni tylko zwariowani osiemnastolatkowie. To znak. Znak, że cholera jasna się postarzałem… Może dlatego teraz powinienem poszukać sobie właśnie jakiegoś czterdziestolatka co by sobie ego podbudować. Ale doopa. Tacy już mnie nie chcą… Ostatnio przeżyłem niezłą konwersację. Pisze do mnie jakiś młodzian w wieku studniówkowym co bym może z nim chodził. Normalnie mnie zatkało – między innymi czytając słowo chodzić. No to mu odpisałem, że ja mam już prawie trzydziestkę na karku. I co usłyszałem? Że wszak stary jestem, ale za to fajnie wyglądam. No dzięki… Tylko się pociąć. Najlepiej tępą żyletką, żeby łatwo nie było…

Jeszcze jedno na dzisiaj. Jestem winny wyjaśnienie, że po dziesięciu miesiącach skończył się mój związek. Na chwilę obecną nowego nie przewiduję. Muszę się oswoić z nową sytuacją. Wrócić z obłoków na ziemię, zakosztować w smaku celibatu duszy i ciała. Po prostu muszę przestawić swoje życie totalnie na nowe tory. Zawrócić pędzący pociąg o sto osiemdziesiąt stopni. Z kierunku do stacji on na kierunek ja

TO ZNOWU JA…

In point of view minus cztery on 12 kwiecień 2007 at 9:35

Wielkie powroty uchodzą tylko i wyłącznie wielkim gwiazdom, a ja nią z całą pewnością nie jestem. Nigdy w życiu mi by na myśl nie przyszło ustawić się w jednym szeregu z cher, barbrą streisand czy jakąś tam inną wielką divą w stylu zyty gilowskiej czy anny fotygi. Ygh, ta ostatnia jeszcze nigdy nie wracała, ale jakoś tam gdzieś mi po głowie chadza. Chociaż z drugiej strony chciałbym jednego powrotu. Jednakże to już nigdy nie nastąpi, gdyż sally spectra odeszła od nas na zawsze. Całe szczęście, że z tempem naszej kochanej telewizji publicznej, będzie nam towarzyszyć jeszcze jakieś siedem lat. Ale wracając do tematu przewodniego – moje odejści było podyktowane pewnymi sprawami, które dzisiaj są całkowicie nieaktualne. Te sprawy zostały wyjaśnione – myślę, że raz na zawsze, tak więc staję wobec nowych wyzwań. Nowych liter. Nowych spacji. Również tych spacji, które mam obecnie w głowie.

Na ten blog nie trafi z pewnością nikt, kto był na poprzednich. Wynika to z prostego faktu, że to co tu piszę, stanowić będzie wielką tajemnicę, za zdradzenie której mogę pokarać przesłaniem własnych nagich fotek. A nie stanowi to żadnej przyjemności. Poza tym linków nie zamieszczę, bo durne programy statystyczne mi to wychwycą…

Co mogę więcej napisać, będąc tu z powrotem? Jestem stary, a czuję się młodo. I na odwrót. Jestem chudy, a czuję się grubo. Jestem sam, a wciąż czuję się z kimś… Więcej nie trzeba. Więcej można sobie poczytać na stronach o beznadziejnych przypadkach w psychiatrii…