eR

In point of view minus cztery on 12 styczeń 2009 at 22:51

wypadałoby powiedzieć ahoj, ciao, bajbaj albo coś tam coś tam. ale to potrafi tylko pani kruk… swoją drogą od tamtego czasu to ja ją kocham! tak czy inaczej minął rok. zaczął się inny. oby się skończył. ale to już inna inność… miło mi tu było.

180224bc

ipod-earphones-stock-thumb.jpg wśród linków

In point of view minus cztery on 31 grudzień 2008 at 19:02

lettern1ajgorszy to on nie był. znaczy ten, co dziś odchodzi. generalnie o każdym swoim byłym mógłbym w ten sposób powiedzieć… bo ja lubię o ludziach dobrze mówić. no ale coby nie było – święty nie jestem, więc zdarza mówić mi się źle. tak czy inaczej zapamiętam go jako rok prestoNa.  nie powiem – zjadł mi nieco nerwów. kosztował parę miesięcy. nawet parę złotych. ale i tak w rezultacie końcowym wspominam go całkiem dobrze. w zasadzie do dzisiaj nie wie, dlaczego go olałem. ma mnie pewnie za ostatnią ciotę, która wskoczyła na dupę innemu. bo przecież sam takbym o nim pomyślał, gdyby z dnia na dzień zerwał ze mną kontakt. zresztą to wszystko już za mną. niemniej jednak… zresztą bez niemniej jednak.

o statni rok generalnie uznaję prawie oficjalnie za zamknięty. zawodowo jak i prywatnie. ale by nie drażnić ustępującego nie zmieniłem jeszcze kalendarza. to by było faux pas na miarę wywalenia z portfela zdjęcia konającego małżonka zdjęciem czekającego w szpitalnej poczekalni kOchanka. inna inność u mnie w portfelu tylko wiejska, sis, samuraje i pan sędzia. nie ma jak nosić ze sobą fotę pierwszej miłości. równie dobrze mógłbym sobie tam czerwonookiego kubę umieścić. albinosa. mojego pierwszego chomika…

w łaściwie przez ostatni rok nie zdarzyło się nic. nic, co mógłbym wziąć ze sobą na jutro. chociaż nie – mam przecież w torbie lekarskie skieroWanie do chirurga. ważne jeszcze chyba z dziesięć dni. to jedyna niezakończona sprawa, jaka mi została. nauczony bowiem błędami roku ostatniego uregulowałem rachunek za listopadowo-grudniowy internet, coby móc sobie w picie ulgę odebrać. jak na złość wylądowałem w drugim progu podatkowym i mnie cholera zbiera, że dopiero po północy podatki obniżą. ale chyba to jest ta dobra wiadomość, która sprawia, że cieszę się z tegorocznego tak zwanego sylwestra. i coby tu nie mówić – dzięki kaczkom. niech sobię z radości wyszeptam kwa, kwa, kwa…

ygh… nawet się nie obejrzałem jak mi ten rok plasnął. jak kiedyś od kaśki fackę zarobiłem. albo od ajsa na gadulcu. ten to umie nieźle plaskać. właściwie zastanawiam się, dlaczego wiejska jeszcze w podobny sposób nie potraktowała swojego małżonka, z którym ostatnio seks uprawiała pewnie za fotygowej. no ale chyba mamy to do siebie, że lubimy celibat. z tym, że ja temu, że jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma… właśnie – czy ja już  kiedyś nie obiecałem temu, kto ojcował temu powiedzeniu, śmierci? właściwie to ja tylko w gębie pewnie mocnY jestem. nie przeczę. mogą potwierdzić to moi tak zwani eksowie. każdy powie, że bardziej wrednego i złośliwego werbalnie ogra nigdy nie poznali…

r aczej nie wiążę z nadchodzącymi trzystoma sześćdziesięcioma pięcioma dniami jakich specjalnych życzeń. podobnie zresztą było i ostatnio. no może ewentualnie chciałbym zrzucić kilka kilogRamów, nie osiwieć, nie stracić kolejnej dioptrii w zamówieniu na soczewki, nie wpaść w alkoholizm, uśmiechać się rzadziej (z uwagi na zmarszczki), a przede wszystkim godnie obejść nadchodzący dzień kobiet. no i może zmienić wehikuł na mniej pamiętający rząd hanny suchockiej. to tak egoistycznie. dla siebie. znacznie więcej życzeń mam innych. dla bliskich, bliższych i najbliższych – by trzymali nadal co najmniej ten sam dystans. dla dalekich, dalszych i najdalszych – by byli mi nieco bliźsi. a poza tym i pierwszym, i drugim – bym ja nie tracił do nich odległości…

operabojętnie, co się stać stanie – to i tak pozostanę pełen nadziei. ten rok nie może być zły. jest nieparzysty. a ja lubię nieparzyste liczby. no może z wyjątkiem jedynek i trójkącików. jakoś nie kręcą mnie bardzo. choć pewnie na nie miałbym większe widoki niż na to, co pomiędzy nimi. ale i to się okaże. w najnowszej wróżce – jak przeczytaliśmy z wiejską w ten niezwykle pracowity dziś dzień – w drugiej połowie roku czeka mnie jakaś dzika i młodzieńcza (sic!) miłOść. och! zresztą jeśli mowa o wróżkach – wiedźma irena została skreślona na nadchodzący rok. znaleźliśmy młodszą i tańszą profetkę. ciekawe, co jej karty o mnie wyśpiewają. operę?

kochani! kochani jesteście. chciałbym objąć cały świat i mocno go do serca przytulić. taki kiedyś opis nikczemnie i zdradziecko zamieściłem na wiejskim gadulcu. przy okazji wszystkim z jej listy kontaktów napisałem mesydża Kocham cię – od razu każdy jeden rzucił się z pytaniem, co się wiejskiej stało. czy nałykała się prochów, czy umiera. i pewnie każdy z nas by tak zareagował. gdybym napisał nienawidzę cię, pewnie by się poobrażali albo dociekali dlaczego. i to w tym najdziwniejsze. że gdy słyszymy dobre słowo albo ktoś się do nas uśmiechnie w windzie, pukamy się w głowę. więc chyba tego na odjutrzejszy czas – mniej pukania się. w głowę oczywiście. tego drugiego – więcej. wam i mnie!

…a tak między nami to ten nadchodzący NOWY

2009

ROK

kiedy to na fellowowym liczniku pojawi mi się trzy i zero (ale psst!) będzie na pewno całkiem dobry i ciekawy. coś tak czuję. a my ryby mamy genialną intuicję. a teraz szalejcie. bo jutro będziecie o dzień starsi…

In point of view minus cztery on 28 grudzień 2008 at 20:41

i po świętach. alleluja. znaczy nie po tych. miało być glorija. teraz adekwatnie i właściwie. jutro pora znowu rano się z alkowy podnieść zaraz po tym, gdy uroczyście naciśnij guzik zaśpiewają trzy panny z windy. siarczyście przekląć na widok w lusterku, gdy soczewicę od plastiku się oddzieli. potem na mróz wyprawa z kawałkiem innego plastiku podstępem w turynie zdobytym. i można pomknąć na podbój wiejskiego elektoratu. czyli na koniec roku przestępnego jeszcze trochę dokonań. zawodowo zawodowych ofkors. ale to już taki los dziadoka, dziaduleńka, dziadygi. oj da-dana-dana…

no to się wiejska wczoraj upiła jak świnka morska. i takie pierdołowate esy mi wysyłała, że pierwszy raz w życiu miałem ich dość. zresztą moja teoria jest prosta – najgłupsza istota zaraz za facetem to pijana baba. kropka. a wiejska wczoraj miała odjazd większy niż posłanka krukowa. nie chcę wiedzieć, co się będzie pod koniec roku dziać będzie. a pewnie będzie się dziać. bo pamiętam jakby to wczoraj było, gdy ostatniego sylwka odwoziłem ją do rodziców, bo się z małżonkiem pokłóciła jak platforma z pisem. tyle tylko, że nie wiem, jakim cudem ta koalicja wciąż trwa. nie ma jak platoniczne małżeństwo… może i ja się powinienem za czymś choćby takim rozejrzeć… jest ktoś chętny?

aaaa

przyszły rok może być zabawny. zresztą pewnie będzie, bo dziewiątka to moja dziwnie ulubiona prawie cyferka. nie dość, że całkiem możliwe, że doczekam trzydziestki, to pewnie zdarzy się parę innych śmiesznych rzeczy. bo co jak co, ale oczekiwania, przewidywania, przeczucia jakoś się zbyt bardzo gromadzą. cieszyć się trza, że ósemka ucieka. jak i ostatnia faza młodości. o młodości iskro bogów… jeszcze dwa miesiące z hakiem iskrę tę mam.

ipod-earphones-stock-thumb.jpg dominik kwaśniewski – na kazimierzu ty